Rozpacz, której nikomu nie życzę

31.05.06, 19:04
Byliśmy zaręczeni od roku (razem od 3 lat). miesiąc czy dwa temu zaczęłam
wspominać o ślubie-pojeździjmy,poszukajmy sali. odpowiedź:tak, jak znajdę
czas.nie było większych efektów. ostatnio jednak nawet wybraliśmy się na galę
ślubną-on sam zaproponował.To było w poprzedni weekend.Potem jeszcze kilka
przemiłych wspólnych dni i nocy i nagle w piątek rzucił mnie.Powiedział to
przez telefon. Prosiłam, błagałam,żeby zmienił zdanie,ale on
odpowiedział:zacisnę zęby ale już nie będzie więcej ze mną.Twierdził,że ma
mnie dosyć,tego że się czepiam,że pracuje (po 15h na dobę 7 dni w tygodniu)i
nie ma dla mnie czasu,że chce ślubu, którego on nie chce w tym momencie.Dzień
wcześniej jego mama sama mi mówiła,żebym sie nie martwiła o ślub bo on będzie
prędzej czy później ale będzie..Oszalałam z rozpaczy.Chciał się spotkać w
sobotę,żebyśmy sobie oddali wszystkie rzeczy.Nie zadzwonił ani nie odbierał
telefonów.Przestałam wydzwaniać.Napisałam mu tylko to co chciał-co ma
oddać.To było w sobotę. Od tamtej pory nie dzwonił.Dziś nie wytrzymałam i
napisałam mu że tęsknie i spytałam sie czy on tęskni za mną-nic nie odpisał.
Stwierdziłam że musimy się wreszcie spotkać i porozmawiać,niech mi to
wyjaśni,..bo ja cały czas mam nadzieję.Zadzwoniłam ale nie odbierał.Nagrałam
się,nie oddzwonił.Jestem załamana.Dwa dni pierwsze przeżyłam spokojnie ale
tera już tak bardzo za nim tęsknię.Nic nie robię,tylko płaczę.Nie rozumiem
go.Przecież byliśmy zaręczeni.Co ja mam robić?
    • aldialdi Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 31.05.06, 19:11
      To co powiem zabrzmi może brutalnie - ale co masz robić?? Żyć dalej!!!
      Rozumiem Cię, wierz mi że doskonale. Byłam zaręczona, ślub za trzy miesiące,
      suknia na wieszaku, sala, orkiestra...a on wymienił mnie na starszy model.
      Rozpaczałam, płakałam, wydzwaniałam i któregoś dnia powiedziałam stop, miej do
      siebie dziewczyno szacunek. Zaczęłam odżywać na nowo, teraz jestem rok po
      ślubie, szalenie szczęśliwa, mocno kochana. Najważniejsze to uwierzyć w lepsze
      jutro. Trzymaj się cieplutko.
      Swoją drogą facet chyba niezbyt dojrzały, argumenty żadne a nieodbieranie
      telefonów mało kulturalne.
    • spamkiller7 Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 31.05.06, 19:12
      Kochana, nie wiem, co mogę napisać... Masz tam kogoś bliskiego? Przyjaciółkę, mamę? Kogoś, kto mógłby teraz być z Tobą...Domyślasz się dlaczego on tak postąpił? Może przytłoczyło go to wszystko - wiesz, ślub itd. Nie wiem. Ale skoro byliście zaręczeni, to kwestia ta była chyba przez Was omówiona. A może miał kogoś na boku? Może lepiej, że odszedł teraz, a nie miesiąc czy dwa po ślubie... Siedzę na forum. Napisz, jak się trzymasz. Uważaj na siebie.
    • agnrek Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 31.05.06, 19:23
      Z pewnością dzisiaj Ci się to wyda niedorzeczne i okrutne, ale powiem tak-
      zacznij nowe zycie bez niego. Kilka moich długich związków się rozpadało (z
      powodu niedojrzałości moich partnerów), zawzse myślałam, że to już koniec, nic
      lepszego w moim zyciu się nie stanie, nikogo nie spotkam. Za 3 tygodnie
      wychodzę za mąż za kogoś, kto nie wyobraża sobie zycia beze mnie, kto przeszedł
      ze mną wiele, kto zawsze jest i mnie wspiera.
      CIEBIE TEŻ TO CZEKA. NA PEWNO.
    • mariszka72 Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 31.05.06, 19:28
      Ależ to wszystko było do przewidzenia! Miesiąc temu założyłaś ten wątek:
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=619&w=41129056&a=41129056
      Więc czemu się dziwisz, że w końcu odszedł? Już w tamtym wątku było jasno
      widać, że to tylko kwestia czasu. Prawie każda osoba która do Ciebie wtedy
      napisała radziła Ci zostawić go, bo to i tak nie miało sensu. Ale Ty się
      uczepiłaś go desperacko i nie widzisz świata poza nim. Nie zastanawiało i nie
      martwiło Cie nawet wyraźny brak szacunku z jego strony i szantaż emocjonalny
      (te wszystkie groźby zerwania, etc.). Godziłaś się na takie traktowanie i teraz
      masz skutki tego. Sama mu pozwoliłaś na takie traktowanie Ciebie. Nie
      współczuję, bo najwyraźniej Tobie to odpowiadało...
      • sarna999 Dzięki mariszka72 31.05.06, 19:31
        od razu mi lepiej
        • szara82 Re: Dzięki mariszka72 31.05.06, 19:45
          Sarna, nie przejmuj się. Na pewno nie chciałaś być tak traktowana, tylko nie umiałaś z tego wyjść, a to olbrzymia różnica. Nie zmienia to faktu, że teraz boli jak cholera i ja Ci współczuję. Miałam kiedyś podobne doświadczenie (no, może nie było jeszcze mowy o ślubie) i wiele się z tego nauczyłam. Myślę, że u Ciebie będzie podobnie!

          Chciałaś czy nie chciałaś być tak traktowana (a nie każdy jest taki, że umie zerwać taki związek)
      • ally-mcbeal Mariszka72 ma całkowitą rację!!! 31.05.06, 19:42
        Podpisuje się pod tym co napisała mariszka72. Jasne, że to było do przewidzenia.
        Czemu Ty tego nie widziałaś? Więc nie pisz o tym jak o tragedii i nie rozpaczaj,
        bo jest w tym Twoja wina-że pozwoliłaś się tak traktować. I tak jak
        mariszka72-nie współczuję!
      • a1ma Kopanie leżącego... 01.06.06, 12:21
        Gratuluję.
        Możesz być z siebie dumna - trafiłaś w najczulszy punkt uncertain
        • mariszka72 Re: Kopanie leżącego... 01.06.06, 12:33
          a1ma napisała:

          > Gratuluję.
          > Możesz być z siebie dumna - trafiłaś w najczulszy punkt uncertain

          Wiem, że niektóre wolą tylko "pocieszanie", głaskanie po główce, wzajemne
          rozczulanie się nad sobą, użalanie się i biadolenie. Tyle, że to wcale nie
          pomaga, a w takim użalaniu się nad sobą można utkwić na resztę życia (znam
          takie przypadki). Sarna ma świetne zadatki do takiego właśnie "utkwienia",
          a "współczujące" posty większości forumowiczek tylko ją w tym utwierdzają.
          Dziewczyna JEST też winna w tej sytuacji, chociażby dlatego, że nie miała za
          grosz szacunku dla siebie, nie kochała siebie, a więc pozwoliła by jej
          narzeczony tak samo nią pogardzał. Użalanie się i rozczulanie się nad nią nie
          uświadomi jej tego, że to ONA musi się zmienić, musi aktywnie zadbać o swoje
          wnętrze, a nie czekać, że ktoś za nią to zrobi. Musi wreszcie zacząć żyć dla
          siebie, nie dla narzeczonego, nie dla ślubu, nie dla rodzinki, nie dla
          czegokolwiek jeszcze, ale DLA SIEBIE.
          • a1ma Re: Kopanie leżącego... 01.06.06, 12:38
            Jeśli cokolwiek może pomóc to jest to, owszem, kop - ale pozytywny. Dodający
            energii i przywracający wiarę w siebie. Metoda osiągnięcia dna, żeby można się
            było od niego odbić nie działa na wszystkich. Także uważaj na przyszłość, kogo
            na to dno spychasz, bo niektórzy mogą sie nie wydostać na powierzchnię.
            • mariszka72 Re: Kopanie leżącego... 01.06.06, 12:48
              a1ma napisała:

              > Także uważaj na przyszłość, kogo na to dno spychasz, bo niektórzy mogą sie
              > nie wydostać na powierzchnię.

