przyszla_mezatka
26.12.06, 23:03
Dziewczyny, poradzcie.
Jest mi strasznie przykro i nie wiem, jak sie mam zachowac. Sytuacja jest
bardzo skomplikowana i w sumie sama juz jestem nieobiektywna.
Po pierwsze: moj slub odbedzie sie na poczatku lutego 2007 w Ameryce
Poludniowej (co wyglada egzotycznie, ale w naszej sytuacji takie nie jest)
Zaczne od poczatku - ja mam 27 lat, moj narzeczony: 29. Znamy sie od 5 lat,
dwa lata temu przyjechalam do niego do Francji i zamieszkalismy razem. On jest
latynosem wychowanym w Paryzu.
Miedzy nami wszystko uklada sie bardzo dobrze, w ciagu dwoch lat mieszkania
razem poznalismy sie dobrze i bylibysmy zupelnie szczesliwi, gdyby nie ogromny
problem z moja rodzina.
Wczesniej moi rodzice mieli okazje spedzic z moim narzeczonym duzo czasu
(stwarzalam takie okazje za kazdym razem kiedy byl u mnie w Polsce, bo
wiedzialam, ze moga byc problemy). Poznali go wiec i zaakceptowali (nie jest
to tylko moja opinia, sami o tym mowia i powtarzaja to caly czas).
Po dwoch latach ciaglego jezdzenia zdecydowalam sie zamieszkac z nim, byla to
bardzo trudna decyzja, bo w Krakowie mialam calkiem niezla prace, przyjaciol,
dodatkowe zajecia i ogolnie sympatyczne zycie.
Moi rodzice sa bardzo tradycyjni i dogmatycznie katoliccy. Ja tez uwazam sie
za katoliczke, ale chyba bardziej otwarta na swiat. Mysle, ze slub bez
mieszkania ze soba wczesniej byl mozliwy dawno temu, kiedy znalo sie cala
rodzine narzeczonego do pieciu pokolen wstecz, a on sam mieszkal w sasiedniej
wiosce

Te czasy, jak dla mnie, minely, a ja sama nie moglabym wyjechac do innego
kraju i byc zupelnie zalezna od przyszlego meza nie znajac go z codziennego
zycia. Jak dla mnie - logiczne.
Dla moich rodzicow ta decyzja to byl skandal. Jak moge mieszkac z kims bez
slubu?!?!
Przed wyjazdem rozmawialismy bardzo duzo na ten temat i mimo ze na ogol mam
dosyc choleryczny charakter, wysililam moja cierpliwosc i cala dobra wole na
jaka bylo mnie stac. Bylam dyplomatyczna i delikatna, staralam sie zrozumiec
argumenty moich rodzicow.
Oni natomiast wcale nie starali sie mnie zrozumiec. Moj ojciec jest domowym
despota i wszystkie rozmowy z nim konczyly sie jego powtarzaniem jak zdarta
plyta: "chce zebyscie najpierw wzieli slub".
Moja mama nie ma wlasnego zdania i we wszystkim slucha ojca.
Pierwsze tygodnie we Francji byly dla mnie bardzo ciezkie. Z D. od poczatku
bylo cudownie, ale moi przyjaciele sa daleko, nie znalam wtedy jezyka,
zrezygnowalam z satysfakcjonujacej pracy, a na dodatek moj ojciec dzwonil do
mnie i nie chcial rozmawiac o niczym innym, tylko powtarzal: "kiedy wezmiecie
slub?".
W koncu kiedy mialam troche gorszy dzien nie moglam sie kontrolowac i
powiedzialam dosyc ostro, ze mam dosc jego podejscia i ze jest to wylacznie
nasza decyzja. On na to, ze w takim razie mam wiecej nie pokazywac sie w domu
rodzinnym. I od tego czasu nie odzywa sie do mnie w ogole.
Probowalam nawiazac kontakt, ale na maile nie odpowiada, jesli on odbierze
telefon, to sie rozlacza, a jesli mama ze mna rozmawia, to musi konczyc kiedy
on wchodzi do domu.
Z tym sie juz w sumie pogodzilam. Przykre to, ale mam swoje zycie, a za
problemy emocjonalne mojego ojca nie odpowiadam.
Problem jest taki: nasz slub zorganizowalismy w ameryce i cala moja rodzina
teraz uwaza, ze ich odrzucam, ze jestem egoistka itd itp...
Na slub przyjezdza moja kuzynka z chlopakiem (ciesze sie niesamowicie) i moja
przyjaciolka. Moja mama miala przyjechac, ale tydzien temu powiedziala mi, ze
w koncu podjela decyzje, ze nie przyjedzie. Wiem, ze to pod wplywem ojca, ale
chyba nie tylko, wydaje mi sie, ze jej sie po prostu nie chce.
Jest mi strasznie przykro. Strasznie...
Wiem, ze to daleko i ze drogo, ale zaproponowalam mojej mamie kupno biletu,
wiec nie chodzi o pieniadze. Poza tym moja rodzina nie narzeka na braki
finansowe, a o naszych planach wiedzieli od ponad roku, wiec mieli czas na
zorganizowanie podrozy.
Dodatkowo, okolo rok temu moja siostra wziela slub polaczony z tradycyjnym
polskim weselem, ktory zorganizowali w 100% nasi rodzice. Kosz biletu na nasz
slub nie jest nawet 1/4 ceny tamtego wesela, a na miejscu maja juz wszystko
zapewnione (za wiekszosc rzeczy placimy my, z pomoca rodzicow D.)
Przez to tez czuje, ze to niesprawiedliwe i ze moi rodzice zachowuja sie okropnie.
Opisuje ta historie, bo chcialabym, zebyscie powiedzialy mi, co o tym
sadzicie. Ja nie jestem obiektywna, a naprawde chce wiedziec co zrobilam zle.
Teraz zostaje jeszcze miesiac do wesela i nie wiem... moze powinnam zadzwonic
do rodzicow (wiem, ze jesli by chcieli, mogliby jeszcze przyjechac)? Sprobowac
ich jeszcze przekonac?
Poza tym moja mama chce utrzymywac "przyjacielskie" kontakty, a ja przy tym
wszystkim naprawde nie mam na to ochoty. I oczywiscie to moja wina, ze nie
opowiadam jej o wszystkich przygotowaniach do wesela, ze nie jestem jej
"przyjaciolka"...
Jestem zagubiona w tym wszystkim i czuje sie beznadziejnie.
Co o tym myslicie?