z kim do ołtarza?

IP: *.dolsat.pl / *.dolsat.pl 01.09.04, 15:04
chciałabym się dowiedzieć czy któraś z was została prowadzona przez ojca do
ołtarza.jeżeli tak to jak to technicznie wygląda. co z Panem Młodym? Czy
świadkowie idą za nami czy wchodzą jakoś bokiem. Z błogosławieństwem nie ma
problemu.Bedzie tradycyjnie u mnie w domu.
    • Gość: aga Re: z kim do ołtarza? IP: *.bochnia.pl / 82.160.2.* 01.09.04, 19:01
      mnie prowadził tato.
      Narzeczony wyszedł z zachrystii(w mojej parafi dokumenty podpisuje się przed
      ślubem) wprost do prezbiterium i tam czekał na mnie ze świadkami. Tato oddając
      mu moją rękę pocałował mnie w czoło a mó "przyszły" zaprowadził mnie na miejsce
      gdzie siedzieliśmy.
      Pozdrawiam
      • Gość: aniia Re: z kim do ołtarza? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.09.04, 22:00
        dlaczego zdecydowałyście się na to, aby ojciać prowadził was do ołtarza? czym
        się kierowałyście?
        • Gość: aga hmm IP: *.bochnia.pl / 82.160.2.* 01.09.04, 22:45
          Gość portalu: aniia napisał(a):

          > dlaczego zdecydowałyście się na to, aby ojciać prowadził was do ołtarza? czym
          > się kierowałyście?

          wiesz że to trudne pytanie?
          nigdy sobie inaczej nie wyobrażałam.
          Kiedyś ojcowie oddawali córki mężom w bardziej dosłowny sposób. Dziś został z
          tego tylko pewien symbol.
          Ja osobiście zawsze byłam z moim ojcem bardzo związana uczuciowo, można
          powiedzieć: "córeczka tatusia". Chyba dlatego chciałam żeby to on "oddawał"
          mnie przed ołtarzem przyszłemu mężowi smile.
          Pozdrawiam
        • lvi Re: z kim do ołtarza? 13.09.04, 09:48
          Gość portalu: aniia napisał(a):

          > dlaczego zdecydowałyście się na to, aby ojciać prowadził was do ołtarza? czym
          > się kierowałyście?
          Jakoś zawsze od małego nie wyobrażałam sobie inaczej.Zawsze w moich marzeniach
          dotyczących ślubu tata oddawał mnie mojemu przyszłemu małżonkowi.Niestety mój
          tata zginął jak miałam 10 lat i od tej pory zawsze mówiłam,że do ślubu będzie
          prowadził mnie mój Ojciec Chrzestny.Niestety coraz bardziej zastanawiam się czy
          nie zrezygnować z tego marzenia.Mój narzeczony jest wspaniałym człowiekiem i
          zawsze mogłam liczyć na niego w trudnch chwilach i jakoś będzie to dla mnie
          dziwne,że nie bedzie go przy moim boku jak bedziemy szli do ołtarz.Przeciez
          odkąd jestesmy razem zycie przemierzamy razem- jedno koło drugiego. I w tym
          najważniejszym momencie miałoby go przy mnie nie być?Troszkę mam ciężki orzech
          do zgryzienia.Z jednej strony nie chce rezygnować z marzenia a z drugiej nie
          chce zeby wchodzil do Kościoła bokiem- w koncu to NASZE święto i oboje
          powinnismy isć do ołtarza, tak jak idziemy razem przez cale zycie odkad jestemy
          razem.
          • Gość: Ania Re: z kim do ołtarza? IP: *.internetdsl.tpnet.pl 31.01.05, 09:50
            Mam ten sam problem, mój tato też nie żyje, a mnie również marzyło się, że mnie
            on poprowadzi do ołtarza, ale niestety tego nie zrobi, przykro no ale cóż takie
            życie, myślałam wiec o moim chrzestnym tylko, że on w sumie jest dla mnie obcym
            człowiekiem wiec nie wiem ale to nie ma sensu, a co Wy myślicie o bracie? bądz
            wejść z przyszłym mężem sam nie wiem, doradzcie mi coś.
      • Gość: abok Re: z kim do ołtarza? IP: *.ey.com.pl / *.ey.com.pl 21.09.04, 17:07
        wedlug mnie to bezmyslne nasladowanie amerykanskich zwyczajow. czy jak Wasze
        mamy wychodzily za maz to tez ojcowie je prowadzili???? raczej nie!
        • amalita Re: z kim do ołtarza? 31.01.05, 09:35
          Akurat zwyczaj jest jak najbardziej polski...
        • dwl1981 Re: z kim do ołtarza? 01.02.05, 21:21
          BINGO!NIC DODAĆ, NIC UJĄĆ. DENERWUJE MNIE TO NAŚLADOWANIE Z ZACHODU.
    • Gość: kayleigh Re: z kim do ołtarza? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.09.04, 15:46
      Jeszcze nie zostałam poprowadzona przez tatę do ołtarza, ale będę (mam
      nadzieję). Ty też czy pytasz tylko jak to wygląda? smile
      Byłam na ślubie, gdzie Panna Młoda była prowadzona - oddawana narzeczonemu
      przed ołtarzem, ale powiem Ci szczerze, że nie mam pojęcia kiedy Pan Młody
      wszedł. Na pewno czekał z przodu i świadkowie też już tam byli.
      Ja się zastanawiam nad inną kwestią - co z księdzem? - kiedy wchodzi? - przed
      narzeczonym, po narzeczonym ale przede mną czy po mnie, czyli jak już jesteśmy
      razem przed ołtarzem?
      Pozdr
      • marcysia51 Re: z kim do ołtarza? 12.09.04, 20:20
        Ja byłam prowadzona przez tatę.Mó mąż razem ze świadkami poszedł do zakrystii
        zapłacic organiście i wyszli przez zakrystie i czekali na mnie przed
        ołtarzem.Tradycja jest taka,że nie możesz wysiąść z samochodu dopuki tata po
        ciebie nie przyjdzie.A jak przyjdzie to prowadzi cię do narzeczonego i
        już.Przeżycie dla mnie i mojego taty niesamowite.
        Polecam.
        • lvi Re: z kim do ołtarza? 20.09.04, 19:42
          a co na to rodzice Pana Młodego? Podobał im się ten pomysł czy mieli jakieś
          obiekcje?
        • Gość: karolina Re: z kim do ołtarza? IP: *.internetdsl.tpnet.pl 31.01.05, 15:32
          o to chodzi! wiem ,że mój tata także bardzo chciałby poprowadzić mnie do
          ołtarza i nie wazne czy to zwyczaj amerykański ,czy jakiś inny ,bedzie to dla
          niego zaszczyt,pozdrawiam
    • lvi Re: z kim do ołtarza? 13.09.04, 09:49
      > dlaczego zdecydowałyście się na to, aby ojciać prowadził was do ołtarza? czym
      > się kierowałyście?


      Jakoś zawsze od małego nie wyobrażałam sobie inaczej.Zawsze w moich marzeniach
      dotyczących ślubu tata oddawał mnie mojemu przyszłemu małżonkowi.Niestety mój
      tata zginął jak miałam 10 lat i od tej pory zawsze mówiłam,że do ślubu będzie
      prowadził mnie mój Ojciec Chrzestny.Niestety coraz bardziej zastanawiam się czy
      nie zrezygnować z tego marzenia.Mój narzeczony jest wspaniałym człowiekiem i
      zawsze mogłam liczyć na niego w trudnch chwilach i jakoś będzie to dla mnie
      dziwne,że nie bedzie go przy moim boku jak bedziemy szli do ołtarz.Przeciez
      odkąd jestesmy razem zycie przemierzamy razem- jedno koło drugiego. I w tym
      najważniejszym momencie miałoby go przy mnie nie być?Troszkę mam ciężki orzech
      do zgryzienia.Z jednej strony nie chce rezygnować z marzenia a z drugiej nie
      chce zeby wchodzil do Kościoła bokiem- w koncu to NASZE święto i oboje
      powinnismy isć do ołtarza, tak jak idziemy razem przez cale zycie odkad jestemy
      razem.

