unconscious2
26.04.07, 17:26
Sama nie wiem czy chcę czy nie chcę by ktoś to przeczytał. Ale usiadłam dziś i
to napisałam.
Zaczęło się prymitywnie, głupio i niewinnie. Do tej pory żenuje mnie
najbardziej w tym wszystkim moja własna głupota, która - o ironio!- jeszcze
działa i prędko działać nie przestanie. Zawsze byłam osobą szczupłą, jesli nie
wręcz chudą. Takie geny. W dodatku objadanie się słodyczami uchodziło mi
bezkarnie. Wszyscy tak mówili i w końcu i ja w to uwierzyłam. Oczywiście było
w tym wszystkim trochę prawdy, ale wiadomo przecież, że jedzenie -dla
przyładu- tabliczki czekolady dziennie jakoś się tam skończy zwłaszcza jeśli
jest się w "tym wieku"-dojrzewanie! Nie wiem ile miałam wtedy lat, ale to była
mniej więcej połowa gimnazjum. Objadając się i szczycąc naokoło własną
przemianą materii żyłam sobie dobrze aż tu nagle pojawił się taki BODZIEC.
Bodziec, który przekonał mnie jaka jestem okropna i gruba. I była to jedna z
sióstr Olsen, o której zapewne wiecie, że chorowała. Był to czysty obłęd,
zresztą do dziś jest - ale patrząc na nią czułam się taka wielka i
gruba...okropna. Niedawno znalazłam na to słowa idealne - zwalisty
bezkształtny tłumoczek. To ja. Nawet stojąc przy którejś z koleżanek czułam
się i czuję jak jakiś wielki potwór. I myślę nie o tym o czym rozmawiamy,
tylko o tym żeby się jakoś schować bo wszyscy patrzą i porównują nas-one
idealne, a ja wielka i gruba. Mam 170 cm wzrostu, możliwe, że nawet nie..a
czuję się wielka. Wierzyłam, że chdunąc stracę też optycznie na wzroście,
zmaleję wzdłuż i wszeż. Nadal w to wierzę. To jakiś chory kompleks rozmiarów.
Nie chciałam i nie chcę być kobieca. Interesowała mnie raczej figura "małej
modelki" - drobnej, chudej, wąskiej z małym biustem i chudymi kończynami.
Chudość mnie fascynowała. Zaczęły mnie fascynować zaburzenia odżywiania. To
obłędne, wiem, ale tak było i jest do dziś. Narzekam, ale sama doprowadzam się
do takiego stanu. narzekam, a wiadomo, że tylko ja tu jestem winna.
Chciałam nie jeść, tak bardzo chciałam nie jeść! Zobaczyć swoje wystające
kości, mieć na sobie wiszące ubrania...ale byłam zbyt przyzwyczajona do
jedzenia więc zamiast nie jeść jadłam jeszcze więcej. To bolało... Albo jadłam
co mi w ręce wpadło albo kilka dni głodowałam po to by następnie nadrobić to w
ciągu godziny. Byłam wtedy w stanie pochłonąć niesamowite ilości
jedzenia-głównie słodyczy. Po fakcie taka byłam przerażona tym co zrobiłam, że
próbowałam wymiotować. Palec, szczoteczka do zębów...nie umiałam. Nigdy mi się
nie udało. Po takich próbach czułam się jeszcze bardziej do dupy-nie dość, że
nie potrafiłam nie jeść, nie potrafiłam się też wyrzygać. Czasami udawało mi
się zmobilizować do diety na dłuższy czas-kilka dni. Mobilizacja była różna, z
początku chodziło tylko o bycie chudym,z czasem chciałam karać siebie za
cokolwiek, czasami chciałam ukarać kogoś. Najczęściej rodziców za ograniczanie
mnie. Nie wiem w jaki sposób miało to być dla nich karą skoro nawet niczego
nie zauważali,ale...kiedy byłam o coś wściekła nie jadłam i odczuwałam przy
tym podwójną satysfakcję. Moje myśli było w stylu : "Jeszcze wam pokażę!
Zagłodzę się na śmierć!".
Myśli o jedzeniu towarzyszyły mi cały czas. To co zjem, kiedy i ile stało się
moim ZAHIREM. A tłumaczyłam sobie to wsyztsko już nie tylko kompleksem
rozmiaru, od którego wsyztsko się zaczęło, ale błędnymi relacjami z innymi
ludźmi, moim charakterem, głupotą... i w gruncie rzeczy byłam zadowolona tym,
że się krzywdzę. Kiedy z kimś się pokłóciłam, ktoś sprawił mi przykrość mogłam
odreagować-totalne obżarstwo albo głodówka. Mniej więcej po kilku miesiącach
zaczęłam liczyć to co jem. Robiłam codzienny zapis ile kalorii zjadłam i tylko
pogrązałam się tą wiedzą ile zjadłam. Ludzie wkoło mnie niczego nie zauważali,
zawsze byłam tym "chudym żarłokiem". Ja we własnej osobie nabijałam się z
ludzi będących na diecie, a w duszy płakałam nad własną żałosnością.
