Dodaj do ulubionych

Rozpoczynam walkę o życie :-)

05.02.05, 08:52
To ja, wiecie kto. Trzymajcie kciuki, biorę byka za rogi. Nie dopuszczam
myśli o kolejnej porażce. Zachęcam niezdecydowanych: dołączcie! Razem
raźniej, razem łatwiej! Nie marnujmy sobie życia. Nie możemy liczyć na to,
że 'B' sama da nam spokój, my musimy się jej pozbyć, my same musimy ją
wyrzucić z naszego życia! Więc do dzieła! Będzie bardzo ciężko, ale trzeba to
przetrwać. W końcu to walka o nasze życie.
Obserwuj wątek
    • wodnik73 Re: Rozpoczynam walkę o życie :-) 05.02.05, 12:46
      Yesstem, fajnie, że jesteś :)

      "Masz w tej chwili idealnego partnera - samą siebie. ... spędzisz ze sobą całe
      życie. Ciesz się z tego związku. Spraw, by był jak najlepszy i przepełniony
      miłością. Bądź dla siebie dobra. Pokochaj swoje ciało. Będzie ono z Toba przez
      całe życie. Jeśli jest coś , co chiałabyś zmienic w swojej osobowości, zmień
      to. Rób to z miłością i radosnym uśmiechem, mnóstwem usmiechu"
      "Zaprzyjaźnij się ze swoim ciałem. Odzyskaj je. Niech stanie się dla Ciebie
      miejscem ciepłym i przyjaznym, oazą bezpieczeństwa....ciało to nie opakowanie,
      nie środek lokomocji. Twoje ciało to Ty. Stanowicie jednośc, to ono pozwala Ci
      życ i kochac"
      trzymam kciuki, damy radę !!!
    • yesstem Już 2-gi dzień 06.02.05, 09:12
      Pierwszy dzień przetrwałam. Nie bez słodyczy - jak chciałam, ale bez ataku.
      Było ciężko. Najważniejsze, że się udało.

      Dziś dzień 2-gi i próba sił: obiadek rodzinny... Dam radę. Muszę.
      • marilka123 Re: Ja też zaczynam 06.02.05, 09:42
        Wkurzały mnie kiedys posty ludzi,którzy dekralowali sie,ze już kończą a i tak
        wracają na tą stroną i opowiadają jak nic im znowu nie wyszło,jednak ja jestem
        teraz pewna,ze mi się uda,na 100% będę pisac jak mi idzie.Na wesele,które będzie
        w kwietniu będzie ze mnie taka laska,ze juz się cieszę
        • yesstem Re: Ja też zaczynam 06.02.05, 09:49
          A chcesz się wyleczyć czy schudnąć? Bo odchudzanie zdecydowanie nie sprzyja
          wychodzeniu z choroby. Niedojadanie sprzyja atakom - niestety. Sama tego
          doświadczyłam wielokrotnie. Trzeba ustalić prirytety. Ale życzę Ci sukcesu,
          jakkolwiek go definiujesz.
      • 30stka Re: Już 2-gi dzień 06.02.05, 23:07
        Yesstem pamiętaj, że tym razem musi się udać!!!
        Myśl już o tym, jak masz mnóstwo czasu dla dziecka, jak uczysz go życia i
        dzielisz się z nim swoją radością...
    • yesstem Dzień 3-ci - PRZESŁODZONY 07.02.05, 16:24
      Wiecie co się stało? Zaczęło się w pracy. Zostałam na 1 dzień przeniesiona
      na zastępstwo, sytuacja stresująca, bo nie byłam "u siebie". Nerwy. Jakoś sobie
      radziłam, ale momentami czułam się jak matoł, który nic nie wie. W wolnej
      chwili zaczęłam sobie rozmawiać ze znajomą osobą. Poruszone zostały trudne
      tematy dotyczące mojego życia. Zdenerwowanie chwilami po drżenie rąk (bolesne
      wspomnienia). Czułam głód, albo raczej potrzebę jedzenia... Standard: 1)stres -
      > 2)jedzenie -> 3)atak. Tym razem punkt 3) wyglądał nieco inaczej niż zwykle. W
      drodze do domu coś słodkiego. Bardzo mi się chciało. Jeszcze jeden sklep -
      jeszcze jedno coś słodkiego. A co tam... Dziecko z przedszkola i prawie galop
      do domu, bo tam mam coś dobrego - coś słodkiego... W domu jedno słodkie, drugie
      słodkie, trzecie słodkie... Nie mogłam się powstrzymać. W międzyczasie weszłam
      na to forum. Przeczytałam m.in. Wasze słowa do mnie i pomyślalam, że to nie
      może się skończyć tak jak zwykle. Ataku nie mogłam już zatrzymać, on już trwał.
      Postanowiłam jednak, że choćbym nie wiem ile pochłonęła, nie zwymiotuję. Nie
      mogłam zrobić tego sobie, nie mogłam zawieść Was. Tak więc napchałam się
      słodkim, ale myśl, że nie zwymiotuję, powstrzymała mnie przed szaleńczym
      obżarstwem. Jestem zła na siebie, że dopuściłam do ataku, jestem zła, że teraz
      cierpię fizycznie (pełny brzuch i przesadna słodycz) i psychicznie (duuużo
      kalorii -> tycie), ale jestem dumna, że to przerwałam i nie wymiotuję. Trudno,
      to się nazywa ponosić konsekwencje. Następnym razem może do tego nie dopuszczę
      mając w pamięci to jak się teraz czuję. Do końca dnia już nie będę jadła. Muszę
      to zapić (nie mam na myśli alkoholu rzecz jasna!). Do jutra jakoś przetrawię.

      Postanowiłam, że słodycze porzucę na okres Wielkiego postu, jak robi to wiele
      osób (jutro jeszcze może sobie pozwolę). Nie wiem, czy przetrwam aż tyle,
      próbowałam już kiedyś, ale się nie udawało. Spróbuję. Tymczasem odchodzę od
      kompka, idę jakoś przeżyć resztę tego zbyt słodkiego dnia...
      • maybe123 Re: Dzień 3-ci - PRZESŁODZONY 07.02.05, 17:40
        > Postanowiłam jednak, że choćbym nie wiem ile pochłonęła, nie zwymiotuję. Nie
        > mogłam zrobić tego sobie, nie mogłam zawieść Was. (...) myśl, że nie
        > zwymiotuję, powstrzymała mnie przed szaleńczym obżarstwem.
        > (...) jestem dumna, że to przerwałam i nie wymiotuję. Trudno,
        > to się nazywa ponosić konsekwencje. Następnym razem może do tego nie
        > dopuszczę mając w pamięci to jak się teraz czuję.

        bardzo slusznie jestes dumna z siebie!!! ja podobnie zaczelam moje wychodzenie
        z B. i teraz mam juz cos ze czterdziesci dni za soba, po 15 latach chorowania.
        Jak wiedzialam ze nie zwymiotuje, to ograniczalam to co zjadlam. A jak
        przejadlam, to mowilam sobie - no tak, poczuj jak to jest, jakie sa
        KONSEKWENCJE takiego wyboru. I zauwazylam ze w wielu sprawach w zyciu niby
        podejmuje decyzje, ale unikam konsekwencji - np. umawial sie z kims wiedzac, ze
        odwolam, itd. Obawa, a wrecz wstyd by nie zawiesc innych tez mnie
        powstzymywaly, i choc to troszke negatywny sposob, to dziala.

        trzeci dzien sukcesu, i to z taka bitwa ze slodyczami, to OGROMNE
        osiagniecie !!! tak trzymaj! takie dni z pokusa beda wracac, ale miedzy nimi
        coraz wiecej spokoju i dobrego samopoczucia.

        Co do slodyczy, to dodanie bialka do posilku (powtarzam to do znudzenia w
        kazdym liscie, ale to naprawde dziala) pomaga przerwac "chcice". Na przyklad
        zrob sobie jajecznice z 2 jajek, a potem jesli nadal Cie ciagnie to cos malego
        slodkiego i np. kawe. Sprobuj. warto.
      • 30stka Re: Dzień 3-ci - PRZESŁODZONY 07.02.05, 18:41
        Karolina, nic się takiego tragicznego nie stało. Zastanawiam się tylko jak
        Cię "uzbroić" na przyszłość, aby taka rozmowa na Twój temat nie powodowała
        paniki i chęci "ucieczki". Może są jeszcze pewne sprawy, z którymi musisz
        zrobić niejako porządek - tak jak sprząta się porozrzucane zabawki po dziecku
        (ten przykład pewnie jest Ci znajomy :)). Pokaż ludziom nową twarz - osoby
        świadomej swoich wyborów i odpowiedzialnej za nie (wiem, to jest chyba w
        pewnych sytuacjach najtrudniejsze) i nie bojącej się ponosić konsekwencji (to
        już dzisiaj w pewnym sensie pokazałaś!). Pomalutku stąpaj ku wyzdrowieniu,
        dawaj sobie jak najwięcej czasu na "przebywanie z sobą" - zaglądaj do swojej
        duszy i jeśli widzisz tam smutek, szukaj na niego jakiegoś lekarstwa (tylko nie
        słodyczy!!).
        Pozdrawiam serdecznie, wciąż trzymam kciuki, Magda
              • katarzyna2005 Re: Dzień 3-ci - PRZESŁODZONY 08.02.05, 15:39
                Ja tez do znudzenia to samo. Chec na slodycze - wcinasz bulke (grahamke), albo
                dwie, 2 jablka (albo bulke, 2 jablka, bulke, bo bulka sie zapychasz). Dobrze
                przedtem wode. Najpierw zrob to (gdy juz wiesz, ze bedzie atak), po prostu
                zrob, jedz powoli (zmus sie do powolnego jedzenia), mozesz nawet myslec, ze w
                to nie wierzysz. Przejdz sie kawalek. I zobaczysz, duza szansa, ze zadziala
                (tylko absolutnie nie rzygaj po tych bulkach, o martwieniu sie o linie nie ma
                wtedy mowy, wtedy najwazniejsze jest ratowanie Cie przed atakiem). U mnie
                ZAWSZE dzialalo. Pozdrawiam.
                • yesstem Re: Dzień 3-ci - PRZESŁODZONY 08.02.05, 21:59
                  Muszę rzucić te cholerne słodycze... M U S Z Ę !!! Tylko jak? Już nie wiem czy
                  kląć czy płakać, nie wiem już czy to głupota, czy bezsilność, czy wolny
                  wybór... Nie rozumiem sama, co mną kieruje, nie pojmuję... Czasem mi się
                  wydaję, że pokonam wszelkie przeciwności, a za chwilę czuję się zupełnie
                  bezradna. Nie radzę sobie! Ciągle próbuję i ciągle nie wychodzi. Dlaczego???
                  Dzisiaj wystarczyło, że zostałam poczęstowana jedną małą czekoladką i
                  oczywiście nie odmówiłam (sobie!), a potem ciąg... Znowu jest BARDZO ŹLE...
    • yesstem I znowu od początku... 10.02.05, 15:56
      Ostatnio miałam same wpadki, wczoraj to już załamałam się na maxa. Mąż był
      świadkiem mojego obżarstwa, a potem rzygania. Kiedy widział, jak wsuwam jedną
      rzecz po drugiej, już wiedział jak to się skończy. On już poznał te moje
      stany...

      Dzisiaj znowu próbuję przeciwstawić się największej zmorze mojego życia. Staram
      się jeść NORMALNIE. Zjadłam dwie kromki chleba z wędliną na śniadanie, wypiłam
      kawę z mlekiem. Byłam na zakupach ( w pracy wzięłam wolne, żeby sie trochę
      zrelaksować), zjadłam moje ulubione ciastko (nie potrafę całkiem się oprzeć
      słodyczom, ale to jak na razie jedyna słodka rzecz dzisiaj). Na obiad sałatka
      warzywna i wątróbka na wpół surowa (witaminki i żelazo). Potem zobaczymy... Nie
      twierdzę, że wygrałam ten dzień, bo sie jeszcze nie skończył, ale idzie mi
      nieźle. Nie jestem głodna, to najważniejsze.

