Poród na Lutyckiej w Poznaniu

IP: *.* 31.08.02, 19:23
Czy któraś z Was rodziła może na Lutyckiej w Poznaniu? Bardzo dużo mówi się o Polnej, św. Rodzinie, a nie słyszałam jeszcze nic o warunkach, atmosferze itp. na Lutyckiej. Myślimy z mężem powoli o miejscu przyjścia na świat naszego maleństwa i chodzi nam o poród rodzinny. Z góry dziękuję za podzielenie się doświadczeniami z tego szpitala.
    • Gość edziecko: MagdaAQQ Re: Poród na Lutyckiej w Poznaniu IP: *.* 02.09.02, 18:35
      Niestety - nie będę to relacje z pierwszej ręki, ale znam dwie pozytywne i dwie negatywne opinie. Pozytywne - wszystko miło i przyjemnie (lekarz prowadzący był z Lutyckiej, opłacony zresztą). Opinie negatywne - opryskliwe położne, brak intymności, brak możliwości nawet ruszenia się na łóżku (w tych dwóch wypadkach kobiety przyszły bez pleców lekarza). Akurat wśród moich znajomych tak się rozłożyły głosy, ja nie mam lekarza na Lutyckiej, więc nie odważyłabym się tam rodzić. Pozdrowionka
    • Gość edziecko: leptir Re: Poród na Lutyckiej w Poznaniu IP: *.* 02.09.02, 20:39
      cześć! Mnie rodziło się tam świetnie. Leżałam w tym szpitalu już tydzień przed porodem. Położne były bardzo miłe. Lekarze również. Szczególnie doceniam opiekę bezpośrednio po porodzie (zakończył się cięciem) oraz pomoc w opiece nad dzieckiem, gdy nie czułam się na siłach. Za poród rodzinny się nie płaci. Sale porodowe są jednoosobowe. Gości można przyjmować do 21-ej. Oddział położniczy jest wyremontowany. Sale 3-os z elegancką łazienką. Oddział jest mały i może dzięki temu panuje tam miła atmosfera. Polecam!
    • Gość edziecko: Becia26 Re: Poród na Lutyckiej w Poznaniu IP: *.* 06.09.02, 20:38
      Witaj! Rodziłam na Lutyckiej i niestety nie mam zbyt miłych wspomnień. Przyjechałam o 4 nad ranem i położna nawet nie odpowiedziała na dzień dobry, chyba była zbyt zaspana. Generalnie zero pomocy przy dziecku. Miałam cesarkę i gdyby nie pomoc męża nie wiem, jak dałabym sobie radę. Chciałam nawet wyjść na własne życzenie, ale niestety ordynator nie wyraził zgody. Były też plusy. Poród rodzinny był za darmo. Mąż był cały czas na sali. Lekarze mili i fachowi. Niestety brak życzliwości ze strony większości położnych sprawia, że na myśl o porodzie przechodzą mnie dreszcze. Becia
    • Gość edziecko: lucynadb Re: Poród na Lutyckiej w Poznaniu IP: *.* 14.09.02, 22:24
      Ja nie rodziłam na Lutyckiej.Przeczytałam twój post i odpowiedzi dziewczyn .Trudno tu o obiektywizm i jednoznaczną opinię wszystko zależy od położnych na które akurat trafisz .Ja rodziłam we Wrześni/Poprzedni poród na Polnej/ mogę szczerze polecić szpital wrzesiński przy porodach bez komplikacji ,położne są cudowne -pani Zosia,Sławka i wiele,wiele innych to cudowne,serdeczne,kompetentne i bardzo miłe panie położne.Takich położnych jak we Wrześni może pozazdrościć każdy szpital z Poznania .Porodówki małe 3 salki,można słuchać muzyki,można spacerować po korytarzu,można rodzić rodzinnie/50zł/.Rodziłam szybko,bez stresu i bez strachu ,bo chodziłam do szkoły rodzenia -polecam szczególnie