Pod koniec gimnazjum miałam swojego pierwszego faceta. Był ładniejszy ode
mnie. Kiedy szłam koło niego, wiedziałam że wszyscy ludzie dziwią się co taki
przystojny facet robi z taką szkaradą jak ja. Kiedy mnie dotykał, czułam, że
myśli jaka jestem gruba pod luźnym ubraniem. Czułam, że on brzydzi się mną tak
jak ja się sobą brzydzę. Przez kompleksy bałam się jakiejkolwiek bliskości.
Nigdy się nawet nie całowałam.. W liceum...Byłam jeszcze słabsza, jeszcze
bardziej zagubiona, miałam jeszcze większe poczucie niższości wobec innych
ludzi. Dostałam jeszcze więcej ograniczeń od rodziców, przysparzałam sobie
coraz to nowych kompleksów.. W pierwszej klasie nastąpił okres mojej
największej mobilizacji. Przez miesiac udało mi się schudnąć 5 kilo. Wiem, że
to śmiesznie mało, ale dla mnie to było 5 kilogramów szczęścia. To, że po tym
miesiącu nie dostałam okresu uznałam za dodatkowe dobrodziejstwo. Czułam się
cudownie, ważyłam 50kg i brakowało mi tylko dwóch żeby osiągnąć wymarzoną
wagę. Ale w grudniu przyszły święta. Zjadłam jeden słodycz, jeden normalny
obiad i poczułam, że wszytsko stracone. Jadłam, jadłam, jadłam i widziałam jak
z każdym kęsem mnie przybywa, nie znosiłam siebie, co ja mówię-nienawidziałam!
Niejednokrotnie jadłam i płakałam. Jadłam i usiłowałam rzygać... Raz
dopuściłam się prawdziwego aktu desperacji, po wyżerce, wypiłam łyk spirytusu
i zajadłam sodą. Chciałam żeby zareagowało mi to w żołądku żeby razem z tym
wyleciało ze mnie to wsyztsko co zjadłam...
Dowiedziałam się o chorobie przyjaciółki, o problemach rodzinnych bliskiej mi
kuzynki. Sama utraciłam zupełnie kontakt ze swoją familią- z mamą potrafiłam
już tylko się kłócić. Chciałam robić wiele rzeczy, rozwijać się, mieć
zainteresowania, wychodzić - żeby nie mieć czasu na obżarstwo i myślenie o
tym. Ale nie robiłam nic...siedziałam i jadłam w domu, a jeśli nie byłam w
domu to też jadłam...liczyłam kalorie, bezskutecznie uczyłam się wymiotować,
oglądałam zdjęcia obsesyjnie chudych dziewczyn, czytałam o zaburzeniach
odżywiania, żyłam w swoim kręgu, kręgu, o którym nikt nic nie wiedział, ba!,
nawet nie podejrzewał mając mnie za osobę która jeść uwielbia i jeść może ile
chce. Chyba się przyzwyczaiłam do tego wszystkiego. Do tego, że chcąc chudnąć
tyję. Że jedzenie zawładnęło mną zupełnie. Że się nie zmienię. I będą dni
lepsze, po których bardzo szybko przyjdą gorsze.
Nie wiem co się stało. Nie wiem jak to nazwać: nasilenie, zwycięstwo, porażka?
Nie wiem. Ale o ile to możliwe myśli o jedzeniu stały się jeszcze bardziej
natarczywe. Zmobilizowałam się. Nie zjadam dziennie więcej niz 700 kcal.
Wczoraj zjadłam 470 i przeraziłam się, że to tak dużo. I mówię tu o dniach
powszednich. Bo kiedy przychodzi weekend zamieniam się w prawdziwą niszczarkę.
Sobota, godzina 3 w nocy-siedzę i kończę szarlotkę. Zjadłam całą blachę.
Wcześniej ponad litr lodów i kilka kanapek. Już nawet nie płaczę bo wiem, że
spotka mnie kara. Wyciągam żyletkę, trochę boli, ale to przyjemny ból i
wyrzuty sumienia są od razu mniejsze. To taka kara. Teraz karam się już nawet
za dopuszczenie myśli, że mogłabym zjeść coś, czego nie powinnam. Polubiłam
nawet tą moją żyletkę, mam ochotę nosić ją wszędzie ze sobą po to by
przypominała mi o dyscyplinie. Znalazłam sobie tez pewne zastępstwo wymiotów.
Po prostu żuję, smakuję i wypluwam do kibla. Pamiętam taki wieczór - sama w
domu. A w mojej głowie te wszystkie słodycze pochowane w szafkach czekające w
tej chwili na mnie z otwartymi ramionami..Ręce mi się trzęsły kiedy wpychałam
sobie do buzi cukierka za cukierkiem. Odczułam taką niesmowitą ulgę,wręcz
fizyczną i wyplułam. Spuściłam wodę i już. Załatwione. Często to robię.
Brudzę powierzchownie talerze żeby wyglądało to tak jakbym jadła obiad.
Kłamię, że jadłam. Karam się i chowam blizny, a gdyby ktoś się zainteresował
to "kot mnie podrapał"...Czuję jak chudnę mimo tych okropnych weekendów i
jestem wreszcie z siebie zadowolona, a jednocześnie jest mi coraz ciężej.
Czasami gdyby myślę sobie o czekoladzie, pączku tub o jakimś tłustym placku