              Nie można "zepchnąć" osoby, która nie chce być "zepchnięta". A na powierzchnię
              nie wydostają się tylko te, które nie szanują własnego życia, które wolą tkwić
              pasywnie w bagnie które same sobie ugotowały. Pełno jest takich dookoła. I
              jeśli Sarna pragnie świadomie powiększyć ich szeregi, to jest jej sprawa. Żeby
              ŻYĆ, trzeba kochać i szanować życie. Również własne...
              • cafet Re: Kopanie leżącego... 01.06.06, 12:51
                Daj jej troszkę czasu,nie wszyscy są na tyle silni, żeby od razu wziąć się w
                garść. I nie ma to nic wspólnego z tym powtarzanym przez ciebie szacunkiem do
                samej siebie.
                • marvel_maid Re: Kopanie leżącego... 01.06.06, 14:14
                  cafet napisała:

                  > Daj jej troszkę czasu,nie wszyscy są na tyle silni, żeby od razu wziąć się w
                  > garść. I nie ma to nic wspólnego z tym powtarzanym przez ciebie szacunkiem do
                  > samej siebie.

                  To jest wyłacznie kwestia szacunku do samej siebie. Zauważ, że to nie było
                  niespodziewane zerwanie po szczęśliwym, udanym związku, ale prosty wynik tego
                  co się w tym związku działo. Jego wybuchy złości, groźby itp to jest brak
                  szacunku, na który ona niestety pozwalała. Może się bała zostać sama, może nie
                  umiała inaczej, może nie ma "wprawy" w traktowaniu samej siebie z miłością i
                  szacunkiem, ale bez względu na przyczynę fakt pozostaje faktem. Ona niestety na
                  to pozwoliła. Nie twierdzę, że "sama jest sobie winna", bo myśle, ż faktycznie
                  ona nie umie szanować siebie, poprostu sie tego nie nauczyła. Ale napradę to
                  jest wyłącznie kwestia szacunku do samej siebie.
              • a1ma Re: Kopanie leżącego... 01.06.06, 12:57
                mariszka72 napisała:
                > Nie można "zepchnąć" osoby, która nie chce być "zepchnięta".

                Owszem, można.
                Nie każdy ma tyle siły, żeby się przeciwstawić. Są takie okresy w życiu, kiedy
                jesteśmy szczególnie wrażliwi na każdy cios i w takim jest właśnie sarna. Więc
                nie dokładaj jej. Pewnie sama do tego dojdzie, ale na to potrzeba czasu I
                wsparcia. Nie chcesz wspierać - nie musisz. Ale nie kop.
                • mariszka72 Re: Kopanie leżącego... 01.06.06, 13:03
                  a1ma napisała:

                  > Pewnie sama do tego dojdzie, ale na to potrzeba czasu I
                  > wsparcia. Nie chcesz wspierać - nie musisz. Ale nie kop.

                  Niektórzy mylą "wsparcie" z "użalaniem się". Prawdziwe wsparcie nie polega na
                  mówieniu osobie potrzebującej tego, co ONA chce usłyszeć. Takie kłamstewko jest
                  bardziej szkodliwe niż powiedzenie brutalnej prawdy, która powinna zmusić do
                  myślenia. Wsparcie powinno być AKTYWNE, w tym sensie, że zmusza osobę cierpiąca
                  do myślenia i podjęcia jakichś kroków.
                  • a1ma Re: Kopanie leżącego... 01.06.06, 13:10
                    Mariszka, zgadzam się, ale to chyba nie od razu! Daj dziewczynie chwilę, żeby
                    się wypłakała w spokoju, na aktywność przyjdzie czas...
                    • szara82 Re: Kopanie leżącego... 01.06.06, 13:30
                      a1ma - zgadzam się z Tobą w całej rozciągłości. Oczywiście, że Muraszka mówi prawdę otwierającą oczy, ale też trzeba mieć wyczucie, kiedy taką prawdę powiedzieć.
                      Poza tym - jak ktoś potrafi kochać taką szaloną miłością (nie mądrą, ale taką wybaczającą wszystko) jest cholernie wrażliwy i potrzebuje chwili czasu, żeby dojść do prawd oczywistych. Nie wszystkich można mierzyć jedną miarą.
                      Powiedzenie w tej chwili: "dobrze ci tak, zasłużyłaś" jest dla mnie wyrazem troski o drugą osobę, ale połączonej z przekazem - ja wiem lepiej.
                  • marvel_maid Re: Kopanie leżącego... 01.06.06, 13:39
                    Masz rację Mariszka, ale jest takie powiedzenie, że prawda jest jak kamień,
                    można ją podać delikatnie albo rzucic prosto w twarz.
          • arieska Re: Kopanie leżącego... 01.06.06, 12:54
            mariszka72 napisała:
            > Wiem, że niektóre wolą tylko "pocieszanie", głaskanie po główce, wzajemne
            > rozczulanie się nad sobą, użalanie się i biadolenie. Tyle, że to wcale nie
            > pomaga, a w takim użalaniu się nad sobą można utkwić na resztę życia (znam
            > takie przypadki). Sarna ma świetne zadatki do takiego właśnie "utkwienia",
            > a "współczujące" posty większości forumowiczek tylko ją w tym utwierdzają.
            > Dziewczyna JEST też winna w tej sytuacji, chociażby dlatego, że nie miała za
            > grosz szacunku dla siebie, nie kochała siebie, a więc pozwoliła by jej
            > narzeczony tak samo nią pogardzał. Użalanie się i rozczulanie się nad nią nie
            > uświadomi jej tego, że to ONA musi się zmienić, musi aktywnie zadbać o swoje
            > wnętrze, a nie czekać, że ktoś za nią to zrobi. Musi wreszcie zacząć żyć dla
            > siebie, nie dla narzeczonego, nie dla ślubu, nie dla rodzinki, nie dla
            > czegokolwiek jeszcze, ale DLA SIEBIE.