      Znaczyłam w kalendarzyku kolejne 'czyste' dni na zielono: 1...2...3...itd. Ale
      po tamtych szczęśliwych 50-ciu najdalej doliczałam do 3-4, a potem
      korektorowałam i zaczynałam kreślić od nowa... To bez sensu. Postanowiłam to
      zmienić. Od dziś nie będę bawić się w wyliczankę. Będę pod szczęśliwą datą
      rysować piękną zieloną kropę. Bez odliczania. Po prostu będę dążyć do tego, by
      tych zielonych kropek było jak najwięcej. Myślę, że w razie porażki lepiej
      zniosę widok dnia bez kropki, niż cyferki (i znowu dopiero) '1'.
      • iiifa Re: I znowu od początku... 10.02.05, 16:33
        yesstem - bądź twarda!! Wytrzymasz! Z tymi zielonymi kropkami - fajny pomysł.
        Też spróbuję :*
        Walczę od wczoraj. Z okazji postu - walka z b. i niejedzenie słodyczy. Mam
        nadzieje ze wytrwam. Będę twarda.
      • yesstem Zielono mi... :] 10.02.05, 20:31
        Dzięki kobitki za ciepłe słowa! Trzymam się, choć im później tym ciężej.
        Zjadłam właśnie trzy kruche ciasteczka, ale przecież to niewiele. Kto
        powiedział, że mam całkiem rezygnować ze słodkiego? Ważne by kontrolować
        ilości. Tak czy inaczej dzisiaj zasłużyłam na pierwszą wielką zieloną kropę w
        moim kalendarzyku i chociaż bardzo mi brakuje sesyjki z pysznościami to jestem
        z siebie bardzo dumna!
          • 30stka Re: PS: Zielono mi... :] 10.02.05, 23:58
            Ja też uważam, że nie można sobie odmawiać wszystkiego. Podziwiam
            Katarzynę2005, że potrafi żyć bez słodyczy, ale u mnie to po prostu nierealne.
            Szczerze mówiąc wogóle się tym nie przejmuję i nie rozmyślam nad każdym
            ciasteczkiem, bo to wywołuje obłęd. Chcesz zjeść ciasteczko? - dobra idź i je
            zjedz (i odchacz wtedy w głowie, że już je zjadłaś i jest Ci po tym lepiej). A
            potem czem prędzej bierz się do jakiejś roboty, żeby nie myśleć o następnym ;-)
            Pozdrawiam, M
        • niobe5 Re: Zielono mi... :] 10.02.05, 20:34
          Ciasteczka nam sie naleza bo jestesmy fajne kobitki :)
          --
          A jakie jest największe kłamstwo świata? - To mianowicie, że nadchodzi taka
          chwila, kiedy tracimy całkowicie panowanie nad naszym życiem i zaczyna nim
          rządzić los. W tym tkwi największe kłamstwo świata. Paulo Coelho
          • wodnik73 Re: Zielono mi... :] 11.02.05, 09:36
            Ciasteczka są pysze :)
            Dam sie pokroić za sernik mojej mamy ;)
            Ale największą słabość mam do czekolady. Zawsze po zjedzeniu jej rozgrzeszam
            się tym, że "zawiera w swoim składzie potas, wapń, magnez, żelazo (głównie
            gorzka) i witaminy z grupy B. Kakaowe ziarno zawiera też teobrominę, substancję
            pobudzającą, która działa podobnie jak kofeina (ta również znajduje się w
            czekoladzie!), ale nieco łagodniej. Uważa się, że teobromina uwalnia z mózgu
            endorfiny - substancje wpływające na nastrój i pozytywne emocje :)
            • katarzyna2005 Re: Zielono mi... :] 11.02.05, 17:15
              Uwaga, to ja, wasz ponury maniak anty-slodyczowy.
              Wiec jesli konczy sie na 1 ciasteczku, to ok, ale czy czesto tak sie zdarza?
              Nie spotykalybysmy sie tu, gdyby tak bylo, prawda? (oczywiscie nie mowie o
              takich szczesciarach, jak 30tka, ktora 'jakos tak nie tyje', i moze te rozne
              rzeczy jesc).

              Yesstem, a sprobowalas najesc sie dobrymi, nietuczacymi rzeczami? Bo taka mala
              salateczka z mala watrobeczka to moze byc za malo, czujesz sie glodna i
              dodajesz te ciasteczka. No tylko, zeby potem nie rzygac, gdy sie ma wypelniony
              brzuch (mimo, ze dobrymi rzeczami, od ktorych nie przytyje sie), to jest trudne.
              • yesstem Odp. do Katarzyny 13.02.05, 09:24
                Ja NIE POTRAFIĘ tak jak Ty. Wiem, że tak byłoby najlepiej: słodycze precz! Ale
                ze mną jest tak, że im bardziej chcę je odstawić, tym bardziej nie wychodzi i
                efekt jest odwroty do zamierzonego: po niedługim czasie rzucam się na nie, bo
                już nie mogę wytrzymać i atak murowany. To nie jest wyjście dla mnie.

                A co do 'sałateczki' i 'wątróbeczki' to wcale nie były takie znowu małe! Czułam
                się po nich pełniutka. Ciasteczka były kilka godzin później i one były
                malutkie. I jeszcze tak dodam odp. do postu w Twoim wątku: nie kupuję tych
                ciężkich sklepowych sałatek, robię sama i wiem, co jem.
    • yesstem Raz na wozie, raz pod... 13.02.05, 09:46
      Piątek był czarny... Dwa ataki :(( Pierwszy - można rzec, że zaplanowany.
      Kiepskie samopoczucie od rana, w pracy szał, a mnie szło jak po grudzie...
      Bulimia zaszeptała mi do uszka, że jest taki sposób na polepszenie nastroju...
      Jak tylko wyszłam z pracy, do sklepu (i do przedszkola po dzieciaka) i już w
      drodze do domu zaczął się szał pochłaniania. To był 'słodki' atak. Drugi był
      jak mąż wrócił z pracy. Zostawił za dużo sałatki, która nie mogła się przecież
      zmarnować... Jego obecność już nie jest przeszkodą (jeśli nie dzieje się TO
      zbyt często), bo już zauważył, że mnie czasem coś takiego spotyka i jakoś nie
      robi to na nim zbyt wielkiego wrażenia :( (pewnie dlatego, że myśli, że to
      tylko raz na jakiś czas i nie ma pojęcia, jaką cenę dosłownie za to płaci...)
      Tak więc kiedy wypchałam się wielką ilością sałatki, wiedziałam, że coś będę
      musiała z nią zrobić. Dopchałam się więc jeszcze wieloma kromkami chleba, a
      niedługo później... Po tych aktach wpadłam w rozpacz... Załamałam się. Jak
      można aż tak utracić nad soba kontrolę... W tym momenccie glęboko nienawidziłam
      bulimię i jedzenie, choć jeszcze kilka godzin wcześniej nie traktowałam tego
      jako aż tak wielkie zło. Znów zrodziła się we mnie nieodparta chęć zamordowania
      mojej faływej przyjaciółki...

      Sobota była bardziej szczęśliwa, ale nie do końca. Obiadek był zamawiany
      telefonicznie i baaaaardzo kaloryczny... Czułam go w żołądku do samego
      wieczora. Kolacji nie było tylko... trzy czekoladki i kawałeczek placka, który
      upiekłam dla gości na niedzielę. Najważniejsze, że bez ataku.

      Dzisiaj rano wstałam z dziwnym uczuciem pełności w brzuchu. Widać ten obiadek
      był jeszcze bardziej kaloryczny niż mi się zdawało... :(( Weszłam na wagę i
      szok: pół kilo w górę! Niby chuda jestem i nie zaszkodzi mi to, ale skoki wagi
      własnie w tym kierunku bardzo źle na mnie działają... Humor od razu do d...
      Niobe ma rację: wagę należałoby wyrzucić.
      • 30stka Re: Raz na wozie, raz pod... 13.02.05, 11:06
        Cześć Karolina!
        Wogóle nie przejmuj się tą wagą. Przecież nawet jak wypijesz 0,5 litra wody
        (ona nie ma przecież kalorii), to waga siłą rzeczy też pójdzie 0,5 kg w górę. A
        poza tym u zdrowego człowieka waga może wachac się w granicach nawet jakichś
        1,5 - 2 kg w przeciągu nawet kilku dni. Ja nieraz mam 1 kg w górę, nieraz 1 w
        dół - to jest NORMALNE!!!
        Pozdrawiam, Magda
        PS
        Dziś jest piękna pogoda - proponuję przejść się na miły spacer z
        dzieciaczkiem ;-)
      • niobe5 Re: Raz na wozie, raz pod... 13.02.05, 12:17
        Ja tez mialam czarne dni... tzw ciag, ktory mam nadzieje przerwac dzisiaj. Moj
        problem polega na tym, ze kiedy zdarzy mi sie jakas nieprzyjemna sytuacja (jak
        ostatnia z szefem) i nawet jak zapanuje tego nieszczesnego dnia nad atakiem to
        stan napiecia i tak utrzymuje sie tak dlugo (nawet pare dni), az nie najem sie
        i zwymiotuje. Dopoki tego nie zrobie jestem zdenerwowana, jem duze ilosci
        jedzenia, ktore powoduja wyrzyty sumienia, nie potrafie sie skupic i nie moge
        walczyc dalej. Zupelnie nie wiem co z tym zrobic :(. Tak bardzo chcialabym z
        tego wyjsc, tak bardzo sie staram i jakos mi to nie wychodzi... Kazdy maly
        problem doprowadza do ataku i nie potrafie sobie z nim inaczej poradzic.
        Zgadzam sie z tym, ze bardzo wazne jest wyciszenie sie, ale niestety nie jest
        to w moim przypadku mozliwe - praca, rozne problemy zwiazane z zyciem w obcym
        kraju, itd.

        Moj chlopak staje sie bardzo nerwowy jak mam atak. Powiedzial mi wczoraj, ze
        czuje sie strasznie bezsilny, ze nic nie moze zrobic, ze nie moze mi pomoc.
        Czym wiecej jem tym bardziej on jest zdenerwowany. Boje sie, ze jemu tez
        zniszcze zycie to moja choroba.. Ach widzicie w jaka depresje wpadlam :(

        Pozdrawiam cieplo

        PS. U nas w Anglii tez sloneczko swieci - przynajmniej to dobrze :)
        --
        A jakie jest największe kłamstwo świata? - To mianowicie, że nadchodzi taka
        chwila, kiedy tracimy całkowicie panowanie nad naszym życiem i zaczyna nim
        rządzić los. W tym tkwi największe kłamstwo świata. Paulo Coelho
        • niobe5 Re: Raz na wozie, raz pod... 13.02.05, 15:58
          Jeszcze wracajac do tego co napisalam...
          Zdalam sobie sprawe, ze po 10 latach chorownia zupelnie nie potrafie radzic
          sobie z najmniejszymi nawet problemami jak ... wiecie jak.
          Mam sposoby, i sa one skuteczne, na uciekanie od choroby i walke z atakami.
          Jednakze zupelnie nie potrafie z nia walczyc kiedy pojawia sie jakis problem.
          Wtedy zaden ze znanych mi sposobow nie skutkuje. To jest jak kawalek jedzenia,
          ktory wejdzie miedzy zeby i nie mozna normalnie funkcjonowac dopoki sie go nie
          wyciagnie. Tak jest wlasnie w przypadku jakiegos problemu. Probuje go
          lekcewazyc, mozna powiedziec nawet, ze w rzeczywistosci on znika, ale w mojej
          glowie tkwi on nadal, dopoki go po prosty nie zwymiotuje. Jak go zwymiotuje -
          zapominam i wtedy moge normalnie funkcjonowac. Jak mam sobie z tym poradzic? Co
          robic? Czuje sie taka bezsilna.. :( Czy macie jakies sposoby na radzenie sobie
          z tym? Jak nauczyc sie zmagac z problemami w inny sposob niz przejadac je?

          Cieplutkie pozdrowienia
          --
          A jakie jest największe kłamstwo świata? - To mianowicie, że nadchodzi taka
          chwila, kiedy tracimy całkowicie panowanie nad naszym życiem i zaczyna nim
          rządzić los. W tym tkwi największe kłamstwo świata. Paulo Coelho
          • moszi_moszi Re: Raz na wozie, raz pod... 14.02.05, 00:05
            w zadnym razie nie zapijac ;-) a tak powaznie, to trudno problem unicestwic,
            jesli najprzyjemniejsza rzecza na swiecie wydaje sie byc jedzenie wlasnie. no
            ale, nie mozna sie poddawac, trzeba ciagle szukac rzeczy, czy tez czynnosci,
            bardziej przyjemnych. bardziej najprzyjemniejszych :-) samo szukanie tez moze
            byc zajmujace niesamowicie.

            tak oto ujawniam sie, choc nie do konca, ja.

            wczoraj jeszcze probowalam sobie wmowic, albo raczej przekonac siebie sama, ze
            wytrzymam bez objadania sie i ze jestem calkiem zdrowa, a to moje objadanie to
            wcale nie jest takie nienormalne, niezdrowe i prawie wcale od normy nie
            odbiega. niestety, dzis znowu 'peklam'. mialam problem i go zjadlam. nie obylo
            sie oczywiscie bez wyrzutow sumienia, placzu, pukania sie w glowe i inych tym
            podobnych czynnosci. postanowienie, ze od jutra bedzie juz inaczej, to staly
            punkt programu. chce, zeby w koncu sie udalo. chcialabym. za Was wszystkie tez
            trzymam kciuki. bardzo mocno.

            pozdrawiam serdecznie.
          • wodnik73 Re: Raz na wozie, raz pod... 14.02.05, 11:58
            ..może je rozwiązywać ...???
            ...bo nie ma sytuacji bez wyjścia, nie ma takiego problemu, którego nie dałoby
            się rozwiązać.
            Bo to jest właśnie kłamstwo, okłamujemy samych siebie, kiedy mówimy "nie dam
            rady, problemy mnie przerastają, życie jest okrutne, rzuca mi kłody pod nogi,
            los mi nie sprzyja".
            Nasz los leży w naszych rękach. Życie to łódź, a my jesteśmy jej sternikami. Bo
            jeśli w czasie burzy nie chwycimy steru mocniej, z całych sił, tylko
            uciekniemy pod pokład..to utoniemy.