    • lvi Re: z kim do ołtarza? 13.09.04, 09:57
      Są tu jeszcze dziewczyny,które mają taki sam dylemat jak ja?
      • Gość: bombonierka odpowiadam z autopsji!!!!!! IP: *.w193-250.abo.wanadoo.fr 21.09.04, 19:14
        ksadz wychodzi przed kosciol powitac pare mloda oraz zebranych.
        nastepnie wchodzi do kosciola a za nim pan mlody wraz ze swoja mama, potem
        wchodza goscie i usadzaja sie w lawkach. ksiadz w tym czasie czeka przy
        krzeselkach z panem mlodym na panne mloda, ktora jako ostatnia, w odstepie od
        ostatnich gosci, dumnie przybywa do oltarza prowadzona przez wlasnego tate.
        tato w gescie oddawania corki innemu mezczyznie daje jej reke temu ostatniemu.
        i sprawa zalatwiona!!!!
        trzeba tylko wczesniej z ksiedzem ugadac ze tak to ma wygladac, no i uprzerdzic
        gosci.
        duza buzia i powodzenia w przygotowaniach!!!
    • a_weasley Re: z kim do ołtarza? 26.01.05, 14:05
      Ten ślub już się zapewne odbył, ale problem występuje:

      > chciałabym się dowiedzieć czy któraś z was została prowadzona przez ojca do
      > ołtarza.jeżeli tak to jak to technicznie wygląda. co z Panem Młodym? Czy
      > świadkowie idą za nami czy wchodzą jakoś bokiem. Z błogosławieństwem nie ma
      > problemu.Bedzie tradycyjnie u mnie w domu.

      Jak słusznie ktoś zauważył, jest to naśladownictwo amerykańskiego zwyczaju.
      Zwyczaju, na który nie wiem, dlaczego Amerykanki się zgodzą, bo jest pomnikiem
      męskiego szowinizmu. O ile polski zwyczaj podkreśla, że młodzi rozpoczynają
      wspólne życie, o tyle amerykański - że jeden mężczyzna oddaje swoją własność
      innemu mężczyźnie.
      Jeżeli zaś panna tego pragnie, to warto zwrócić uwagę, co na to pan młody -
      woli wejść do kościoła z dziewczyną, z którą się żeni, czy otrzymać ją
      symbolicznie z rąk teścia? Znałem jednego pana młodego, którego teściowie się
      uparli zrobić po amerykańsku, a narzeczona się zgodziła. Był wściekły.
      Gdyby mój śp. przyszły teść jeszcze żył i, o co go nie podejrzewam, wpadł na
      taki pomysł, tobym się na coś takiego za choinkę nie zgodził. Moja narzeczona
      zresztą też nie.
      • a_weasley P.S. 26.01.05, 14:06
        A już zupełnie nie wyobrażam sobie, żeby mnie mama miała do ołtarza prowadzić,
        jeszcze może za rączkę...
      • Gość: yskyerka Re: z kim do ołtarza? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.01.05, 18:36
        Otóż to! Niedość, że młodą traktuje się tu przedmiotowo, to jeszcze naśladujemy
        zwyczaje amerykańskie. Ja rozpatruję dwie opcje: ksiądz wychodzi po nas czy
        czeka przy ołtarzu?
        • raszefka Re: z kim do ołtarza? 26.01.05, 20:26
          Podpisuję się i ja pod słowami Twojego przedmówcy.
          Zdecydowanie ksiądz wyjdzie do nas, do kruchty. I na początek da do ucałowania
          krzyż. Mój proboszcz przywiózł go z Kany. Myślę, że to piękny symbol
          • Gość: sue Re: z kim do ołtarza? IP: 133.5.191.* 27.01.05, 06:09
            w mojej okolicy i na moim weselu tez tak bedzie ksiadz zawsze wychodzi do
            przedsionka kosciola po mlodych, ktorzy ida razem za nim pod oltarz. Za mlodymi
            moga isc swiadkowie i druzbowie.
            • Gość: dalloway Re: z kim do ołtarza? IP: *.chello.pl 27.01.05, 09:30
              oczywiście że ksiądz wychodzi do kruchty, inaczej sobie nie wyobrażam
              za dużo filmów amerykańskich
              podobnie z przesądem, że pan młody sukni nie może zobaczyć - ostatnio pani w
              sklepie mało palpitacji serca nie dostała, bo facet wszedł, zobaczył i będzie
              pech - zdaje sie, że to też kompletnie obce polskiej tradycji
              • mea8 Re: z kim do ołtarza? 27.01.05, 10:13
                Mnie do ołtarza prowadził tata, strasznie mi na tym zależało, tacie zreszta też.
                Był strasznie dumnysmile
                Narzeczony czekał przed ołtarzem, swiadkowie szli za mną i tata. A kiądz z
                krzyżykiem i błogosławieństwem czekał tez przy ołtarzu.
                • amalita Re: z kim do ołtarza? 31.01.05, 09:40
                  Mnie do oltarza tez prowadzil Tata i bardzo MNIE na tym zalezalo. To jest stary
                  EUROPEJSKI zwyczaj. W koncu Amerykanie (z wyjatkiem Indian) wywodza sie z
                  Europy i innych zakatkow swiata...

                  No wiec i w wiekszosci panstw Europy, w tym i w Polsce prowadzili panny mlode
                  do oltarza ojcowie. Zwyczaj ten zaginal za komuny, czemu? nie wiem.

                  Moj maz czekal ze swiadkami przy oltarzu. Papiery cywilne podpisalismy w
                  zakrystii tydzien wczesniej.
                  • Gość: dalloway Re: z kim do ołtarza? IP: *.chello.pl 31.01.05, 10:18
                    ok, moze anglosaski i w ten sposob da sie uzasadnic, ze europejski
                    aczkolwiek zarowno historycy mowiac europejski maja na mysli kraje
                    kontynentalne, a brytyjczycy w ogole uwazaja, ze ich kraj nie lezy w europie

                    skad te dane o wiekszosci krajow europejskich? bo ja mam odmienne i chetnie
                    podam zrodla? tylko nie rozmawiajmy o ostatnich 30-50 latach, bo amerykanizacja
                    to zjawisko nie tylko polskie

                    btw: MI zalezalo, nie MNIE - taki stary polski gramatyczny zwyczaj
                    • minerwamcg Re: z kim do ołtarza? 31.01.05, 10:47
                      > btw: MI zależało, nie MNIE - taki stary polski gramatyczny zwyczaj
                      Zanim zaczniesz sie powoływać na "stare polskie gramatyczne zwyczaje" postaraj
                      się je poznać. Otóż właśnie MNIE, nie MI, ponieważ w tym wypadku autorka
                      podkreśla, że zależało JEJ a nie komuś innemu. A zatem: "To MNIE na tym
                      zależało", ale "tak, zależało MI na tym".

                      A co do zwyczajów ze szczególnym uwzględnieniem brytyjskich, to odsyłam do
                      Szekspira, "Jak wam się podoba". Tam nie dochodzi do ślubu Probierka, bo nie ma
                      faceta, który mógłby choćby symbolicznie "oddać" kobietę w ręce męża. I z tego
                      powodu odwołuje sie ślub!
                    • amalita Re: z kim do ołtarza? 31.01.05, 11:57
                      Europejski to europejski: ojcowie prowadza panny mlode i w Hiszpanii i we
                      Wloszech i we Francji.... i tak bylo w Polsce. W Posce tak bylo za
                      czasow "szalcheckich" i pozniejszych - przedwojennych. Skad wiem - od Babci i
                      Prababci.
                  • Gość: dalloway Re: z kim do ołtarza? IP: *.chello.pl 31.01.05, 10:20
                    oprocz zrodel kulturoznawczych proponuje zwyczajnie przejrzec instrukcje
                    liturgiczne - to chyba ostatecznie i bezdyskusyjnie rozwiaze sprawe
                    • minerwamcg Re: z kim do ołtarza? 31.01.05, 10:52
                      Problem w tym, że instrukcje liturgiczne często odsyłają do "miejscowych
                      zwyczajów" - i pisz na Berdyczów. Albo zostawiają furtkę "dopuszcza się
                      inaczej" - i adres ten sam.
                      • Gość: dalloway Re: z kim do ołtarza? IP: *.chello.pl 31.01.05, 13:41
                        no tak, ale to jest wskazówka co do ogólnego zwyczaju. ja się jeszcze nie
                        natknęłam na inaczej niż ksiądz wita w kruchcie parę, albo po zajęciu miejsc
                        przez gości para wchodzi z kruchty i ksiądz wita dopiero przed ołtarzem
                • minerwamcg Re: z kim do ołtarza? 31.01.05, 11:05
                  A swoją drogą, ciekawe źródło do studiów socjologicznych nad kobietami
                  bywającymi na tym forum. Z jednej strony za nic w świecie nie chcą przyjmować
                  nazwisk swoich mężów, bo, cytuję argument, "po co mam przyjmować CUDZE
                  nazwisko", są niezależne i wyzwolone że aż hej, a z drugiej strony martwią się,
                  w jaki sposób narzeczony ma poprosić tatusia o ich rękę i są przez tegoż
                  tatusia do ołtarza doprowadzane. Panieńskie nazwiska, z których są tak dumne,
                  też zresztą dostały od swoich tatusiów... Jeszcze tylko brakuje, żeby pod ich
                  szyldem pisały artykuły "Precz z patriarchatem".
                  • amalita Re: z kim do ołtarza? 31.01.05, 12:12
                    btw. piszac "MNIE" chcialam podkreslic, ze to dla mnie bylo wazne, nie dla
                    Ojca, ktory lekko sie przed tym wzbranialsmile. Gramatyka nigdy nie byla moja
                    mocna strona.

