fajna_dziewczyna79
30.07.11, 14:36
Witam, mam pytanie czy wiecie może jak to jest z formalnego punktu? Co nauczyciel SP ma napisane w rozporządzeniu (ustawie?) i jakich granic powinny sięgać informacje o dziecku, przekazywane rodzicom? Na pewno zdrowie, bezpieczeństwo itp. Ale co jeszcze? Zastanawiam się czy to styl pracy wychowawcy czy jednak obowiązek?
Jestem rodzicem żywiołowego, bardzo inteligentnego dziecka i bez problemów w nauce, choć młodsze od pozostałych - test na koniec roku zaliczony na 95%. Ale w szkole sprawia problemy typu: za dużo mówi na lekcji, ma trudności z wytrzymaniem na zajęciach do końca, indywidualista i asertywny, jeśli coś mu się nie podoba, za często się wygłupia i popisuje - lubi być liderem, przejawia zbytnie skłonności do przewodzenia i nie lubi się dostosowywać do reguł. Ale naprawdę ani nie agresywny, ani nie szkodliwy...Ogólnie przyjazny otoczeniu i bardzo mądry jak na swój wiek. Silna, może i niełatwa osobowość.
Telefony z różnymi tematami otrzymuję od babki w roku szkolnym, średnio 3 razy w tygodniu - 80% to istne pierdoły - głaska obce kotki na boisku, wygiął łyżkę na stołówce, powiedział do pani, że dzieciom nie wolno rozkazywać

))) czy nie chciał zębów fluoryzować. 20% to poważniejsze sprawy - że przeszkadza jej, nie słucha poleceń, rozmawia na lekcji.
Pani dzwoni mi do pracy często, i prosi, żeby "coś z tym zrobić". Poza tym na Zeszyt Korespondencji przeznaczę w kolejnym roku szkolnym 60 kartek, nie 16 - powyższe uwagi ważne i mniej ważne są zapisywane.
PS. Moja najlepsza, szkolna, socjalistyczna uwaga

)), jaką otrzymałam to : "Ela zrobiła trąbkę z papieru i krzyczała uuuuuu".
Wychowawczyni mojego dziecka mnie do szału doprowadza, jest bardzo zmęczona pracą i moim dzieckiem - sama nie wiem czy ona jest niezaradna czy jak to jest - czemu nie ma wstydu, poczucia, że rodzic może pomyśleć, że ona się nie nadaje do zawodu? Ja jakbym tak narzekała w swojej pracy, wywaliliby mnie. A tu podejście - nie, że ja nie umiem - to rodzi i uczeń winni...Boję się kolejnego roku szkolnego, nie zwolnię się z pracy i nie stanę na lekcji za nią.
Stwierdzam, że zmusza mnie swoim podejściem do ostateczności - do Poradni, diagnozy i papieru dla dziecka - że niedostosowane albo nadpobudliwe psychoruchowo??? Nie chcę, bo po co? Ale nie wiem czy nie będzie lepiej jak i dziecko i ją także podporządkują kontroli PPP, wejdą jej na lekcje i wręczą jej wytyczne jak i co ma robić. Odczepi się wtedy czy nie? Wiem, wrednie to ujmuję, ale uważam, że w 20 osobowej klasie - to Pani przede wszystkim jest od tego, aby z dzieckiem rozmawiać, a nie odruchowo sięgać za telefon do mnie po jakiejś sytuacji i przekazywać litanię. Ja już też mam odruch wyuczony - po 50. telefonie i zadaniu od Pani polegającym na zaradzeniu czemuś, przy czym mnie nie było nawet - poniekąd współczuję bardzo mojemu dziecku. Co nie oznacza oczywiście, że z nim nie rozmawiam.