nie moge dac sobie rady sama ze sobą

03.12.04, 12:14
od kilku miesięcy czytam Wasze forum i czasami myślę że nie jest ze mną tak
źle, a czasem ze wręcz przeciwnie, zwłaszcza jak sie napcham, zwyrzygam i
pójdę na balkon zapalić, zastanawiając się czy aby pozbyłam się wszystkiego-a
na więcej prób nie mam siły narażać swojego gardła i - oczywiście- chcę miec
jak najmniej opuchnieta twarz, o ile to w ogóle możliwe przy takim
rewelacyjnym trybie życia. Mam 26 lat, po raz pierwszy zwymiotowałam w wieku
13 lat najgorszy okres to chyba liceum - nieprzystosowanie, toksycznie
histeryczna matka i takie tam. Kiedy poszłam na studia niby było lepiej- moze
wiecej sie dzialo a moze szkoda bylo mi kasy no nie wiem teraz jak to pisze
widze jakie mam dziury w głowie. ale teraz nie moge dac sobie rady. były
okresy ze nie mialam zachowań bulimicznych nawet rok natomiast obsesji na
punkcie jedzenia nie mogłąm sie pozbyc nigdy, czasami mysle ze to dlatego ze
nie jestem szczesliwa wtedy uciekam w swoj jedzeniowy swiat, przez to stałam
sie osobą ma maxa sztywną wyobcowaną beznadziejną bez przyjaciól w chwilach
wisielczego homoru zastanawiam sie jakim cudem udalo mi sie zlapac męża
(który oczywista nic nie wie) nie mowiac juz o tym co on we mnie widzi - i
nie chodzi tu o fizycznosc.
    • honey88 Re: nie moge dac sobie rady sama ze sobą 04.12.04, 10:14
      6 lat to sporo...jesli chesz sie leczyć z tego...powedz męzu...wiem ze to
      trudne...wiem ze łatwo sie gada...ale jesli chesz z tego wyjść musisz mu o tym
      powedziec i podjąć walke z terapeutą...inaczej nie da rady...
    • bleee2000 Re: nie moge dac sobie rady sama ze sobą 04.12.04, 15:59
      hej
      weszlam a forum i zastanawialam sie czy wejsc na tematy "anoreksja i bulimia"
      czy "uzaleznienia"... ja tez sobie nei radze. nie chce juz wiecej sie opychac,
      szczegolnie slodyczami...tak jak teraz. jest mi zle... ale nei wymiotuje bo nie
      umiem...
      • katarzyna2005 Re: nie moge dac sobie rady sama ze sobą 04.12.04, 20:35
        Wiesz, wymiotowanie jest bardzo latwe, ale nie jestem pewna, czy powinnam ci w
        tym pomoc, bo to jakby zachecanie do nalogu, sama jestem w nim od 5 lat(teraz
        w 'abstynencji') , i nauka wymiotowania to bylo odkrycie, ze to takie latwe,
        mozna bez problemu miec przyjemnosc zarcia i przyjemnosc nietycia. Ale
        pozostaja jeszcze te wszystkie negatywne efekty nalogu. Lepiej chyba probowac
        nie zrec, albo zrec takie rzeczy od ktorych sie nie tyje.

        Apropos rady dla thenebiesky pojscia do terapeuty. Ja raczej sceptycznie do
        tego podchodze (podobnie jak do roznych lekow). Mysle, ze problemy wywolujace
        nasz nalog sa tak skomplikowane, rozne rzeczy sie zazembiaja, nie jestem pewna
        czy psycholog potrafilby zrozumiec, takie analizy moglyby trwac latami zanim
        doszlibyscie do jakichs wnioskow (np, ze twoja matka byla winna, czy cos w tym
        rodzaju), a ty przeciez potrzebujesz pomocy juz teraz. Poza tym obawialabym sie
        takiej opinii, ze jestem taka infantylna bo przejmuje sie swoim wygladem, ze
        najwazniejsze powinno byc co mam w srodku. Z tym, ze ja ogolnie nie jestem
        dobrego zdania o psychoterapeutach, mysle, ze to glownie biznes, moze troche
        pomoga, ale to tak jakby komus dawac odpowiedzialnosc za twoje 'czyste zycie'.

        Jesli chodzi o leki, to obawialabym sie wszelkich substancji zmieniajacych
        swiadomosc (ja nawet rzucilam picie herbaty, kawy, by to podniecenie nie
        naklanialoby mnie do roznych wiadomo jakich zachowan).