                    Male studium przypadku Amalitysmile
                    Nazwisko meza przyjelam (chociaz nielatwo sie bylo przyzwyczaicsmile
                    Prowadzil mnie do oltarza Ojciec, bo tak marzylam.
                    Maz oswiadczyl mi sie bez swiadkow, potem poprosil o moja reke Rodzicow, a
                    raczej poinformowal o naszych zamiarach, zreszta bywla w moim domu bardzo
                    czestym gosciem, wiec to nie byl zaden problem ani dla niego, ani dla nich.
                    Jestem niezalezna, pracujaca, z wlasnym m-4, samochoidem i oddzielnym kontem
                    bankowym, nawet po slubie.
                    Slub 3 lata temu.
                    Dzieci na razie brak.
                    Jestem "coreczka tatsia" i jestem z tego dumna.
                    W domu obowiazkami dzielimy sie tak, aby zadno nie poczulo sie
                    przyslowiowym "koniem pociagowym". Gotuje ten, kto przychodzi pierwszy do domusmile

                    Ani ze mnie feministka, ani szowinistka. A wracajac do tematu: slub bralismy u
                    Dominikanow i kiedy powiedzialam, ze chce aby prowadzil mnie Ojcic, to brat
                    Zakonnik sie usmiechnal i powiedzial "jak milo, ze ktos respektuje stare
                    zwyczaje...". Ale jesli ktos chce wejsc z mezem, to co za problem? robta co
                    chceta.
      • amalita Re: z kim do ołtarza? 31.01.05, 12:25
        Zwyczaj rowniez polski, i to bardzo stary. Nie widze w nim nic
        szowinistycznego. Jak sie ma fajnego ojca i jest sie z nim zwiazana
        emocjonalnie, to czemu nie?
        Wejscie w zycie mlodych razem symbolizuje wyjcie z kosciola przy stosownym
        marszu.

        Slub koscielny w bieli ma w sobie cos tradycyjnego - jak ktos jest taki
        nowoczesny az do bolu, to radze wziac slub na spadochronachsmile)
        • minerwamcg Re: z kim do ołtarza? 31.01.05, 13:28
          > Slub koscielny w bieli ma w sobie cos tradycyjnego - jak ktos jest taki
          > nowoczesny az do bolu, to radze wziac slub na spadochronachsmile)

          A co ma piernik do wiatraka i ojciec panny młodej do bieli sukni tejże? Moja
          babcia szła do ślubu z dziadkiem pod rekę, a był to rok Pański 1935. W bieli, a
          jakże smile
          • amalita a bo piernik robi sie z maki...:)) 31.01.05, 14:34
            Tak jak napisalam, wszystko jedno kto z kim i jak. Mnie to zwisa. Ja chcialam
            isc z Tata i poszlam z tata.
            Mnie chodzi bardziej o to, i w takim kontekscie byl ten spadachron, ze czytam
            (czesto u P. Weasley'a i nie tylko), ze jak sie czlowiek zastosuje do tradycji,
            to zaraz jest ubezwlasnowolniony i ucisniony. Generalnie mnie to smieszy. Bo w
            starych opisach rzeczywiscie najpierw matka prowadzila syna, potem ojciec
            corke, potem szli chyba swiadkowie...jakos tak.
            Owszem, jestesmy niezalezni, samowystarczalni, ale czy to oznacza, ze mamy
            wyrzucic z przygotowan rodzicow? zepchnac ich na margines?
            Ludzie, przeciez wydanie corki czy syna za maz, to jest wydarzenie i dla
            naszych rodzicow, i to bardzo duze. Czy to, ze zarabiam i cos finansuje znaczy,
            ze nie musimy sie absolutnie liczyc z ich zdaniem? Jesli marzeniem i ojca i
            corki jest aby wedle starego zwyczaju pan mlody czekal przy oltarzu, to
            czy "mlody" od razu musi sie stawiac? odrobiny wyczucia, zrozumienia i
            kompromisu nie zaszkodzi. Tradycje sa fajne i nie trzeba od razu do kazdej z
            nich stawac okoniem.
            • Gość: karolina Re: a bo piernik robi sie z maki...:)) IP: *.internetdsl.tpnet.pl 31.01.05, 15:38
              zgadzam sie w pełni i dlatego tata bedzie mnie prowadził do ołtarza, to dla
              niego będzie bardzo szczególna chwilasmile
              • minerwamcg Z tatusiem do ślubu 01.02.05, 12:28
                > to dla
                > niego będzie bardzo szczególna chwilasmile

                A jego dobre samopoczucie liczy się ponad wszystko?
                • amalita Relacje z Rodzicami tez sa wazne.... 01.02.05, 12:45
                  Mysle, ze jesli corka sobie tego nie zyczy, to ojciec sie na sile nie wepchnie.
                  To zalezy wylacznie od panny mlodej.
                  I uwazam za bardzo cenne, jesli relacje z ojcem sa dobre i panna mloda chce,
                  aby to on ja poprowadzil do oltarza.
                  To, jakie sa nasze relacje z rodzicami, jakie sa relacje miedzy nimi ma duzy
                  wplyw na dom, ktory sami stworzymy z mezem. Bo kazdy z nas przenosi zachowania
                  z domu rodzinnego do tego, ktory sam tworzy. Nasze podejscie do rodzicow wiele
                  mowi o domu, z ktorego pochodzimy.
                  • a_weasley Re: Relacje z Rodzicami tez sa wazne.... 01.02.05, 14:51
                    amalita napisała:

                    > Mysle, ze jesli corka sobie tego nie zyczy, to ojciec sie na sile nie
                    wepchnie.

                    Jak który. Raz w życiu byłem na ślubie z takim amerykańskim patentem i było to
                    ewidentnie wymuszone przez rodziców panny młodej (przy czym bardziej zależało
                    matce).
                    Piszę twardo "amerykańskim", bo jakoś dziwnie moi dziadkowie z obu stron
                    wchodzili do kościoła razem (Wielkopolska 1926, Podole 1931). Podobnie wyglądał
                    drugi ślub babci (Kujawy 1946).

                    > To, jakie sa nasze relacje z rodzicami, jakie sa relacje miedzy nimi ma duzy
                    > wplyw na dom, ktory sami stworzymy z mezem. Bo kazdy z nas przenosi
                    zachowania
                    > z domu rodzinnego do tego, ktory sam tworzy.

                    I rodzina biologiczna nie powinna być ważniejsza od rodziny założonej. Polski
                    zwyczaj wyraża odrębność tej nowej rodziny.
                    • amalita Re: Relacje z Rodzicami tez sa wazne.... 01.02.05, 14:59
                      Weasley, pomysl logicznie: w calej Europie Ojcowie odprowadzaja corki. Tak jest
                      we Francji (bylam na dwoch slubach), we Wloszech, w Hiszpanii...no i w W.
                      Brytanii. To, ze glownie ogladasza amerykanskie filmy, to trudno. Moze zmien
                      repertuar. A jesli chcesz sie dowiedziec, jak wygladaly sluby w Polsce za
                      dawnych czasow, to jest od tego odpowiednia literatura. Moja Babcia (slub po
                      wojnie) byla prowadzona przez Ojca, druga nie, bo zginal na wojnie. Prababka
                      tez byla prowadzona przez ojca. Amerykankami z cala pewnoscia nie byly. Zwyczaj
                      stary jak swiat. Ale nikt nie kaze go respektowac, jesli mlodzi nei chca.
                      • a_weasley Ja też miałem babcie 02.02.05, 00:52
                        Jedna to nawet wychodziła za mąż dwukrotnie, w 1926 w Poznaniu i w 1946 pod
                        Bydgoszczą. Druga w 1930 na Podolu. I żadnej z nich nikt do ołtarza nie
                        prowadził. Mojej in spe teściowej ani jej matki, ciekawe, też nie.
                        Co do źródeł pisanych, przedwojenny savoir-vivre, który mam, opisuje wprawdzie
                        orszak ślubny (panna młoda z ojcem, pan młody z matką, ojciec panny młodej z
                        matką pana młodego... - trochę co innego niż pan młody czekający przy ołtarzu),
                        zaznaczając jednak, że to rzadko praktykowane i na ogół młodzi po prostu idą do
                        ołtarza razem.
                        • amalita Re: Ja też miałem babcie 02.02.05, 09:53
                          Widzisz, roznie to bywalo. Moje akurat prowadzili. mame juz nie - wylacznie
                          slub cywilny. Ale mysle, ze dyskuska zamyka sie na tym, ze:
                          a) tak jak pisalam od poczatku: mozna i tak, i tak. Zaden sposob nie jest
                          lepszy. Irytuje mnie ataki na zwolenniczki prowadzenia przez tate, ze
                          sa "bezwolne przekazywane, ze nie rozpoczynaja "drogi" z mezem". Bo takie
                          teksty od Pana, Panie Weasley sie pojawily.
                          b) jak sam Pan widzi, stare opisy ilustruja jak to kiedys bylo. Moj malzonek
                          nie chcial byc prowadzony przez mame, wolal czekac ze swiadkami przy oltarzu, i
                          czekal. Ale sam uwazal, ze powinnam isc z ojcem, ja tak chcialam, ojciec mial
                          inne wyobrazenie. Po prostu spelnil moje i narzeczonego zyczenie.
                          Koniec kropka
                • Gość: karolina Re: Z tatusiem do ślubu IP: *.internetdsl.tpnet.pl 01.02.05, 16:17
                  oczywiscie,że się liczy.Bardzo dużo zawdzięczam mojemu tacie i chcę w ten
                  sposób podkreslić jaką jest dla mnie ważną osobą.Zresztą tak sobie wymarzyłam (
                  żeby tata prowdził mnie do ołtarza) i nie ważne, czy jest to zwyczaj
                  polski ,amerykański czy jeszcze jakiś inny.
                  • a_weasley Re: Z tatusiem do ślubu 01.02.05, 16:23
                    Gość portalu: karolina napisał(a):