młodym dziewczynom które rodzą po raz pierwszy.Pare tygodni przed porodem pozwolono mnie i mężowi obejrzeć porodówkę ,myślę ,że to dobry pomysł.Oczywiście wizyta była w czasie kiedy nikt nie rodził.Słyszałam jednak ,że w razie komplikacji przy porodzie lekarze zbyt długo myślą i podejmują decyzje co do np.cesarki.Porównując moje wrażenia z pobytu na Polnej i we Wrześni dla siebie wybrałabym Wrześnię ,ale dla dobra dziecka Polną-to jest jednak klinika z nowoczesnym sprzętem i gdyby było coś nie tak z dzidziusiem to na Polnej byłoby bezpieczniej.Życzę szczęśliwego rozwiązania ,a decyzja należy do Ciebie przyszła mamo.Dużo zdrowia Lucy
    • Gość edziecko: mandarynka Re: Poród na Lutyckiej w Poznaniu IP: *.* 14.10.02, 18:27
      oto opis mojego koszmarnego porodu na lutyckiejTermin mialam na 24 wrzesnia (wtorek).Ciagle sie balam, ze urodze za wczesnie i dziecko bedzie spod Panny, a chcialam Wage. 23 kiedy slonce bylo juz w wadzewyluzowalam sie i stwierdzilam, ze pewnie jutro urodze.Nie urodzilam. 25 mialam zglosic sie do szpitala. Caly dzien tanczylam, biegalam po schodach i umylam okna, zeby urodzic.Skurczow zadnych nie mialam, ale myslalam, ze moze mi sie zrobilo chociaz jakies rozwarcie. W szpitalau wyladowalam o 20, podlaczyli mnie pod KTG, przyszedl lekarz i ... "ale sobie pani wybrala pore na przyjscie doszpitala !, do szpitala to sie przychodzi rano !"na dodatek byl to ten lekarz, ktorego najbardziej nie cierpie (leazalam juz w tym szpitalu kilka razy). tak siezdenerwowalam, ze az sie poryczalam a dziecku tetno skoczylo do 190.Potem badanie ginekologiczne z zapuchnietymi oczami i pociaganiem nosem (pytanie lekarza: "pani jest przeziebiona ?") iwynik: zero rozwarcia, szyjka macicy niedojrzala do porodu.Wyladaowalam na Perinatologii. pol nocy ryczalam, dostalam relanium, ktore niezbyt pomoglo, a na dodatek przez pierwsze dwadni bylam w pokoju z dziewczyna, ktora byla tak niekumata, ze nie umiala nawet odczytac temperatury z termometru!!!! calymi dniami lezala i wzdychala tylko: "booooooze..." masakra. potem jawypisali i lezalam sama. i nawet nie wiedzialam, ze w pokoju naprzeciwko lezy monika z bajbusa z urodzonym kubusiem ! spotkalysmy sie dopiero w momencie, kiedy juz wychodzila.z kazdym dniem mialam coraz wiekszego dola, patrzylam na zegarek z reklama bambino na scianie i zastanawialam sie, kiedy wkoncu urodze. co chwile dzwonila rodzina i znajomi z zapytaniem czy juz urodzilam.a to dolowaLO jeszcze bardziej....w poniedzialek (30 wrzesnia) zbadal mnie ordynator. stwierdzil: zero rozwarcia, szyjka niedojrzala do porodu...wiec moje tygodniowe lezenie w szpitalu na nic. moglam sobie spokojnie siedziec w domu. ordynator zdecydowal: jutro wzniecenie porodu do konca. co ????????????????????oksytocyna a jesli nie zadzial to cesarka ??????? a ja tak strasznie nie chcialam cesarki !!!!!!wiekszosc lekarzy i poloznych mowila, ze na pewno ta oksytocyna zadziala, ale przyszla jedna taka i rzucila tekst: "raczejpani normalnie nie urodzi z taka niedojrzala szyjka". zalamalam sie i przestalam myslec