anula19801
01.07.06, 15:24
dwa tygodnie temu slubowaliśmy. chciałam opisać ... ot tak. siedziałam tu
troche na forum i zawsze lubiłam czytać opowieści ze ślubów.
A więc wstałam ok 10. Wzięłam prysznic. Pojechałam do fryzjerki i
kosmetyczki. Byłam wczesniej na próbnej fryzurce i makijażu, także ładnie
wyszło. Wróciłam ok 13,30. nie mogłam nic jeść. zaczęło mnie nosić na
wymioty ... nie jestem w cięzy. po prostu z nerwów. chociaż nerwów nie
czułam. jedynie przez to ze w każdej chcwili mogę zwymiotować. zaczęłam
ubierać się ok 15. na 15.40 mielismy umówionego fotografa, który troche mnie
kamerował przed slubem jak suknie ubieram i świadkowa pomagała mi założyć
podwiązkę. Ok 16 przyjechał mój Tomek z rodziną. Byłam w szoku jak zobaczyłam
naszych gości pod domem i u mnie w mieszkaniu. Przywiózł mi bukiet. Rodzice
nam pobłogosławili. Krótko, bo łzy mamom cinęły się do oczek. Pojechalismy na
zdjęcia w plenerze. Fotograf nas ganiał, krzyczał. Ale dobrze bo dzięki niemu
mamy piekna pamiątkę. zaczęło lać ... urwanie chmury. Ucieklismy do auta.
stalismy na placu pod kościołem do za 5 siedemnasta. Wyszedł po nas fotograf
z wieeeeelką parasolką. Goście już byli w kościele. Ksiądz podszedł
powiedział ze dobrze że pada, bo w Bibli napisane że deszcz to urodzaj

.
Msza mineła bardzo szybko. Zero tremy. Ksiądz mówił ładnie, do nas. Po mszy
zostalismy jeszcze przy ołtarzu bo fotograf robił zdjęcia. Po odejściu od
ołtarza mój T mnie przeciągnął na swoją stronę. Wychodząc z kościoła
pierwszymi gośćmi którzy złozyli nam życzenia byli ludzie ode mnie z pracy.
Krzyś wręczył nam dwa białe gołębie. Wypuściliśmy razem. Póżniej posypały się
życzenia ... w pewnym momencie złapałam się na tym że zamiast mówić
dziękuję ... mówiłam nawzajem

Po drodze mielismy pare fajnych i pomysłowych bram. Na sali odśpiewali nam
sto lat z kieliszkami szampana w rekach. Zjedlismy obiad. Orkiestra zagrała
dla nas walca. Troche trenowalismy więc tremy nie było. Pomyłka była, ale o
niej wiemy tylko my

. Póżniej juz tylko zabawa. Cały czas tańczylismy z T
i bawilismy się z gośćmi. O 23.30 tradycyjne oczepiny. Bez przyśpiewek, ale
równie fajne. Było rzucanie welonem i rzucanie podwiązką ( mój T miał krawat,
nie chciał go zdejmować podwiązkę zdejmował zębami), potem jeszcze przysięga,
konkurs z tabliczkami ty i ja, gdzie musielismy odpowiadać na zadane pytanie
podnosząc do góry tabliczkę. Na koniec "ostatni taniec" tzw z welonem. Po
oczepinach był tort. Mi smakował. Póxniej podziekowanie dla rodziców.
Orkiestra zagrała Cudownych rodziców mam. Nie było przemowy, zaschło nam w
gardłach. Podarowalismy rodzicom bukiety kwiatów, wielkie słonie, a dla
rodziców chrzestnych tez słonie,ale ciut mniejsze. Rodzice chrzestni byli
naprawdę wzruszeni takim wyróżnieniem. Natsepnie bawilismy się do białego
rana. Na poprawiny zjawilismy się pierwsi przed gośćmi, żeby nikt nie musiał
na nas czekać. Mnie od rana nękały wymioty. Teraz to "chaftowałam" jak
zobaczyłam jedzenie. Puściły mnie nerwy ... Ok 14 przywieźli świniaka.
Kolejna atrakcja. smaczny był ... ja nie próbowała, ale goście chwialili.
Pozatym poszedł cał 20 kg więc musiał smakować. Poprawiny trwały do 18.
wieczorem pobawilismy się jeszcze w domu. Ogladalismy zdjęcia z cyfrówek
rodziny.
Wieczorem rozpakowalismy prezenty. Piekne dostalismy ... nie spodziewalismy
się aż tylu i aż takich ładnych.
Każdej z Was życzę takiego weselich!
I najważniejsze. Nie przejmować się że coś nie idzie. Ja np 3 dni przed
dowiedziałam się ze mamy problemy z sala i pani od sali jakaś taka podejżana
się wydaje. Zaczęłam siędenerwować, ale pózniej szybko odrzuciłam od siebie
złe mysli i nerwy. Przecież to nasz najważniejszy dzień i muszę być
szczęśliwa. I jestem!