                    > oczywiscie,że się liczy.

                    Piknie, ale MinerwaMcG zapytała, czy

                    > liczy się ponad wszystko

                    w szczególności czy jest ważniejsze niż samopoczucie pana młodego - czy chce
                    rozpocząć tę imprezę jako TWÓJ przyszły mąż, czy jako przyszły zięć Twojego
                    ojca. Jeżeli panu młodemu bardziej się tamten teściowo-zięciowy sposób podoba i
                    podoba się również Tobie - to inna sprawa.

                    > Bardzo dużo zawdzięczam mojemu tacie i chcę w ten sposób podkreslić
                    > jaką jest dla mnie ważną osobą.

                    Sęk w tym, że okazji po temu będziesz miała wiele, a najważniejszym mężczyzną
                    na tej ceremonii jest nie Twój ojciec, ino narzeczony.
                    • amalita Zakompleksieni panowie czy co??? 01.02.05, 17:13
                      To jest pytanie w stylu: kochasz bardziej tatusia czy mamusie?
                      Zazdrosc o tescia? Skad P. Weasley wysuwa wniosek, ze Pan Mlody bedzie
                      niezadowolony? Moj maz sam mi powiedzial, ze chyba do oltarza poprowadzi mnie
                      tata, co i dla mnie bylo ewidentne.

                      Co jest takiego strasznego w tym, ze Pan Mlody poczeka przy oltarzu jako
                      przyszly maz? co to za chora rywalizacja? Przeciez oczywiste, ze naraz bedzie
                      (sz) i przyszlym mezem i zieciem. Inaczej kocha sie ojca a inaczej meza i
                      naprawde nie musicie byc panowie zazdrosni o relacje ojciec - corka. To jest po
                      prostu smiesznie zalosne.
                    • Gość: karolina Re: Z tatusiem do ślubu IP: *.internetdsl.tpnet.pl 01.02.05, 17:26
                      no oczywiście ,żę pan młody jest za
            • a_weasley Brednie 01.02.05, 14:44
              amalita napisała:

              > Mnie chodzi bardziej o to, i w takim kontekscie byl ten spadachron, ze czytam
              > (czesto u P. Weasley'a i nie tylko), ze jak sie czlowiek zastosuje do
              tradycji, to zaraz jest ubezwlasnowolniony i ucisniony.

              Uzasadnij lub przeproś.
              • amalita Re: Brednie 01.02.05, 14:54
                "Jak słusznie ktoś zauważył, jest to naśladownictwo amerykańskiego zwyczaju.
                Zwyczaju, na który nie wiem, dlaczego Amerykanki się zgodzą, bo jest pomnikiem
                męskiego szowinizmu"

                To jest cytat z Twej wypowiedzi. Moze to moja nadinterpretacja, ale to, ze
                Ojciec mnie prowadzil do oltarza, nie jest nijak meskim szowinizmem, ani
                symbolem "ucisku rodzicow nad dziecmi". To ja poprosilam Ojca, aby mnie
                poprowadzil, bo taka mialam potrzebe. I jest to tradycja jak najbardziej
                polska, i to bardzo stara.
                A gdy idzie sie z narzeczonym do oltarza, to tez meski szowinizm? moze zatem
                powinnysmy kroczyc dumnie same, wszak jestesmy niezlezne?? O to chyba dobry
                pomysl!!!smile))

                Chyba nie mam za co przepraszac.
                • a_weasley Re: Brednie 01.02.05, 15:11
                  amalita napisała:

                  >> "Jak słusznie ktoś zauważył, jest to naśladownictwo amerykańskiego zwyczaju.
                  >> Zwyczaju, na który nie wiem, dlaczego Amerykanki się zgodzą, bo jest
                  pomnikiem
                  >> męskiego szowinizmu"

                  A to podtrzymuję. ALbowiem zwyczaj ten wyraża ni mniej ni więcej, tylko
                  przekazanie dorosłej kobiety przez jednego faceta drugiemu facetowi.

                  > To jest cytat z Twej wypowiedzi. Moze to moja nadinterpretacja,

                  Owszem. I skoro sama widzisz, że to nadinterpretacja, to za to przeprosić
                  powinnaś. Ale nie przepraszaj, jak nie chcesz, mnie od tego nie ubędzie.
                  Tak czy owak, od tego jeszcze lata świetlne do takiej generalizacji moich
                  poglądów, jakiej dokonałaś.

                  > A gdy idzie sie z narzeczonym do oltarza, to tez meski szowinizm? moze zatem
                  > powinnysmy kroczyc dumnie same, wszak jestesmy niezlezne?? O to chyba dobry
                  > pomysl!!!smile))

                  Err... to miało być zabawne?
                  • amalita Kompleksy przez pana przemawiaja... 01.02.05, 17:25
                    Mam wrazenie, ze albo Pan nie lubi, albo ma Pan jakies kompleksy wobec
                    przyszlego tescia. Czy kaze Pan wybierac narzeczonej, kto jest dla niej
                    wazniejszy? a nie przyszlo Panu na mysl, Panie Weasley, ze mozna kochac i
                    jednego i drugiego bez straty dla zadnego z nich....
                    Dobrze, ze moj Ojcioec i Maz dobrze sie rozumieja i szanuja nawzajem. To jest
                    naprawde wazne. Moze dlatego, ze kazdy z nich ma duze poczucie wlasnej wartosci
                    i nie musi sobie udowadniac ze jest "najwazniejszy".
                    • a_weasley Apeluję o dyskusję z poglądem, a nie z człowiekiem 02.02.05, 00:43
                      Amalita napisała:

                      > Kompleksy przez pana przemawiają

                      Ja się Twoimi rzeczywistymi lub domniemanymi kompleksami nie zajmuję i oczekuję
                      wzajemnosci. Przyzwyczaiłem się dyskutować o poglądach, a nie o stanach
                      emocjonalnych rozmówcy, i w tym wieku zmieniał przyzwyczajeń nie będę.

                      > Mam wrazenie, ze albo Pan nie lubi, albo ma Pan jakies kompleksy wobec
                      > przyszlego tescia.

                      Obawiam się, że gdyby mój teść pojawił się w kościele, wszyscy uciekliby z
                      krzykiem, albowiem wyżej wymieniony od dawna nie żyje.

                      > Czy kaze Pan wybierac narzeczonej, kto jest dla niej
                      > wazniejszy?

                      Nie muszę. I gdyby teść żył, nie musiałbym również, albowiem o wprowadzaniu
                      panny przez ojca i przekazywaniu jej narzeczonemu ma zdanie wyrobione i
                      identyczne z moim. Choć pamięta, że była ukochaną córeczką w/w tatusia, i
                      jednym z pierwszych miejsc, jakie wspólnie odwiedziliśmy, był jego grób.

                      > a nie przyszlo Panu na mysl, Panie Weasley, ze mozna kochac i
                      > jednego i drugiego bez straty dla zadnego z nich...

