0vestri
06.12.08, 13:21
Witajcie.
Od 4 lat choruję na zaburzenia odżywiania. Zaczęło się od anoreksji, przeszło
w najgorsze piekło na ziemi - bulimię . Do dziś przeklinam dzień w którym
pomyślałam że jestem gruba i powinnam schudnąć. Zniszczyłam sobie życie,
figurę, zdrowie, umysł, intelekt, kontakty międzyludzkie oraz rodzinne.
Przeszłam terapie... jednak leczyłam się w kierunku bardziej anoreksji,
ponieważ bałam się przyznać matce że wymiotuję. Do dziś bardzo się tego
wstydzę i ukrywam...
Nie mam już zatem anorektycznych myśli, jak kiedyś "muszę być najchudsza,
muszą mi kości wystawać, muszę być głodna i ma mi wiercić w brzuchu, mam
chudnąć w oczach i być tą wykałaczką" .
Zobaczyłam że niszczenie siebie nie ma sensu. Co mi to da że będę taka
przeraźliwie chuda? Co to za wartość jest? Żadna.
Ważyłam 40 kg przy wzroście 172 cm . Potem można powiedzieć że w moim życiu
pojawił się ktoś... on... Choć to tylko kolega, poczułam że jestem ważna, że
ktoś mnnie lubi i o mnie myśli, że chcę być piękna, nie chcę straszyć. Powoli
zaokraglałam się, obecnie ważę 49 kg . Uważam się za szczupłą... choć...
czasem zdarzy mi się porównać do poprzedniej, choć bardzo suchej i z
dzisiejszej perspektywy nieatrakcyjnej figury.
Po anoreksji zeżarło mi większość mięśni. Nie mam jędrnego ciała. Na pamiątkę
zostały mi okropnie chude, patykowate ręce, wystające obojczyki i kości
naramienne. Okropność, mój kompleks dni obecnych.
Drugim efektem jest bulimia... W zasadzie to... wymiotuję tylko w domu... poza
domem potrafię normalnie zjeść, nawet tabliczkę czekolady, i nie mam tego
poczucia, że coś mnie wewnątrz uwiera (dosłownie). W domu, szczególnie przy
mojej matce, lub coś co ona zrobi, nie potrafię tego zjeść. A że matka bardzo
mnie pilnuję - muszę zwymiotować.
Oczywiście potem zaczęłam obżerać się słodyczami. Pod wpływem stresu,
napięcia, po kłótniach i sprzeczkach z nią.
Bardzo, bardzo chciałabym przestać. Kiedys udało mi się nie wymiotować przez
miesiąć. Ah! Co za piękne dni! Opuchlizna mi zeszła, oczy bez worków, cera piękna.
I właśnie dziś po raz kolejny chciałam wznowić walkę.
Nie mam jednak z kim podzielić się swoimi przemyśleniami. Nie mam przyjaciół.
Czy mogłabym tutaj opisywać swoje dni?
Może parę osób się przyłączy, stwarzając również swój pamietnik walki z chorobą.