pozytwnie.nastepnego dnia o 6 rano przeszlam na porodowke. Zamiast podlaczyc mnie od razu pod oksytocyne, pani przez godzinewypelniala jakies papiery. kurcze, co ja obchodzi moj zawod i zawod mojego meza ?????o 7.30 w koncu mnie podlaczyli i rzyjechal moj maz. myslalm, ze teraz nas zostawia, zamkna drzwi i bedziemy mogli sobiepogadac.a gdzie tam. w sali porodowej drzwi byly non stop otwarte, co doprowadzalo mnie do szalu,lezalam bowiem tylem do drzwi cochwile wchodzily stada sluchaczek ze szkoly poloznych i grzebaly w szafkach, albo staly nade mna i nic nie mowily.jedna tylko byla w porzadku i ze mna rozmawiala. najgorsze bylo to, ze nie bylam w stanie stwierdzic, czy jakas jest w saliczy nie. caly czas podlaczona bylam pod ktg, wiec nie moglam nawet isc i normalnie sie wysikac !co chwile ktos pytal czy czuje skurcze, a ja nic nie czulam !!w koncu o 12, kiedy juz mieli mnie odlaczyc - zaczelam czuc lekkie napinanie sie brzucha i bole w krzyzu. maz zaczalmierzyc odleglosci miedzy skurczami a we mnie wstapila nadzieja na normalny porod. wtedy przyszedl lekrza, brutalnie mniezbadal i stwierdzilze jednak nadal zero rozwarcia. w zwiazku z tym jednak, ze zaczelam czuc skurcze - zostawili mnie jeszcze na dwie godzinypod kroplowka. skurcze zaczely sie robic silniejsze, ale i tak dochodzily tylko do 50 % na ktg.o 14 przyszedl ordynator, zbadal mnie bezbolesnie i zarzadzil cesarke. poplakalam sie, bo sie panicznie balam cesarki. onzaczal mi tlumaczyc, ze jestem obciazona kardiologicznie i on mi gwarantuje ze w ciagu kilkunastu godfzin na pewno nieurodze. podpisalam wiec zgode na cesarkezalewajac sie lzami. zawezwali mila pania anestezlolog, ktora namowila mnie na znieczulenie podpajeczynowkowe zamiastnarkozy. przekonalo mnie to, ze poczas narkozy cewnik wkladaja przed znieczuleniem, a ja od dziecinstwa panicznie sie balalm cewnikowania.nastawilam sie juz na to ciecie, maz mnie zaczal pocieszac i wtedy okazalo sie, ze helikopterem przylecial tetniakrozwarstwiajacy aorty i ciecie zrobia mi dopiero o 17.15..........wiec 2 godziny czekania.........o 17 przyszla inna pani anestezjolog, znow przeprowadzila ze mna wywiad, znow opowiedzialao znieczuleniu i w koncu zawiezlimnie na sale operacyjna.bylam zla, bo obiecali mi wczesniej, ze na wlasnych nogach pojde do ubikacji i nie dotrzymali slowa.... lekarz rzucil tylkotekst: " i tak bedzie pani cewnikowana"... nie zdazylam nawet przytulic sie do meza i pozegnac z nim...... na stole operacyjnym zalewalam sie lzami i trzeslam ze strachu... musilam wziac ze soba chusteczke zeby sie jeszczewysmarkac... zrobili mi te zastrzyli w kregoslup. wbrew temu, czego sie spodziewalam - nie bolalo, aczkolwiek nie wolno bylo sieporuszyc i to bylo przerazajace. mialam wizje sparalizowanych nog itp. potem przypieli mnie do tego stolu, wszystko, lacznie z rekami (oczywiscie natychmiast zaczela mnie swedziec twarz, alejuz nie moglam sie podrapac) i zaczeli wpychac cewnik do cewki moczowej komentujac jeszcze, ze jakos im to nie idzie... zrobilo mi sie niedobrze. pytam wiec, czy to tak