                      Czy z tego, co pisałem, wynika, że tak nie uważam? Nie. Zatem nie ustawiaj
                      sobie przeciwnika.
                      • amalita Re: Apeluję o dyskusję z poglądem, a nie z człowi 02.02.05, 10:07
                        Nie wiedzialam ze Panska narzeczona nie ma Ojca - to przykre. Tak jak pisalam
                        od poczatku, dyskusja ta jest typowo akademicka. Czemu dyskutowac, co jest
                        lepsze, krytykujac jeden, czy drugio sposob? ani razu nie napisalam, ze tak
                        jest lepiej. Niech kazdy robi tak, jak mu pasuje. Pisze Pan, aby dyskutowac o
                        pogladach: OK, ale po co w takim razie tak te epitety "o amerykanskim
                        blichtrze - niedoslownie, ale tak to brzmialo". Mozna powiedziec, ze ja wole,
                        tak, a ja tak, ale po co najezdzac na innych? Po co pisac o szowinistycznym
                        zwyczaju przekazywania panny mlodej? ani to na miejscu, ani potrzebne. Sposord
                        moich znajomych polowa robila jak ja, polowa szla z narzecoznym - ale jedno
                        jest pewne, te co szly z ojcem, robily tak, bo tak chcialy one, nie ojciec.
                        • a_weasley Obrzęd nie spadł z nieba 02.02.05, 13:43
                          amalita napisała:

                          > Nie wiedzialam ze Panska narzeczona nie ma Ojca - to przykre.

                          Dlatego między innymi zwłaszcza w dyskusji z obcym człowiekiem nie należy
                          zajmować się osobą rozmówcy - przynajmniej dopóki on tego, co pisze, nie odnosi
                          wyraźnie do siebie. Można się fatalnie naciąć.
                          Dlatego ja nie mówię "Ty to, Ty tamto", nie analizuję Twojej relacji z ojcem,
                          operując raczej pojęciami "niektóre", "często", "znam przypadki".

                          > po co w takim razie tak te epitety "o amerykanskim blichtrze -
                          > niedoslownie, ale tak to brzmialo".

                          Jeżeli krytykujesz użyte przeze mnie sformułowania, określając je
                          jako "epitety", wolałbym, żebyś cytowała dosłownie.

                          > Po co pisac o szowinistycznym
                          > zwyczaju przekazywania panny mlodej? ani to na miejscu, ani potrzebne.

                          Różnie to można odbierać. Faktem jest, że zwyczaje nie biorą się znikąd.
                          Obrzędy coś symbolizują. Coś wyraża gest podania dłoni, coś wyraża ich
                          związanie, nałożenie obrączek. I sposób rozpoczęcia obrzędów ślubnych też coś
                          symbolizuje.
                          Może oczywiście ktoś chcieć, żeby to tak wyglądało, "bo tak". Niemniej istotna
                          treść tego obrzędu jest właśnie taka. Co więcej, część dyskutantek w sposób
                          wyraźny podkreśla, że chodzi im o zaakcentowanie roli ojca w ich życiu.

                          > moich znajomych polowa robila jak ja, polowa szla z narzecoznym -

                          Co mnie, nawiasem mówiąc, zastanawia, bom życie przeżył w Warszawie, byłem na
                          dziesiątkach ślubów i raz jeden widziałem pannę młodą wprowadzaną przez ojca.

                          > ale jedno jest pewne, te co szly z ojcem, robily tak, bo tak chcialy one,

                          W wielu notkach przewija się motyw "ojciec jest dla mnie bardzo ważny i chcę to
                          podkreślić". Otóż twierdzę, że nie jest to właściwa okazja do podkreślania, jak
                          ważny jest ojciec. Dla mnie matka też jest bardzo ważna, ale jednak mniej ważna
                          od narzeczonej - zwłaszcza w tym dniu.
                          • amalita OK, ale jakie to ma dzisjaj znaczenie? 02.02.05, 15:10
                            OK. masz racje, co do pierwszej czesci. Ponioslo mnie na skutek krytykanctwa.
                            Moge sie zgodzic, ze zwyczaje cos symbolizuja: w tym przypadku, "przekazanie"
                            Panny mlodej przyszlemu mezowi "pod jego opiekuncze" skrzydla. Nawet jesli tak,
                            to co z tego? Co to ma dzisiaj za znaczenie, skoro wiekszosc panien mlodych
                            zarabia, mieszka osobno, sa autentycznie niezalezne od rodziny. Co to ma do
                            rzeczy, jesli dziewczyna prosi ojca, aby ja poprowadzil, bo tak jej sie wydaje
                            fajnie? bo taki kiedys byl obyczaj (ktory sam cytowales)i pozostala z tego owa
                            namiastka? Mnie osobiscie chodzilo o to, aby isc z tata, bo zawsze tak to sobie
                            wyobrazalam. I juz. Moj maz rowniez uwazal, ze to ladnie wyglada.
                            Ja bylam w swym zyciu na 7 slubach. 3 panny szly z ojcami, 4 pary razem. + ja z
                            Ojcem = remis, hurra!!!smile)
                            • a_weasley Może ma, może nie ma - zależy od punktu widzenia 02.02.05, 15:44
                              amalita napisała:

                              > OK. masz racje, co do pierwszej czesci. Ponioslo mnie na skutek krytykanctwa.
                              > Moge sie zgodzic, ze zwyczaje cos symbolizuja: w tym przypadku, "przekazanie"
                              > Panny mlodej przyszlemu mezowi "pod jego opiekuncze" skrzydla.

                              Super. Czyli do tego miejsca jesteśmy zgodni.

                              > Nawet jesli tak, to co z tego? Co to ma dzisiaj za znaczenie, skoro wiekszosc
                              panien mlodych
                              > zarabia, mieszka osobno, sa autentycznie niezalezne od rodziny.

                              Bieda w tym, że - jakeśmy się o tym mogli przekonać wielokrotnie, czytając
                              wynurzenia na temat problemów z teściami - niezależność ekonomiczna nie zawsze
                              idzie w parze z emocjonalną.
                              Znam małżeństwo, które mieszkało z jego matką i bez niedomówień oni mieli swoje
                              życie, ona swoje, rachunki dzielili wedle ilości łbów w gospodarstwie (tzn.
                              póki ich było dwoje, płacili 2/3, kiedy urodziło się dziecko, zaczęli płacić
                              3/4). Mama się nie wtrącała nieproszona do ich spraw ani oni do jej spraw.
                              Znam też osoby z dawna dorosłe, dobrze ustawione w życiu, które w istotnych
                              sprawach życiowych kierują się tym, co powie mama/tata - na zasadzie "tak
                              byłoby lepiej, ale zrobię inaczej, bo co powiedzą rodzice".
                              Również w wątkach o teściach na tym forum czy obok na Wychowaniu niejedno można
                              w tym względzie przeczytać.
                              Nie oceniam tu nikogo konkretnego i nikomu personalnie nic nie zamierzam
                              imputować, po prostu stwierdzam, że tak bywa.

                              Co to ma do
                              > rzeczy, jesli dziewczyna prosi ojca, aby ja poprowadzil, bo tak jej sie
                              wydaje
                              > fajnie? bo taki kiedys byl obyczaj (ktory sam cytowales)i pozostala z tego
                              owa
                              > namiastka?