            Akurat w tym wypadku musze sie zgodzic. Oczywiscie zwykle trzeba i warto
            pocieszac, to jest potrzebne. Ale to jest przypadek, w ktorym naprawde trzeba
            dziewczynie oczy otworzyc. Przez caly zwiazek pozwalala sie zle traktowac, facet
            jej nie szanowal i chwilami odpedzal jak brzeczaca muche, ktora mu leb slubem
            zawraca. To,ze sie oswiadczyl,a nie mial zamiaru sie zenic swiadczy wylacznie o
            tym,ze to dziecinny chlopczyk,ktory nawet nie potrafil traktowac dziewczyny z
            szacunkiem.Autorka watku powinna sie cieszyc,ze sie uwolnila od takiego
            pajaca,bo zmarnowalaby z nim zycie,a w najlepszym wypadku iles tam lat.Koles tak
            totalnie pozbawil ja szacunku do samej siebie,ze nawet po zerwaniu dziewczyna,
            za przeproszeniem, pełza, błaga, wypisuje o tesknocie i jego o to samo pyta,a
            przeciez koles milczy i juz sie cieszy wolnoscia. Zwiazek sie skonczyl,a
            dziewczyna nadal sie poniza! Normalnie przeszlo mi przez mysl,ze te jej watki to
            jakas prowokacja, bo jak mozna samemu sie tak traktowac i pozwolic innym na
            takie traktowanie? To akurat jest wg mnie przypadek, w ktorym nalezy dac pannie
            kopa,zeby sie przestala rozczulac,bo nie ma nad czym. Jak sie taka osobe
            zagłaska niemal na smierc to gotowa calymi latami chlipac, jak to ona go kocha,
            wydzwaniac i dalej sie ponizac. Ten niedojrzaly smarkacz nie jest wart ani lezki
            i im szybciej dziewczyna zrozumie,ze dobrze sie stalo tym lepiej. I ja rowniez
            pisze to w najlepszej wierze.
            • mariszka72 Re: Kopanie leżącego... 01.06.06, 13:15
              AMEN!

              arieska napisała:
              > jak mozna samemu sie tak traktowac i pozwolic innym na takie traktowanie?

              Niestety, wiele jest takich przypadków, wystarczy rozejrzeć się dookoła.
              Niektóre świadomie się godzą na bycie "cierpietnicą" do końca życia, spędzają
              całe życie w takich toksycznych związkach, panicznie bojąc się cokolwiek
              zmienić. No właśnie! Chodzi o LĘK. Sarna też boi się, że nikt już więcej jej
              nie zechce, że nikogo nie znajdzie, że zostanie sama, a ma "już" 25 lat,
              dlatego tak się "uczepiła" narzeczonego, jest gotowa po raz kolejny błagać go o
              powrót. Dla niektórych lęk przed nieznanym jest o wiele silniejszy, niż
              perspektywa poniżania a nawet maltretowania ze strony
              narzeczonego/męża/chłopaka. Jeśli się nie przezwycięży ten lęk, to nie można
              będzie ułożyć sobie normalnego życia. A ten lęk też bierze się z braku
              zrozumienia i poszanowania dla siebie samej. Dlatego też radzę Sarnie poważnie
              zająć się SOBĄ zamiast rozpaczać nad utraconą "miłością". Narzeczony odszedł.
              Koniec tematu. Czas zająć się sobą, a nie biadolić jaki z niego drań. To, jak
              zachował się, mówi samo za siebie, jest oczywiste. Ale zamiast myśleć o tym,
              czego nie da się wrócić, trzeba skoncentrować się na TERAŹNIEJSZOŚCI i tym, co
              można zrobić w przyszłości, jakich błędów nie popełniać.
    • szara82 Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 31.05.06, 19:30
      Sarna, trzymaj się Kochana. Każde takie porzucenie boli. Nie przeskoczysz żadnego etapu, bedziesz płakać, będziesz chciała wracać. Ale potem będzie lepiej, poznasz kogoś lepszego. Co Cię nie zabije to wzmocni!
      A na marginesie - najgorsze jest takie zrywnaie przez telefon, to jest najgorsze tchórzostwo, bez podawania powodów na spokojnie, bez rzeczowej rozmowy. Na takie cos nóż mi się w kieszeni otwiera.
    • natali86 Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 31.05.06, 19:36
      ojejku....przykra sytuacja,bardzo bolesna...Rozumiem Cie troszkę bo sama jestem
      2lata po zareczynach i jest mowa o slubie,tak jak w Twojej sytuacji.Nie wiem
      Skarbie co mam Ci poradzić...!Na początek to musisz z nim koniecznie porozmawiać
      jakie są powody jego decyzji,o co wogóle chodzi że tak z dnia na dzień Ciebie
      porzuca i to przez telefon?Tchórz! A może facet po prostu zdał sobie sprawe że
      Ty nie jestes ta jedyną dla niego?Dopoki nie bylo mowy o załatwianiu spraw
      związanych ze ślubem to bylo wszystko ok,ale gdy to wszystko stalo się blizsze
      przestraszyl się,spanikował.Nie usprawiedliwiam go ,ale staram się poznać
      powody. No sama nie wiem co tam facetom siedzi we łbie....!Porozmawiaj
      koniecznie!Ale nie blagaj by wrócil,pamietaj miej do siebie szacunek!Trzymam
      kciuki za Ciebie smileGdybyś chciała porozmawiać to ja chetnie udziele jakiejs
      radysmilePozdrawiam Cie serdecznie

      natali
      • ally-mcbeal Rozmawiać? A po co?? 31.05.06, 19:44
        Po co jeszcze z nim rozmawiać??? I to błaganie go? O luuuuudzie, przecież trzeba
        mieć jakiś honor, godność? I Ty chciałabyś być dalej z facetem, który wrócił do
        Ciebie z litości bo go błagałaś?
        • patina3 Re: Rozmawiać? A po co?? 31.05.06, 19:57
          Dziewczyny a po cholere jeszcze z nim gadać???

          SARNA posłuchaj, przeczytałam powyżej komentarze. Tym paniom które piszą o tym
          jak to powinnaś go zostawić powiem
          - nikomu nie życze takiej sytuacji, ale - moje drogie - trzeba mieć NIE WIEM
          ILE CYWILNEJ ODWAGI I SIŁY ŻEBY ZOSTAWIĆ KOGOŚ GDY SIĘ KOCHA!!!!!!
          Wiem bo tez kiedyś zostawiłam faceta, kochaliśmy sie, ale zupełnie do siebie
          nie pasowaliśmy. Różnice charakteru były tak wielkie że nie umieliśmy się
          porozumieć. Ja wam coś powiem - może to zabrzmi brutalnie ale ja uważam że
          MIŁOŚĆ TO NIE WSZYTKO !!!!!! poza miłością musi być jeszcze pokora,
          okoliczności wiek zdrowie i MASA innych rzeczy.

          Sarenko, na pewno jest Ci ciężko ale coś czuję że facet nie wróci. Szkoda tylko
          że to nie TY podjęłaś taką decyzję, bo choć to może prozaiczne, chyba lepiej
          byś się czuła nie będąc zostawioną tylko zostawiającą. W każdym razie słuchaj
          SWOJE MUSISZ ODCIERPIEĆ! niestety nie wierze w códowne rady typu weź się w
          garść. To sie nie da!!!! Człowiek jest człowiekiem i emocje ma a emocji sie nie
          schowa w kieszeń. Masz prawo do rozpaczy.
          Popłacz sie ..... a któregoś dnia powiesz DOŚĆ ! i ZACZNIESZ NOWE ŻYCIE.

          Trzymam za Ciebie kciuki. To widać nie ten facet, ciesz się że z TYM będziesz
          miała szansę stanąć w kościele, i powiedzieć sobie I DO... Na pewno wszystko
          będzie dobrze!!!!!!
    • kalinazkalinowa Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 31.05.06, 19:53
      Nie przywiążesz go do siebie na siłę. Co z tego, że weźmiesz z nim ślub jesli
      za jakiś czas to małżeństwo się rozpadnie zastanów się.
      Czy chcesz byc z kimś kto nie chce z tobą dłużej byc ?
      Opetala cię jakaś histeryczna miłość, nie tedy droga.
    • kika_new Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 31.05.06, 19:58
      Milosc uskrzydla i sprawia ze stajemy sie lepszymi ludzmi, Twoj chlopak
      najwyrazniej stawal sie gorszym czlowiekiem - ponizajacym, nieszanujacym,
      poirytowanym - takim juz wiecej nie chcial byc - dlatego zerwal.

