Gość: kielecczanin
IP: *.chello.pl
06.01.08, 17:26
Bedąc małym chłopcem pomieszkiwałem w wakacje w jednym z małych
kieleckich miasteczek. Nic tam się nie działo. Ot rynek na którym
zatrzymywał się autobus, remiza strażacka gdzie ,,puszczali,, filmy
Wydarzeniami były wesela, bójki i pogrzeby. Do dis pamiętam jeden
pogrzeb. Dziwny jakiś.Kondukt szedł jakby w pospiechu, bez tych
charakterystycznych spiewóe i zawodzenia. Niewiele osób za trumna
ale i nikogo na ulicy. Baby wołały dzieci aby sie nie gapiły, same
zza firanek chytrze obserwowały. Stałem chyba sam. Nagle , gdzies zza
płotu rozległo się miauczenie. Najpierw jedno, potem drugie,
wreszcie cały miauczacy rejwach. To moi koledzy podpuszczeni czy
zachęceni przez dorosłych. Atmosfera jak dla mnie niesamowita.
Kondukt przyspieszył. Nagle zza węgł w kierunku trumny , mijając ja
o centymetry poleciało ciało zdechłego kota. Nadal miauczenia
odprowadzały szybko oddalajacy się kondukt.Dla mnie dzieciaka z
miasta co to tylko na wakacje przyjechał sytuacja była niezwykła.
Wyjaśnił mi ja rówieśnik i potwierdziła jego matka: to był bezbożnik,
,,kociorz,, czyli wyznawca kociej wiary. Póżniej dowiedziałem się
ze tak dobrzy chrześcijanie określali świadków Jehowy.