        Wiesz, ja powiedzialam bliskiej osobie, o nalogu. I mowilam o tym jak o nalogu,
        on zrozumial (nie do konca, troche traktuje to jako cos niepowaznego, ale nie
        lekcewazy), bo ma w rodzinie osoby uzaleznione od alkoholu, i na przyklad
        rozumie, ze ja nie moge jesc slodyczy, ze mi nie proponuje sie jedzenia
        slodyczy. Ja moge o tym porozmawiac, pomarzyc sobie, znam sie na tym temacie
        przeciez, ale moje 'slodycze', to najwyzej owoce. Wiec mozesz powiedziec
        mezowi, jesli jestes pewna, ze cie wesprze a nie wysmieje.
        • bleee2000 Re: nie moge dac sobie rady sama ze sobą 05.12.04, 12:49
          witam
          co do wymiotowania, to nie umiem - i nie sadze ze sie naucze. wsadzic sobie pol
          reki jak najdalej?? raz zwymiotowac, a pozniej sie meczyc i nadwyreczac twarz
          bo to nic nie da??
          na miejscu theniebiesky powiedzialabym mezowi. to ze jest twoim mezem juz mowi
          cos za siebie... ale moze tak latwo tylko sie mowi? ja mam 20 lat i nie
          powiedzialam nikomu...
          • theniebiesky Re: nie moge dac sobie rady sama ze sobą 06.12.04, 11:16
            dziekuje za odzew. To dla mnie bardzo ważne naprawde. Dziewczynie w takiej
            sytuacji jak ja powiedziałabym pewnie- porozmawiaj z mężem, idź do terapeuty.
            Ha! Chodziłam do terapeuty jak miałam 17 lat i niewiele to dało, a męzowi
            powiedziec nie chcę - nie sądzę zeby potraktował to poważnie, również jeśli
            chodzi o pieniądze, które po prostu zwracam, a które mozna by jakoś sensownie
            spozytkować np. kupic sobie jakieś ładne rzeczy do ubrania czego nie robie - bo
            po co mam kupowac sobie spodnie przeciez gdy schudne to ich nie będę nosiła
            itp. jedyne bezpieczne rzeczy to np. bluzki czy swetry (albo buty) ale ja w
            ogole unikam sklepów i w rzeczywistości mam na sobie zlepek jakis przypadkowych
            ciuchów, w których czuję sie fatalnie, które np. kupiła mi mama (a leżą źle jak
            cholera) albo wycyganiłam od siostry- sama czuję jakie to absurdalne, nie
            podobam sie sobie wyglądam idiotycznie. To wszystko jest takie jak odkładanie
            życia na później. Jeszcze jeśli chodzi o terapeutę - wiem że problemy z
            jedzeniem są przykrywką dla innych rzeczy, teraz juz chyba nawet nie chodzi o
            wygląd jako taki, po prostu czuję że wyekploatowałam się coraz mniej we mnie
            przekonania ze zrobię coś istotnego (mam nudną, bezpieczną i wyczerpującą mnie
            pracę)moje plany wzięly w łeb, panicznie boję sie swiata, nowych ludzi,
            jednoczesnie stracilam kontakt ze starymi - dlatego chore nawyki żywieniowe są
            świetnym usprawiedliwieniem - nie mogę żyć działać robic czegos fajnego- teraz
            jem a potem musze sie tego pozbyc a to zbyt czasochłonne zeby tego czasu
            starczyło na coś innego. Sprawę ułątwia mi fakt że duzo czasu spedzam sama.
            Mam wrazenie ze stoje na jakims zyciowym zakrecie, ze juz tak dluzej byc nie
            moze i nie chodzio tu o jedzenie - ono jest tylko sygnałem ze cos tu jest nie
            tak)jest skutkiem nie przyczyną
            • martita503 Re: nie moge dac sobie rady sama ze sobą 06.12.04, 18:22
              hej
              jezeli mowa o zakretach...ja chyba tez jestem na takim...
              chcialabym pojsc do terapeuty, al enie wiem gdzie go szukac, ani jak...
              chcialabym pogadac. ja wiem ze problemy z jedzieniem to tylko przykrywka..ja
              nawet sie do myslam co moze byc nie-tak...ale co z tego jak nei moge sobie dac
              rady. chcialabym panowac nad tym co jem i jak jem i kiedy jem...