            Nie tońcie dziewczyny tylko mocno trzymjacie za ster, warto przetrwać złą
            pogodę, bo po burzy zawsze jest słońce :)
            • iiifa Re: Raz na wozie, raz pod... 14.02.05, 12:31
              już to kiedyś pisalam: decydujemy same o sobie i takie traktowanie siebie to
              ogromny problem. łatwo jest powiedzieć komuś rzuć palenie --> dla osoby która
              nie pali nie byłoby problemu (np. dla mnie). Natomiast bulimia to choroba która
              atakuje kiedy dzieje sie w okół nas źle, tj. w chwilach stresu,
              zdenerwowania...
              Ja zauważyłam ze kiedy sie denerwuje to natychmiast musze coś wsadzić do buzi.
              Nie może to być guma do rzucia, czy jakiś napój. Musi to być najlepiej kawałek
              chleba!!
              Muszę głębiej zajrzeć w tą chorobe. Poszukać prawdziwej przyczyny u siebie.
              Jaka ja byłam głupia na początku -- schudłam bardzo dużo, bo wymiotowanie
              traktowałam zupełnie inaczej wtedy. Wtedy jeśli jadłam obiad a potem
              wymiotowałam to obiad uważałam za zjedzony i głodu nie czułam (wiadomo mózg),
              teraz jest zupełnie inaczej. Jak tylko zwymiotuje jest myśl "ze przeciez nic
              nie jadłam" i zaczynam od nowa jeść i tak w kółko. Potrafie tak kilka razy
              dziennnie - ale po co?
              PS. 6 czysty dzień. ;)
              Pozdrawiam Gwiazdki.
              • wodnik73 Re: Raz na wozie, raz pod... 14.02.05, 12:50
                Nie palę 6-ty rok. A paliłam 10 lat.
                Nie wymiotuję od 29 dni. Choruję 10-ty rok.

                Jest możliwe rzucenie palenia - przerabiałam to.
                Jest możliwe niewymiotowanie - przerabiam to.
                Jest możliwe nauczyć się rozwiązywać swoje problemy. Bardzo się staram. Nie
                zawsze udaje się zrobić to od razu. Mam jeszcze ich wiele do rozwiązania i
                wiem, że tak będzie zawsze. Nie ma życia bez problemów.
                Może w tym tkwi sedno sprawy. Żeby sobie to uświadomić.

                Życie jest szansą, schwyć ją.
                Życie jest pięknem, podziwiaj je.
                Życie jest radością, próbuj ją.
                Życie jest snem, uczyń je prawdą.
                Życie jest wyzwaniem, zmierz się z nim.
                Życie jest obowiązkiem, wypełnij go.
                Życie jest grą, zagraj w nią.
                Życie jest cenne, doceń je.
                Życie jest bogactwem, strzeż go.
                Życie jest miłością, ciesz się nią.
                Życie jest tajemnicą, odkryj ją.
                Życie jest obietnicą, spełnij ją.
                Życie jest smutkiem, pokonaj go.
                Życie jest hymnem, wyśpiewaj go.
                Życie jest walką, podejmij ją.
                Życie jest tragedią, pojmij ją.
                Życie jest przygodą, rzuć się w nią.
                Życie jest szczęściem, zasłuż na nie.
                Życie jest życiem, obroń je.

                Matka Teresa z Kalkuty
                • iiifa Re: Raz na wozie, raz pod... 14.02.05, 13:16
                  piękne, prawdziwe,
                  nie mozemy uciekać, nie mozemy sie poddawać, to nasze życie, dane tylko nam i
                  specjalnie dla nas, powinniśmy wykorzystac i przeżyć je jak najlepiej
                  potrafimy, z wdzięczności dla Stwórcy i z szacunku dla samych siebie..
                  • niobe5 Re: Raz na wozie, raz pod... 14.02.05, 13:40
                    Dziekuje za odpowiedzi. Teraz mysle sobie jednak, ze zle to ujelam mowiac
                    problem. Oczywiscie problem nalezy rozwiazac i nie ma innego sposobu :).
                    Chodzi my chyba bardziej o sytuacje, ktora wywolala stres. Sorry, ze ponowenie
                    przytocze tu przyklad z moim szefem, ale to pierwsze co przychodzi mi do glowy.
                    Tak wiec moj szef ma humory zmienne jak dojrzewajaca panienka :) - raz
                    usmiechniety i zadowolony z zycia, chwali nie na kazdym kroku, raz zdenerwowany
                    i czepiajacy sie sprawia wrazenie jakby mial mnie zaraz zwolnic.
                    Wlasnie w takich dnich strasznie mnie krytykuje i daje do zrozumienia jaka
                    jestem beznadziejna. I pomimo, ze nastepnego dnia jest znowu dobrze, jego slowa
                    siedza w mojej glowie i powoduja straszne napiecie dopoki ich nie zwymiotuje.
                    To tylko przyklad, ale chyba dobrze ilutruje o co mi chodzi. Cos mi sie nie
                    uda, skompromituje sie podczas zalatwiania jakichs spraw - no i co z tego? Nie
                    zalatwie tego dzisiaj, zalatwie jutro. Niestety... Bedzie to siedzialo w mojej
                    glowie dopoki nie zwymiotuje - i wtedy jest ok i juz jestem spokojna.
                    Jak radzic sobie z tym? Jak zapomniec, przekonac siebie, ze jedna drobna
                    porazka nie powoduje, ze jestem kims gorszym, jak nauczyc sie po
                    prostu "olewac" pewne rzeczy? Wiem, ze jest to jedyna rzecz, ktora nie pozwala
                    mi wyzdrowiec :(

                    Pozdrawiam cieplo

                    --
                    A jakie jest największe kłamstwo świata? - To mianowicie, że nadchodzi taka
                    chwila, kiedy tracimy całkowicie panowanie nad naszym życiem i zaczyna nim
                    rządzić los. W tym tkwi największe kłamstwo świata. Paulo Coelho
                    • motylek.motylek Re: Raz na wozie, raz pod... 14.02.05, 13:49
                      Witaj Niobe!

                      Jestem z Tobą! Rozumiem Cię.
                      Mam jednak pewien pomysł, zadaj sobie kilka pytań:

                      Co daje Ci ta praca, że nadal chcesz w niej tkwić, znosić nastroje szefa,
                      narażać się na tak skrajne emocje????
                      Czy plusy te wynagradzają Ci wspomniane, złe sytuacje z szefem????
                      Czy możesz wyzdrowieć będąc w tej pracy???? A czy może lepiej byłoby warto
                      zastanowić się nad zmianą pracy????

                      Pozdrawiam ciepło
                      • niobe5 Re: Raz na wozie, raz pod... 14.02.05, 14:02
                        Czesc Motylku!

                        Pracuje a Anglii, w dosyc dobrej firmie i nie bedzie mi latwo znalezc cos
                        lepszego (a generalnie praca ktora mam bardzo mi odpowiada). Dodatkowo wydaje
                        mi sie, ze zmiana pracy to zadne rozwiazanie. Ze to kolejna ucieczka przed
                        problemami. W kazdej pracy spotykamy sie z roznymi sytuacjami i ludzmi, rownie
                        dobrze moge trafic z deszczu pod rynne. Oczywiscie najchetniej wogole bym nie
                        pracowala, tylko poswiecala caly dzien na rzeczy, ktore sprawiaja mi
                        przyjemnosc. Niestety to niemozliwe i chyba nieefektywne w leczeniu bulimi.
                        Sukces polega na uczeniu sie normalnego funcjonowania i przezwyciezania
                        problemow i przeszkod, ktore spotykamy na swojej drodze. Tak robia normalni
                        ludzie i tak chcialabym i ja :)

                        Buziaki
                        --
                        A jakie jest największe kłamstwo świata? - To mianowicie, że nadchodzi taka
                        chwila, kiedy tracimy całkowicie panowanie nad naszym życiem i zaczyna nim
                        rządzić los. W tym tkwi największe kłamstwo świata. Paulo Coelho
                    • wodnik73 Re: Raz na wozie, raz pod... 14.02.05, 14:10
                      No tak, to już trochę inna bajka.
                      Ja też mam "psychicznych" szefów. Dwóch !! Prezesa i vice.
                      Wmawiam sobie, że oni tacy po prostu są, że mogą mieć gorszy dzień, że w zyciu
                      prywatnym nie są szczęśliwi
                      Ja przecież też mam humory, bywam zła i opryskliwa dla innych.
                      Z vice to jeszcze podyskutuję, ale jak prezes warczy to się robię malutka i nie
                      mam nic na swoja obronę. Potem sobie myślę "przecież mogłam powiedzieć to i to"
                      ale jak zwykle stres w takich sytuacjach odbiera mi mowę.

                      Zaczęłam sobie analizować takie sytuacje. Wiem że szef się "wyżywa" jak ktoś go
                      wkurzy. Jasne, że nie ma do tego prawa..hmm....ale mi też to się zdarza.
                      "Przerabiałam" już kilku szefów. Ten typ tak ma.
                      Statystyki podobno mówią, że ponad 80% pracowników nie jest zadowolonych ze
                      swoich szefów. Dla mnie to troszkę pocieszające.
                      A z opowieści wiem, że inni maja jeszcze gorzej. To przykre. Krytyka za wygląd,
                      wyśmiewanie, wyzywanie czy wsadzanie łap tam gdzie nie trzeba. Gdyby szefowie
                      byli w porządku nie było by Kodeksu Pracy, Związków Zawodowych, Sądów
                      Pracy....no to nie jest pocieszające, wręcz przygnebiające i przerażające.

                      Ale jak mój szef sobie krzyknie to ja mu w myślach odkrzykuję , ale nie napisze
                      jak bo mnie stąd wyrzucą ;)


                      • iiifa Re: Raz na wozie, raz pod... 14.02.05, 14:33
                        hej, optymistycznie zakończony post, dzięki.
                        Nie jesteśmy złe, wręcz przeciwnie to co mamy powinnysmy zawdzięczac tylko
                        sobie (praca, znajomi) i wyłącznie sobie.

                        Odnośnie tego stresu i porażek --> najlepiej byłoby pamietać te dobre chwile,
                        sukcesy, ten moment w ktorym byłyśmy dumne z samych siebie.
                        Wiec jeśli dzieje się coś złego (ktoś nas opieprza) to automatycznie pomyslmy
                        ze jutro bedzie lepiej. Po to są złe chwile by doceniać i w ogóle zauważyć te
                        dobre. Więc głowa do góry!!
                        • wodnik73 Re: Raz na wozie, raz pod... 14.02.05, 14:42
                          O, dokładnie, dzięki tym złym chwilom, bardziej doceniamy te przyjemne. Tylko
                          one tak często nie dają sie wyrzucić z naszej pamięci.
                          Ja mam skłonności żeby roztrząsać nieprzyjemne sytuacje i się potrafię tak
                          zdołować...przykrą rozmową, nieprzyjemnym zdarzeniem. Ale sobie często myślę,
                          że to pewnie z mojego punktu widzenia ta sytuacja była taka dołująca. Bo czasem
                          jak na to z boku spojrzeć, to przecież nic wielkiego się nie stało.
                          A jak juz się stało....to własnie, pomyślmy o tym, że jutro będzie nowy dzień,
                          lepszy oczywiście :)
                    • maybe123 Re: Raz na wozie, raz pod... 15.02.05, 01:10
                      > Bedzie to siedzialo w mojej
                      > glowie dopoki nie zwymiotuje - i wtedy jest ok i juz jestem spokojna.
                      > Jak radzic sobie z tym? Jak zapomniec, przekonac siebie, ze jedna drobna
                      > porazka nie powoduje, ze jestem kims gorszym, jak nauczyc sie po
                      > prostu "olewac" pewne rzeczy?

                      niobe, nie wiem jak olewac takie rzeczy, ale skoro juz musisz 'zwymiotowac' -
                      mozesz poeksperymentowac z innymi formami wyrzucania z siebie. Na przyklad
                      wygadac, obgadac, przegadac, nagadac na szefa przyjaciolce. Opisac tu na forum
                      jaki z niego k***as byl danego dnia.

                      Dlaczego z powodu ze on Cie zle traktuje, na dodatek Ty musisz siebie zle
                      traktowac i odchorowywac????

