lilly.lilly
19.07.07, 15:02
Przeczytałam założony przez karuzellę wątek "impreza" i chciałam napisać coś o
moim jedzeniu wśród ludzi, o jedzeniu na imprezach i o pytaniu "czemu nic nie
jesz". Pytanie "czemu nic nie jesz" doprowadza do szału chyba niejedna osobę z
ed. Zastanawiam się, na ile moje odczucia są tylko moje, a na ile są
właściwością choroby. Przejrzyjcie, jak macie czas i ochotę, jakie procesy
myślowe i emocjonalne przebiegają podczas mojego procesu przeżuwania, i
powiedzcie, czy to skądś znacie.
Byłam ostatnio na imprezie u znajomej, która wie o mojej bulimii. Mnie było
tak głupio, że jestem osobą jedzącą nienormalnie, że aż jadłam normalnie.
Przyznam, że świetnie się czuję w tych momentach, gdy zostawiam za sobą -
choćby ze wstydu - siebie, która je nienormalnie, i mogę poudawać, że jem
normalnie.
Niby świetnie się czułam. Ale jednocześnie wiedzałam, że moja znajoma czuje
się nieswojo z tego powodu, że ja udaję, że jem normalnie. Jedząca bulimiczka
na imprezie... Wyobrażam sobie, że osobę normalną może przerażać przebywanie
tak blisko potwornej patologii jedzenia. Może moja znajoma dostawała dreszczy
z powodu bliskości koszmaru nie z tej ziemi, gdy przypominała sobie, co
zapowiedziałam przed imprezą: "nie przejmuj się moją bulimią, bo gdy jem w
towarzystwie, to nie mam problemów z normalnym jedzeniem"? Może patrzyła na
mnie i wyobrażała sobie, jak jadłabym to, co mam na talerzyku, gdyby w pokoju
nie było nikogo?
Zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby, gdybym nikomu nie powiedziała o
bulimii. Może gdybym zaczęła przez cały czas udawać, że nie jestem bulimiczką,
to z przyzwyczajenia przestałabym nią być.
No, i gdyby wszyscy pozostali - mam na myśli rodzinę - przestali szantażować:
nie próbowałaś jeszcze zrobionych przeze mnie w pocie czoła kotlecików
dlaczego nie jesz? ty znów nie jesz
taka jesteś chuda, zjedz
oj, tyle tego jedzenia przygotowałam i teraz nikt go nie chce jeść, zepsuje się
i przestali wykluczać mnie z towarzyskiej zabawy w delektowanie się, w
bożonarodzeniowe obżarstwo, w smakowanie delicji, frykasów, domowych
przysmaków, a także z gier i zabaw bardziej sekretnych, lubieżnych (ale jakże
integrujących towarzystwo zgromadzone w kuchni przy przygotowywaniu potraw!) w
oblizywanie łyżek, wylizywanie resztek kremów z garnków, podjadanie.
No i, rzecz jasna, gdyby w domu rodzinnym przestali zastawiać na mnie zasadzki
w postaci porozstawianych wszędzie półmisków ze słodyczami, niedojedzonych
obiadów, porcji porzuconych w połowie jedzenia. Gdyby zniknęły te kulinarne
zasadzki, na które reaguję odruchowym pożarciem podstawionego pokarmu... Nie
umiem inaczej, jeśli staram się kontrolować swoje reakcje na te kuszące widoki
i powstrzymywać machinalne podjadanie, to po kilku godzinach jestem wykończona
ciągłym świadomym odpieraniem pokus, które zaprząta całą moją uwage. Nawet
jeśli nie dostaję ataku bulimii, to z wykończenia zaczynam płakać, dostaję
lęków albo zwyczajnie zaczynam się trząść. I koszmary wychodzą z mojego łba, fuj.
Przed moją znajomą było mi głupio, że mam bulimię, i dlatego jadłam normalnie.
Takie normalne jedzenie było dla mnie przyjemnością. Ale jak ma być mi głupio
przed moją rodziną, że mam bulimię, skoro ich obyczajem jest podjadanie,
obżeranie się, skoro ich - i moje - całe życie kręci się wokół żarcia? Moja
mama wyraża ogromną miłość do mnie przez karmienie mnie ogromem jedzenia, więc
jak mogę odmówić - nawet gdy wariuję przez te pokarmowe zasadzki, gry i zabawy?
Hm. Czyżbym uważała, że mam bulimię z winy tych "onych", przez to, jak jada
moja rodzina? Może w mojej głowie rodzi się paranoja? Czemu zwalam winę na nich?
Dzięki za przeczytanie; na przyszłość pomyślę o założeniu bloga i o
zamieszczaniu tam wyziewów z mojego mózgu przeżartego kwasem żołądkowym, żeby
forum nie zaśmiecać.
lilly