lalkalala
04.04.08, 14:55
witam:)
czytałam wasze forum starając się zrozumieć anoreksję...moja
przyjaciółka od pół roku jest na nią chora (choć nigdy przy mnie nie
użyła TEGO słowa).nie jestem w stanie napisać tutaj całej historii
przebiegu jej choroby,ale postaram sie ja przynajmniej przybliżyć.
zaczeło sie przed wakacjami.Obie chciałyśmy sie odchudzić, ale
raczej bez większego zacięcia;)jedyne co wtedy zauwazyłam dziwnego
to to, że w ogole o tym nie mówila, unikala raczej tego tematu.Ale w
sumie obie jadłyśmy wtedy normalnie.do sierpnia nic sie nie działo.
S.zawsze nosiła do szkoly jedzenie lub jadła na stołówce, ale
poniewaz zaczął sie nowy rok szkolny nie zauważyłam,ze przestała to
robić, nie miałam bezpośredniego porównania.
w październiku po raz pierwszy zauważyłam,ze schudła. ze szkoła
wyjechalismy na parodniową wycieczke.S. zmienila sie nie do
poznania. Zawsze byla najbardziej optymistyczna i uśmiechniętą
osobą, która NIGDY mnie nie denerwowała czy drażniła,nawet pamietam
jak mówiłam mojej siostrze, ze nigdy nie spotkalam takiej osoby...
na obozie byla strasznie nerwowa, mowila poirytowanym tonem,
denerwowala sie absolutnie na wszystko.powiedzila,ze nie lubi jesc
poza domem i konsekwentnie jadła 1 jabłko dziennie, podczas posiłków
robiła DUŻO zamieszania, podawała innym dokladki, rozmawiala o
jedzeniu,przynosila jedzenie, mieszala w talerzu. To ze sama nie
jadła zauważyłam własciwie tylko ja i moja kol.
ok, widze ze nie ma sensu opisywać wszystkiego bo juz i tak tekst
zrobił sie długi a chciałabym zebyscie to przeczytały do konca...
w kazdym razie S. pare razy powiedziała,ze chciałaby z tym skończyć
(tylko słowa).na obozie miesiac temu jadła tyle co na tym
wcześniejszym. Zauważyłam ze stawia sobie absurdalne (dla mnie )
cele. Np. podczas 10godzinnego zwiedzania ani razu nie
siadała.wszyscy padali z nóg,ona nie je od pół roku, a była w
stanie, tak sie nakręca...
jest teraz osobą z którą nie da sie rozmawiać, wszystko ja
denerwuje,krzyczy, na nic sie nie zgadza, zawsze ma inne zdanie(na
najbardziej absurdalne tematy jest kategoryczna, nie potrafi pojsc
na kompromis). Aby z nią rozmawiać musimy miec temat typu pogoda lub
na cos narzekac...
duzo razy podkresla,ze nie ma po co zyc, ze zycie to smiertelna
choroba.
wygląda,przepraszam,ale przerażająco,jakby miała sie rozsypać,ale
nadal ma te cele;nosić jak najwieksze ciężary, cwiczyc jak
najwiecej,uczyć sie...
jak chcemy sie gdzies umowic to tydzien wczesniej cieszy sie na to
wyjście, pare dni wczesniej mówi ze bedzie mogla byc na krótko,
dzień wczesniej unika tematu a w ten sam dzień mówi ze nie może.nie
moze. kropka
nasza cała relacja opiera sie teraz na
udawaniu,kreceniu,irytacji.Mówiąc szczerze jakbym nie wiedziala jaka
była, nie miała nadzieji ze kiedyś znów taka będzie, nie mogłabym z
nia wytrzymać...
co ja zrobiłam? załatwiłam (w tajemnicy, inaczej rozpętałabym
piekło) numer do bardzo dobrego psychologa i dałam jej mamie(jeszcze
w listopadzie). dowiedzialam sie ze S. przekonała mame ,ze nie
potrzebuje. Staram sie z nią rozmawiać,przebywać.Rozmawialam o tym z
wychowawczynia(bardzo fajna osoba), moja mamą(jest psychologiem),
radzilam sie kazdej zaufanej osoby...
Mozecie mi napisać co mogłoby jej pomóc?z mojej strony? albo co wam
pomogło?
od 2 dni ma pomoc psychologa( po pół roku!!), ale oczywiście
jest "beznadziejny"...kolejna osoba przed którą bedzie musiala
udawać,że chce wyzdrowieć.
Może pisząc to chce siebie, czy was przekonać ,ze cos dla niej
robie, nie wiem...Ale jesli potraficie cos mi doradzić to
proszę,napiszcie
pozdrawiam:*