iw.75
05.09.06, 08:23
Witajcie kochani...
tak tak było - minęło
Własnie trwa nasz miodowy miesiąc i mam nadzieję, ze u wszystkich świeżo
poślubionych jest tak cudownie jak u nas. Może jestem staroświecka ale
baaardzo mi odpowiada bycie żoną
Wczesniej wydawało nam sie ze ślub niewiele zmmieni w naszym życiu ale bardzo
sie pomyliliśmy oprócz zmiany mojego nazwiska nasz związek stał sie
pełniejszy. Nie sądziłam, ze własnie tak to będę odbierać
Mam nadzieję, ze sama uroczystość na pozostanie w naszej pamięci na długo jako
jeden z najszczesliwszych dni. Każdy następny niesie za sobą radość
przeplecioną troskami codziennego życia (np. koniecznością wymiany tłumnika,
czy oleju w pszczole

.
15.08.2006 r.
Dzień rozpoczął spokojny poranek z codziennym kawowym rytuałem, potem wizyta u
fryzjera, kosmetyczka, lekki obiadek, ubieranie się - wszystko bez większego
niepokoju i stresu - można by powiedzieć, ze NUDNO ale cudownie jednocześnie.
Długo będę pamiętać chwile wzruszenia na twarzach rodziców w czasie
błogosławieństwa. Przed kościołem powitaliśmy naszych gości i zaczekaliśmy aż
wejdą do środka. Do ołtarza prowadził mnie Tata i przyznam, ze postanowiliśmy
zeby tak było własnie dla niego. Warto było. Tata był szczęśliwy i musze
przynać, ze pod ołtarzem wzruszył się

. Ceremonia była wg
mnie uroczysta i pogodna (ale wiem, ze tak od środka trudno oceniać
obiektywnie). Ale żeby nie było za słodko - organista nie potrafił ujarzmić
organów i chwilami koszmarnie fałszował co ogólnie wzbudzało w nas uśmiech

(w księdzu również). Za to solistka rekompensowała fałsze organisty.
Bardzo nam sie podobał moment pobłogosławienia przez ksiedza symbolicznego
chleba. Zrezygowalismy ze zwyczaju witania chlebem i solą (bo te rzeczy to
rodzice powinni dawac na progu domu a nie przed resteuracją) na rzecz tego
elementu). Kapłan pięknie podkreslił symbolikę chleba jako pokarmu dla ciała i
duszy...
Później juz tylko radość przyjmowania życzeń od bliskich i nieco dalszych
znajomych i zabawa na przyjęciu. Dużo śmiechu, radosci i spuchnięte od
szaleństwa nogi. Były oczywiście wpadki na przykład koszmarny kelner, który
podał uwaga - SŁODKIE (!!) wino do obiadu (teraz sie śmieję ale na sali to
myślałam, ze go ubije). Rano spotkanie i śniadanie z "przyjezdnymi" gośćmi, a
potem już kilkudniowy wypad w piękne słowackie tatry.
Piękny sierpień mielismy tego roku prawda ?

)
Pozdrawiam Was serdecznie z ogromnym uśmiechem, który zdaje się nie schodzic z
twarzy od ponad 20 dni.
p.s. jeśli moge dodać skromną radę - nie denerwujcie się drobiazgami,
przeżyjcie ten dzień najpiękniej jak potraficie z radością, uśmiechem i może
właśnie łzą wzruszenia. Powodzenia.