Gość: ion
IP: 212.182.97.*
04.11.04, 19:15
właśnie wali mi się małżeństwo z ofiarą tego koszmaru. Ale jeszcze próbuję
walczyć o nasze bycie razem, stąd ten mój głos na forum. Może więc krótko od
początku. Wszystko zaczęło się zanim jescze się poznaliśmy. Wszystko jest
typowo- super ambitna zimna, nie znosząca innego zdania niż własne matka.
Generalnie chłodny ale tzw bardzo dobry i zasobny dom. Stąd całkowicie
ubezwłasnowolniona córka (kiedy się poznaliśmy), żebrząca o każde nieśmiałe i
bardzo nieliczne przejawy akceptacji ze strony matki, o bardzo małym własnym
poczuciu akceptacji (fizycznej, intelektualnej itd). Objawy bulimii na
pierwszych latach studiów. Krótko potem się poznaliśmy i przez kilka lat ze
sobą chodziliśmy ale o tym problemie moja dziewczyna powiedziała mi krótko
przed ślubem. Oczywiście każdy może teraz powiedzieć, że wiedziałem na co się
decyduję, ale gdy się jest zakochanym, w dodatku optymistycznie nastawionym
do życia i nie do końca znającym problem (wówczas, a było to już ok. 9 lat
temu- problem nie był bardzo nagłośniony i znany) wydaje się, że uda się go
przezwyciężyć. Teraz wiem i niech to będzie ostrzeżenie dla wszystkich, że to
niestety beznadziejne. Dla całego otoczenia jesteśmy tzw. wzorcowym
przykładem rodziny, mamy 2 wspaniałych dzieci, bardzo dobrze poukładane życie
zawodowe i materialne. Niestety zachowanie mojej żony jest napiętnowane tą
przeklętą chorobą czy też psychicznymi obciążeniami będącymi jej przyczyną
(poczucie niskiej wartości mimo wielu obiektywnych sukcesów, szalona
małostkowość, napady agresji wywoływane pod byle najmniejszym pretekstem,
głównie skierowane na mnie (związane oczywiście z falami głodu, no i
oczywiście stały problem widma matki i problemu odpępnienia i zależności
psychicznej- mimo, że mieszkamy od początku małżeństwa osobno i nasze
kontakty z teściami nie są zbyt częste. Z goryczą i ku przestrodze napiszę,
że nie pomaga bycie tzw. dobrym mężem (nie jest to autoreklama ale
rzeczywiście tak jest i pewnie zajął bym czołowe miejsca w tej kategorii),
generalnie zrozumienie dla żony i jej choroby (oczywiście powiem uczciwie, że
miałem kilka krótkich okresów buntu w jakiejś desperacji), zapewnianie
poczucia bezpieczeństwa, wszelka pomoc na każde zawołanie i co tam jeszce
chcecie. Wszystko na nic. Dodam, że żona o żadnym leczeniu słyszeć nie chce-
a nuż się wyda i właściwie znając ten grajdoł pewnie i tak by się stało. O
problemie wiedzą jej rodzice (kiedyś im to wykrzyczła gdy gnoili ją
psychicznie) ale chyba uznali ją za wariatkę i tyle (bo tyle im gó..ara
zawdzięcza- głównie materialnie- cyt). Oczywiście w gruzach legło nasze życie
seksualne (od czasu 2 ciąży a mija już prawie 2 lata, nie kochaliśmy się (nie
mówię tu o jakiejś formie pieszczot, które się zdarzają- a niech się chłop
nacieszy !), bo żona nie ma na to najmniejszej ochoty, a właściwie napawa ją
to wstrętem (nieważne jak bym się starał i to aranżował- wszystko na nic). I
niestety pod tym względem jestem "normalnym" facetem i nie wystarczy mi
szklanka zimnej wody. Można by powiedzieć, że to wszystko wygląda tragicznie,
ale okresowo bywa nieźle lub dobrze (były dłużśze okresy bez żygania),
niestety mam wrażenie, że te okresy są coraz krótsze. Mimo to staram się
jeszcze uratować nasze bycie razem, uchronić dzieci przed smutkami rozbitej
rodziny i pewnie boję się też przyznać do ostatecznej porażki. Właściwie nie
wiem na pewno(a pewnie jest to podstawowe), czego chce w tej sytuacji moja
kobieta. Niestety coraz trudniej nam się rozmawia i tak sobie żyjemy od
jednej beznadziejnie głupiej karczemnej kłótni (którą prowokuje ona) do
drugiej. Ciekawy jestem waszych opinii ale wiem, że nie ma tu dobrego wyjścia
(poza próbą dobrej profesjonalnej terapii- ale pewnie do tego nie dojdzie).
Pozdrawiam.