      Moze mysl, ze on nie zasluguje na Twoja milosc pomoze Ci przerwac trudne
      chwile. Nie zasluguje dlatego, ze Cie nie kocha.

      • patina3 Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 31.05.06, 20:00
        Aha i jeszcze jedno do tego co napisałam powyżej NIE ANALIZUJ po 100 razy tej
        sytuacji. Co było minęło. Trzeba zamknąć to jak stare ciuchy na strychu, a za
        jakiś czas jakby drzwi sie nie chciały domknąć to je solidnie kopnąć nogą smile)))

    • kami315 Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 31.05.06, 20:08
      2,5 roku temu mój chłopak chciał ode mnie odejść do innej. Dla mnie to było z
      dnia na dzień, ale teraz myślę, że to się musiało jakiś czas rozwijać. Do
      porozumienia doszliśmy w ciągu paru dni - postanowił, że da szansę naszemu
      związkowi, bo jest w nim wiele elementów, jakich się często szuka, a rzadko
      znajduje.
      Dziewczyny piszą, że proszenia i rozmowy są poniżające. Nie do końca się z tym
      zgadzam. Zależy z kim się rozmawia, kogo się prosi, o co i w jaki sposób. Ja
      prosiłam, żeby ze mną został. Ale nie tylko: przytaczałam argumenty, dlaczego
      miałby to zrobić i dlaczego miałoby to być dla niego i dla mnie - dla nas dobre.
      Gdyby jednak nie jego postawa - otwrtość, szczerość, chęć współpracy i
      rozwiązania problemu - rzeczywiście byłoby to poniżające. Wtedy pozwoliłabym mu
      odejść. Bo i cóż można lepszego zrobić?
      Zanim więc zdecydujesz się na kolejny telefon - zastanów się czy warto...

      • sarna999 Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 31.05.06, 20:26
        On już kiedyś odszedł (niecałe 2 lata temu).Wtedy też chciałam żeby zmienił
        zdanie.W końcu powiedział,że mnie nie kocha.To wystarczyło,żebym odpuściła. Po
        dwóch tygodniach dostałam pierwszego smsa,że mnie kocha i że życzy mi bym
        spotkała kogoś kto da mi wszystko bym była szczęśliwa. W kolejnym,że nigdy juz
        nie będzie z taką cudowną osobą jak ja. Odpisałam-nie pamiętam co,ale zrobiłam
        ruch w jego stronę. Dzwonił,nagrywał się, jakim był idiotą,że pozwolił mi
        odejść.Pisał całe mnóstwo smsów dziennie-czułych,słodkich,pełnych miłości. W
        końcu napisałam że chce spróbować.A on sie przyznał,że nigdy go nic tak nie
        bolało.że odtrącił mnie bo chciał bym była w końcu szczęśliwa.Wróciliśmy do
        siebie po miesiącu.Nigdy nie byliśmy tak szczęśliwi.
        Dlatego liczę że teraz też tak będzie... Wiem,jestem nienormalna.
        • kami315 Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 31.05.06, 20:39
          Trudno oceniać, czy to nienormalne - raczej dla ciebie bolesne. Możliwe, że
          byłoby lepiej (dla ciebie), gdybyście wtedy do siebie nie wrócili. Nie byłoby
          tego co jest teraz. A to już jest argument na NIE dla walki o ten związek.
          Pomyśl - może przez ten czas spotkałabyś kogoś, kto byłby dla ciebie odpowiedni.
          Bo jakoś mi się wydaje, że on nie dla ciebie, a ty nie dla niego sad
          a_wealey napisał Ci w wątku "On nie chce": Olej go - mało to fajnych facetów na
          świecie?
          Niestety, żeby znaleźć tych fajnych musisz się najpierw "pozbyć" obecnego, bo za
          mocno się do niego przywiązałaś...
          Ja ci w każdym razie życzę powodzenia!
          • mariszka72 Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 31.05.06, 20:48
            kami315 napisała:

            > Niestety, żeby znaleźć tych fajnych musisz się najpierw "pozbyć" obecnego

            Nie tylko. Przede wszystkim, trzeba najpierw nauczyć się kochać i szanować samą
            siebie. Jeśli Sarna nie będzie siebie szanować, to żaden mężczyzna w jej życiu
            nie będzie ją szanował, nie ważne jaki "fajny" by nie był. Każdy będzie ją
            traktował tak, jak na to pozwoli. To jest proste!
        • wujo_prezio Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 31.05.06, 20:49
          Nie wchodzi sie dwa razy do tej samoej rzeki!! Cierpisz na wlasne zyczenie Kochana. Nie szukaj wspolczucia dla wlasnych bledow, ktore w pelni swiadomie popelniasz!! Zwiazek to nie tylko milosc, to wiele innych rzeczy, a Twojemu narzeczonemu brakuje najwazniejszej z nich. Rozumu!!!!! Nie wyobrazam sobie wchodzic dwa razy w ten sam zwiazek, z tego nic dobrego nigdy nie bedzie. Nie masz dla siebie najmniejszego szacunku!
          • nombrilek Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 31.05.06, 20:53
            Oj tylko piszecie nie masz szacunku dla siebie itd, owszem zgadzam sie że
            trzeba sie szanowac zeby inni cie szanowali a juz napewno trzeba pokazac
            facetowi, ze ja sie szanuje i za toba latac nie bede, ale tak naprawde jak sie
            jest zakohanym i sie bardzi kocha, i jak ktos nas porzuci to mysle ze nie mysli
            sie i sie zapomina o tym.
            • mariszka72 Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 31.05.06, 20:59
              nombrilek napisała:

              > i jak ktos nas porzuci to mysle ze nie mysli sie i sie zapomina o tym.