                              Nic specjalnego. Poza tym, że mamy tu w najlepszym razie pustą formę sprzeczną
                              z rzeczywistą treścią, w gorszym zaś - patrz wyżej.
                              Przypomina mi to łamańce z błogosławieństwem czy przyjeżdżaniem po pannę młodą,
                              gdy młodzi faktycznie od dawna mieszkają razem. Tam zwyczaje naturalne, gdy
                              ślub jest początkiem wspólnego gospodarzenia, stają się sztuczne, gdy jest to
                              usankcjonowanie stanu istniejącego od dawna. Tu zwyczaj naturalny, gdy kobieta
                              była wieczyście małoletnia (jak to określał Kodeks Napoleona), staje się
                              sztuczny, gdy ma być początkiem małżeństwa równoprawnych partnerów.
                              • amalita A punkt widzenia od siedzenia 02.02.05, 15:55
                                Widzisz, sa tez pary, gdzie mimo, ze mlodzi razem kroczyli do oltarza, nadal
                                byli zalezni i finansowo i emocjonalnie od rodzicow. To dziala w dwie strony. I
                                naprawde nie ma reguly. Bywaja cale rodziny, ktore zyja sobie radosnie na koszt
                                rodzicow, bo studiuja a zachcialo im sie bawic w dom.
                                Dlatego, uwazam, ze stawianie hipotez, jakoby panna mloda byla niedojrzala
                                emocjonalnie i zalezna od tatusia, poniewaz poprosila go o poprowadzenie jej do
                                oltarza, za zbyt daleko posuniete.
                                Ja raczej patrze na to, jak na wizje "wejcia" do kosciola, jaka i ja mialam.
                                • hanna26 Re: A punkt widzenia od siedzenia 03.02.05, 02:30
                                  Wszystko chyba zależy od państwa młodych, to ich dzień, więc jeżeli obydwojgu
                                  podoba się zwyczaj prowadenia przez ojca - to naprawdę nie ma chyba sensu
                                  jakakolwiek dyskusja. Maja do tego prawo, tak chcą, nie ma w tym nic złego.
                                  Mnie akurat taki zwyczaj sie nie podoba. bardzo kocham mojego ojca, jestem z
                                  nim bardzo związna emocjonalnie... ale to z moim mężem zaczynamy (my juz
                                  zaczęliśmy, nasz ślub był kilka lat temu) wspólną drogę, to razem z nim będę
                                  odtąd kroczyć przez życie. To dzień NAS OBOJGA, A NIE TYLKO MÓJ, dlaczego więc
                                  on ma wyjść zza ołtarza, a ja uroczyście kroczyć przez cały kościół? Dlaczego
                                  to przede wszystkim na mnie mają być zwrócone wszystkie oczy, a nie na nas
                                  obojga? My stanęlismy razem w progu kościoła, ksiądz podszedł do nas,
                                  powiedział kilka ciepłych słów, poprowadził nas obydwoje do ołtarza... Myslę,
                                  że nie czułabym sie najlepiej, a i mój narzeczony (obecnie mąż) także nie,
                                  gdyby zamiast iść razem ze mna do ołtarza, wyszedł z boku i czekał az sie
                                  pojawie.
                                  Dlatego ten zwyczaj wydaje mi sie bardzo nieładny. Ale jeżeli komuś sie podoba,
                                  to naprawdę nie widze w tym nic złego. Po co się kłócić i przekonywać nawzajem?
                                  • amalita Re: A punkt widzenia od siedzenia 03.02.05, 09:21
                                    Swieta racja.
                                    Pozdrawiam.
    • Gość: ari Re: z kim do ołtarza? IP: *.devs.futuro.pl 31.01.05, 22:17
      mam pytanie: czy jest mozliwe połączenie dwóch opcji? tzn. czy np. można iść z
      ojcem połowę drogi, i tam panna młoda zostaje przekazana przyszłemu mężowi, z
      który idzie do ołtarza tą drugą połowę?
      • amalita Re: z kim do ołtarza? 01.02.05, 09:49
        To chyba jest przekombinowane. I narobi zbednego zamieszania. Kiedy idziesz do
        oltarza, wszystkie oczy sa zwrocone na Ciebie. To jest bardzo fajny moment. Ja
        wybralam na te chwile "moja" melodie (nella fantasia - spiewana m.in. przez
        Sare Brightman, wykorzystana tez byla w filmie Misja), to bylo MOJE wejscie. I
        szkoda macic go naglym zamieszaniem w polowie drogi. Zdecyduje sie po prostu z
        kim chcesz isc i juz.
        Pamietaj, ze bedziecie mieli juz WASZE wyjscie z kosciola. jesli jestes bardzo
        zwiazana z tata i zalezy Ci, aby isc z nim, to czemu nie? wyjdziesz juz i tak z
        mezem.
      • a_weasley Kombinacja alpejska? 01.02.05, 14:38
        Gość portalu: ari napisał(a):

        > mam pytanie: czy jest mozliwe połączenie dwóch opcji? tzn. czy np. można iść
        z
        > ojcem połowę drogi, i tam panna młoda zostaje przekazana przyszłemu mężowi, z
        > który idzie do ołtarza tą drugą połowę?

        Wszystko można, nawet wyrazić przyspieszenie w wiorstach na zdrowaśkę kwadrat,
        tylko po co?


      • minerwamcg Re: z kim do ołtarza? 01.02.05, 14:53
        Panna młoda oczywiście obwiązana wstążeczką jak paczka? A może na gustownej
        smyczce z perełkami? Dajcie spokój, dziewczyny. Lubicie, jak "was przekazują"?
        Może jeszcze za pokwitowaniem?
        • amalita No i po co ten jad i ironia? zazdrosc? 01.02.05, 17:21
          Minerwamcg,

          Jesli zyczeniem kolezanki jest taki a nie inny sposob przebiegania
          uroczystosci, nie musisz od razu tego zlosliwie komentowac. Tego typu
          komentarze sklaniaja do wniosku, ze jestes typem kobiety, dla ktorej
          przepuszczenie jej w drzwiach przez mezczyzne jest szczytem obrazy (wszak ma
          dwie rece i moze sobie drzwi otworzyc sama). Chlasniesz narzeczonego po twarzy
          jak Ci poda plaszcz?? (wszak jestes na pewno dorodna dziewucha, co ma po to
          dwie solidne dlonie, aby sobie moc sama ten plaszcz nalozyc)
          Nie ma nic zdroznego, ze kochajacy ojciec, ktory cie od malego chowal bedzie
          cie prowadzil pod reke i towarzyszyl Ci w drodze do Pana Mlodego. Co za
          roznica, kto Cie "prowadzi na owej smyczce"?? Idziesz z mezczyzna, ktorego
          kochasz (wszak i ojca i meza sie kocha, tyle ze kazdego inaczej). W moim zyciu
          zawsze bedzie dwoch waznych: moj Ojciec i Maz. Jesli w twoim wazny jest tylko
          maz/narzeczony, to OK, ale nie wyzywaj sie z tegoi powodu na innych piszac
          glupoty.
          • minerwamcg Re: No i po co ten jad i ironia? zazdrosc? 02.02.05, 00:17
            > Jesli zyczeniem kolezanki jest taki a nie inny sposob przebiegania
            > uroczystosci, nie musisz od razu tego zlosliwie komentowac. Tego typu
            > komentarze sklaniaja do wniosku, ze jestes typem kobiety, dla ktorej
            > przepuszczenie jej w drzwiach przez mezczyzne jest szczytem obrazy (wszak ma
            > dwie rece i moze sobie drzwi otworzyc sama).

            Powtórzę za Weasleyem - udowodnij lub przeproś.

            Chlasniesz narzeczonego po twarzy
            > jak Ci poda plaszcz?? (wszak jestes na pewno dorodna dziewucha, co ma po to
            > dwie solidne dlonie, aby sobie moc sama ten plaszcz nalozyc)

            A co to ma wspólnego z tatusiem i przekazywaniem kobiety z rączki do rączki jak
            towar? To właśnie uważam za brak szacunku.

            > Co za
            > roznica, kto Cie "prowadzi na owej smyczce"??

            Otóż problem w tym, żeby nie prowadził mnie nikt. Pójdę pod rękę z narzeczonym.
            Tak, jak mam zamiar z nim później iść przez życie.

            > Jesli w twoim wazny jest tylko
            > maz/narzeczony, to OK, ale nie wyzywaj sie z tegoi powodu na innych piszac
            > glupoty.

            A sama co niniejszym robisz?
            • amalita Re: No i po co ten jad i ironia? zazdrosc? 02.02.05, 10:12
              A moze najpierw Ty przepros za swoje zlosliwosci o smyczce? wspolczuje Ci tego,
              ze pojscie za reke z ojcem uwarzasz za taka potwarz. Moze wytlumacz czemu?
              Wtedy, jesli pojme skad takie radykalne poglady, zrozumiem, i posypie sobie
              glowe popiolem.
              Mnie jest wsio rawno jak kto idzie, naprawde, tylko nie uzasadniam tego szydzac
              z drugiego sposobu, a Ty i owsze,. Wiec nie dziw sie temu, co w koncu
              napisalam.
              • minerwamcg Re: No i po co ten jad i ironia? zazdrosc? 02.02.05, 10:40
                > A moze najpierw Ty przepros za swoje zlosliwosci o smyczce?

                Ja nie przypisuję nikomu rzeczy, których nie powiedział. A to jeden z
                największych grzechów, jakie można popełnić w dyskusji.

                > wspolczuje Ci tego, ze pojscie za reke z ojcem uwarzasz za taka potwarz.

