Tomasz ... Nałęcz !

18.08.10, 15:34
Tomasz Nałęcz, nowy prezydencki doradca jest człowiekiem wielkiej
wiary. Wierzy, że wszyscy Polacy cierpią na amnezję i pragną być
oszukiwani. Dodatkowo musi mieć odwagę lwa, ogromne poczucie humoru
i nie bać się śmieszności. Jakimi bowiem innymi walorami umysłu i
serca można wytłumaczyć jego zapewnienie, że "nie jest politycznym
zdrajcą"?

Każdy inny polityk, po tylu politycznych woltach i nieuczciwych
zagraniach, bałby się coś podobnego oświadczyć, by Polska nie
zatrzęsła się ze śmiechu w posadach. A Nałęcz z uśmiechem pozwala
nabijać się z siebie. Może nawet tego pragnie. Jako formy
oczyszczenia. Trzeba miłosiernie pomóc niewiernemu Tomaszowi.

Jeśli brać pod uwagę czasy PRL, niewątpliwie Tomasz Nałęcz wykazywał
polityczną wierność, by nie powiedzieć koniunkturalizm. Do PZPR
wstąpił jeszcze na studiach (1970), jako dwudziestolatek, i nie
zdradził Partii-Matki do samego końca. Do „Solidarności” się nie
zapisał, bo jak mówił w jakimś wywiadzie - był „bardzo zajęty”.
Zapomniał dodać, że w partii byłoby to bardzo źle widziane. Ponieważ
PZPR kochał, niczym matkę, jako przykładny syn, nie chciał jej robić
przykrości. W 1990 r. z honorami wyprowadzał sztandar.

W nowym ustroju z wiernością się pożegnał. Czyżby dlatego, że
przestała popłacać? Tak czy siak, postawił na polityczny pluralizm.
Od 20 lat jest wierny inaczej. W miarę, jak piał peany na cześć
wyżej postawionych lewicowców, sam piął się w górę. W 1990 r. został
wiceprzewodniczącym SdRP, utworzonej w miejsce nieboszczki PZPR. Po
roku – kiedy nie dostał się Sejmu - uznał, że SdRP nie zaspokaja
jego ambicji.

Przeskok do Unii Pracy okazał się dietodajny. Z listy UP był posłem
w latach 1993-1997. Węch osłabiło mu kadzenie przewodniczącemu
Bugajowi. Nie wyczuł zmieniającej się koniunktury i znowu jedną
kadencję kiblowal na Uniwersytecie. Ponownie mandat poselski uzyskał
w 2001 roku. Z listy SLD-UP. Zachwycał się Sojuszem, przymilał
Millerowi aż wykolegował innych kandydatów UP na wicemarszałka Sejmu
IV kadencji.

Jeszcze jako wiceprzewodniczący UP, w marcu 2004 r. porzucił swoją
partię dla rozłamowej SDPL. Miał nowy obiekt do okadzania - Marka
Borowskiego, który stworzył własną partię, by miał go kto wystawić
jako kandydata na prezydenta RP. Tomasz Nałęcz został szefem jego
sztabu wyborczego.

Szybko wyczuł, że to słaby interes. Wyglądało, że lepszy jest u
konkurencji. Został rzecznikiem w sztabie Cimoszewicza.
Dotychczasowego idola zaczął namawiać do rezygnacji. Był tak zajęty
nowymi obowiązkami, że zapomniał opuścić SDPL. Ku swemu oburzeniu,
został z hukiem wyrzucony, a co gorsze - skreślony z list wyborczych
borówek. Wtedy nie wykazał czujności rewolucyjnej. Cimoszewicz
zrezygnował, a Nałęczowi znowu w oczy zajrzało widmo uczelnianej
pracy.

W 2005 r., jako dr hab., dostał na UW stanowisko profesora
nadzwyczajnego. Od razu zaczął się podawać za profesora. Dlaczego
ten, podobno bardzo zdolny historyk, przez 22 lata, które upłynęły
od habilitacji (1988), nie uzyskał profesorskiego tytułu?

Teraz, na stanowisku prezydenckiego doradcy, powinno mu pójść
łatwiej. Wyraźnie widać, że prezydent Komorowski chce mieć profesora
jako doradcę. Ma dwa wyjścia. Szybsze i prostsze - zatrudnić
prawdziwego profesora. Trudniejsze - nadać tytuł naukowy dr hab.
Nałęczowi i profesorską uzurpację usankcjonować.

Po krzyżu widać, że Komorowski na łatwiznę nie idzie. Przeciwnie.
Kocha komplikacje. Pewnie więc Nałęcza naukowo awansuje. A ten z
wdzięcznośći nauczy go, jak być wiernym Tuskowi.


Joanna Senyszyn

18.08.2010


Pełna wersja