              czy jest osoba ktora pomoze? powie jak sie z tego wyplatac? bo to jest takie
              bledne kolo. czuje sie zle, jem. a potem czuje sie jeszcze gorzej, i znowu jem.
              nigdzie nei wychodze...wogole jest strasznie.

              i teraz jeszcze swieta nadchodza... jak sobie z tym wszystkim poradzic?
    • atlantyda5 Re: nie moge dac sobie rady sama ze sobą 07.12.04, 13:12
      ja z tym walcze od dwoch lat, a juz mam dosyc, chce zasnac i obudzic sie jak
      wszystko juz bedzie "po staremu" to jest-dobrze...nienawidze siebie, swojego
      ciala, nie moge na siebie patrzec...a czasami z kolei czuje sie wspaniale, jak
      nic nie jem, czuje lekkosc, albo jak ktos na mnie spojrzy i sie usmiechnie...
      chodzilam do psychologa, ale ostatnio mialam zly czas i przktycznie(nie liczac
      sklepu spozywczego, rzecz jasna)nigdzie nie wychodzilam, no i teraz p.psycholog
      nie ma juz dla mnie czasu... na uczelnie tez mi sie chce chodzic...marta
      • martita503 martita503 to bleee2000 07.12.04, 19:38
        pomylkowo zostawilam post, pod drugim loginem..pod martita duzo znajomych mnie
        rozpoznaje.. przez chwile sie wystraszylam..co to bedzie jak to przeczyta, i
        pozna ze to ja. ale teraz niech wie.

        pezrznaje sie. jestem chora.
        jestem uzalezniona od jedzenia.
        i mam tego dosc
      • martita503 Re: nie moge dac sobie rady sama ze sobą 07.12.04, 19:41
        czy ktos wie jak mozemy sobie pomoc?
        ostatnio bylam na kopenhaskiej diecie. jedyna dieta ktora przeszlam do konca,
        wytrzymalam. trwala 13 dni. pewnie dlatego ze jest narzucony rygor. jak ja sama
        mam wybrac co zjec...to zazwyczaj jest to wsystko..i czarna rozpacz..
        marta
        • katarzyna2005 Re: nie moge dac sobie rady sama ze sobą 08.12.04, 18:58
          A na przyklad, nie odchudzac sie, ale sprobowac jesc rzeczy od ktorych tak sie
          nie tyje, no wiadomo, warzywa, kasze, chude mieso, i jesc dosc duzo, aby nie
          czuc glodu? Czyli nie zyc z mysla ze sie odchudza, czyli mecze, bo uczucie
          glodu mysle jest najgorsze dla bulimiczki, od tego najszybciej do ataku.
          Wydaje mi sie, ze jak ktos mysli o porzuceniu nalogu, to bardzo ryzykowne jest
          odchudzanie sie. Ale tez nie mozna jesc 'normalnie', czyli ciasta, itd, bo
          przytycie 3 kilo w ciagu tygodnia byloby bardzo realne, czyli czulybysmy sie
          jeszcze gorzej.
          • katarzyna2005 Re: nie moge dac sobie rady sama ze sobą 08.12.04, 19:31
            cont
            A co do wyeksploatowania.
            Wiesz, bylam na takiej wycieczce, tydzien, duzo sie dzialo, mialam malo kasy,
            tzn wolalam przeznaczyc ja na inne rzeczy niz jedzenia, i nie bylo 'akcji', nie
            bylo tez okazji, bo ciagle w grupie, itd, ale tez nie ciagnelo mnie. Bo ciagle
            cos sie dalo. I mysle, ze czesto ten nalog to taka bardzo latwa przyjemnosc. A
            gdyby tak bylo cos rownie interesujacego? Czy my nie robimy tego czesto z
            nudow?

            Szkoda, ze masz prace, ktora cie nie pasjonuje, moze sprobowalabys w wolnym
            czegos, co byloby dla ciebie interesujace, moze moglabys zastapic nalog zarcia
            innym, bardziej pozytecznym dla duszy?