                I znowu to robisz. Nie mogę tego uważać za "potwarz", albowiem wg słownika
                Kopalińskiego potwarz to jest "kalumnia, oszczerstwo, złośliwe, bezpodstawne,
                fałszywe oskarżenie". Co z danym przypadkiem nie ma nic wspólnego.
                Gdyby jednak chodziło Ci nie o potwarz, a o ujmę, to wyjaśniam. Nie, nie
                ubliżałoby mi pójście z ojcem pod rękę gdziekolwiek: do restauracji, opery, na
                bal. Natomiast ślub to zupełnie inna historia. Albowiem przy ślubie zakłada
                się, że już od jakiegoś czasu (i przede wszystkim tatuś musiałby się z tym
                pogodzić) w moim życiu facetem numer jeden jest ktoś inny - człowiek, z którym
                mam zamiar założyć rodzinę. I nie trzeba mu mnie "oddawać" - zrobię to sama.
                Sytuacja, w której jestem traktowana jak rzecz albo niepełnoletnie dziecko
                (relikt z czasów, kiedy kobiety wychodzące za mąż były naprawdę bardzo
                smarkate) jest dla mnie, osoby od lat samodzielnej, z gruntu fałszywa. A poza
                tym, jak powiadam, w moim życiu od tej rodziny, z której wyszłam, zaczyna być
                ważniejsza ta, którą zakładam. I nie ma to nic wspólnego z zachowaniem dobrych
                układów z rodzicami - po prostu taki jest priorytet, po to ludzie się żenią.
                "Dlatego mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swoją
                żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem (Rdz 2, 23-24)" To samo dotyczy
                kobiety. Wiele osób o tym nie pamięta i pozostaje jedną nogą w swojej rodzinie
                biologicznej, nie mogąc się zdecydować, czy w ich życiu ważniejszy jest mąż czy
                tatuś - i symbolem takiej postawy jest dla mnie upieranie się przy towarzystwie
                tegoż w drodze do ołtarza. Stąd mój gwałtowny sprzeciw: za dużo widziałam
                takich dziewczyn, także i na tym forum, i wiem, jak to się zazwyczaj kończy. To
                raz. A po drugie, to, co już pisałam. Mam alergię na traktowanie mnie, starej
                gropy, jak nieletniego dziecka przekazywanego spod opieki jednego faceta pod
                opiekę drugiego.
                • amalita Masz chyba jakis wew. problem... 02.02.05, 11:16
                  Na poczatek cytat tego co napisalas powyzej, bo chyba pamiec Ci nie trzyma, o
                  tej smyczce:
                  "Panna młoda oczywiście obwiązana wstążeczką jak paczka? A może na gustownej
                  smyczce z perełkami? Dajcie spokój, dziewczyny. Lubicie, jak "was przekazują"?
                  Może jeszcze za pokwitowaniem?"
                  Hmm, jesli uwazasz, Ty osoba tak czesto cytujaca pismo swiete, ze to jest na
                  poziomie, to nie mam wiecej pytan. Jak widac, jednak grzeszysz, moze czas cos z
                  tym zrobic i wylewac ten jad na kogos innego?

                  Piszeszm ze jestes "stara", od lat samodzielna, itd, itp.
                  Z tego co pamietam z innych watkow, nie mieszkasz samodzielnie, wiec juz nie
                  jestes samodzielna. Chociazby z tego wzgledu.
                  Wyobraz sobie, ze w normalnej, kochajacej sie rodzinie, nie trzeba wybierac,
                  kto jest wazniejszy. Mnie nikt nigdy przed takimi wyborami nie stawial i mysle,
                  ze nie postawi. Wazni sa dla mnie i Rodzice wraz z Rodzenstwem i Maz. Jestesmy
                  zwiazni emocjonalnie i fakt, ze wyszlam za maz nie oznacza, ze teraz rodzina
                  biologiczna ma zejsc na jakis zapomniany dalszy plan. Moj maz nie czuje sie
                  przez mnie
                  zaniedbany, jeslesmy juz malzenstem od 3 lat, i jak widzisz, fakt ze prowadzil
                  mnie Ojciec do slubu nie oznacza automatycznie rozpadu malzenstwasmile)
                  I naprawde nie musze wybierac. Dla mego meza bylo naturalne, ze poprowadzi mnie
                  tata, i tyle. Dla mnie rowniez. Ojciec byl prosba zaskoczony, ale sie zgodzil.
                  I naprawde nie czuje sie z tego powodu ubezwlasnowolnionym towarem. Daleko mi
                  od tego. Moze wlasnie dlatego, ze jestem dorosla, niezalezna finansowo,
                  zaprowadzenie mnie przez ojca pod oltarz bie bylo UJMA. To ze Ty w ten sposob
                  sobie udowadniasz swoja doroslosc, no coz, tu chyba jest inny problem. Zyj i
                  pozwol zyc innym, a nie krytykuj, jesli cos jest nie po Twej mysli.
                  • minerwamcg A to już nie twoja sprawa 02.02.05, 11:42
                    Możesz dyskutować z moimi poglądami. Które Ci w poprzednim poście
                    przedstawiłam. Pisząc to co piszę, polemizuję - nieraz ostro - z tym, co ludzie
                    myślą, nie z nimi samymi. Natomiast kim jestem, jak żyję i jakie mam problemy -
                    nic Ci do tego i bądź łaskawa się tym nie zajmować.
                    • amalita Re: A to już nie twoja sprawa 02.02.05, 12:19
                      O pogladach mozna dyskutowac, kiedy sie mowi, ze cos sie lubi, a czegos nie,
                      szanujac jedznoczesnie zdanie innych - a nie ublizajac ludziom, mowiac ze
                      sa "towarem", ida "na lancuszku". Odpowiedzialam Ci w podobnym tonie i teraz
                      czujesz sie urazona. Moze czas przestac byc tak "ostra", wtedy i dyskusja
                      bedzie przyjemniejsza. Mow o pogladach, ale nie atakuj ludzi, bo kazdy potrafi
                      pokazac pazury jak trzeba.
                      I to juz nie pierwsza nasza polemika, nieraz raczylas dosyc wulgarnie zajmowac
                      sie moja osoba. Jesli pamiec Ci szwankuje, moge te posty odnalezc....
                      • minerwamcg Re: A to już nie twoja sprawa 02.02.05, 12:36
                        Nie powiedziałam nic z tego, co mi przypisujesz, w kontekście jakiejkolwiek
                        konkretnej osoby. W kontekście ogólnej postawy - owszem. Nie atakuję ludzi,
                        tylko ich poglądy i po raz ostatni proszę, żebyś zechciała to rozróznić. W
                        Twoim przypadku też nie obchodziły mnie Twoje sprawy (ani tym bardziej osoba)
                        tylko sposób, jak można było takie czy inne rozegranie sprawy zaręczyn
                        zinterpretować. I nie było to wulgarne.
                        • amalita Re: A to już nie twoja sprawa 02.02.05, 13:09
                          A moze przestan atakowac, tylko po prostu grzecznie, nie uzywajac niemilych
                          porownan dyskutuj? To jest naprawde zasadnicza roznica. Ton Twych wypowiedzi
                          jest bardzo ostry, czesto obrazliwy.
                          Jesli chodzi o osobiste ataki - byly. Watek "Jak to powiedziec". Drugi watek,
                          gdzie przegielas dosyc mocno i wulgarnie byl w temacie pierscionka (nie
                          pamietam tytulu) i tam nawet przyznalas racje, ze przegielas. No i po co to?
                          Nie musisz traktowac innego zdania jak czegos, co mozna zniszczyc tylko
                          zlosliwoscia lub osmieszeniem. Gdybysmy wszyscy byli tacy sami i to samo lubili
                          byloby szalenie nudno. Wyluzuj i postaraj sie byc milsza.
                          • a_weasley Dajcie spokój 02.02.05, 13:23
                            W coraz bardziej żenującej dyskusji Amalita napisała:

                            > jest bardzo ostry, czesto obrazliwy.
                            > Jesli chodzi o osobiste ataki - byly. Watek "Jak to powiedziec". Drugi watek,
                            > gdzie przegielas dosyc mocno i wulgarnie

                            Jeżeli używasz mocnych słów, to używaj ich zgodnie z ich znaczeniem. Ostro a
                            wulgarnie to doprawdy nie to samo.
                            A poza tym co ma za znaczenie, co kto robił albo nie robił w innym wątku? To
                            już jest ewidentnie dyskusja o osobie. Już nawet nie o jej zachowaniu w tej
                            dyskusji, tylko w ogóle o tym, czy Minerwamcg jest miła czy nie.
                            • amalita ? 02.02.05, 13:31
                              Nie za bardzo rozumiem, gdzie napisalam, ze ostro i wulgarnie, to to samo? Moze
                              Pan Weasley zaznaczy stosowny fragment. Bo ze kolezanka pisze "ostro", to
                              widac, i sama przyznala, ze atakuje poglady ludzi, nie zauwazajac, ze atakuje
                              jednoczesnie ich, a ze w innym watku napisala wulgarnie, to inna sprawa.
                              • a_weasley Re: ? 02.02.05, 13:51
                                amalita napisała:

                                > Nie za bardzo rozumiem, gdzie napisalam, ze ostro i wulgarnie, to to samo?

