turpin
18.06.13, 10:46
Dyr. Kulig ma tylko częściową rację - zapadalność na raka piersi w Polsce istotnie rosła do początku lat 90', późniejszy jednak wzrost 'zapadalności' jest najprawdopodobniej efektem zwiększonej wykrywalności zmian o niskim stopniu złośliwości, które przypuszczalnie nie wymagałyby leczenia. Istnieje na to angielski termin: overdiagnosis.
Analiza krzywych zapadalności i umieralności wskazuje na to, że tak się dokładnie sprawy mają - umieralność ustabilizowała się właśnie ok. roku 1990:
www.onkologia.org.pl/doc/Prognozy_2025.pdf
(str. 46-48).
- i tak tak dokładnie wyglądają te krzywe w sytuacji epidemiologicznej warunkowanej pojawieniem się 'overdiagnosis'.
Nie, nie jest to nagły postęp w leczeniu nałożony prawdziwy na wzrost ilości raków - nic takiego przełomowego wówczas w zakresie terapii się 'nagle' nie stało - sukces to dalej głównie skuteczna resekcja; nowoczesne chemioterapeutyki polepszają rokowanie, ale nie aż w takim stopniu, przyszły zresztą nieco później. Natomiast wówczas właśnie polska medycyna 'nagle' otwarła sie na nowe techniki diagnostyczne, w tym na dużo lepszy sprzęt. Zaczęto po prostu wykrywać i klasyfikować jako raki zmiany o potencjalnie nikłej szkodliwości, np. lobular carcinoma in situ. Dodatkowo ówczesną polską specjalnością u zarania kapitalizmu stał się wysyp róznych szemranych pracowni, gdzie raki i inne cuda diagnozowano z biopsji aspiracyjnej cienkoigłowej; zdarzało się, że następnie operowano wyłącznie o wynik takiej biopsji.
Co oczywiście nie podważa sensu powstania takiego centrum. Zaś 'patologię' należy przy tym wesprzeć, a nie 'zmniejszać', bo rola patologii w rozpoznaniu i planowaniu leczenia tego raka jest kluczowa.