                      Mam nadzieje ze znajdziesz sposob ktory dziala, inny od wymiotowania. Mi
                      gadanie pomaga. Nawet czasem tak gadam i gadam za mi glupio potem, calkiem
                      jakbym zwymiotowala caly temat bez kontroli... no ale coz... jakos trwam bez B.
                      wiec trzymam sie tego sposobu...
    • yesstem Raczej pod :((( 14.02.05, 22:41
      Ale dużo postów... Chciałabym się wtrącić, ale jakoś nie mam nastroju.

      Ja niestety od wczoraj ciągnę się pod tym wozem :((( Tylko tyle jestem w
      stanie dziś napisać...

      Jutro będzie nowy dzień...
      • 30stka Re: Raczej pod :((( 14.02.05, 22:52
        Hejka Yesstem!
        Ja mam tylko dwa pytanka do Ciebie do przemyślenia na serio: 1. Dlaczego Ty się
        tego tak kurczowo trzymasz? 2. Czego boisz się stracić? (Czy stało się coś po
        tych 50 dniach czystych, że spowrotem w to uciekłaś?)
        Odpowiedz przede wszystkim sobie, tylko najszczerzej jak potrafisz.
        Pozdrawiam serdecznie, Magda
    • yesstem Spadłam chyba na samo dno, muszę się w końcu odbić 17.02.05, 17:26
      Dramat. Zupełnie sobie nie radzę. Tak źle nie było już bardzo dawno. Nie mogę
      przestać myśleć o jedzeniu, nie mogę przestać jeść. Ciągle coś wsuwam,
      wymiotuję 2 razy dziennie prawie każdego dnia. Mój mąż widzi, że robię to
      zdecydowanie częściej i denerwuje go to podobno, ale obserwuję, że jakoś
      przyjmuje spokojnie moje sesje kuchenno-kiblowe, nawet robi dla mnie zakupy w
      cukierniach na moją prośbę choć wie, czym prawdopodobnie się to skończy
      (wczoraj mu powiedziałam, żeby te prośby ignorował i nie wspominał nawet o
      słodkim, ale sama też mogę te prośby dla siebie spełniać...). Tłumaczyłam mu,
      że nie rozumiem, dlaczego to robię, że nie mogę się powstrzymać i że wcale nie
      sprawia mi to przyjemności, a wręcz przeciwnie. To wszystko prawda. A on to
      przyjmuje do wiadomości. Dziwne. Czemu mnie nie opieprzy, nie nawrzeszcy na
      mnie...

      30stko, ja nie znajduję odpowiedzi na Twoje pytania... Czegoś się boję, ale
      sama nie wiem czego. Jestem obecnie w trudnej sytuacji życiowej: problemy z
      mężem, problemy z pracą... Czuję, że utraciłam kontrolę nad całym swoim życiem
      i również nad sobą. Czuję się całkiem bezradna i słaba. Chyba wpadam w
      depresję. Pozornie jestem uśmiechnięta, rzucam dowcipem itd, ale chwilami nawet
      wśród ludzi nie panuję nad uczuciem znużenia, uzewnętrzniam poczucie
      rezygnacji, niezadowolenia, rozdrażnienia. A w domu już tylko dóóóóóółłłłłł...
      • 30stka Re: Spadłam chyba na samo dno, muszę się w końcu 17.02.05, 22:45
        Witaj Karolino!
        Martwi mnie to wszystko, co piszesz. Najchętniej to bym powiedziała - bierz
        urlop i wpadnij do mnie na parę dni. Jeśli mieszkasz niedaleko Konstancina, to
        bez jaj zapraszam! Powinnaś się wyrwać z domu choć na chwilę...

        Przytoczę Ci tu jeszcze pewną wypowiedź:
        Nie miejcie mi za złe, że piszę o tym, co nie powinno się zdarzyć, ale przecież
        nie będę kłamać, że wszystko układa się wspaniale, kiedy tak nie jest. Chcę,
        żeby każda osoba, która będzie to czytać, widziała, że można przegrać, ale nie
        poddawać się, uparcie dążyć do wyznaczonego celu, nie bacząc na przeciwności
        losu i chwilowe niepowodzenia. Raz na wozie, raz pod wozem... Samo życie!

        Pozdrawiam serdecznie! Jakby co, to mój mail - wiadomo: 30stka@gazeta.pl
      • dlaczegoj Re: Spadłam chyba na samo dno, muszę się w końcu 17.02.05, 22:50
        Boże,aż się popłakałam jak to przeczytałam!!!!! Nie mam pohjęcia jak to bie
        pomoc a tak bardzo bym chciała... Jeśli masz możliwosc przeprowadz sie np na
        jakis czas do rodziców albo rodzenstwa gdzie nie bedzie osoby ktora bedzie to
        bie POMAGAC W SAMOUNICESTWIANIU SIEBIE". Przepraszam za takie słowa ale twoj
        maz jest naprawde strasznym skur... skoro ulega twoim prosbom i w dodatku
        patrzy na twoje cierpienie!! Spytaj sie go dlaczego to robi!!!!! Zarzadaj
        wyjanienia!!!!To nie moze trwac dłuzej bo niedługo wyladujesz w najlepszym
        przypadku na intensywnej terapii z powodów...........(nie bede nawet ich pisac
        bo zadługo. Trzymam za ciebie kciuki
      • yesstem Re: Spadłam chyba na samo dno, muszę się w końcu 18.02.05, 07:46
        Kochane, dziękuję za Wasze odpowiedzi. Każdy odzew sprawia, że czuję się mniej
        samotnie w tym wszystkim, a samotność to jest coś, czego ostatnio mam chyba
        najwięcej.

        Niestety do Konstancina mam kawałek ;) W dodatku zostałam sama z chorym
        dzieckiem, bo mój małżonek wyjeżdża na weekend. Muszę więc tu tkwić, ale mam
        dziwne wrażenie, że te trzy dni w domu bez niego dobrze mi zrobią. Może uda mi
        się odpocząć, zrelaksować. Ostatnio praca jakoś negatywnie wpływa na moją
        psychikę (dziś już wolne na szczęście) i osoba mojego zupełnie zobojętniałego
        męża. Nie mogę już znieść tego, że albo go nie ma, albo jest i mnie nie zauważa.

        Co do jego osoby to on sobie nie zdaje chyba sprawy z tego, co ja przeżywam.
        Wie, że ostatnio kiepsko sobie ze wszystkim radzę, ale nie wie, co to jest to
        obżeranie i wymiotowanie. On nie wie, jak długo to trwa, jak często, a przede
        wszystkim nie ma pojęcia, że to choroba, na jakim tle i jakie niesie
        konsekwencje. Nie chcę z nim o tym rozmawiać, bo wiem, że i tak nie jest
        skłonny mi pomóc (mam wrażenie, że ostatnio obchodzi go wyłącznie jego własny
        tyłek i cierpienie, jakie mu zadałam, czego teraz bardzo żałuję i on o tym wie,
        ale to za mało),przekazałam mu tylko minimum informacji w
        ramach 'usprawiedliwienia' za pojedyncze akcje.

        Nie mam niestety rodzeństwa, kuzynostwo daleko i też nie utrzymuję z nimi
        kontaktu. Rodzice niedaleko, ale mama wiecznie pochłonięta pracą, z resztą
        nigdy nie byłyśmy sobie bliskie, a były czasy, że jej chyba nienawidziłam,
        mieszka z tatą, ale się nie kochają, nawet prawie nie rozmawiają (patologiczne
        relacje rodzinne - standard...) Do ubiegłego roku mieszkałam z nimi, ale oboje
        z mężem odkąd wzięliśmy ślub kombinowaliśmy, jak stamtąd uciec (zrobiliśmy to
        dopiero po 6 latach, zdecydowanie za późno), bo atmosfera tam była nie do
        wytrzymania (głównie przez moją matkę-despotkę). Mam 'przyjaciółkę', kiedyś
        byłyśmy sobie bardzo bliskie, godzinami gadałyśmy przez telefon, widywałyśmy
        się niemal codziennie. Wszystko się zmieniło, kiedy zaszłam w ciążę i odsunęłam
        się od życia towarzyskiego, bardzo rzadko umiała znaleźć czas, żeby się ze mną
        spotkać, bo ciągle latała gdzieś ze znajomymi. I tak już zostało, że spotykamy
        się średnio raz na 3-4 miesiące, czasem piszemy smsy, maile. Mam koleżanki z
        pracy, ale jakoś rzadko kontaktujemy się w życiu prywatnym. Czuję jakiś opór
        przed takimi spotkaniami. Sama uciekam w samotność, choć tak bardzo źle się z
        nią czuję. Nie wiem, co robić... Forum to mój azyl, chyba się już od niego
        uzależniłam.

        • niobe5 Re: Spadłam chyba na samo dno, muszę się w końcu 18.02.05, 11:18
          Yesstem - wiem co czujesz. Tez miewam takie okropne w dni i zalamuje sie wtedy
          zupelnie. Ale one przechodza.. Wiem, ze w tym stanie, w ktorym jestes nie
          wierzysz w to, ale one naprawde mijaja..
          W moim zwiazku tez byly momenty kiedy moj chlopak szedl do sklepu kupic mi
          czekolade (wiadomo po co). Nie zdawal sobie jednak wtedy zupelnie sprawy co to
          jest bulimia. Myslal, ze zjedzenie calej czekolady, albo dwoch wcale nie musi
          skonczyc sie atakiem. Myslal, ze potrafi rozpoznac kiedy mam atak. Wierzyl mi,
          kiedy mowilam, ze czuje sie swietni - po prostu mam ochote na cos slodkiego,
          jak kazdy normalny czlowiek. Nie dziwil sie kiedy pochlanialam olbrzymie ilosci
          jedzenia, bo myslal chyba, ze atak musi wygladac w ten sposob, ze jem lapczywie
          i szybko wszystko co wpadnie mi w rece, a nie powoli rozkoszuje sie jedzeniem
          jak normalny czlowiek.
          Odkad zaczelam rozmawiac z nim, mowic o bulimi, mowic co czuje - zmienil sie
          calkowicie. Wytlumaczylam mu jakie jedzenie i w jakich ilosciach prowadzi do
          ataku i co zadziwiajace, zdarza mi sie my powiedziec: "nie wytrzymam juz
          dzisiaj.., wiem, ze to zrobie". Oczywicie on nigdy nie zrozumie w pelni mojej
          choroby. Nikt kto nie byl chory jej nie zruzumie (tym bardziej, ze my same jej
          przeciez do konca nie rozumiemy).
          Nie wiem czy dobrze robie... Nie mam pojecia czy powinnismy wymagac od naszych
          bliskich zeby nam pomagali i wspierali nas. Moze powinnismy trzymac ich od tego
          z daleka? Nie angazowac ich w ta walke? Co myslicie?

          Ja postepuje troche egoistycznie i mam czasem przez to wyrzuty sumienia. Wiem,
          ze pomoc i wsparcie mojego chlopaka pomagaja mi wyjsc z choroby, wiec niejako
          wymagam od niego tego wsparcia.. Ale przeciez on tez przez to cierpi. Czuje sie
          bezsilny kiedy mi sie nie udaje.. Wymaga tez wiecej od siebie.. Kocham go ponad
          zycie i boje sie ze skrzywdze go ta choroba..

          Buziaki

          --
          Prosze... proszę nie gasić! Halo! Halo! Halo! Czy można stąd zadzwonić na
          miasto? Pytałem się o coś! Małżonka się niepokoi!
          • wodnik73 Re: Spadłam chyba na samo dno, muszę się w końcu 18.02.05, 11:43

            Dokładnie tak, Yesstem, to mija... te dołki, złe nastroje, i wiesz o tym
            przecież. Wszystkie to przerabiałyśmy i przerabiamy.....grunt to nie dać się
            zwariować i dzielnie czekać na nowy dzień. Lepszy oczywiście :)

            Niobe - odnośnie pomocy myślę, że powinnyśmy robić tak, jak czujemy w głębi
            serca. Jeśli naprawdę ta pomoc jest nam potrzebna, to oczywiście szukajmy
            wsparcia i domagajmy się go od bliskich.
            Tu pojawia się problem niezrozumienia naszej choroby, co powoduje, że nawet
            jeśli nasi bliscy chcą to nie wiedzą jak nam pomóc, co powiedzieć, jak
            pocieszyć.
            Ja jestem akurat taka "Zosia-Samosia" i wystarczy mi to, że mój chłopak i
            siostra po prostu wiedzą.
            Chociaż moja siostra akurat jest ogromnym wsparciem, rozumie mnie, dzięki niej
            jestem znów na terapii. Ale ..ona sama się troszkę otarła o zaburzenia
            odżywania....
            Pomocy i wsparcia szukam przede wszystkim u fachowców. I u siebie. No i tutaj
            też :)
      • katarzyna2005 Re: Rozpoczynam walkę o życie :-) 18.02.05, 14:27
        Tak jak pisze 'u siebie', bylam przez kilka dni narazona na ogladanie (u mnie w
        domu) 'normalnego' jedzenia, i musze przyznac, ze wobec takiej pokusy zadne
        dobre rady nie dzialaja. Jesli do tego dojdzie jeszcze alkohol, oslabienie
        naszej kontroli, to nie ma mocnych na atak. Wiec mam juz niewiele pewnosci
        jesli chodzi o dawanie innym dobrych rad, a wsrod tych osob Ty jestes jedna z
        glownych, wiec to takie troche usprawiedliwienie sie, przyznanie do slabosci.
        Przekazanie,ze rozumiem, ze na Twoim miejscu wcale nie bylabym taka silna, jaka
        wydaje sie sobie. Jedynie najadanie sie dziala, ale to raczej trudno polaczyc z
        dbaniem o linie.
        Pozdrawiam.
    • yesstem Dlaczego sama sobie robię tą krzywdę?! 18.02.05, 23:03
      F**K!!! Właśnie się zorientowałam, że mi się psują co najmniej 3 zęby!!! Do tej
      pory się jakoś trzymały, ale w końcu pani 'B' wzięła się za nie. No nie,
      przecież tak dłużej nie można!