ma byc. jakies panie, ktorych tam bylo pelno odpowiedzialy tylkopodsmiechujac sie: "nam tez jest niedobrze". pozniej przykryli mnie jakas niebieska chusta, co od razu wywolalo we mnie klaustrofobie... pomyslalam, ze nie przezyjetej godziny.... chwile pozniej poczulam jak rozcinaja mi brzuch.... o kurcze.... to jednak boli.... powiedzialm o tym... pani anestezjologrzucila wiec: poczekajmy jeszcze 3 minuty bo chyba nie do konca zadzialalo.... wtedy film mi sie urwal.... podali mi (cale szczescie) jakies srodki nasenne... caly czas snilo mi sie, ze biegam po jakiskorytarzach i otwieram drzwi (a maz wczesniej mowil mi, ze jak zobacze swiatelko w tunelu to pod zadnym pozorem mam tam nieisc) na koncu poczulam jak grzebia mi w brzuchu... bleh...... okropne. obudzilam sie na jakims lozku, piotr siedzial przy mnie. podobno zadawalam ciagle te same pytania: gdzie dziecko, jakwyglada i czy piotr cos zjadl i czy dostalam narkoze. co chwile przychodzila jakas pani, kazala sie nie ruszac, mierzyla cisnienie, w koncu powiedziala piotrowi, zeby szybkouciekal, bo ja musze spac, bo cos jest nie tak z moim cisnieniem. a ja chcialam jeszcze zobaczyc dziecko... maz pojechal po nia, rzucilam okiem, stwierdzilam, ze chyba wszystko ok i ja zabrali.. noc byla straszna. lezalysmy tam we 4 , wszystkie po cesarkach i co pol godziny przychodzila pielegniarka i robila namjakies zastrzyki, zmieniala kroplowki, kazala sikac i mierzyla cisnienie. kiedy jej w pewnym momencie spytalam, jakie mam cisnienie to stwierdzila, ze mi nie powie, zebym sie nie denerwowala, zeleze bardzo wysokie. cale szczescie, ze byla tak mila, ze pozwolila mi wlozyc sobie zwiniety recznik podm szyje, wyjela m i komorke i pozwolilana chwilke zadzwonic do mamy....i to tyle... nastepnego dnia przeiwezli mnie na poloznictwo.mama maleństwa napisała/ł:> Czy któraś z Was rodziła może na Lutyckiej w Poznaniu? Bardzo dużo mówi się o Polnej, św. Rodzinie, a nie słyszałam jeszcze nic o warunkach, atmosferze itp. na Lutyckiej. Myślimy z mężem powoli o miejscu przyjścia na świat naszego maleństwa i chodzi nam o poród rodzinny. Z góry dziękuję za podzielenie się doświadczeniami z tego szpitala.
    • Gość edziecko: tekila Re: Poród na Lutyckiej w Poznaniu IP: *.* 14.10.02, 20:41
      mandarynka !!!! uważam, że to nie w porządku tak straszyć przyszłe mamy .można było poprostu powiedzieć, ze było źle, nie polecasz, itp. pamiętaj, ze każda wystraszona cięzarna chce słyszeć słowa pokrzepienia. ja nie rodzę na lutyckiej, nie boję się cesarki, znieczulenia i cewnikowania ale zrobiło mi się średnio po tym co przeczytałam.zostały mi 4 tyg. i mam zamiar pozytywnie podejść do całej sprawy. o moim szpitalu też słyszałam różne opinie, ale jak pytałam jako cieżarna to opisy były szczere ale często pokrzepiające. chciałabyś być tak straszona ? mam nadzieję, ze chciałaś sie poprostu wyżalić. i pewnie ,bo od tego są te strony i ja bardzo ci współczuję, ale trzeba było to opisać w innym poscie.pozdrawiam i mam nadzieję, że ktoś wystrzela te twoje wredne baby z lutyckiej, ha!ha!
