karol512
31.03.08, 11:10
Cześć dziewczyny, piszę do was bo jestem ciekawa czy tylko moja
rodzina jest taka czy wy też tak miałyście.. A może uważacie, że to
my popełniliśmy błąd?
Z góry postanowiliśmy że chcemy mieć niezbyt duże wesele, wybraliśmy
więc restaurcje na około 60-70 osób. Chcieliśmy zaprosić tylko
najbliższą rodzinę i większość znajomych, tak żeby był to nasz dzień
a nie dzień ciotek których nie znamy. Ponieważ "jak zaprosisz
jednego to musisz zaprosić drugiego" obie rodziny na spotkaniu
ustaliły że z rodziny naszych rodziców zapraszamy tylko rodzeństwo
rodziców, ale już ich dzieci nie (bez względu na wiek, kończymy
na "pierwszym pokoleniu"). I tak wyszło sporo (biorąc pod uwagę
ogólną ilość osób na weselu) bo moi teściowie mają 5 rodzeństwa a
więc 10 osób (małżonkowie). Gdybyśmy chcieli zapraszać dzieci tego
rodzeństwa, musielibyśmy zaprosić koło 20 osób dodatkowo (mają dużo
dzieci, część już dorosłych z małżonkami i dziećmi). Więc nasze małe
wesele szlak by trafił, albo zaprosilibysmy tylko rodzinę i zero
znajomych. Tak jak pisałam, nie był to tylko nasz wybór, tylko
wspólna decyzja nasza i naszych rodziców. Zasadę stosowaliśmy nie
tylko do rodziny mojego N (która jest większa) ale też konsekwentnie
do mojej - żeby było sprawiedliwie i jego rodzina nie poczuła się
pokrzywdzona, że ode mnie ktoś tam jest a od niego nie. Wszystko
było ustalone i zaakceptowane aż do wczoraj

Otóż w sobotę wreszcie rozwieźlismy zaproszenia, wczoraj zadzwonił
mój dziadek (ojciec ojca) oburzony tym, że nie zaprosiłam 10-letniej
córki jednej z sióstr mojego ojca. Nie dał sobie wytłumaczyć, że tak
zostało ustalone przez rodzinę, że to nie jest kwestia jednej osoby
tylko 20, które byśmy musieli zaprosić, gdybyśmy zaprosili ją. Jest
obrażony do końca życia i zapowiedział że ani on ani ta siostra nie
przyjdzie (ona tak nie mówiła jak dawałam jej zaproszenie).
Oczywiście powołał się, że to moja najbliższa rodzina i jak ja mogę.
Prawda niestety jest taka, że ja ani z nim ani z nikim z rodziny
mojego ojca nie utzrymuję kontaktów (nie tylko ja nie wyciągam ręki
do nich ale też oni do mnie). Widujemy się raz na trzy lata, ani on
ani oni (ja też nie) nie dzwonimy do siebie nawet z okazji świąt,
urodzin, imienin itd... Śmieszny więc wydaje mi się tekst, że to
moja najbliższa rodzina (według mnie nie liczy się to co na papierze
tylko to co w sercu). Nie był w stanie zrozumieć argumentu, że w obu
rodzinach skończyliśmy zaproszenia na tym samym "stopniu
pokrewieństwa", że tak jak ta córka jest moją "najbliższą rodziną"
tak mój N ma 20 takich osób "najbliższej rodziny" i że zaprosiliśmy
mało osób, bo chcieliśmy mieć małe eleganckie wesele a nie bal na
200 osób w namiocie... Czy uwazacie, że to my popełniliśmy błąd, bo
powinnismy zaprosić całą rodzinę, wszystkich wujków, cioci, dzieci,
wnuki, prawnuki? Czy nasze uczucia i nasza wizja tego jak ma
wyglądać NASZ dzień się nie liczy? Ponadto ta "córka" o którą toczy
się cały bój ma lat 10. Mi się wydaje, że albo zapraszamy dużo
dzieci, które się ze sobą bawią, albo stwierdzamy że wesele jest
imprezą dla dorosłych i tylko ich zapraszamy (my tak zrobiliśmy, dla
dzieci organizujemy piknik następnego dnia). Co o tym sądzicie? Co
powinnami teraz zrobić? Olać ich i czekac czy potwierdzą przybycie a
jak nie to zignorować czy doprosić to dziecko (wtedy powinnam
doprosić co najmniej 20 osób z rodziny N co spowoduje, że nie
zmieścimy się w wybranej restauracji i trzeba by szukać nowej...)...