      To co Erna - bierzmy się do roboty! Trzeba jakoś pokonać tego potwora we
      własnym zdrowym interesie!!!!!!!!
    • yesstem Staram się jak mogę, z całych sił 19.02.05, 16:10
      Jest mi dzisiaj tak ciężko... Zawsze ten sam schemat: do południa idzie jak po
      maśle, jem normalnie, jestem optymistką, wierzę że przetrwam dzień bez ataku, a
      ok. 12-13 przychodzi kryzys. Mogę zjeść zwyczajny obiad, a dalej czuję się
      strasznie głodna, mam ochotę jeść i jeść... Dzisiaj nie jest inaczej. I tak
      jest nieźle, bo normalnie o tej porze byłabym już w trakcie lub po pierwszym
      ataku, a ja się trzymam jakoś. Jednak nieustannie mam przed oczami różne
      potrawy... Pomaga mi to, że nie mam w domu nic słodkiego, nic do pogryzania w
      międzyczasie. Zalewam się płynami między posiłkami. I pomaga mi myślenie o
      moich nieszczęsnych zębach. Ile razy w głowie rodzi się myśl, żeby zrobić sobie
      sesję, tyle razy myślę właśnie o nich i o tym, co będzie, jak je stracę. No i
      staram się pocieszyć, że najtrudniejszy jest ten pierwszy dzień. A nic
      dziwnego, że chce mi się jeść, po ostatnich atakach mój żołądek ma ogromną
      pojemność, muszę poczekać, aż wróci do normalnych rozmiarów.

      Ale jest mi tak strrrraszszszsznie trudno się powstrzymać przed obżarstwem...
      • theniebiesky Re: Staram się jak mogę, z całych sił 19.02.05, 16:47
        trzymaj sie yesstem. Zapijaj sie płynami, żuj gumę. Moje kryzysy przychodza
        wieczorami (jesli jestem w pracy) kontroluje sie przez cały dzien a potem
        kurcze jadłabym i jadła. A najgorzej kiedy dorwę sie do słonecznika, który
        uwielbia moj maz. Ten nałóg wciaga na dobre bo nie da sie go przestac jesc
        (przynajnmniej ja nie potrafie)- a kiedys zwyczajnie słonecznika nie lubilam.
        Natomiast jak nie ide do pracy to kryzys zaczyna sie wlasnie po obiedzie, bo
        cos bym wlasnie dojadła. Oszukuje sie ze za to nie zjem kolacji, ale to sie
        raczej dobrze nie konczy. W takich chwilach marze o wymysleniu bezkalorycznego
        jedzenia które mozna jesc w nieograniczonych ilosciach przez cały dzień, cos na
        kształt słonecznika albo chrupek kukurydzianych - ech,marne szanse zeby cos
        takiego wymyslono.
      • niobe5 Do yesstem! 19.02.05, 17:45
        Yesstem! Trzymaj sie! Ja tez mam ciezki dzien i walcze z calych sil!
        Juz od sniadania czuje dzisiaj okropne napiecie i wymyslam tysiace rzeczy,
        ktore moglyby pomoc je przezwyciezyc.
        Na dodatek nie udalo mi sie kilka rzeczy, ktore zaplanowalam na dzisiaj (m.in
        nie znalezlismy nowego mmieszkania) co dodatkowo popsulo mi humor.
        Caly czas wiec czuje sie zle i najchetniej olalabym ta walke, jednak jak
        pomysle o konsekwencjach - zlym samopoczuciu fizycznym, psychinczym, kolejnym
        dolku po porazce - to jak najpredzej wyrzucam te glupie mysli z glowy.
        Kupilam sobie wiec dzisiaj nowe spodnie (troszke drogie, ale trudno) jako
        nagrode za wygrany dzien, ktory dopiero sie zaczal - w ten sposob zobligowalam
        sie zeby rzeczywiscie wygrac. Oczywisice rownie dobrze moglyby to byc nowe
        skarpetki, rekawiczki i inna drobna rzecz, ale ze akurat mialam pieniazki na te
        spodnie to nie wahalam sie ich kupic.
        Kupilam tez sobie kilo marchewek, ktore kroje sobie na paseczki i przegryzam
        jak paluszki :). Dzieki nim czuje sie najedzona i nie mam wyrzutow sumienia. Do
        obiadku zjadlam tez chyba z pol kilo warzyw - kolejny trik zeby oszukac
        bulimie.
        No i chyba z 2 godziny (choc wogole mi sie nie chcialo) sprzatalismy pokoj
        zasypany ziemia, gruzem, kurzem i kamieniami po ostatnim zawaleniu sie sufitu
        (pisalam o tym w innym watku).
        A teraz zastanawiam sie jak tu wypelnic czas do wieczora. Jest dopiero 17 (tzn.
        u mnie w UK) i jeszcze kupe dnia przede mna.
        Jestem rozdrazniona, nieznosna dla mojego chlopaka, zdenerwowana. Popijam
        ziolka uspokajajace, kombinuje jakby tu sobie zajac czas i modle sie, zeby
        wytrwac ten dzien.

        Yesstem - napisz jak sie czujesz!
        • yesstem Re: Do yesstem! 19.02.05, 17:51
          Czuję się okropnie. Nie powinnam tego pisać, żeby Ciebie nie zniechcęcać, ale
          już wiem, że dzisiaj jednak nie wytrzymam :((( Może gdyby ktoś tu ze mną był i
          mnie przytrzymał na kanapie, nie pozwolił pójść do kuchni... Jestem drugi dzien
          sama z dzieckiem w domu, jutro to samo... To nie do wytrzymania.
          • 30stka Re: Do yesstem! 19.02.05, 18:00
            Ojejejejejej! Co tu się dzisiaj dzieje? Halo Dziewczyny!! Pobudka!!! Co to, nie
            możecie sobie znaleźć ciekawych zajęć?? Macie wolny czas, a nie wiecie jak go
            wykorzystać?? Co jest z Wami? Ruszcie trochę tyłki i albo na dwór, albo za
            sprzątanie, albo za prasowanie się brać! Nie myśleć o głupotach!!!!!
            • niobe5 Re: Do yesstem! 19.02.05, 18:03
              Yesstem! Zastanow sie jeszcze! Moze jest cos co moge zrobic? Masz GG?
              Chcialabym zeby dalo sie trzymac za rece na odleglosc!
              --
              Prosze... proszę nie gasić! Halo! Halo! Halo! Czy można stąd zadzwonić na
              miasto? Pytałem się o coś! Małżonka się niepokoi!
              • niobe5 Re: Do yesstem! 19.02.05, 18:05
                Moze wez dziecko i idz na spacer. A moze rzeczywiscie - wyciagnij wszystkie
                rzeczy z szafy i je przeprasuj! Na pewno jest jeszcze szansa skoro jeszcze nie
                zaczelas!
                --
                Prosze... proszę nie gasić! Halo! Halo! Halo! Czy można stąd zadzwonić na
                miasto? Pytałem się o coś! Małżonka się niepokoi!
                • katarzyna2005 Re: Do yesstem! 19.02.05, 19:25
                  No wlasnie to jest tak dziwnie z naszym mozgiem. Czasem ta sama iloscia jest
                  sie najedzonym, a czasami sie je i je i ciagle jest sie glodnym. Ktos radzi
                  warzywa, ze zjesc te pol kilo, ale to okropnie rozpycha zoladek, no i trudno
                  sie tym najesc. W czasie diety plyn wystarczyl, i nie czulam glodu, ale to
                  raczej taka mania, taki upor. A gdy naszedl mnie glod to pilam te kefiry,
                  wypilam z 8 (duzych), i nadal bylam glodna, dopiero wizyta w sklepie pomogla.
                  Piszcie czym naprawde sie najadacie. Chyba te bialka, jak mowi maybe, mieso,
                  troche warzyw, to nie jest zle. Ale siedzenie w chacie w sobotni, czy
                  niedzielny wieczor jest rzeczywiscie zabojcze. A nie mozesz gdzies pojsc z
                  dzieckiem?
                  • yesstem Re: Do yesstem! 19.02.05, 19:29
                    Nie pisałam nic, bo szwagierka przyszła w odwiedziny do nas (do swojego
                    ukochanego bratanka). Dzieciak chory, więc wyjście z nim odpada. A jako że
                    szwagierka się nim zajęła, to ja do sklepu po zakupy...

                    Jem...
                    • 30stka Re: Do yesstem! 19.02.05, 19:40
                      NO TO ŻYCZĘ SMACZNEGO, bo już mi brak argumentów. Może chociaż ta szwagierka
                      posiedzi trochę u Ciebie i będzie to jakiś czynnik opamiętujący... jednak.
                      Pozdrawiam, Magda
                      • yesstem Re: Do yesstem! 19.02.05, 19:43
                        Magda, bez urazy, ale Ty chyba zapomniałaś już jak to jest. Gdyby można było
                        tak po prostu się zawziąć i przestać, to po co byłyby terapie, psycholodzy,
                        itd? Czasem się da, czasem nie. Ja aktualnie nie daję rady. Przykro mi, że tego
                        nie rozumiesz.
                        • 30stka Re: Do yesstem! 19.02.05, 19:49
                          Karolina, ja to właśnie rozumiem, choć moje słowa brzmią oschle. Po prostu w
                          tym momencie myślę, że nic nie jest w stanie Ci pomóc (myślę o dzisiejszym
                          wieczorze). Nie miej mi za złe, że życzę Ci smacznego - po prostu chcę, żebyś
                          choć trochę podelektowała się tym żarciem, to tyle :-)
                          Pozdrawiam
                          • yesstem APLEFIT 19.02.05, 19:53
                            No dobra, źle może zrozumiałam.

                            A tak z innej beczki zahaczyłam o aptekę i kupiłam ten Aplefit. Podobno hamuje
                            apetyt. Skoro bez wspomagania sobie nie radzę, to może to mi pomoże poskromić
                            ten ogromny głód? Od jutra zaczynam testować.
                            • 30stka Re: APLEFIT 19.02.05, 19:57
                              Karolina, to ja też z innej beczki - napisz proszę, coś co było w dniu
                              dzisiejszym jakąś radością dla Ciebie (coś kompletnie nie związanego z
                              jedzeniem i walką). Wypisz wszystko co przychodzi Ci do głowy. PROSZĘ zrób to
                              specjalnie dla mnie (choć może w Twoim odczuciu na to nie zasługuję).
                              Pozdrawiam, M
                              • yesstem Re: APLEFIT 19.02.05, 20:00
                                NIC!!!!!!!!!! No dobra, dziecko zjadlo talerz mojej zupy (w czasie choroby nie
                                chce prawie nic jeść) i powiedziało, że była pyszna. Znowu jedzenie w temacie...
                                  • yesstem Co lubię robić??????? 19.02.05, 20:12
                                    No właśnie - co??? Nie wiem!!!!!! Lubię łazić po sklepach, ale zawsze wtedy mi
                                    żal, że nie mogę kupić sobie wielu fajnych rzeczy, poza tym zawsze skuszę się
                                    na jakieś słodkie jedzonko :( Aaaaa, lubię bilard, ale baaaaardzo rzadko mam
                                    okazję sobie zagrać. Przestałam wszystko lubić z tych rzeczy, które kiedyś mnie
                                    cieszyły, wszystko teraz wydaje się nudne i męczące :(((
                                    • 30stka Re: Co lubię robić??????? 19.02.05, 20:22
                                      Koniec na dzisiaj pytań, ale jeszcze jedna mała prośba - jak będziesz zasypiać -
                                      marz sobie, że dłuuugo chodzisz po sklepach i kupujesz sobie wszystkie te
                                      fajne rzeczy, na które normalnie szkoda (brak) Ci kasy, a potem że wpadasz ze
                                      znajomymi (z mężem?) na partyjkę (nie wiem czy ten termin tu pasuje?) bilarda.
                                      Rozkoszuj się tymi myślami, nie zadręczaj się przed snem, myśl o samych
                                      przyjemnych rzeczach, ale takich które naprawdę lubisz porabiać (może przyjdzie
                                      Ci coś jeszcze do głowy).
                                      Pozdrawiam i życzę kolorowych snów! Magda
                  • niobe5 Re: Do yesstem! 19.02.05, 19:38
                    Oczywiscie, ze samymi warzywami sie nie najada - musi to byc dodatek do np.
                    dobrego kurczaczka, albo rybki, wtedy mozna sie tym najesc. Ja przynajmniej nie
                    czuje glodu przez najblizsze 4 godziny. A ze rozpycha zoladek.. no coz. Pewnie
                    masz racje, ale to lepsze niz najesc sie np. slodyczmi. Z dwojga zlego - atak i
                    rozepchany zoladek - juz chyba to drugie lepsze.
                    Zreszta mysle, ze kazdy musi znalezc swoj sposob. Mi pomagaja warzywa, komus
                    innemu kajzerki, jablka, plyny... wiele roznych opinii bylo na tym forum.