    • Gość edziecko: mamolcia Re: Poród na Lutyckiej w Poznaniu IP: *.* 19.10.02, 12:59
      Moja Kochana.W sierpniu ubiegłego roku urodziłam na Lutyckiej moją córunię Olcię. Cesarskie cięcie bo smok miał 4530. Jeżeli będę rodzić następne dziecko, to też pójdę na Lutycką. Dlaczego? Bo jestem lekarzem i dobrze zebrałam wywiad o pracujących tam lekarzach i podejściu do sprawy. Polna to kombinat, gdzie, wierz mi, jak nie zapłacisz to nikt się tobą nie zainteresuje. Szczególnie podkreślam fachowość lekarzy z oddziału noworodkowego na Lutyckiej i niewielką liczbę leżących tam dzieci. Dobrze się zaopiekują maluszkiem - znam osobiście oddziałową z noworodków i w jej ręce oddałabym swoje dziecko. Polecam gorąco, z całego serca i wiedzy medycznej pediatrę-neonatologa dr Annę Kaszkowiak, która odbierała moją Olę i opiekuje się nią do dzisiaj. Rozważny, rozsądny i cierpliwy pediatra, który nie ładuje w dziecko tony antybiotyków przy każdym katarze. Moim ginekologiem był dr Paweł Wandelt - nigdy nie pójdę do innego. Położne jak to położne, to tylko zmęczone pielęgniarki dla których zawsze będziesz tylko kolejną kobietą w ciąży. Zadzwoń do mnie, coś wymyślimy. I nie bój się. Pozdrawiam, Dorota Gapińska mama Oli. 606399715
    • Gość edziecko: Renata Re: Poród na Lutyckiej w Poznaniu IP: *.* 19.10.02, 22:02
      Cześć, ja też rodziłam na Lutyckiej mniej więcej wtedy gdy Becia ale moje odczucia są pozytywne, tak więc być może zależy to od nastawienia. Za poród nic nie płaciłam, na szczęście mój lekarz prowadzący zanim zszedł z dyżuru kazał mi dać oksytocynę bo odeszły mi wody a nie było od wielu godzin rozwarcia. Teraz też jestem w ciąży ale będę rodzić na Polnej - tylko ze względu na to że mój lekarz prowadzący jest z tego szpitala, najchętniej urodziłabym jednak na Lutyckiej bo jest kameralnie i wcale nie było źle (moje złe wspomnienia są związane z bardzo długim i bolesnym porodem - ale nie szczędzono mi środków przeciwbólowych!). Na oddziale noworodkowym też było O.K. Tak więc trzymaj się i nie kieruj się opiniami takimi jak Mandarynki bo o każdym szpitalu można usłyszeć takie opinie. Myślę, że najlepiej zrobisz umawiając się na "obchód" porodówki jeszcze przed terminem porodu, ja tak zrobiłam i bardzo mnie to uspokoiło przed porodem a nastawienie wiadomo jest bardzo ważne! Pozdrawiam Renata
    • Gość edziecko: mandarynka Re: Poród na Lutyckiej w Poznaniu IP: *.* 24.10.02, 17:38
      ojej, dziewczyny, gdybym wiedziala, ze taka bedzie reakcja - to bym tu w ogole swojego opisu nie przysylala.uwazam, ze jak odpowiadac na pytanie :jaki porod na lutyckiej - to szczerze i z uzasadnieniem, a nie tylko: nie polecam.poza tym - opis ten pisalam jakies tydzien po porodzie, kiedy mialam naprawde zle wspomnienia, nie pamietam juz dobrze, co pisalam, ale teraz moge napisac:1. polozne z perinatologii i poloznictwa wspominam milo - poza jedna2. lekarzy gorzej, nawet moj lekarz, do ktorego chodzilam prywatnie nie raczyl mnie odwiedzic na oddziale, a lezalam w tym szpitalu 8 razy przez cala ciaze i on o tym wiedzial, jedeynym lekarzem, ktorego naprawde mile wspominam byl ordynator Andrzej Polaszewski, mimo iz to on zadecydowal o cesarce - jest on bardzo kompetentnym lekarzem, a na dodatek cierpliwie tlumaczy i odpowiada na wszystkie pytania3. z oddzialu noworodkow niemile wspominam jedna kobiete, ktora powiedzial, ze nie doroslam do roli matki bo placze karmiac piersia4. najgorsze z calego pobytu bylo to ze wszyscy decydowali o wszystkim za mnie i brak mi bylo intymnosci
Pełna wersja