              I z tego "nie myślenia" biorą się problemy... Jak się nie myśli (o sobie
              również), to o czym my tu w ogóle mówimy? Miłość to wcale nie bezmyślne
              zaślepienie i ogłupienie. A jeśli jest takim właśnie "ogłupieniem", to
              zazwyczaj tak się kończy. Tyle, że ja bym to miłością nie nazwała...
              • nombrilek Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 31.05.06, 21:02
                Mama na mysli nie caly zwiazek, bo wtedy nalezy sie szanowac bo inaczej wlasnie
                tak sie konczy, zgadzam sie, ale mialam na mysli przypadek porzucenia, kiedy
                trai sie grunt pod nogami, cierpi sie z zalu i rozpaczy to wtedy sie nie mysli.
              • kami315 Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 31.05.06, 21:07
                Wszystko prawda. Trzeba kochać, ale przede wszystkim myśleć. Nie mówię, że
                wyłącznie o sobie, ale nie można nie brać siebie pod uwagę. Jeśli coś nie pasuje
                trudno oczekiwać, że z biegiem czasu naprawi się - stanie się raczej przyczyną
                kłótni i zniechęcenia. I prędzej czy później przyjdzie rozczarowanie.
                Poza miłością trzeba mieć do siebie nawzajem szacunek - on w chwilach słabości
                pozwoli na przetwanie związku i odbudowę uczuć.
        • kika_new Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 31.05.06, 21:11
          Sarna, mam przeczucie, ze on do Ciebie nie wroci, wtedy jeszcze mogl z Toba
          pokulac ten roczek, tak mu zalosc serce scisnela, teraz to slub - to nie
          przelewki
        • tola53 Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 31.05.06, 21:26
          Sarana,ja też miałam podobne przejścia z moim facetem, co najmniej przez trzy lata, a razem byliśmy ze sobą ponad 6, były kłótnie. Dosłownie o byle co. Rozstawalismy sie moze ze trzy razy. Zawsze to jednak ja byłam tą stroną, która wyciągała rękę. W końcu stwierdziłam, ze nie ma to sensu, że tylko marnujemy czas sobie - powiedziałam NIE i to moje NIE było ostatnim. Dostawałam ok. 10smsów, 5 tel. dziennie z prośbą o powrót do niego, ale odmawiałam. Teraz mam super faceta z którym bierzemy ślub we wrześniu, a tamten zwiazek nauczył mnie bardzo wiele. Przede wszystkim nie mamy cichych dni, które do niczego dobrego nie prowadziły, były tylko po to aby kazde z nas zastanawiało się co dalej z nami będzie, ale ile tak mozna było żyć???
          Na pewno znajdziesz fajnego faceta,a tamtego będziesz mile wspominała, tak jak ja, pomimo że ostatnie rozmowy z nim nie należały do najmilszych.
        • nionczka Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 01.06.06, 10:49
          Przegapilam jednen z Twoich postów Sarna. Wlasnie go prezczytalam. Juz Cie raz
          rzucil? To juz mi sie nie podoba. Mozna sie raz pomylic, przestraszyc, ale on to
          juz recydywista. Nie ma prawa Cie tak traktowac. OLEJ GO! jego postawa nic
          dobrego nie wrozy.
    • xxxmikaxxx Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 31.05.06, 20:12
      Moj swiat tez zawalil sie kiedy jakies trzy lata temu, po trzech latach zwiazku, w tym dwoch wspolnego mieszkania i po roku od zareczyn, gdy data slubu byla juz ustalona, moj narzeczony wrocil z pracy i palaszujac przygotowany przeze mnie obiad oznajmij mi, ze to koniec. Albo bylam slepa, albo nic nie wskazywalo na to, ze dzieje sie cos zlego. Zadnych klotni, konfliktow - nic. To on naciskal na slub, wciaz pytal kiedy zdecydujemy sie na dziecko, az tu prosze - totalna zmiana frontu. Swiata poza nim nie widzialam wiec przeblagalam go by ze mna zostal. Sarenko, Ally-McBeal ma racje piszac, ze nie chcialabys byc z facetem, ktory zostanie z litosci. Wiem to z autopsji. To, jak moj "Ksiaze" traktowal mnie potem przechodzi ludzkie pojecie. Zamienil mnie w swoja sluzaca, sprzataczke, kucharke, stalam sie po prostu popychadlem spelniajacym jego zachcianki. Stracilam dla siebie caly szacunek. Wytrzymalam tak prawie rok, az wreszcie powiedzialam DOSC i kazalam mu sie natychmiast wyprowadzic. Nie ukrywam, ze bylo bardzo ciezko bo mimo wszystko wciaz go kochalam. Nie moglam jednak tak zyc. Dalam rade. Nie powiem, ze zapomnialam o tym jak mnie traktowal bo te rany zablizniaja sie dlugo, moze zawsze pozostana jakies rysy. Po jakims czasie udalo mi sie otworzyc na ludzi, ponownie komus zaufac i... teraz od kilku miesiecy jestem szczesliwa mezatka. Zycze tego i Tobie - bys byla silna, miala honor i nie walczyla o kogos kto najwyrazniej nie jest godny Twej milosci. Mam nadzieje, ze poznasz jeszcze, tak jak ja, kogos kto zawroci Ci w glowie. Potrzebujesz tylko czasu...
    • paul_ina Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 31.05.06, 22:53
      Hej,
      tego kwiatu jest pół światu. Nie myśl o tym niedojrzałym emocjonalnie dupku.
      Trzymam za Ciebie kciuki. Dasz radę, tylko się z nim nie kontaktuj i nie rób z siebie ofiary. To on przegrał - bo nie będzie z Tobą; Ty zwyciężyłaś i w nagrodę masz szansę na lepsze jutro z jakimś dobrym, dojrzałym, odpowiedzialnym mężczyzną (który, jak to mawiają, nie wie jeszcze że za Tobą tęskni...).
      • minnie_mouse Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 31.05.06, 23:16
        Ja myśle, że twój facet jest chyba niedojrzały. Rozumiem, że trzeba walczyć o
        związek... jesli warto... Ale ja nie chciałabym żyć w takiej niepewności czy
        znowu ode mnie odejdzie czy nie. Chyba by mnie to wykończyło. Rozumiem też
        rozmawiać, nie odpuszczać łatwo, ale błagać kogoś o powrót kto zrywa z Tobą w
        smsie lub przez telefon... Nie spodziewałabym się zbyt wiele po takim
        partnerze. Ja lubię mieć pewność, ale jeśli Tobie to nie jest potrzebne walcz o
        niego. Moze wróci, i bedziecie razem, aż pewnie do kolejnego razu, kiedy znowu
        odejdzie, a Ty będziesz cierpieć. Wiem, ze to nie takie łatwe zapomnieć, ale
        moze warto postawić teraz na siebie, bo z pewnością zasługujesz na takiego
        partnera, który będzie Cię kochał i bedziesz dla niego całym światem.
        Pozdrwaiam i życzę powodzenia.
    • tom-ix męski punkt widzenia: sama sobie winna :( 01.06.06, 08:37
      Nie znasz męskiej psychiki. Spałaś z nim - dałaś mu do zrozumienia , że nie
      istnieje dla Ciebie wiara w Boga i ślubu nie potrzebujesz do wspólnego życia.
      On to przyjął do wiadomości i "robił swoje". Przyzwyczaił się do tej mysli.
      A ty nagle teraz ślubu chcesz. On się wystarszył -czemu zmieniasz reguły gry..!
      Czyli co - zmieniłąś zdzanie - bo jednak potrzebujesz ślubu i wierzysz w Boga
      (dziwne żebyś tak szybko zmienia poglady życiowe)czy dlatego , że pociaga Cię
      ta cała "szopka" z przygotowaniami i występ iście teatralny twój w kościele (bo
      jak to inaczej w takim przypadku nazwać).
      Facet pomyśli : zdecydowanie chodzi o to drugie: zeby sie "ludziom pokazać" -
      ale czemu ja mam też się pokazywać - i brać na siebie duża odpowiedzialnośc
      wynikająca z założenia rodziny - z tak błahego powodu.
      Gdyby jeszcze o wiarę chodziło (dziewczyna chce ślubu żeby w pełni stworzyć
      zwiazek) - to bym się zgodził , pomyśli większość facetów, ale o nia nie
      chodzi. Bo gdyby o nią chodziło - to od początku było by wiadomo - ze slub
      jest punktem wyjścia aby np. uprawiać seks czy być w ogóle bardzo blisko.
      A tak - kobieto zmieniasz reguły gry i jesteś sama sobie winna. I w dodatku
      facet nie czuje sie wcale winny. Tego możesz być pewna w 100% - to przecież
      ty "kręcisz" i zmieniasz poglądy na życie a nie on.