                    Pozdrawiam
                    --
                    Prosze... proszę nie gasić! Halo! Halo! Halo! Czy można stąd zadzwonić na
                    miasto? Pytałem się o coś! Małżonka się niepokoi!
                    • beatryczee Re: Do yesstem! 19.02.05, 20:39
                      wiem, że łatwiej jest doradzać ale please po ataku badz dla siebie dobra nie
                      obwiniaj sie. wybacz sobie. pozdrawiam Ciebie i twojego dzieciaka

                      a tak w ogóle to super było byc dzieckem jedzenie wtedy dla mnie było zupełnie nie
                      ważne. pa
                      • yesstem Re: Do yesstem! 19.02.05, 20:51
                        Dziekuję :)

                        Czy to Ty zaczęłaś ten wątek o bulimii w ciąży? Jeśli tak, to napisz, jak się
                        sprawy potoczyły. Jeśli byś była w ciąży, to proponuje pociągnąć wątek.
                        • beatryczee Re: Do yesstem! 20.02.05, 09:25
                          czesc, słuchaj w końcu nie wiem czy w tej ciąży jestem czy nie. Z testu wynika
                          że nie, ale pierwszy raz tak długo mi się okres spóźnia. zawsze miałam cykl
                          25dni a teraz 40sty dziń mija a ja sobie tak czekam i czekam... Boże mam
                          nadzieje że test nie kłamał i nie jestem. ja chce nadal studiować dziennie!

                          pozdrawiam cieplutko


                          • yesstem Re: Do yesstem! 20.02.05, 11:15
                            Różne mogą być przyczyny takiego opóźnienia, ale radzę Ci powtórz test dla
                            pewności (jak zaszłam w II ciążę pierwszy wynik miałam negatywny, za wcześnie
                            zrobiłam test). Udaj się do ginekologa, najlepiej z dodatkową specjalizacją
                            endokrynologa, warto zrobić badania.
                          • katarzyna2005 Re: Do yesstem! 20.02.05, 14:11
                            Troche pesymistycznie apropo Twojej wczorajszej (?) rozmowy z 30tka. Rady
                            osoby, ktora jest na dluzej, czy chwilowo poza nalogiem, sa prawie niemozliwe
                            do zastosowania. Atak rzadzi sie swoimi prawami, to jest tak silne, ze wszystko
                            inne znika. Mozna jedynie probowac zapobiegac, i to ma sens, ale jak juz jest
                            sie w transie, to jedynie o tym sie mysli.
                            Jak dzis idzie? Ja wlocze sie po miescie, bo chce przez tydzien jeszcze byc na
                            dietce i nowy element to w miare unikanie domu, jesli sie da.
                            Gdy bede juz probowac zyc bez dietki i bulimii jednoczesnie, to mysle ze bede
                            musiala przyzwyczaic sie do stalego uczucia nienajedzenia, czyli pewnie tak jak
                            Ty sie czujesz. Teraz akceptuje to uczucie, bo walcze z kilogramami, ale na
                            codzien, czy to mozliwe?
                            Ja czuje sie najedzona dopiero, gdy jestem obzarta, a bede musiala bez tego
                            zyc, naprawde nie wiem, czy to mozliwe.
                            Sorry, takie wynurzenia, pewnie egoistyczne, ale chce zebys wiedziala, ze
                            przejmuje sie Toba, bo mnie czeka to co Ty przezywasz, te meki.
                              • yesstem Do Katarzyny 20.02.05, 14:27
                                Nie wiem, jak to robisz, że łazisz po mieście i trzymasz dietę. Ile razy ja tak
                                łażę, szybko robię się głodna i zawsze ląduję w jakimś sklepie (przeważnie
                                cukierniczym niestety). Może to kwestia samozaparcia? Ja może po prostu nie
                                umiem sobie odmówić, łatwo ulegam pokusie.

                                Z tym chromem to na razie poczekam, kupiłam Aplefit, to już wypróbuje, ocenię
                                efekt, a jak skończę, to zobaczę. Może...

                                Dzisiaj jakoś sobie radzę. Właśnie idę łyknąć zielone tablety, bo czuję głód,
                                do obiadu jeszcze chwila.
      • niobe5 Re: Ojojojoj!!! Robię się zła! 20.02.05, 19:14
        Ja dzisiaj mam caly taki dzien. Wiec nie odchodze na krok od komputera. Pisze i
        czytam, czytam i pisze.. wyszukuje w Internecie cos co moglabym jeszcze
        poczytac. Juz nawet forum-humorum przeczytalam (polecam) :). Trzymaj sie
        yesstem! Tyle juz wytrwalas.. Do konca dnia juz niewiele pozostalo..

        Trzymaj sie!
          • yesstem Wstretny mąż... 20.02.05, 20:12
            Tylko że tak mi brakuje tego czułego, kochającego faceta... Tak mi brakuje
            kogoś bliskiego... Mężczyzny... W końcu kobietą jestem! A on taki
            zobojętniały...
              • yesstem Re: Wstretny mąż... 20.02.05, 21:04
                Nie udaje... Sama do tego doprowadziłam. To ja jestem wstrętna. Czułam się
                zaniedbywana przez niego. Poznałam kogoś, pociągał mnie, choć dobrze się nie
                znaliśmy. Miałam krótki romans, mąż sie dowiedział... Szybko się skończyło, ale
                potrzebowałam kilku miesięcy, by się 'odkochać' (i tak niecałkiem...). Byłam
                nieobecna, niedostępna dla niego. W końcu odnalazłam się przy jego boku, ale on
                już na mnie nie czekał. Nie ma innej kobiety, ale nie patrzy na mnie już tak
                jak kiedyś. Nie potrafi wybaczyć, nie potrafi zaufać, nie potrafi pokochać na
                nowo. A ja zostałam całkiem sama, w dodatku nie potrafię zapomnieć o tamtym
                (widuję go dość często w pracy :(( ). A najgorsze, że ten były nie był tego
                wart!!!
                • 30stka Re: Wstretny mąż... 20.02.05, 21:30
                  Wiem, wiem, pisałaś już o tym. Rzeczywiście, sytuacja nie do pozazdroszczenia.
                  Ale on nie może być wobec Ciebie obojętny. Jeśli zdecydował się wybaczyć, to
                  znaczy, że mu jednak zależy. Czy rozmawiacie wogóle na ten temat? bo myślę, że
                  tu tylko szczere rozmowy mogą pomóc. Tobie przecież też zależy na odbudowaniu
                  dawnej więzi i zaufania - włóż w to serce. Nie obwiniaj się, bo tylko
                  pogorszysz swoje samopoczucie (nawet jeśli wina leży po Twojej stronie) - to
                  się już stało, nie da się tego cofnąć, niestety. Powiedz mu, że żałujesz, że
                  drugi raz już byś tak nigdy nie postąpiła, że bardzo teraz cierpisz, bo
                  czujesz, że on Cię nie kocha, że go bardzo potrzebujesz itd...
                  Trzymaj się!
                  • yesstem Re: Wstretny mąż... 20.02.05, 21:40
                    Ech... Staram się jak mogę, rozmawiamy często, szczerze, mówiłam, że żałuję
                    itp... A on sam nie wie, jak sobie wyobraża nasze małżeństwo w przyszłości. Nie
                    wie, czy będzie umiał wybaczyć, czy będzie umiał mnie kochać... Pyta tylko czy
                    po prostu nie mogę zaakceptować takiego życia jak jest teraz, czyli niby razem
                    ale ... bez zaangażowania uczuciowego z jego strony. Ja tak nie mogę :( A jak
                    mówię, że cierpię, to tylko wzbudzam u niego wyrzuty sumienia, że mnie rani
                    swoją postawą. A jak mówię, że potrzebuję jego wsparcia, to on mówi, że jak ma
                    mi pomóc, skoro sobie nie potrafi... Bez sensu...
                    • 30stka Re: Wstretny mąż... 20.02.05, 21:49
                      Dobrze chociaż, że rozmawiacie o tym. Może czas zaleczy trochę rany. Może Twój
                      mąż w końcu odnajdzie się w Waszym związku od nowa. Naprawdę zraniona duma
                      męska to poważna sprawa. I tak podziwiam go, że w pewnym sensie Ci wybaczył -
                      nie odszedł, czy nie wymagał, abyś Ty odeszła. Aż boję się myśleć, co byłoby w
                      moim związku, gdybym mężowi wycięła taki numer - chyba to byłby już koniec.
                      Wiem, że mój stary bardzo poważnie traktuje sprawę wierności i dlatego ja
                      również mam do niego 100% zaufania pod tym względem, także naprawdę postawa
                      Twojego męża jednak w moim odczuciu świadczy o jego dobrej woli. A że nie
                      potrafi sobie poradzić z uczuciami - może powinniście obydwoje pójść do jakiejś
                      poradni małżeńskiej. Nie można tkwić w takim zawieszeniu bez końca...
    • yesstem Brak zrozumienia... 21.02.05, 10:28
      To czuję widząc, jak przepadł mój wątek o Aplefit. Przecież się nie odchudzam,
      nie chcę sobie szkodzić, tylko próbuję opanować nadmierny głód! Dlaczego więc???
          • yesstem Re: Brak zrozumienia... 21.02.05, 10:43
            Jestem, urlopik, ale jutro już do roboty. Znowu zmęczenie i stres, i ten moment
            kiedy wpadam do domu i mam ochotę pochłonąć wszystko... To mnie jutro znów
            czeka i już sie zaczynam denerwować...
            • 30stka Re: Brak zrozumienia... 21.02.05, 10:51
              O rany, to niedobrze. No to masz jeszcze dzisiaj jeden dzień wolności. Naprawdę
              porób coś, co Cię w jakiś sposób relaksuje, lub chociaż pozwala zapomnieć o
              kłopotach. Nie myśl o tym co będzie jutro. Jak to się mówi "Dosyć ma dzień
              swojej biedy". Ja np. już nastawiłam pranko, pobawiłam się z synkiem, a teraz
              naprawiam zabawki (taśmą klejącą), te które w czasie zabawy właśnie uległy
              destrukcji. Córa jest starsza, więc bawi się sama w drugim pokoju zabawkami
              Lego Scala i tylko czasem przychodzi, żeby jej w czymś pomóc. A ja sobie siedzę
              teraz przy komputerku i też się relaksuję (oglądam sobie aukcje).
              Jutro będziesz miała dość czasu na stresy - dzisiaj czas na umilanie sobie
              życia!!
              • yesstem Re: Brak zrozumienia... 21.02.05, 10:55
                Ja też mam pranko, idę się nim zająć. Może choć na 10 minut zapomnę o jedzeniu
                (czyt. obżarstwie...) i nieprzyjemnościach nadchodzącego dnia... Dziecię ogląda
                bajkę, jak skończy, to pewnie ułożymy razem drewniane tory dla kolejki, albo
                nowe puzzle...
                • 30stka Re: Brak zrozumienia... 21.02.05, 11:02
                  Ja też idę zaraz wieszać pranko. Ale Karolina, naprawdę staraj się zrelaksować!
                  Może zrób sobie jakąś kawkę, nawet przegryź coś małego (nawet słodkiego, jak ma
                  Ci pomóc!) i holender, spróbuj nazwać to co w Tobie siedzi, tylko na spokojnie!
                  Wydłub to z siebie kawałek po kawałku - wiem to nie jest przyjemne, ale to jest
                  jak wrzód, który trzeba usunąć (pamiętasz o wątku "wyciskanie" :-)).
                  Pazdrawliaju...
    • yesstem Jestem o krok... 21.02.05, 13:19
      ... od ataku! Momentami wydaje mi się, że już mija, a za chwilę znów mam ochotę
      to zrobić. Boję się, że nie wytrzymam, staram się z całych sił, ale nie wiem,
      czy dam radę... Fizycznie nie jestem głodna, właśnie zjadłam dwie spore kromy,
      ale CHCĘ jeszcze, jeszcze... Co się dzieje? Dlaczego???
          • motylek.motylek Re: Jestem o krok... 21.02.05, 14:56
            Cześć Karolina, ja tez jestem z Tobą i tam płaczę, bo wiem ile Cie to musi
            kosztować. Znalazłam właśnie książkę, która kiedyś pozwoliła mi zrozumieć
            siebie i obroniła mnie przed wpadnięciem w chorobę.

