azanna
05.05.06, 19:10
Od czego zacząć? Cokolwiek napiszę i tak nie odda to nastroju dnia, naszych
wrażeń i tego wszystkiego co się działo. Na szczęście pozostanie to w naszych
wspomnieniach.
W piątek kupowaliśmy alkohol, napoje, wycieczkę i załatwialiśmy kilka innych
spraw – w rezultacie nie zdążyłam do kosmetyczki na manicure. Nie przejęłam
się tym zbytnio – stwierdziłam, że pomaluję paznokcie sama. Była piękna
pogoda, tylko prognozy były złowieszcze, pod wieczór niebo zaszło mgłą i
wiadomo już było na pewno, że pogoda się zmieni. Martwiło mnie to oczywiście,
teraz wiem, że niepotrzebnie, ale o tym za chwilę. Wróciliśmy późno do domu i
niedugo potem usłyszałam potworne hałasy z klatki – to dziewczyny przyszły
tłuc szkło. Posprzątałam, a tu koleżanka wyciągnęła kolejną partię i
sprzątanie zaczęło się od nowa. Później dziewczyny weszły do mnie na kawałek
ciasta, a tu znowu kolejne huki z klatki – tym razem bawili się sąsiedzi.
Znowu sprzątanie..uff....a potem kolejna sąsiadka – po czwartym zamiataniu
miałam naprawdę dość i byłam wykończona. W międzyczasie zadzwoniła moja
przyjaciółka z wiadomością, że jej ojciec miał wypadek i jedzie do niego
przez co nie przyjdzie na ślub. I tak była już prawie północ kiedy zaczęłam
robić manicure – nie wiem czemu, ale lakier nie chciał za nic schnąć. W końcu
jednak – już w dniu ślubu - położyłam się do łóżka.
Obudziłam się i oczywiście od razu pobiegłam do okna – po tym co zobaczyłam
wpadłam w rozpacz i rozpłakałam się. W następnych godzinach cały czas lało, a
temperatura spadła jeszcze o dwa stopnie – kiedy po raz ostatni patrzyłam na
termometr było 9 stopni. Rozmawiałam przez telefon z przyjaciółką – na
szczęście z jej ojcem było lepiej niż wydawało się dnia poprzedniego, co mnie
ucieszyło, ale niestety była 400km ode mnie. Siedzieliśmy więc sobie z
narzeczonym słuchając muzyki i próbując się nie stresować. Około południa
zaczęłam przygotowania, a narzeczony pojechał po kwiaty. Zrobienie fryzury i
makijażu trochę trwało, a międzyczasie przyszła siostra (moja świadkowa) aby
mi pomóc. Przyjechała rodzina narzeczonego, potem moja. Fajnie było gdy
wyjżałam przez okno i zobaczyłam nasz samochód – kierowca pytał kogoś o
drogę. Otworzyłam więc okno na ościerz i machałam (aby krzyczeć było za
daleko) – i nie wiem jak – ale jakoś mnie zobaczył. Przyszła moja druga
przyjaciółka i razem z siostrą zaczęły mnie ubierać. Bardzo dobrze się stało,
że były w dwójkę, bo nieźle się namęczyły z gorsetem. W końcu przyszła ta
chwila, w której wyszłam z pokoju (oczywiście wzbudzając powszechny zachwyt)
i zobaczyłam się z moim-jeszcze-nie-mężem, który wręczył mi bukiet. Potem
krótkie błogosławieństwo rodziców (nikt się nie popłakał) i można było jechać
do kościoła.
Od tego momentu pamiętam wszystko jak przez mgłę, a więc wizytę w zakrystii,
podpisywanie dokumentów, wreszcie wejście do kościoła i całą mszę. Byłam jak
w transie. Było około 9 stopni, a ja w sukience na szelkach. I było mi
potwornie gorąco. W pewnym momencie zastanawiałam się czy mi już cały makijaż
z twarzy spłynął. Jedno jest pewne – dobrze, że chodzę regularnie do
kościoła, bo wstawałam, siadałam, klękałam mechanicznie – jeśli nie miałabym
tego wpojonego byłoby kiepsko. Naprawdę nie sądziłam, że będzie to aż taki
stres. Ale pozytywny stres. Potem przysięga – dobrze, że nie chcieliśmy mówić
jej z pamięci, bo nie wiem czy coś bym sobie przypomniała. Dziś na video
dopiero zobaczyłam jak dziwnie wykręcałam rękę gdy mój świeżutko poślubiony
małżonek wkładał mi na nią obrączkę. Pamiętam słowa księdza do nas tuż po
przysiędzie „no i stało się”. Pamiętam też, że bardzo chciałam, wysłuchać
Hymnu do Ducha Świętego, ale w ogóle nie mogłam się skupić. Kazanie pamiętam
też dość dobrze, szczególnie moment, w którym ksiądz powiedział „i gdy
przyjdą na Wasze małżeństwo deszcze” – wtedy zaczęłam się śmiać, bo pogoda
wybitnie sprzyjała takim alegoriom