      To co piszę jest wypadkową: spostrzeżeń w najbliższym otoczeniu, wypowiedzi
      psychologów oraz logiki wynikającej z męskiego punktu widzenia.
      • maruszka1980 go tom_x 01.06.06, 08:44
        matko, co Ty wypisujesz??? jaka zmiana reguł gry? to zupełnie nie o top chodzi,
        poczytaj co pisza tu dziewczyny szczesliwie wychodzace teraz za maz,wiekszosc z
        nich tez duzo wczesniej zyla ze swoimi mezczyznami w taki sposob, a faceci sie
        nie wymiguja tylko kochaja i ciagna do oltarza. To nie tu w tym wypadku jest
        pies pogzrebany! poza tym twoj punkt widzenie jakos malo wyglada na typowo
        meski,raczej na konserwatywnie katolicki i z calym szacunkiem, w tym momencie
        mocno ograniczajacy
        • jacha5 do maruszka o tom_x 02.06.06, 11:58
          nie zwracaj na niego uwagi. gdzieś indziej ten gość pisał, ze "jak jego
          dziewczyna chce okazać mu miłość to rozkłada nogi". to zwykły prowokator, w
          dodatku prostak
      • arieska Re: męski punkt widzenia: sama sobie winna :( 01.06.06, 13:04
        tom-ix napisał:

        > Nie znasz męskiej psychiki. Spałaś z nim - dałaś mu do zrozumienia , że nie
        > istnieje dla Ciebie wiara w Boga i ślubu nie potrzebujesz do wspólnego życia.

        Dopusc powietrze przez moherowy berecik i zrozum,ze nie kazdy jest wierzacy i
        nie kazdy ma "problem" z seksem. Ty juz chyba bez seksu cisnienia nie
        wytrzymujesz,bo ma glowe Ci pada. Ulzyj sobie wreszcie z korzyscia dla siebie i
        calej ludzkosci!
        • psycholog30 Re: męski punkt widzenia: sama sobie winna :( 01.06.06, 14:04
          Wiesz co, wydaje mi się, ze jest w tym sporo racji co pisze tom-ix.

          Ta dziewczyna chciała wziąć ślub - a koleś wypowiada sie na ten temat. Ma
          poglądy zbieżne z moimi a ja do kościoła nie chodze.
          Jest mnóstwo podobnych przypadków - jak ten zawarty w głównym wątku.
          Zamieszkanie razem i seks bez śłubu jest niekorzystny i bardzo ryzykowny dla
          kobiety. Rodzą sie czesto wielkie tragedie, niekiedy próby samobójcze -ludzie
          lądują na terapii. Mówiąc zamieszkanie i seks bez ślubu - nie chodzi mi
          absolutnie o "zycie bez sakramentu: tylko o to że ktoś np. mieszka razem bez
          ślubu cywilnego też. Gdy mężczyzna kobietę wykorzystuje - nie biorąc w zamina
          odpowiedzialnosci za skutki.
          Podchodzę w sposób laicki do problemu - bo nie wnikam nigdy czy ktoś miał ślub
          cywilny czy kościelny. Generalnie chodzi o to - że nie powinno sie wchodzić w
          bardzo intymny zwiazek bez podjęcia kroków mających na celu utrwalenie tego
          zwiazku. Bo wrazie niepowodzenia psychika zostaje zraniona bardzo głęboko.
          Kobieta marnuje czas, potem zostaje sama (często już mija czas na dziecko),
          dopada ją depresja. A facet zwykle już wcześniej ma młodszą zdobycz.
          Moher moherem (swoją drogą bezmyślnie powtrzany bełkot)- ale zwykła logika,
          poradnictwo i praktyka psychologiczna dająodpowiedź na to, że kobiety tracą na
          mieszkaniu razem przed ślubem. Nie jest to regułą - ale wiele dziewczyn
          załamanych, przekraczających trzydziestkę ląduje u psychologa - a dochodząc "po
          nitce do kłębka" - zwykle genezę tego typu problemów stanowi całkowite oddanie
          się i poświęcenie mężczyźnie , bez żadnych trwałych fundamentów zwiazku.
          • harriet_makepeace Re: męski punkt widzenia: sama sobie winna :( 01.06.06, 14:52
            to nie jest problem środków utrwalających związek (a co to takiego tak w ogóle?)
            tylko tkwienia w nieodpowiednim związku z facetem, który Cię olewa, nie kocha,
            nie szanuje ze strachu, z przyzwyczajenia, uzależnienia od niego...
            jedne kobiety to widzą "z natury", inne sie tego nauczyły "z wiekiem", a
            jeszcze inne nigdy tego nie zrozumieją.
            Tak czy tak dołączę sie do chóru zwolenniczek życia przede wsyzstkim dla siebie
            a nie dla innych.
      • a1ma Re: męski punkt widzenia: sama sobie winna :( 01.06.06, 13:12
        hahahahahahahhahahah

        Poprawiłes mi humor na cały dzień - dzięki! big_grin
    • agnieszka5661 Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 01.06.06, 08:59
      3 maj się ciepło... powodzenia

      z mego doświadczenia takie związki po zerwaniu to niestety nic dobrego
      • anka786 Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 01.06.06, 09:42
        tom-ix ales glupi...

        Sarna trzymaj sie i nie poddawaj,widocznie takie bylo przeznaczenie wierz mi!
        lepiej cierpiec troche teraz niz duzo potem. Nie byl to czlowiek ktory chcial z
        toba byc na zawsze ot co,ludzilas sie i mialas nadzieje ,ale w glebi serca
        wiedzialas co sie swieci prawda?
        Wiadomo ze latwo jest dawac rady innym ale jeddyne co mozna ci pow w takiej
        sytuacji to-zyj dalej i zobaczysz ze za kilka lat bedziesz o tym wszystim
        myslec w innej perspektywie!powodzenia i nie pros go juz!
      • majek0001 Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 01.06.06, 09:44
        witam
        przezywam to samo co ty sarna.bylam z moim M 7 lat ,za 3 miesiace slub ,bardzo
        chcielismy tego obydwoje i nagle przyszedl dzien kiedy moja druga polowka
        oznajmila mi ze nie chce ze mna byc,ze mnie chyba nie kocha itp.zawalil mi sie
        caly swiat,ale mam bliskie mi osoby,ktore dbaja o mnie ,wyslaly mnie jak
        najdalej stad ,zebym nabrala dystansu do tego wszystkiego i mogla
        odreagowac.Pomalu dochodze do siebie ,chociaz trudno ,bardzo trudno o nim
        zapomniec,nie wiedzac w 100% o co poszlo i dlaczego tak sie stalo.niby mi
        wyjasnil ale jakos nie dociera to do mnie,ale wiem ze na sile nie bede ciagnac
        tego zwiazku,za bardzo mnie skrzywdzil,nie bede miala juz pewnosci ze za kilka
        lat moze zrobic to samo.po powrocie czeka mnie z nim spotaknie ,musze zabrac
        swoje rzeczy z jego mieszkania ,boje sie ,ale musze stawic czolo ,nie bede juz
        rozpacz(nie przy nim) i blagac zeby wrocil.chce zaczac nowe zycie.
        zycze powodzenia,musisz pzremyslec wszystko czy naprawde warto,widocznie nasi
        faceci nie sa nas warci i gdzies na swiecie chodzi ten jeden jedyny.
        pozdarwiam serdecznie
        • magda_z6 Kurczę, majek0001 01.06.06, 12:05
          dopiero teraz skojarzyłam, że niedawno pisałaś o kryzysie w związku, ale ani
          słowa o tym, że się rozstaliście sad . A przecież, dopiero co planowałaś ślub-
          początek września, tak? I pisałaś na forum o przygotowaniach... To smutne sad
          • majek0001 Re: Kurczę, majek0001 01.06.06, 19:06
            a czym sie tu chwalic?ze facet po 7 latach bycia z toba stwierdza ze nie wie
            czy ciebie kocha i takie tam??
            kryzys trwal krotko bo raptem 2 tygodnie i podjal decyzje ostateczna,zrywamy ze
            soba.nasi rodzice pzrezyli to strasznie,ja tez ,nadal nie moge dosjc dos
            eibie ,a coz nim nie wiem,nie mam kontaktu,tymbradziej ze wyjechalam
            zagranice,jak najdalej od niego i po powrocie zaczynam nowe zycie,tez zdala od
            niego.
            pozdrawiam
    • deczko Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 01.06.06, 10:32
      Sarna jak juz za niego wyjdziesz, to on da Ci popalic. Dziewczyno, chcesz zyc
      cale zycie w takim zawieszeniu?! Myslisz, ze wymarzony ŚLUB da Ci tez wymarzone
      malzenstwo. Ja bym wiala od takiego faceta na Kilometr.
    • nionczka Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 01.06.06, 10:39
      Sarna, bardzo Ci wspolczuje. Moze sie jeszcze jakos wszystko ulozy. Wiele
      trwalych dobrych zwiazków przeszlo przez podobne sytuacje.

