stokrotka_88
01.06.05, 12:15
Postanowiłam,że to będzie koniec.Cztery lata to już za wiele,tak już nie
można,tak nie ma sensu żyć.Życie z aną wcale nie jest mi do niczego
potrzebne,chcę być normalną,zdrową,wyluzowaną dziewczyną.Tak,uświadomiłam
sobie to już dawno.Jakieś dwa lata temu podjęłam walkę z tym dziadostwem.I do?
I do tej pory jeszcze walczę....
Oczywiście,są okresy szczęścia,radości,gdy any w moim życiu jest mniej,ale
wiem,że ona nie znika wtedy na zawsze,tylko przez trochę daje o sobie
zapomnieć.Ale jest we mnie wciąż.
Nie mówię,że jest źle.Zyję w miarę OK,jem,mam prawidłową wagę,okres nawet
na zmniejszonych dawkach(choć dążeby nie brać leków wcale).Ale,ja wiem,że to
nie to.To nie jest prawdziwy looz,nie jest tak jak przed aną.Mam ciągle
jakieś wahania,przeliczniki,czegoś się boję zjeść itd.Jestem inna niż kiedyś-
bardziej porządna,nie lubię tego.
I choć z pozoru jestem normalną dziewczyną,to wiem,że tak naprawdę to nie
jestem prawdziwa JA.
Chodzę do psychologa i psychiatry tak około raz na miesiąc.Jednak te wizyty
są tylko po to,by sprawdzić moją wagę,czy nie schudłam itp.Ważę ok.47kg
(162cm),od czterech lat nie mogę dojść do 48.5kg.Dlaczego?Lekarki myslą,że
się boję tego kilograma.A ja nie.Ja czuję,że muszę mieć taką"rezerwę",żę jak
zjem coś"bardziej"i będę się źle po tym czuć,to będę mogła
powiedzieć:"Dobra,mam jeszcze kilo niedowagi,to nic mi się nie stanie".
I po drugie dlatego,że(jak kiedyś pisałam)te wizyty traktuję jako okazję do
poluzowania sobie w jedzeniu.Kilka dni przed,by na wizytę pojechać z dobrą
wagą zaczynam sobie kupować dobre rzeczy i mogę je sobie jeść bez tych
głupich ograniczeń(to nie są ataki,jak w b.;rozkładam to na cały dzień,jest
tego po prostu więcej niż w moim codziennym pięcioposiłkowym
jadłospisie,nawiasem mówiąc,bardzo do siebie codziennie podobnym).No więc jak
mam ten kilogram,to mogę luzować,jak bym nie miała,to by tak nie mogłą,a ja
to lubię.
I tyle.To właściwie dają mi te wizyty.Raczej taki straszak przed szpitalem
(jak schudniesz,to wracasz)i głupie gadki o niczym.Zero pomocy w
zdrowieniu,wszystko na moich barkach.Co to za lekarki,co nic nie pomagają?A
moi rodzice,wpatrzeni w nie jak w obrazek,myślą,że ja mam od nich jakąś
pomoc.Zero analizy,przyczyn choroby itp.tylko:"No jak z jedzeniem?Jak z
koleżankami/kolegami?itp."
I może dlatego się męczę już 4 rok.
I postanowiłam powiedzieć:KONIEC.Za namową mojej kochanej M.(pozdrówki,bo
wiem,że teraz to czytasz;D),postanowiłam znaleźć prawdziwą pomoc i to już
naprawdę zakończyć.Chcę mieć psychologa,który pomoże mi znaleźć przyczyny
choroby,powie,jak z nią walczyć i jak wygrać.Jak na nowo stać się SOBĄ.Bo
bardzo,bardzo tego chcę.