            "...osoby z zaburzeniami odżywiania ... mają trudności w rozumieniu własnych
            emocji i często WYRAŻAJĄ UCZUCIA POPRZEZ JEDZENIE"

            Karolina c o c h c e s z w y r a z i ć?
            P r z e d c z y m s i ę b r o n i s z?
            Przed jakimi uczuciami?

            Jesli chodzi o ksiązkę, to czasami przypomina mi się, że lezy gdzieś na dnie
            szuflady - jest jak pytanie: chcesz byc zdrowa czy popaść w chorobę?
            A Ty masz jakieś książki? Chodzisz na terapię? Jak sobie pomagasz w tym by
            wydostać się z choroby?

            Bądź dzielna.
            Trzymaj sie.

        • niobe5 Re: Jestem o krok... 21.02.05, 15:01
          Serce mi sie kraje jak czytam Twoje posty.. Tak chcialabym Ci pomoc i
          jednoczesnie tak bardzo czuje sie bezsilna, ze nie moge... Nie moge pomoc nawet
          sobie...
          Przechodze to samo co Ty. Pare dni spokoju, szczescia, dumy z siebie, a potem
          jeden dzien i.. znowu to samo. Wtedy tak jak Ty jem i placze.. Jakim cudem cos
          moze miec tak silna kontrole nad nami? Dlaczego nie mozemy sie od tego
          wyzwolic? Dlaczego nic nie moze nas powstrzymac?
          Jestem z Toba Karolina, wiem co czujesz i jestem pewna, ze wkoncu wyrwiesz sie
          z tego p... ciagu.
          Aneta
            • yesstem Re: Yesstem! 21.02.05, 16:28
              Yesstem... Żyję i czuję się koszmarnie, jak to zwykle po...

              Dziękuję Tobie Anetko, i Tobie Magda, i Motylkowi, i wszystkim dziewczynom,
              które próbują dodać mi otuchy; gdyby nie Wy to zostałabym już całkiem sama w
              tym gnoju :((

              Ten dzień już przegrałam, kolejny...
              • niobe5 Re: Yesstem! 21.02.05, 16:37
                Dobra! Teraz bierzemy sie w garsc! Koniec narzekania! Do roboty! Poprosze o
                postanowienia jak bronic sie i walczyc z tym swinstwem! Prosze o krotki plan. I
                nie od jutra, ale od teraz. Kropka. :)

                Buziaki
                  • motylek.motylek Re: Yesstem! 21.02.05, 17:06
                    Jesteśmy z Tobą. Ale Niobe ma chyba rację. PLAN. Pomysl o tym. Siła woli nie
                    starcza, trzeba coś więcej.
                    Przeglądałam nadal książkę z mysląc o Tobie i innych dziewczynach z tego forum,
                    ale tam wszedzie piszą o WSPARCIU SPECJALISTÓW. Ale takie wsparcie powinno
                    przyjść w odpowiedniej chwili, wtedy kiedy będziesz gotowa na zmiany...

                    Rozdział: "Co mogę zrobić żeby pomóc"
                    Zdanie kluczowe: "Pierwszym najważniejszym, krokiem jest doprowadzenie do tego,
                    żeby bliska ci osoba zaczęła się leczyć - i to jak najszybciej"


                    Yesstem?

                    Czy masz to w planie ???????








                    • yesstem Re: Yesstem! 21.02.05, 17:09
                      Yess! W marcu spróbuję się gdzieś zaczepić, o jakiegoś psychologa, a
                      najchętniej psychiatrę. Postanowiłam to już kilka dni temu, teraz oswajam się z
                      tą myślą.
              • 30stka Do Yesstem! 21.02.05, 20:39
                Karolina, jesteś o kolejny raz mądrzejsza. Naprawdę przeanalizuj sobie (z nami)
                co mogłoby Cię powstrzymać przed tym atakiem? Jakie słowa? Co mam Ci napisać
                następnym razem, żeby to powstrzymać? Dlaczego w pewnym momencie tak zaczęły
                się w Tobie te negatywne emocje nawarstwiać? Czego się bałaś?

                Jeśli potrafisz (bardzo się postaraj), to napisz coś w wątku "Do wszystkich,
                którzy mieli dzisiaj gorszy dzień?"
                Na razie pozdrawiam
                • yesstem Boję się... 21.02.05, 23:46
                  ... przytyć. Za każdym razem kiedy zjem trochę więcej niż troszkę, myślę że na
                  pewno przytyję i będę brzydka, gruba i każdy będzie patrząc na mnie
                  myślał: 'taka laska była, a przytyła'. Głupie, nie? I wtedy zaczyna się atak...
                  Myślę, że musze się tego 'nadmiaru' pozbyć, ale wcześniej chcę sobie dogodzić
                  różnymi ukochanymi smaczkami, więc dopycham się, a potem lecę zwrócić ile się
                  tylko da... To tyle przemyśleń na dzisiaj. Dobranoc!
                  • niobe5 Re: Boję się... 22.02.05, 00:39
                    Ja tez sie boje.. Zastanawiam sie nad kazdym malym owocem, kawalkiem warzywa,
                    jednym orzeszkiem... Mysle i sprzeczam sie z soba w myslach. "Boze, pewnie po
                    tym przytyje" - "No co ty po jednej kromeczce chleba?". Znasz to pewnie..
                    Brzuszek pelen czegokolwiek powoduje we mnie wzrost napiecia i wyzwala tysiace
                    mysli w glowie. Kazdy posilek to walka z samym soba. Nie wiem tak naprawde co
                    to znaczy jesc normalnie. Kazda minuta to walka z sama soba.
                    Panicznie boje sie przytyc. Oszukuje sie, ze nie zalezy mi na tym, ze zalezy mi
                    tylko na wyzdrowieniu, ale tak naprawde panicznie sie boje..
                    Dlaczego chce byc taka chuda, drobna istotka? Dlaczego boje sie przytyc? Chce
                    byc sexi laska czy malutka, bezbronna dziewczynka? Boje sie doroslosci,
                    odpowiedzialnosci, kobiecosci?
                    Strach ...
                    Dobranoc..
                    • maybe123 Re: Boję się... 22.02.05, 00:50
                      no coz... ja tez sie boje

                      balam sie i faktycznie przytylam po rezygnacji z bulimii - tak gdzies 3 kg,
                      pisalam juz o tym. zapisalam sie na silownie. oprocz kondycji jest to dodatkowe
                      miejsce gdzie moge pojsc ZAMIAST siedziec w chacie i jesc. chodze raptem
                      miesiac, wciaz raczej za duzo jem - albo przynajmniej tak mi sie wydaje - a w
                      miedzyczasie poprawila mi sie sylwetka az mi facet powiedzial ze mnie w takiej
                      formie jeszcze nie widzial.

                      jakos nie dowierzam.

                      dalej sie boje. bez szczegolnego zaparcia, i z towarzyszacym strachem ze tyje,
                      zgubilam 2 kg, wiec najwyrazniej nie tyje. I co z tego, skoro jakos NIE MOGE
                      UWIERZYC ze to co jem (a jem sporo) nie zamieni sie w tluszcz. Po prostu sie
                      boje. Fakty przecza moim obawom, a ja nadal sie boje bo nauczylam sie myslec ze
                      jedzenie w brzuchu nie jest OK.

                      Powolutku, powolutku sie przekonuje ze mozna jesc i nie tyc. No bo tak sie
                      dzieje, choc oczom nie wierze. W miedzyczasie sie boje. Echhh.
                      • 30stka Re: Boję się... 22.02.05, 12:41
                        Takie obawy pewnie że będą. Ja też na począktu jednak przytyłam, ale teraz to
                        jestem szczuplejsza niż z okresu bulimii o jakieś 4-5kg! Także co Was to
                        obchodzi (myślę tu głównie o Karolinie) co powiedzą inni, a może właśnie
                        powiedzą - o teraz wyglądasz wreszcie dobrze, bo byłaś za chuda? Zresztą warto
                        się poświęcić i dać sobie przytyć te parę kilogramów, jeśli tylko ta droga
                        wiedzie w ostatecznym rozrachunku do wyzdrowienia. No same to przyznajcie! Ja
                        wolę dziesięć razy przytyć o 10 kg i później to jakoś zrzucać (zdrowo!) niż
                        wracać do bulimii, bo to jest takie g..., że do dziś boję się go jak ognia.
                        Pozdrawiam wszystkich serdecznie!!
    • maybe123 do jesstem 21.02.05, 17:05
      czesc jesstem, te dwie Twoje wypowiedzi mi utkwily:

      >Tylko że tak mi brakuje tego czułego, kochającego faceta... Tak mi brakuje
      >kogoś bliskiego... Mężczyzny... W końcu kobietą jestem! A on taki
      >zobojętniały...

      >... 1 dzień po ponad tygodniu nasilonych obj. bulimii. Ale mi i tak smutno...

      i pomyslalam sobie ze to sa wlasnie sygnaly zdrowienia i walki o zycie: nie
      postanowienia typu "to juz ostatni raz" czy "od jutra bedzie zupelnie inaczej"
      ale ta gotowosc DO PRZEZYWANIA SWOICH UCZUC i zgody na ujrzenie wlasnego zycia
      takim, jakim jest, bez uciekania w jedzenie.

    • maybe123 do katarzyny 21.02.05, 17:19
      > Piszcie czym naprawde sie najadacie.

      Prawde mowiac waham sie piszac o tym, bo i tak jestesmy tu skupione na jedzeniu
      az za bardzo. Ale z drugiej strony RACJONALNE odzywianie jest, moim zdaniem,
      BARDZO wazne w wychodzeniu z choroby. Co jesc zeby nie miec napadow glodu - to
      jest pytanie fair, wiec odpowiadam.

      czytalam niedawno o tzw. czynniku sytosci roznych produktow (fullness factor),
      podobny do indeksu glikemicznego

      zgodnie z tym co podpowiada rozum, chipsy, batoniki, ciastka, a nawet orzeszki
      maja niski czynik sytosci i sprzyjaja przejadaniu sie

      za drugim koncu spektrum jest chude mieso, warzywa, jablka, owsianka, itp.

      moj max to brukselka - nie przepadam za nia, ale "trzyma" sytosc bardzo dlugo.
      obiad u mnie czesto wyglada tak wlasnie: piers kurczaka i brukselka, lub piers
      kurczaka i fasolka szparagowa (duuu-u-uuzo), czasem do tego podjem chleb z
      tluczonego ziarna

      • niobe5 Re: do katarzyny 21.02.05, 17:28
        :)) A ja to wszystko potwierdzam. Sama tak jem i rzeczywiscie czuje sie po tym
        dlugo najedzona.

        > piers z kurczaka i fasolka szparagowa

        Ha, wlasnie dokladnie to jadlam wczoraj na obiadek (+ryz brazowy). To milo :)
        • motylek.motylek Re: do Karoliny 22.02.05, 00:46
          Cieszę się że mówisz YESS dla terapii! Znam osobe, która tak, jak Ty sie przed
          tym wzbraniała, ale na szcęście zmieniła zdanie :) Uwierz mi! OPŁACA SIĘ!

          YESS!Powtarzaj to sobie codziennie!

          Tak, chce wyzdrowieć!
          Tak, chce wyzdrowieć!
          Tak, chce wyzdrowieć!
          Tak, chce wyzdrowieć!
          Tak, chce wyzdrowieć!

          A to oznacza: po pierwsze, przyznanie sie do tego, że nie jest sie siłaczką,
          ideałem, ze potrzebuje się wsparcia, a po drugie rozpoczęcie leczenia, terapii.
          Pierwszy krok masz za sobą. Brawo! Maski zostały rzucone. Teraz widzisz swoją
          prawdziwą twarz. Musisz tę twarz pokochać, zrozumieć. A nagroda jest wielka!
          ZDROWIE! LEPSZE ZYCIE!

          DO DZIEŁA!
          BĄDŻ DZIELNA!
          • katarzyna2005 Re: do Katarzyny 23.02.05, 14:25
            Tak, warzywa same to za malo, mieso bardzo zwieksza ten 'indeks sytosci'.
            Warzywami mozna sie napchac i nadal byc glodnym. Mieso gotowane i nietluste
            oczywiscie najlepiej. Np taka gesta zupka z warzywami na miesie, i zjesc te
            warzywa z tym mieskiem.
            Kiedys myslalam, ze herbata zwieksza uczucie glodu, ale nie czuje tego tak.
            Wiec polecam herbate, jako niegrozna, bo bezkaloryczna 'przekaske'. Od niedawna
            pije czerwona i zielona, lisciaste, parzone. Na sitku, bo w tych ekspresowych
            nie wiadomo co jest. Pycha, szczegolnie czerwona, na poczatku smak moze wydac
            sie dziwny, ale jest bardzo dobra. No i dodaje energii.
            Choc oczywiscie nie wiem jak Wy, ale ja czesto koncze jesc, i tak jakby wmawiam
            sobie, ze jestem najedzona, choc potem po jakims czasie nie czuje juz glodu.
            Ale tak uczciwie, to dopiero po ataku jestem najedzona, no wlasciwie nazarta,
            nie najedzona. I to jest najtrudniejsze, tak nie nazerac sie, tylko konczyc na
            takim uczuciu lekkiego nienajedzenia sie.
    • yesstem Co czerpię z rytuałów bulimicznych?... 24.02.05, 19:53
      ...poza 'smakowaniem' wszystkiego, na co mam ochotę i rozładowaniem
      wewnętrznego napięcia?

