stella303
25.06.07, 13:44
Piszę do Was z pytaniem, co sądzicie o takim zdarzeniu, jakie wczoraj stało
się naszym udziałem na 2 tygodnie przed ślubem. Przyjęcie organizaujemy
wspólnymi siłami finansowymi, razem z rodzicami. Listę gości wcześniej z nimi
konsultowaliśmy. Po jej stworzeniu wyszła nam kosmiczna liczba 166 gości.
Zwyczajnie nei stać nas (mimo wsparcia rodziców) na zrobienie takiej imprezy,
tym bardziej, że mamy sporo wydatków związanych z budową domu. Więc
zdecydowaliśmy, że obcinamy listę o dzieci kuzynostwa (dzieci są dorosłe, z
osobami towarzyszącymi, wyszło ponad 30 osób mniej). Ostatecznie liczba
gości, którzy potwierdzili obecność stanęła na 90 osobach - dużo osób ze
strony N. nie przyjedzie. no i wszystko ładnie pięknie, ale wczoraj, przy
okazji rodzinnego spotkania okazało się, że się wszyscy poobrażali, że
zaprosiliśmy kuzynów bez dzieci i bardzo się tym poczuli urażeni (1 człon
rodziny). bo to młodzi się mają bawić, bo zrobiliśmy błąd, bo powinniśmy
słuchac rodziców, jak nei mamy doświadczenia (jesteśmy po 30-stce i
konsultowaliśmy listę z rodzicami), bo łatwo skłócić rodzinę, bo nasz ślub
zamiast radości wywołał w rodzinie dyskusję. no i jeden kuzyn nie przyjedzie,
bo mu sie nie opłaca skoro dzieci nie idą, kuzynka będzie bez męża, ale
wymusiła na nas przyjście z córką, i w ogóle mówią nam to wszystko, bo może
uda nam się naprawić ten błąd. a w ogóle to zdaniem kuzynki powinniśmy byli
wysłac zaproszenia do tych 166 osób (szczegół, że nasza sala by nie
pomieściła takiej ilości osób gdyby wszyscy zaproszenie przyjęli, a chyba z
taką intencją zaprasza się gości), a potem modlić sie żarliwie, żeby nam jak
najwięcej gości odmówiło, stanęło by na 120 osobach i luz.
nie docierały do nich argumenty, że zaprosiliśmy 136 osób, że na taki wydatek
się przygotowaliśmy, a że wyszło 90, no cóz,nie było do przewidzenia że się
ludzie poobrażają...
szczerze mówiąc pierwszy raz w życiu stanęłam wobec takiej sytuacji i zrobiło
mi się bardzo przykro, ze w rodzinie,która cały czas trąbi, jacy to oni są
rodzinni, rewelacyjni,jak trzymają się razem, jak moga na sobie polegać, nie
są w stanie spojrzeć na sprawę z innej perspektywy niż swoja, że nasz ślub
potraktowali przez pryzmat własnych oczekiwań, a gdy zaproszenia nie spełniły
ich oczekiwań, to się poczuli urażeni.
zatkało nas.
na dodatek mój przyszły teść wywinął kota ogonem i zrzucił całą "winę" na
nas, ze to mysmy nie chcieli, że organizujemy to wszystko fatalnie i jak
dzieci, a on mówił że trzeba zaprosić wszystkich, i że wesele robi się raz w
życiu itd.
najpierw zwątpliłam i doszłam do wniosku, ze może faktycznie popełniliśmy
nietakt, ale potem juz tylko narastała we mnie zlość, ze tak do tego podeszli.
zapraszaliśmy kuzynostwo z najlepszymi intencjami i to z nimi chcieliśmy
spędzić ten dzień, a nie z ich dziećmi, z którymi mamy mały kontakt. mój N.
też się wkurzył, tez go zatkało do tego stopnia, ze nic nie był w stanie
powiedzieć. potem skwitował, że ta część rodziny zawsze miała megalomańskie
tendencje, i ze odniósł wrażenie, ze to właśnie oni ich zdaniem powinni być
bohaterami całej uroczystości, a my tylko dodatkiem, i że mam sie nei
przejmować...
ale jakoś cały czas o tym myśle i pozostał wielki niesmak. dodatkowo zaczęłam
się stresować, żeby nikt nam uwagami czy dyskusjami nie popsuł przyjęcia.
staramy się bardzo przygotowac wszystko jak najlepiej, a na dwa tygodnie
przed ślubem mi się wszystkiego odechciało....
a co Wy o tym myślicie?