            Wiem ze to tak latwo dawac rady.
    • hiver Re: nie moge dac sobie rady sama ze sobą 18.12.04, 21:31
      hmmm... mam 21 lat studiuję psychologię i filozofię i też mam dziki problem z
      bulimią anoreksją odchudzaniem. zdecydowałam się naterapię. zaczynam 31
      stycznia. a teraz biorę fluoksetynę, żeby zachciało mi się najpierw żyć, potem
      terapować.
      • angie99 Re: nie moge dac sobie rady sama ze sobą 19.12.04, 13:43
        terapia jak najbardziej pomaga. I sadze, że średnio rozsadne jest zeby na jej
        temat wypowiadal sie ktos kto jej nie przeszedl (a tak wnioskuje), czy ktos kto
        nie mam o niej bladego pojecia. Terapeuta pomaga, a teksty w stylu "po latach
        uslyszysz ze wszystkiemu byla winna twoja matka bo nie karmila cie piersia" sa.
        let's say idiotyczne i pozbawione wyobrazni. Przeszlam terapie, pomogla mi.
        Znam wieeeeeeeeeeeeeele dziewczyny ( i nei tylko) z ED, ktorzy dzieki terapi sa
        w 100% zdrowi, ciesza sie zyciem, czerpia z niego calymi garsciami i moga zyc
        normalnie.
        Terapia pomaga, powinno sie jej sprobowac.
        A co do mowienia o chorobie bliskim, to bardzo zlozony temat. Bo jesli chce sie
        powiedziec bo podswiadomie sie czuje "powiem mu, niech on tez ma z tym problem"
        to skladnie odpowiedzialnosci za nas na kogos innego. Bo zastanow sie po co
        chcesz mu powiedziec? (w tym miejscu zaznaczam ze nie propaguje postrawy
        ukrywania sie z choroba) Przeciez on wiedzac o tym powinien traktowac cie
        zupelnie tak samo jak by o chorobie nie wiedzial. Nie bedzie sie za ciebie
        leczyl, nie bedzie trzymal za raczke i prowadzal do lekarza, nei bedzie glaskal
        po glowce i mowil, ze wszytko bedzie dobrze bo to nic takiego. Nie bedzie tego
        robil bo w ten sposob tylko by cie skzywdzil. Jestes chora bo za taka sie
        uwazasz, problem w tym zebys nie myslala o sobie "jestem bulimiczka,
        anorektyczka" tylko "jestem wspaniala kobieta, ktora ma problem z ktorym, sobie
        poradzi bo moze to zorbic jesli tylko chce"...

        wiem ze moj post wydaje mi sie chotyczny, zapewne taki tez jest, ale nie mam
        cierpliwosci wypisywac tutaj calych elaboroatow, ktore juz nie raz pisalam ze
        znajomyumi na forum.glodne.pl chcecie zrozumiec to zajrzyjcie tam i
        poczytajcie.
        pozdrawiam,
        Angiee

        ***Posty z radami jak wymiotowac czy innymi radami jak wpedzac sie w chorobe
        beda zglaszane do moderatora i usuwane.
        • bleee2000 Re: nie moge dac sobie rady sama ze sobą 19.12.04, 15:53
          a gdzie mozna znalesc terapeute..?? mieszkam w malej miejscowosci:/ wolalabym
          zeby nikt nie wiedzial...
          studiuje w zielonej gorze..moze tam? do kogo sie zglosic?
          • angie99 Re: nie moge dac sobie rady sama ze sobą 19.12.04, 19:19
            musisz poszukac :-) szukanie to juz czesc terapii bo wymaga skupienia duzej
            sily na tej czynnosci- ale sie oplaca. Podzwonic trzeba, poszperac w necie,
            oczywiscie zajrzec tutaj forum.glodne.pl ( jest temat o terapeutach :-
            ) ),zaytac lekarza w przychodni lub szkole. Moza poszukac w lokalnych gazetach,
            w dzile ogloszen medycznych ( no i jak sie juz cos znajdzie to warto dowiedziec
            sie o kompetencje terpeuty i ewentualne doswiadczenie w leczeniu ED). To moze i
            brzmi strasznie, ale az takie trudne nie jest.

            Zycze powodzenia.

            A i jeszcze jedno, nie licz na to ze terapia to cos takie gdzie sie chodzi i
            potem jest juz z dnia na dzien coraz lepiej. Terapi to bardzo ciezka praca,
            trzeba duzo myslec, uczyc sie wielu rzeczy na nowo, ale czy nie jest to mala
            cena jaka przyjdzie zaplacic za wlasne szczescie?? :-)

            pozdrawiam,
            Angiee
Pełna wersja