      -ból gardła
      -obrzęk ślinianek, twarzy i powiek (czasem pękanie naczynek w oczach...)czyli
      wygląd prosiaka
      -uczucie suchości w jamie ustnej i nadmierne pragnienie
      -ból głowy
      -ból zębów (już się psują!)
      -ból brzucha, wzdęcia, zaparcia, niestrawność
      -jeszcze większy głód (fizyczny- z powodu rozciągnięcia żołądka i dużych wahań
      poz. cukru we krwi, psychiczny- z powodu przyzwyczajenia do spożywania
      ogromnych ilości i smacznych rzeczy)
      -drżenia rąk, nóg, zaburzenia rytmu serca, duszności
      -uczucie znacznego osłabienia, zaburzenia koordynacji i precyzji ruchu
      -uczucie rozbicia, rozleniwienia, dezorientacji
      -znaczne pogorszenie nastroju, niechęć do siebie, złość
      -poczucie porażki, wstydu, bezsilności, beznadziei
      -wyrzuty sumienia z powodu marnotrawstwa jedzenia, czasu, pieniędzy
      -obawę o swoje zdrowie przez wzgląd na dziecko
      -obawę o rozwój psychiczny dziecka jako coraz bardziej świadomego świadka
      zdarzeń (w pewnym zakresie) i pokrzywdzonego przez zaniedbanie
      -obawę przed ujawnieniem tej wstydliwej tajemnicy przez przyłapanie na gorącym
      uczynku lub przez dziecko
      -obawę o negatywny wpływ ataków i ich skutków na inne sfery mojego życia
      -... (na pewno o czymś zapomniałam)

      TYLKO DLACZEGO NIGDY O TYM NIE MYŚLĘ -LUB NIE CHCĘ MYŚLEĆ- ZANIM ZACZNĘ ŻREĆ?!
      • niobe5 Re: Co czerpię z rytuałów bulimicznych?... 24.02.05, 20:12
        No wlasnie.. Dlaczego wcale nie myslimy o tych wszystkich konsekwencjach (i
        tysiacach innych, o ktorych jeszcze nie wiemy) podczas ataku? Dlaczego nie
        powstrzymuja nas? Wydaje mi sie, ze podczas ataku odsuwamy mysli o negatywnych
        skutkach daleko daleko od siebie, myslimy, ze jeden raz wiecej juz nam nie
        zaszkodzi, ze te konsekwencje nas nie dotycza, ze jakos to bedzie, ze jestesmy
        za slabe i nic na to nie mozemy poradzic, ze ta choroba jest silniejsza od nas.
        Wydaje mi sie jednak, ze kazdy atak mozna powstrzymac. Jezeli nie dopuscimy do
        siebie tych glupich mysli (patrz powyzej), a zaczniemy myslec naprawde
        pozytywnie to napewno sie uda. Wiem, ze wlasnie to jest najtrudniejsze. Ja sama
        mam z tym straszne problemy i jezeli 1 chociaz mysl negatywna przewazy nad
        pozytywnymi to koniec...
        Co z tym robic? Sama nie wiem.. Moze jak czujemy, ze zaczyna sie dziac zle to
        powinismy siasc i zapisywac wszystkie te negatywne skutki jakie przyjda nam do
        glowy... Albo odwrotnie - moze powinnismy stanac przed lustrem i powtarzac
        sobie jakie silne jestesmy, jak kochamy siebie, jak szanujemy swoje cialo itd.
        Nie wiem.. Ja probuje wszystkiego naraz. A czyms co pomaga mi najbardziej
        jest.. to forum i Bogu dzieki, ze tu jestescie...
        • yesstem Re: Co czerpię z rytuałów bulimicznych?... 24.02.05, 20:21
          "myslimy, ze jeden raz wiecej juz nam nie
          > zaszkodzi, ze te konsekwencje nas nie dotycza, ze jakos to bedzie, ze
          jestesmy
          > za slabe i nic na to nie mozemy poradzic, ze ta choroba jest silniejsza od
          nas."

          Dokładnie tak... Jak zaczynam myśleć w ten sposób, jestem na straconej pozycji.
          Po prostu się poddaję! Już nie chcę walczyć, nie chcę być silna, przecież
          jestem CHORA, MAM PRAWO ulegnąć wobec TAKIEJ SIŁY, NIE WIERZĘ, że mogę z tym
          wygrać, powstrzymanie ataku to ZBYT DUŻY WYSIŁEK... Ale przecież w
          rzeczywistości chyba mniejszy niż dźwiganie ciężaru tych wszystkich
          konsekwencji! O tym to się nie myśi...

          Gdyby ataki nie zaczynały się z momentem wyjścia z pracy, zaglądnięcie tutaj i
          przeczytanie tego, co chwilę temu napisałam, może mogłoby mnie powstrzymać...
          Próbuję szukać innego rozwiązania, nawet tylko na te dwa dni (od 1-go
          bezrobocie).

          --
          *nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej*
          • niobe5 Re: Co czerpię z rytuałów bulimicznych?... 24.02.05, 20:41
            Yesstem - z jednej strony zazdroszcze Ci tego bezrobocia. O jak chcialabym
            sobie w koncu odpoczac.. nie mialam wakacji juz od 2 lat i marze po prostu o
            lezeniu i nic nierobieniu. Z drugiej strony wiem, ze cholernie trudno wtedy
            zajac sobie czas. Wiec rzeczywiscie musisz obmyslic plan w miare szczegolowy
            plan dzialania, postepowania w sytuacjach awaryjnych, walczenia z sama soba..
            Moze powinnysmy wytatuowac sobie te konsekwencje na rekach? :))
            • yesstem Re: Co czerpię z rytuałów bulimicznych?... 24.02.05, 20:48
              Też się trochę obawiam, ale bardzo potrzebuję odpoczynku. Już się nie mogę
              doczekać. Zaplanowałam sobie tak wstępnie i ogólnie, że spróbuję znaleźć sobie
              jakiegoś terapeutę i udam się do dentysty (w sumie spędzę tam ładnych pare
              godzin...). A jeśli chodzi o szczegóły, to chyba będę musiała codziennie
              układać plan na natępny dzień, żeby mi się za bardzo nie nudziło, bo wiadomo
              czym to grozi...
              --
              "Nie trać nigdy cierpliwości, to jest ostatni klucz, który otwiera drzwi."
    • yesstem A wszystko zdaje się przez faceta... 24.02.05, 22:44
      Mężatka z 5-letnim stażem, matka, idiotycznie się zakochała w gościu, którego
      praktycznie nie znała... Głupie? Ale prawdziwe... Ogień małżeńskiej miłości
      nieco przygasł, wkradła się rutyna, zmęczenie, wtedy akurat pojawił się ON,
      taki inny, tajemniczy, nowy, pociągający, w 'moim typie'... A najgorsze, że
      zwrócił na mnie uwagę... Nie umiałam się oprzeć, wcześniej, póki się nie
      zaczęliśmy poznawać myślałam, że nie mogłabym nigdy w życiu, ale mogłam...
      Poszło jak burza... Przestałam prawie jeść, spać, żyć, wszystko
      podporządkowałam temu choremu, zakazanemu uczuciu... Oddałam się cała...
      Wiedziałam, że to będzie tylko chwila, ale tak bardzo jej pragnęłam! Wziął, co
      chciał i odsunął się od m ę ż a t k i ( a przecież wiedział od początku!). Ale
      kontakt był zachowany. Starałam się o to. Znów się zbliżyliśmy... Mąż się
      dowiedział... Burza. Nie, kataklizm... Koszmar mojego życia, który nadal
      trwa... Widuję go do dziś. Zawsze budzi we mnie silne emocje, zawsze wszystko
      odżywa, nie, to cały czas żyje... Nie jest wart jednej łzy, drań, a jednak nie
      mogę go wymazać z serca. Nie umiem... Próbuję ratować małżeństwo za wszelką
      cenę, wciąż za nim tęskniąc... On lubi te ładne i szczupłe (on nie umie kochać,
      on miewa maskotki). Zawsze chcę mu się podobać. Dlatego nie dopuszczam myśli o
      przytyciu, cały czas chcę być taka jak WTEDY... Nie potrafię tego w głowie
      poprzestawiać... Boję się w sobie cokolwiek zmienić, by nie stać się kimś
      innym, chcę być zawsze TĄ Karoliną, która z nim była...

      Bulimia wróciła właśnie wtedy, gdy go 'straciłam' na zawsze...


      ***Tylko martwi nie mają nadziei***
      • yesstem Re: A wszystko zdaje się przez faceta... 24.02.05, 23:03
        Ja chyba po prostu nie umiem żyć dla siebie i w zgodzie z sobą... Ja po prostu
        nie wiem, kim jestem, zapomniałam, próbuję tylko być tym, kim chcą mnie widzieć
        inni i całkiem mi to nie wychodzi...
        --
        ***Tylko martwi nie mają nadziei***
      • 30stka Re: A wszystko zdaje się przez faceta... 25.02.05, 00:21
        Karolina, ja odnośnie tego fragmentu:
        > Widuję go do dziś. Zawsze budzi we mnie silne emocje, zawsze wszystko
        > odżywa, nie, to cały czas żyje... Nie jest wart jednej łzy, drań, a jednak
        nie
        > mogę go wymazać z serca. Nie umiem... Próbuję ratować małżeństwo za wszelką
        > cenę, wciąż za nim tęskniąc... On lubi te ładne i szczupłe (on nie umie
        kochać,
        > on miewa maskotki). Zawsze chcę mu się podobać. Dlatego nie dopuszczam myśli
        o
        > przytyciu, cały czas chcę być taka jak WTEDY... Nie potrafię tego w głowie
        > poprzestawiać... Boję się w sobie cokolwiek zmienić, by nie stać się kimś
        > innym, chcę być zawsze TĄ Karoliną, która z nim była...

        Ja to rozumiem tak: wydaje Ci się, że wtedy gdy byłaś z tym facetem przeżyłaś
        najpiękniejsze chwile swojego życia - byłaś pragniona, kochana, szczupła,
        zakochana. Ktoś zwrócił uwagę właśnie na Ciebie, ktoś, kto jak rozumiem jest
        przystojnym facetem, może nawet playboyem, potrafiącym okręcić sobie kobietę
        wokół małego palca... Ty w swoich myślach nieustannie wracasz do tamtych chwil,
        są one dla Ciebie w pewnym sensie niejako na Twoim prywatnym ołtarzyku i
        codziennie oddajesz im cześć.
        Myślę tylko, że nie przedstawiasz sobie całej tej sytuacji w prawdziwym
        świetle. Traktujesz temat wybiórczo. Przecież w ostatecznym rozrachunku, facet
        jak to się mówi "puścił Cię w trąbę". Niestety ja też kiedyś długo leczyłam się
        z takiego związku i rzeczywiście fakt, że widywałam czasem gościa nie sprzyjał
        zapomnieniu. Karolina, sprawa jest jednak zbyt poważna, żeby tak ją zostawić.
        Masz tu zbyt wiele do stracenia - mówię o Twoim małżeństwie, co za tym idzie,
        trosce o dziecko, no ale także o Twoim zdrowiu. Sorry, ale nie jesteś małą
        dziewczynką, która widzi w sklepie śliczną, drogą lalę i zadręcza matkę
        odliczającą ostatnie grosze na chleb, żeby jej tę lalkę koniecznie kupić. Ten
        facet po prostu nie jest dla Ciebie. Nie jest bo okazał się płaskim
        chłoptasiem, nie wartym zadawać się z Tobą. Wyrzuć go w swoich myślach na
        śmietnik - tam jego miejsce. Ratuj to co zostało w zgliszczach - Twoją rodzinę!
        Trzymaj się tego kierunku myślowego, skup swoje wysiłki na tym, żeby
        rzeczywiście wyrzucić go do kosza. Musisz od tego zacząć, bo cały czas stoisz w
        miejscu - także ze zdrowieniem. Sorry, to są trochę twarde słowa, ale nie mogę
        Cię tu głaskać po główce, bo nie mogę patrzeć jak przez jakiegoś drania
        marnujesz sobie kawał życia. Przestań żyć mrzonkami!!! On już jest martwy dla
        Ciebie! Nie wskrzesisz tego, co nieżywe! Zrób ten morderczy wysiłek i wyrwij
        się z macek tych urojeń, bo one Cię niszczą!!!