Gość: Tramp
IP: *.p-s-inter.net
07.03.05, 11:03
Wyobraźmy sobie, że mamy prawo jazdy, które zdobyliśmy przed wielu laty,
jeździmy po polskich drogach, nabieramy dużego doświadczenia i nagle
dowiadujemy się, że to prawo do prowadzenia samochodu się już nie liczy, bo
jak chcemy kogoś gdzieś zawieźć nawet za friko MUSIMY wynając sobie
zawodowego kierowcę, bo tylko on może zagwarantować bezpieczny dojazd.
Godzimy się z takim stanem rzeczy? Z pewnościa nie. Zaczynamy więc dociekać
jak do tego doszło, jakie to elity i na jakiej podstawie uzurpują sobie prawo
do bycia jedynymi słusznie uprawnionymi do korzystania z polskich dróg
jezdnych i prowadzenia na nich pojazdów...
Identycznie wygląda sprawa uzurpatorów z trochę innej "branży" czyli
przewodników górskich. Są ludzie, którzy przed wielu laty uzyskali
uprawnienia przodownika turystyki górskiej PTTK. I nie było to wcale takie
proste, jak fałszywie twiedzą przedstawiciele światka zawodowych przewodników
turystycznych. Trzeba było najpierw dobrze poznać góry (temu służyło
spełnienie wymogów na GOT), ukończyć kilkumiesięczny kurs, zdać trudny
egzamin (kto jest z Poznania, to powinien wiedzieć jaką sztuką było zdanie
egzaminu u prof. Władysława Bartza), wykazać się zoganizowaniem i
poprowadzeniem minimum 7-dniowego górskiego obozu wędrownego aby wreszcie
doczekać się tego tytułu. Rozwijamy działalność, nabieramy doświadczenia, w
ramach koła czy klubu organizujemy i prowadzimy górskie wędrówki z kolegami,
rodzinami i młodzieżą, przekazujemy im swoją wiedzę i doświadczenie ucząc ich
jak uprawiać kwalifikowaną turystykę górską...
Aż tu nagle w pewnym, najmniej spodziewanym momencie, jakaś grupa
uzurpatorów, których pazerność nie ma granic, a którzy - niczym Stefek
Burczymucha - trąbią swe pochwały - odstawia krecią robotę. Kiedy pod koniec
lat 90-tych ubiegłego stulecia zaczęto majstrować przy przepisach
okołoturstycznych, pod gabinetami urzędników ministerialnych koczują całe
pielgrzymki przewodników z Zakopca i robią im "wodę z mózgu" jakie to góry są
niebezpieczne, że tylko oni mogą zagwarantować grupie turystów bezpieczeństwo
w polskich górach. Jednocześnie swoje racje podbudowują na sfabrykowanej w
tym celu fałszywej argumentacji i niewykluczone, że na bardziej
przekonujących, "namacalnych" argumentach.
Skutecznie uruchomiona machina urzędnicza toczy się dalej już bez
jakichkolwiek konsultacji społecznych, a ku ogólnemu zaskoczeniu w Monitorze
Polskim niespodziewanie pojawiają się ustawy i rozporządzenia, a w nich
zapisy jakby wzięte "z księżyca", uderzające w turystykę społeczną i
uniemożliwiające społeczej kadrze przodowników turystyki górskiej PTTK i
przewodnikom GOT PTT, a nawet posiadaczom międzynarowowych uprawnień
wysokogórskich legalną działalność w polskich górach. Jak to wszystko było
możliwe?...
Obserwujemy, zwłaszcza ostatnio, w telewizorach różne chryje, afery i komisje
na szczeblu centralnym, których sprawcami są w lwiej części zbydlęceni
urzędnicy wysokiego szczebla. Uśmiercanie rękami urzędników państwowych
społecznej działaności na polu krzewienia turystyki też nie jest niczym
innym, jak tylko skandalem. Różne społeczne organizacje zajmujące się
programowo turystyką spotykają się jednocześnie z gnojeniem działających w
nich społecznie animatorów turystyki górskiej przez grupę owych uzurpatorów -
posiadaczy jedynej słusznej wiedzy o górach i monopolu na nieomylność.
Uzurpatorzy ci wykorzystują do tego każdą nadarzającą się sposobność,
zwłaszcza takie tragedie i ich ofiary jak głośna sprawa lawiny pod Rysami, a
wtedy nawet śmierć ludzka nie jest dla nich żadnym tabu...
Na odwoływanie się do uczciwości i rzetelności urzędników nie ma co liczyć,
bo znaleźli się oni po stronie oligarchii osłaniającej te wyczyny. Jedyna
szansa jest w tym, że kiedyś wyjdzie z tej przewodnickiej hucpy jakaś
poważniejsza chryja i w końcu może specjalna komisja uchyli nam rąbka
tajemnicy różnych takich zakulisowych zagrywek...