I pamiętam wzruszenie na twarzach gości
gdy szliśmy przez kościół.
Potem życzenia. I tu jedyny moment, w którym pogoda dała nam się we znaki.
Ponieważ cały czas lało zostaliśmy w przedsionku, który jest ciemny i
obskurny. W kościele zaczął się chrzest, więc nie mogliśmy tam stać – szkoda.
Ciągle ktoś starał się mnie ubierać, a mnie nadal było bardzo ciepło. Ta
ogromna ilość ciepłych słów, którą wtedy usłyszeliśmy najwyraźniej grzała
mnie mocno. Potem tradycyjnie obrzucono nas monetami (jeszcze w przedsionku,
więc nie musieliśmy ich wyławiać z kałuż) i można było jechać na przyjęcie.
Teoretycznie, bo nasz samochód został zablokowany przez grupę dzieci, które
wcale nie chciały słodyczy, które mieliśmy przygotowane... lecz pieniędzy.
Trochę nas to zdenerwowało, ale stwierdziliśmy, że pieniędzy dawać nie
będziemy. Dopiero interwencja naszego kierowcy – postraszył ich policją –
spowodowała, że wzięły jednak słodycze.
Do naszej restauracji był kawałek drogi i choć mieliśmy przygotowane mapki to
niestety zapomnieliśmy ich rozdać w tym rozgardiaszu pod kościołem. No i
kilku gości się zgubiło – mam teraz wyrzuty sumienia, bo gdy dojechaliśmy
ktoś nam powiedział, że wszyscy już są i odbył się toast powitalny i
tradycyjne tłuczenie kieliszków - tym razem zamiatał mój małżonek – ja
miałam ciągle dość po sprzątaniu klatki. Potem gdy wszyscy usadzali się przy
stołach dopiero dojechało jeszcze 6 osób, a my wyszliśmy na chwilę, aby
zrobić kilka zdjęć przy samochodzie. Wtedy już nie lało, ale temperatura
ciągle była poniżej 10 stopni. Nie mogę się teraz nadziwić, że biegałam w tej
sukience po dworze i nie tylko nie było mi zimno, ale nawet się nie
przeziębiłam. Tego dnia miałam zupełnie inną temperaturę ciała niż zazwyczaj.
Po obiedzie podaliśmy tort i ciasta – inaczej niż nakazuje tradycja. Pierwszy
taniec wyszedł nam dość topornie – to miał być walc do „Jestem bogaty”
Michała Bajora, ale ten nasz taniec walca raczej nie przypominał – goście
mimo wszystko bili brawo

No i zabawa była super – dużo tańców w kółku, gdy
był kawałek dla par jakoś pusto się robiło na parkiecie. W przerwach między
tańcami robiliśmy zdjęcia z gośćmi. Myślę, że przyjęcie było udane i wszyscy
dobrze się bawili, choć było sporo starszych osób, które zaczęły dość szybko
wychodzić. W ogóle przyjęcie skończyło się dość wcześnie, ale...za to
mieliśmy cudowną noc poślubną – WAW!!!
Dostaliśmy cudowne prezenty – najwięcej pościeli, ale, że cierpiałam na
niedosyt właśnie pościeli to naprawdę nam się przyda. Poza tym śliczny serwis
do kawy, komplet ręczników i dwa zabawne prezenty – nieźle się uśmialiśmy
rozpakowując je. No i jeszcze mnóstwo pieniędzy – goście swoją hojnością
zaskoczyli nas niesamowicie.
Teraz już jesteśmy po pierwszej części podróży poślubnej – byliśmy w Pradze i
Kotlinie Kłodzkiej – pogoda była cudowna i podróż udała się znakomicie. A we
wtorek lecimy na Teneryfę.
Kilka uwag praktycznych:
1) Jeśli ktoś chce namiar na super Dj’a z Górnego Śląska to wyślę na e-
maila – facet był na poziomie i świetnie prowadził zabawy w kółku podczas
tańca. Innych zabaw nie chcieliśmy, ale wiem, że ma takie „w repertuarze”.
Goście się nieźle nim zachwycali.
2) Wydałam 450zł na dekorację kościoła, której w ogóle nie zauważyłam,
ale...goście byli zachwyceni. Ciągle ktoś mnie zaczepiał i wyrażał swój
zachwyt – tak więc uważam, że naprawdę warto było. Poza tym urywki z video i
zdjęcia naprawdę to oddają. Teraz dałabym nawet więcej

3) Podwiązka naprawdę się zsuwa. Ja podczas życzeń czułam, że mam ją w
okolicach kolana – a nie należę do osób o najszczuplejszych nogach. Pomyślcie
więc o przymocowaniu jej do pończochy.
4) Jeśli nie chodzicie r