      To ze byliscie zareczeni to nie jest argument. Moglby Cie tak samo zostawic
      nawet po slubie. Wyglada na to, ze nie czul sie dobrze w tym zwiazku. Takie
      rzeczy sie dzieja kiedy dziewczyny "wymuszaja" zareczyny i slub (Sarna, to nie
      jest uwaga pod Twoim adresem, tylko ogolna) a ich partnerzy nie czuja sie
      przygotowani albo wrecz tego nie chca. Niby sie zgadzaja, zeby nie robic
      przykrosci, ale jednak potem dochodza do wniosku, ze to zbyt wazny krok,zeby go
      podejmowac wbrew wlasnej woli.

      Daj mu odpoczac Sarna, porozmawiacie jeszcze pozniej. Ty tez odpocznij i
      zastanów sie nad wszystkim. Czy chcesz z nim byc, na jakich warunkach, ze slubem
      czy bez.


    • monttana22 Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 01.06.06, 10:49
      może łatwo mi powiedzieć ale .. musisz żyć dalej... !!!!
      bardzo mi przykro ale może lepiej że teraz niż miałoby to być po slubie i gdyby
      były juz dzieciaczki. teraz musisz tylko uwierzyć w siebie , uwierzyć w to, że
      moze nie dziś i nie jutro ani za mieiąc ale będziesz jeszcze szczęliwa !!!!!!!!!
      ODWAGI !
      • sarna999 Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 01.06.06, 11:53
        To bardzo miło,że niektóre osoby tak zaciekle mnie atakują. Tylko czy tak
        naprawdę umiecie sobie wyobrazić coś takiego w swoim życiu? Czy wtedy
        bylibyście tacy twardzi?
        Dziękuje za słowa otuchy od osób, które umieją wykazać się empatią.
        • mariszka72 Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 01.06.06, 12:04
          sarna999 napisała:

          > To bardzo miło,że niektóre osoby tak zaciekle mnie atakują.

          Dziewczyno! Ty naprawdę masz problem ze sobą samą, skoro we wszystkim
          dopatrujesz się "ataków". To chyba o czymś świadczy. Zacznij od odnalezienia
          SIEBIE, zrozumienia SIEBIE, uszanuj i pokochaj SIEBIE, a dopiero wtedy możesz
          zacząć myśleć o miłości innych osób. Jeśli tego nie zrobisz, każdy następny
          facet będzie Tobą tak samo pomiatał, a Ty będziesz cierpieć. Chyba że Tobie
          właśnie odpowiada takie traktoweanie, a w cierpieniu odnajdujesz jakieś chore
          spełnienie?

          Więc musisz pokochać i zaakceptować siebie, nie czekając na miłość i aprobatę
          innych. Wtedy przestaniesz pisać, że na forum Cie "zaciekle atakują", bo nie
          będziesz już tego w ten sposób odbierać, a reakcje innych osób przestaną mieć
          dla Ciebie decydujące znaczenie. Przestań myśleć o innych tylko zajmij się SOBĄ!
        • maya28 Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 01.06.06, 12:05
          Sarna, ja przezyłam cos takiego, jak chyba wiele z nas tutaj na forum. I po
          takim doświadczeniu widzi sie wyraźniej symptomy beznadziejności związku. Ty
          pisałaś o tym miesiąc temu, i to wtedy już było do przewidzenia - jak Ci z
          resztą wtedy pisałam. Czasami lepiej nie litować się za bardzo nad sobą, tylko
          wziąć się w garść i życie w swoje ręce. Stety albo niestety takie coś nie
          zabija, ważne tylko zebyś wyciągneła z tego właściwe wnioski. Wiem ze teraz
          świat Ci sie zawalił, ale wszystko sie poukłada. Musisz być silna, nie masz
          innego wyjścia..
    • a1ma Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 01.06.06, 12:23
      Kochana, ciesz się z tego.
      Znam kilka podobny sytuacji i mogę Cię zapewnić, że kobiety zawsze wychodziły z
      nich (prędzej czy później) zwycięzko. A on - będzie żałował.

      Tak więc - głowa do góry i ciesz się życiem, które Ci zwrócono wink
      • cafet Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 01.06.06, 12:27
        Powtarzam za a1ma-głowa do góry i odwagi.
        Nie zgadzam się tylko ze stwierdzeniem,często chyba na pocieszenie
        powtarzanym, "a on - będzie żałował"-chyba bardzo rzadko tak się zdarzasad
        • a1ma Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 01.06.06, 12:29
          W sytuacjach, które ja widziałam - zazwyczaj lądowali w dużo mniej udanych
          relacjach (bo która normalna kobieta chciałaby takiego popaprańca?)... Nie
          żałowali pewnie zewrania, ale życia, które mogło być tak piękne, a jest...
          jakie jest wink
          • cafet Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 01.06.06, 12:38
            Możesmile
            Ja zerwałam związek 7letni i sekundę nie żałowałam tej decyzji,mimo że czułam
            sie beznadziejnie - jako ta przez którą komuś świat sie zawalił.
            Takie rzeczy się niestety zdażają.Nie od razu trafi sie na tę właściwą osobę.
            Wydaje mi sie że najwłaściwsze wyrażenie to-"bez generalizowania"- różni są
            ludzie, różne maja powody.
            I bardzo współczuję "sarnie", zachowanie faceta było denne i bez honoru.Jeśli
            nie chce/nie potrafi się już z kims być to trzeba mieć klasę żeby sie rozstać.
            • a1ma Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 01.06.06, 12:43
              Wydaje mi się, że nie samo zerwanie świadczy o człowieku (jasne, że każdy ma do
              tego prawo), ale klasa, z jaką to robisz. Poniżanie, lekceważenie,
              upokarzanie... tego wszystkiego można oszczędzić drugiej osobie, z którą
              przecież łączyło nas coś pięknego. Szkoda, że niektórzy o tym zapominają
              • cafet Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 01.06.06, 12:46
                Tak to prawda-pisałam w ostatnim poście o tym-trzeba mieć klasę żeby z kimś się
                rozstać.A facet nie miał ani honoru ani klasysad
              • mariszka72 Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 01.06.06, 12:57
                a1ma napisała:

                > Poniżanie, lekceważenie, upokarzanie... tego wszystkiego można oszczędzić
                > drugiej osobie, z którą przecież łączyło nas coś pięknego. Szkoda, że
                > niektórzy o tym zapominają

