wyborcawas
09.11.14, 20:10
Na początku września NIK poinformowała, że zbada wiarygodność wieloletnich prognoz finansowych, na podstawie których gminy biorą kredyty.
Podczas kryzysu zagraniczni właściciele polskich banków ratowali zagraniczne matki
na przykładzie gminy Więcbork, na którym doskonale można dostrzec, do czego doprowadza ślepy pęd do wykorzystania unijnych pieniędzy. Analiza sytuacji tej gminy skupia, jak w soczewce, absurdy związane z absorpcją unijnych środków.
Ciemna strona inwestycji zagranicznych
Przez lata były uważane za coś na kształt biblijnej manny z nieba. Oto peryferyjny kraj na dorobku dostawał zastrzyk życiodajnej energii. Zachwyty przesłoniły nam jednak tę brzydszą część prawdy.
Krótkowzroczne planowanie
Zarządy gmin mają za horyzont czasowy swojej działalności jedynie aktualną kadencję. Skupiają się na zbieraniu argumentów, dających się wykorzystać w najbliższej kampanii wyborczej, w celu zdobycia reelekcji. Dokonują tego często kosztem przyszłości, zamykając swoim następcom drogę do możliwości swobodnego kształtowania rozwoju gmin. Takiemu spojrzeniu sprzyja również charakter unijnych budżetów. Jeśli w danym okresie nie wykorzystamy środków, to one przepadają. Można się wtedy narazić na zarzut niewykorzystania możliwych do uzyskania pieniędzy. Jednak warunkiem skorzystania z tych funduszy jest posiadanie wkładu własnego. Zaoszczędzonych środków, czy też wolnych, możliwych do zainwestowania z bieżącego budżetu, gminy nie posiadają. Posiłkują się zatem kredytami.
Gminy na kredyt
W obecnej sytuacji znaczna część, jeśli nie większość gmin, znalazła się u kresu swoich możliwości pożyczkowych, w związku z czym pod wielkim znakiem zapytania staje możliwość pozyskania środków w najbliższej perspektywie finansowej unii (tymi pieniędzmi rząd niesłychanie się chwalił). Co więcej, coraz więcej gmin ma problem z obsługą już zaciągniętych kredytów. W takiej właśnie sytuacji jest gmina Więcbork. Cóż zatem robi?
Zaczyna wyprzedawać swój majątek. Pod młotek miał tam iść budynek, w którym mieści się przychodnia zdrowia. Problem polega jednak na tym, że podstawowa opieka zdrowotna jest zadaniem własnym gminy. Tworzy się zatem wymyślne konstrukcje myślowe, mające za zadanie połączyć ogień z wodą. Tamtejszy zarząd gminy z większością radnych wymyślili, że sprzedadzą budynek podmiotowi parającemu się świadczeniem usług medycznych.
Wiadomo, że zawężając tak grono potencjalnych nabywców, możliwa do uzyskania kwota nie jest zbyt wysoka. Uzyskaniu korzystnej ceny nie sprzyja też niewłaściwe przez lata zarządzanie budynkiem, który jest zdekapitalizowany, wymaga gruntownego remontu, na co nigdy nie znaleziono środków (zapewne środki unijne nie mogły być na to przeznaczone, być może standardowo, jak w całej Polsce, wybudowano dom kultury, bibliotekę, wyremontowano budynek gminy lub zrobiono remont rynku).
Przekleństwo, nie dobrodziejstwo
Na marginesie, należy zauważyć jak kończy się sytuacja, gdy władza publiczna zajmuje się tym, na czym się nie zna. Jak twierdzi więcborska opozycja w radzie gminy, czynsz płacony przez dotychczasowego najemcę budynku przychodni ledwo pokrywał koszty ogrzewania, które ponosiła gmina. Nie dziwi zatem, że brak było pieniędzy na utrzymanie budynku we właściwym stanie technicznym. Jak wynika z przytoczonego przykładu, dostępność unijnych pieniędzy dość powszechnie stała się przekleństwem, a nie dobrodziejstwem.
Rząd chwalił się po ostatnich negocjacjach budżetu unijnego, że wynegocjował na inwestycje kwotę 300 mld zł w perspektywie siedmiu lat. Ciekawe, jak wobec tego co nakreśliłem powyżej, będzie wyglądała absorpcja tych środków w najbliższych latach, skoro część samorządów straciła już możliwość zaciągania nowych kredytów na wkład własny.
Sukces propagandy
Wróćmy jednak do kwoty, którą rząd oszałamiał opinię publiczną - 300 mld zł. Propaganda oraz działania marketingowe dziejące się wokół tzw. unijnych pieniędzy każą nam sądzić, że praktycznie nic by się bez tych pieniędzy w Polsce nie wybudowało.