                                Nie twierdzę, że tak napisałaś. Twierdzę natomiast stanowczo, że zarzucasz
                                wulgarność osobie piszącej jedynie ostro.
                                Ja kończę rozmowę na temat formy i stylu dyskusji. Jak jest, każdy widzi.
                                • amalita Re: ? 02.02.05, 15:22
                                  Napisales, ze nie rozrozniam znaczenia owych slow, a ja nie rozumiem, na jakiej
                                  podstawie.
                                  Wyraznie zaznaczylam, ze sprawa dotyczyla innego tematu.
                                  I zgadzam sie, ze jak jest kazdy widzi.
                          • minerwamcg Przestań. 02.02.05, 13:28
                            Znowu zaczynamy pyskówkę na forum. Jeżeli masz coś do mnie osobiście, służę
                            uwagą na priv. Powtarzam za Weasleyem - apeluję o dyskusję z poglądami, nie
                            osobą.
                            • amalita Ja nie zaczynalam.... 02.02.05, 13:33
                              Mysle, ze w przeciwienstwie do Ciebie, pisze dosyc grzecznie. Jesli chcesz
                              zakonczyc te dyskusje, po prostu nie odpisuj. Ale jak to mowia "walnij w stol,
                              a nozyce sie odezwa".
                              • amalita I dodam jeszcze, ze 02.02.05, 13:34
                                Prawdziwa cnota krytyki sie nie boi.
                            • amalita Re: Przestań. 02.02.05, 13:37
                              minerwamcg napisała:

                              > Znowu zaczynamy pyskówkę na forum. Jeżeli masz coś do mnie osobiście, służę
                              > uwagą na priv. Powtarzam za Weasleyem - apeluję o dyskusję z poglądami, nie
                              > osobą.

                              czy dyskusja z pogladami jest Twym zdaniem osmieszaniem i szydzeniem z pogladow
                              innych? moim nie. Apel mysle szczytny, ale zacznij od siebie.
                • kerika Re: No i po co ten jad i ironia? zazdrosc? 02.02.05, 11:34
                  no i dobrze. Rob jak chcesz. Ja chce, zeby mnie tata prowadzil do oltarza. Ale
                  to pewnie dlatego, ze jestem przedmiotem, rzecza przekazywana sobie przez
                  facetow?? Czyzby? Kocham mojego ojca i chce, zeby mnie poprowadzil. Kocham
                  mojego narzeczonego i zdaje sobie sprawe z tego, ze to On bedzie najwazniejszy.
                  Zreszta juz tak jes. Poza tym mnie jest latwiej, bo nie mieszkam z rodzicami od
                  3,5 roku. Narzeczony sie zgodzil. Tacie sie ten pomysl nie za bardzo podoba, ale
                  skoro Go o to poprosze, to sie zgodzi. Tak, poprosze mojego tate, zeby uczynil
                  mi ten zaszczyt i oddal mnie (jak towar) innemu mezczyznie. Tak chce.

                  Ale tu filozofujecie. Niech kazdy robi jak chce. Aytorka watku chciala sie
                  dowiedziec, jak to wygladalo w roznych przypadkach, a nie od razy czytac cala
                  dyspute o feminizmie, szowinizmie i zbednej ideologii. Po co zastanawiac sie,
                  kto jst wazniejszy? Przeciez wiadomo, ze slub jest dla narzeczonych!!! I ze to
                  oni, a nie ich rodzice beda w centrum zainteresowania! Poza tym i tak prawie
                  eszystkie oczy zworcone sa na panne mloda i malo kto zastanawia sie, czy jest
                  oddawana jak towar, czy tez kroczy z narzeczonym w ich nowe zycie. Niech kazdy
                  robi jak uwaza. I to powtarza amalita od jakiegos juz czasu, czego minerwamcg i
                  weasley nie raczli zauwazyc, czepiajac sie do Jej pogladow. Kazdy ma prawo do
                  wlasnych.
                  Pozdrawiam.
                  Kerika
    • annb a co z matką? 01.02.05, 17:32
      no bo skoro ojciec taki ważny że w ten dzień musi byc doceniony to co z mamą?
      stoi taka bidulka pod ołtarzem ? za co?też się poświęcała i też ma dobre
      relacje z córką
      no to dlaczego ona nie ma być wyrózniona?


      jak wszyscy to wszyscy...babcia też
      • amalita Re: a co z matką? 01.02.05, 17:36
        Na nia przyjdzie pora, jak bedzie wydawala syna za maz: wszak wedle tradycji
        przytoczonej przez kolezanke gdzies powyzej, pana mlodego prowadzi jego mama.
        Jesli pan mlody nie chce, lub matka nie ma syna, no coz, ich strata.

        Jesli chcecie isc z narzecoznym, to idzcie. Czy ktos wam broni lub mowi, ze to
        glupi robotniczy wymysl??? litosci. Po prostu nie krytykujcie czegos, o czym
        jak widac, nie macie pojecia.
        • annb Re: a co z matką? 01.02.05, 17:43
          amalita ja nie krytykuję. czy jużnie można zadac pytania?

          pytam się o rolę matki w tym wszystkim.
          trochę głupio być tak odstawioną na boczny tor....

          • amalita Re: a co z matką? 01.02.05, 17:45
            Moja Mama nie miala z tym problemow. Nie jest o mnie zazdrosna, na szczescie.
            Licze, ze inne matki tez sa normalne i nie poczuja sie "mniej wazne". Stala w
            pierwszej lawce wraz z mym bratem i reszta najblizszych. Ojciec do nich
            dolaczyl. Koniec kropka.
      • raszefka Re: a co z matką? 02.02.05, 14:08
        A może można z obojgiem rodziców do ołtarza?




        Do mojego orszaku dołączyłby z pewnością jeszcze bardzo chętnie brat (zupełnie
        poważnie spodziewał się, że jeśli narzeczony będzie prosił o moją rękę, to i
        ojca i jego wink A narzeczony nie prosił tylko oznajmił smile )
        • asiulek80 Re: a co z matką? 03.02.05, 09:42
          Mama będzie w ławce,tata tez a my"po polsku"poczekamy we dwójkę( przy wejsciu )
          na księdza.
    • Gość: chipsi A co gdy przed ślubem są "wykupiny"?? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.02.05, 17:29
      U nas jest zwyczaj ze pan młody przyjeżdza do domu panny młodej ze starostą i
      jakimś upominkiem "wykupuje" ją od rodziców i razem (po błogosławieństwie) jadą
      do kościoła. Jest to rodzaj zabawy na wesoło. Więc gdzie tu sęs i logika potem
      jeszcze dac się prowadzic ojcu ?? Mój tatko coś tam wspominał zeby prowadzić
      mnie do ołtarza i ja nie wiem jak mu powiedziec ze to jakies takie nie po kolei.
      • amalita Re: A co gdy przed ślubem są "wykupiny"?? 04.02.05, 17:34
        Toz to jeszcze bardziej szowinistyczny obyczaj od prowadzenia przez ojca pod
        oltarz!!!smile)) zaraz Cie ktos wyklnie i nazwie towarem, bezwolna istota, i
        cielatkiem obwiazanym wstazeczkawink))

        Ale sie nie przejmuj, w tych zwyczajach jest sporo uroku. Slyszalam, ze tak sie
        robi na poludniu Polski. Trafilam?

        No i fakt, jak juz Cie maz "wykupi na wlasnosc", to chyba rzeczywiscie zostalas
        oddana i ojciec juz nie ma do ciebie praw, wiec w tym przypadku prowadzenie
        przez ojca moze byc troche bez sensuwink Zrob tak, jak wam sie podoba.

        Pozdrawiam,
        • Gość: chipsi Re: A co gdy przed ślubem są "wykupiny"?? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.02.05, 17:06
          Jak już wspomniałam to jest zabawa na wesoło ( wersja z tatusiem wygląda
          poważnie). I gdyby nawet był u nas zwyczaj zamykania w klatce i prowadzenia na
          smyczy to jest to tylko zabawa, a kazda kobieta wie ze to ostatni raz kiedy
          facet moze sie tak poczuc bo potem moze tylko prosic i przepraszac hehehe smile
          A tak poważnie to najwazniejsza jest przysięga, a to co jest przed i w trakcie
          wesela nalezy traktowac z przymróżeniem oka. Pozdrawiam Ślązaczki!!!
          • a_weasley Albo rybki, albo akwarium 10.02.05, 15:18
            Żeby się komu nie wiem podobało i wprowadzanie przez ojca do kościoła, i
            wykupiny, jedno jest pewne: pogodzić się jednego z drugim nie da. Przyjął teść
            wykup, dał na zmarnowanie.
Inne wątki na temat:
Pełna wersja