                Niektórzy też zapominają, że gdyby osoba "poniżana, lekceważona, upokarzana"
                nie pozwalała na takie traktowanie, to NIKT by jej tak nie traktował. Poniżanie
                zaczyna się od drobnostek, czasem może przybierać postać "niewinnych" żarcików.
                To wszystko się ignoruje, a później jest rozpacz i łzy "jak on tak
                mógł", "czemu on tak mnie potraktował", etc. Ale takie zachowanie jest do
                przewidzenia, wystarczy byś czujnym w związku, obserwować, zauważać zmiany,
                wsłuchiwać się we własne wątpliwości i ostrzeżenia naszej intuicji. Wystarczy
                być AKTYWNYM w związku. Wtedy nie dopuści się do takich sytuacji, a jeśli one
                zaistnieją, to nie bedzie "zdziwienia" dlaczego, tylko zrozumienie. Nie można
                trwać w związku, tkwić, wegetować. Związek trzeba TWORZYĆ aktywnie, rozwijać,
                nadawać mu życia. I rozumieć siebie i partnera.
                • magda_z6 Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 01.06.06, 13:56
                  Mówisz to z doświadczenia z poprzedniego związku? Wydajesz mi się osobą, która z
                  asertywnością nie ma raczej ŻADNYCH problemów, a jednak sposób w jaki
                  wypowiadasz się w tym wątku jest zastanawiający. Nie mam nic złego na myśli-
                  poprostu odnoszę wrażenie, że chcesz aby dziewczyny nie popełniły błędu w
                  relacjach, z którymi się (w jakiś okolicznościach) spotkałaś- może tylko jako
                  obserwator.
    • marvel_maid Re: Rozpacz, której nikomu nie życzę 01.06.06, 12:51
      Sarenko, nie chcę Cię dołować, ale to prawda, że jesteśmy tak traktowane jak na
      to pozwalamy. Sama byłam w takiej sytuacji kilka lat temu, tyle że my nie
      byliśmy zaręczeni.

      Wiem jak bardzo to boli, ale musisz przez to przejść, jest takie
      określenie "musisz przeżyc żal po stracie": wypłakać się, najlepiej wyżalić
      życzliwej osobie i w pewnym momencie zaczniesz o tym myśleć bardziej "trzeźwo".

      Przede wszystkim zrozumiesz, że związek z niedojrzałym partnerem nie ma szans.
      Sama pisałaś, że on Cię straszył, że odejdzie, wśiekał się, że masz "niewiadomo
      jakie wymagania", a Ty poprostu masz swoje potrzeby, naturalne i normalne
      potrzeby tj wyjscie zamąż za kochanego człowieka i oczekiwanie od niego oprócz
      miłości również szacunku, który zresztą z prawdziwą miłością jest
      nierozerwalnie związany. Twój narzeczony Cię nie szanował, nie obchodziły go
      Twoje potrzeby. Wydaje mi się, że błędem było to, że do niego wróciłaś, choć
      właściwie dzięki temu przekonałaś się dobitnie czego możesz się po nim
      spodziewać.

      Czasami nieświadomie wysyłamy pewne sygnały, które sprawiają, że ludzie
      traktują nas w określony sposób. Sądzę, że Ty (nieświadomie) dałaś mu do
      zrozumieniam, że zgodzisz sie na każde traktowanie byle tylko być z nim,
      zniesiesz wybuchy jego złości, straszenie zerwaniem itp, bo aby z nim być
      wytrzymasz wszystko. Ale masochizm nie jest miłością, a z tego co piszesz
      pozwalałaś mu się dreczyć, więc naprwdę mógł pomysleć że Tobie to nie
      przeszkadza.

      Mnie "przeżycie żalu po stracie" zajęło 5 miesięcy i właśnie wtedy pozanłam
      mojego narzeczonego, ciepłego, dobrego i kochającego człowieka, dla którego nic
      nie jest ważniejsze ode mnie, ani praca ani koledzysmile Ciebie teraz to bardzo
      boli, ale musi poboleć, żeby rana się wygoiła. Im szybciej pozwolisz sobie na
      wyrzucenie z siebie tego bólu tym lepiej. Zobaczysz, że kiedy najmniej będziesz
      sie tego spodziewała spotkasz wspaniałego człowieka, który będzie miał Ci wiele
      do zaoferowania. I będziesz szczęśliwa. Postaraj się zacząć szanować samą
      siebie, ale żeby to osiagnąć zerwij z nim kontakt całkowicie. Nie poniżaj się
      dla nikogo, a już na pewno nie dla byle faceta.
    • rejka z drugiej strony 01.06.06, 16:33
      ja tez sie spotykalam z kims 3 lata, a jak on wspomnial o slubie, to sie
      rozstalismy.Bo to nie byl ten wlasciwy.
      Jestesmy konformistami, a to ze sie z kims spotykamy nie oznacza jeszcze, ze
      chcemy spedzic z nim cale zycie. Spotykamy sie, by moc w ocenic, docenic i
      wybrac partnera. Czasem jest bo jest a potem pojawia sie bodziec, by to zmienic.
      Bardzo czesto jest to naciskanie jednej ze stron na slub a ty go naciskalas.
      Rozpacz? Nagle cos sie stalo?
      Pisalas wczesniej, ze on nie chce sie zenic, ba, nawet spotykac sie z toba. W
      podtekscie winisz tesciowa (mamuska nie jest szczesliwa, gdy spedza ze mna
      czas). Moze i miala na to wplyw, ale to on podjal decyzje.
      Jesli bedziesz sie plaszczyc i ponizac, to on nie wroci. A jesli nawet, to
      bedziesz zyc w ciaglym strachu, ze znowu odejdzie. On zas bedzie mial precedens
      do takich zachowan i pewnosc, ze bedziesz na niego czekac.
      Jak by nie wyszlo, bedziesz nieszczesliwa.

      Ludzie sie schodza,oczywiscie. Ale to akurat powinno wyjsc od niego
      • dorka21 Re: z drugiej strony 01.06.06, 17:24
        przepraszam ale nie mam czasu czytać całego wątku, jednak chciałam pocieszyć
        nasze nieszczęśliwe i zrozpaczone kobiety. Ja byłam z facetem prawie 7 lat,
        kiedy przyszedl czas na podjęcie jakiś konkretnych decyzji, okazało się, że on
        nie wie, ze nie jest jeszcze gotowy! i takie tam duperele. Stwierdził, ze musi
        odpocząc....Dodam, że mieszkalismy już razem. Na początku byl to dla mnie
        szok, cios, ból, pustka. Prosiłam żeby wrócił, żeby mnie nie zostawiał,
        deklarowałam, że będę walczyć. Na szczęscie dzięki przyjaciołom, rodzinie, nowo
        poznanym ludziom, złapałam wiatr w żagle i dałam sobie spokój. O dziwo, jemu
        się odeminiło i nalegal na spotkania, rozmowy, wyjaśnienia, ale ja już nie
        chciałam go słuchać ani tym bardziej się spotykać bo uwazałam, że zbyt mocno
        mnie zranił żeby mu to wybaczyć a już na pewno zapomnieć. Poznałam nowego
        mężczynę z którym równiez zamieszkałam, kupiliśmy mieszkanie (wspólnie i na
        długgiiii kredytsmile), jesteśmy już zaręczeni, ślub pewnie w pażdzierniku. A
        wszystko to zdarzyło sie w niecały rok! I naprawdę się kochamy!!! Także głowa
        do góry, cieszcie się dziewczyny, że straciłyście tylko 3 lata a nie 7! Nie ma
        co się uszczęśliwiać na siłę, i trzeba korzystać z życia a nie układac je sobie
        na siłę. Pozdrawiam.
        D.
Inne wątki na temat:
Pełna wersja