a_weasley
29.06.05, 19:13
Czytam tu żale ludzi, którym rodzina wciska na grandę na wesele tłum nie
widzianych od lat, czy może nawet i nigdy nie widzianych krewnych kosztem
przyjaciół. Czytam. Współczuję. I zazdroszczę.
Na obu częściach naszego wesela będą (to znaczy pierwsza, po cywilnym, już
była) moi rodzice, teściowa, brat, szwagier z narzeczoną. Na pierwszej
części, w rodzinnym mieście żony, był brat teściowej (który jest chrzestnym
żony) i jego córki z mężami. Na drugiej, u nas, będzie moja bratowa i mój
chrzestny z żoną i bratowa, i jeszcze jedna moja kuzynka. Może przyjedzie mój
stryj, ksiądz.
Tyle. Więc przyjaciół możemy zapraszać szeroko. I tak robimy.
Tak się w rodzinie potoczyło. Ojciec miał jednego brata - księdza. Mama jedną
siostrę, która miała dwoje dzieci. I na ich weselach byłem. Mam pluton
drugich kuzynów i kompanię trzecich, ale u nikogo z nich nie byłem nawet na
ślubie. Nawet o ślubach tych trojga, którzy mieszkają we Warszawie,
dowiadywałem się po fakcie. Ja na ślub to ich i owszem poproszę (tylko,
cholibka, jak Gośka ma na nazwisko?).
Wpadł mi w rękę wydruk sprzed paru lat, lista gości na hipotetyczne wtedy
wesele. Z połową chyba osób z tej listy kontakt się rozluźnił, teraz na ślub
to ich i owszem proszę, ale to tyle. 1/3 tych, których teraz zapraszam, wtedy
nie znałem.
A rodzina, czy akurat stosunki są bliższe czy dalsze, rodziną pozostaje.
Doceńcie to, że jesteście fragmentem jakiejś większej całości, roztrąbionej
po kraju, odgałęzienie mające wspólny początek gdzieś w XIX wieku, może
dalej, zjeżdża się od czasu do czasu. Zanim pozazdrościcie nam swobody,
pomyślcie, że i my Wam czegoś zazdrościmy.