wyborcawas
17.09.11, 17:20
Od początku wmawiano obywatelom, iż zbierają swoje prywatne pieniądze na własnych, indywidualnych kontach w OFE. Ba, lata cale utrzymywano ich w przekonaniu, podkreślając to każdorazowo w programach, audycjach, artykułach i informacjach opisujących nasz system emerytalny. Co ważne, był to zgodny głos tak twórców reformy, polityków, ekonomistów, jak i publicystów.
W majowym numerze "miesięcznika KAPITAŁOWEGO" zamieszczony został obszerny raport dotyczący krajobrazu po bitwie o OFE. Niestety niekompletny. Zabrakło w nim kluczowej informacji, że cały czas dyskutowano o środkach publicznych, a nie prywatnych.
Dla wielu może to być zaskakujące, lecz tak właśnie wynika z ostatecznego wyroku Sądu Najwyższego jaki zapadł w czerwcu 2008 roku. Wówczas w sprawie wytoczonej przez obywatela, który nie chciał uczestniczyć w tym systemie i wolał samodzielnie dysponować swoimi środkami stwierdzono, że "składki na ubezpieczenie emerytalne odprowadzone do funduszu nie są prywatną własnością członka OFE". Ponadto, zdaniem SN, składka ta "posiada publicznoprawny ubezpieczeniowy charakter, który zachowuje po przekazaniu jej części do funduszu". Przed trzema laty, jeszcze na fali powszechnego zachwytu na zreformowanym modelem, sprawą nikt się nie przejął. Lecz że o tym nie pamiętano w ostatnich miesiącach jest już co najmniej dziwne. Niemniej pozostaje faktem.
Z niewiadomych powodów w trakcie wielomiesięcznej debaty wyrok ten był skrzętnie pomijany. Tak przez stronę rządową (z jednym wyjątkiem, o czym za chwilę), media oraz atakującą pomysł zmian opozycję, ekonomistów i środowisko towarzystw emerytalnych. Tymczasem sprawa nie jest błaha i bynajmniej nie oznacza tylko niewinnej zmiany definicji. W rzeczywistości jest wywróceniem całej reformy do góry nogami i sprawia, że już dawno straciła ona sens. I nie chodzi tu bynajmniej o najnowsze, kilkupunktowe przesunięcie wpływów pomiędzy FUS a OFE na korzyść tego pierwszego, co często przedstawiano jako katastrofę. Ale o to, iż zreformowany system emerytalny od trzech lat już właściwie nie istnieje.
Stało się tak, mimo iż - jak zapewne wszyscy doskonale pamiętają - od samego początku wmawiano obywatelom, iż zbierają swoje prywatne pieniądze na własnych, indywidualnych kontach w OFE. Ba, lata całe utrzymywano ich w tym przekonaniu podkreślając to każdorazowo w programach, audycjach, artykułach i informatorach opisujących nasz system emerytalny. Co ważne, był to zgodny głos tak twórców reformy, polityków, ekonomistów, jak i publicystów. Element posiadania prywatnych oszczędności był rdzeniem reformy, z którego wynikało chociażby prawo dziedziczenia.
Jednak do czasu. W wydaniu wyroku Sądowi nie przeszkadzał fakt, że publiczny charakter nie wynika z żadnych ustaw, czy dokumentów, a wręcz stoi z nimi w sprzeczności. Środków tych nie wymieniono w zamkniętym katalogu finansów publicznych. Tak samo w rachunkach narodowych prowadzonych przez GUS, jak i w ustawie budżetowej zawsze traktowane były jako oszczędności prywatne. Podobnie w prawie unijnym i metodologii statystycznej ESA'95. Także wnioskowanie na podstawie innych przepisów, choćby prawa bankowego, czy kodeksu cywilnego musiało prowadzić do wniosku, iż mamy do czynienia ze środkami prywatnymi. Mimo to Sąd Najwyższy stwierdził inaczej.
Tymczasem wymienione dokumenty nadal stanowią tak jak i przed wyrokiem co dodatkowo gmatwa sytuację. Wyrok jest tu górą, bowiem - zgodnie z obowiązującym w Polsce systemem - Sąd Najwyższy po prostu tak zinterpretował dostępne przepisy. W konsekwencji nie może być więc mowy o zagarnięciu oszczędności przez rząd. Jest już na to za późno.
Te około 200 mld zł zarządzanych przez towarzystwa emerytalne, tak jak podatki, należą do państwa, a nie przyszłych emerytów. A to wyklucza chociażby dziedziczenie. Bo przecież zapłaconych przez siebie danin publicznych nie można zapisać w spadku.
Niestety o faktach tych zapomniano i przy tworzeniu Raportu. W rozmowie pod znamiennym tytułem "Grozi nam wariant węgierski" nie wspomina o tym ani Ewa Lewicka, prezes Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych ani inni znawcy tematu. Tymczasem, nawet jeśli na przestrzeni lat ktoś z nich o wyroku zapomniał, to w trakcie debaty profesorów Jacka Rostowskiego i Leszka Balcerowicza (zakładam, że oglądał ją każdy) o niej przypomniano. I to już na samym wstępie.
Pierwsze pytanie dotyczyło właśnie tego, kto jest właścicielem pieniędzy gromadzonych w OFE. Profesor Balcerowicz udzielił filozoficznej odpowiedzi o zasadach organizacji państwa. Lecz minister finansów powołał się wprost na wykładnię Sądu Najwyższego. Co prawda przyznać należy, że użyte przez niego sformułowania były bardzo enigmatyczne, jednak nie powinny być takie dla ekspertów. I ponownie, z niewiadomych przyczyn, wypowiedź ta została całkowicie zignorowana. A przecież to właśnie wówczas Jacek Rostowski stwierdził na oczach milionów telewidzów, iż pieniądze, które Polacy uważają za swoje wcale do nich nie należą. Tymczasem przez kolejne dni media pasjonowały się tym - o zgrozo! - czy rozmówcy mieli sobie mówić na "ty", czy na "Pan".
Rządowi pewnie było to na rękę. Media odwróciły bowiem uwagę od kluczowego zagadnienia. Bo skoro są to pieniądze Państwa (tego przez wielkie "P", czyli instytucji), a nie obywateli, to władza ma swobodę w dysponowaniu nimi i basta. Po co dalej wyjaśniać. Należy się tylko domyślać, że stąd też tak swobodnie powoływano się na nieujawnione ekspertyzy dowodzące, że najnowsze zmiany są zgodne z prawem.