5th_element
18.11.11, 11:35
5th_element sie waha, bo chcialaby i zeby slub byl romantyczny, i intymny, i bez nerwow. A to z moja familia nie do konca mozliwe. Wersja 1.0: idziemy do urzędu ze świadkami, mały uroczy obiadek i potem podróż poślubna. To bylo moje marzenie. Potem zaczelam cudować z szyciem sukienki, butami, dodatkami, a to samochod wypozyczyc, a to gosci przewiezc. Lista gosci puchnie a mnie nerw bierze. Brak mi tu lekkości wykonania. Wyobrazam sobie moja histeryzujaca mamuske nadajaca tej uroczej okazji nerwow (bo nie zaprosze tego czy owego z rodziny, bo ich nie lubie, a ona cle zycie zmuszala sie do kontaktow ze znienawidzona rodzina i uwaza, ze zycie jest po to, by sie meczyc). Zdecydowalismy sie na impreze, ktora z obiadu poślubnego przeobraza sie powoli w małe wesele. I chcialabym zatanczyc z moim N i jednoczesnie nie chce nasiadówki do nocy. Prosze nie smiejcie sie, ogarnia mnie panika, ze zrobi sie z tego ciezkawa impreza. Chyba wizja mojej znerwicowanej mamuski, ktora na 100% bedzie mi zatruwac sen telefonami i fochami, do tego doprowadzila. Najchetniej bym jej nie zaprosila bo...ona sie zwyczajnie nie nadaje na uroczystosci. Siedzi z mina cierpietnicy i epatuje swoimi nerwami przepraszając, że żyje.Z drugiej strony nie odbiore jej przyjemnosci by widziala nasze szczescie (choc ona nie lubi sie za bardzo cieszyc, bo jak ktos sie smieje za duzo to potem duzo placze). I tak zle i tak niedobrze

Moj N chce widziec swoich rodzicow na naszym przyjeciu. Oni umieja sie cieszyc. Nie wiem, jak to pogodzic.