gabsiella
01.03.09, 22:48
witam.
nie wiedziałam na którym forum mogłabym zamieścić taki wątek, ale skoro dotyczy on ślubu...to tu.
od czterech lat jestem w związku. 2 lata temu zaręczyliśmy się, a miesiąc temu ustaliliśmy termin ślubu- na czerwiec 2009.
ponieważ ja należę do entuzjastów i ludzi czynu, a mój partner jest raczej skryty- wszystkim zajęłam się ja. ( oczywiście wszystko załatwiałam po wspólnych rozmowach i ustaleniach)
od kilku dni czułam, że coś jest nie tak z moim partnerem i tematem ślubu. mamy załatwiony termin, salę w pięknej restauracji, mam sukienkę, a dziś chcieliśmy wybrać zaproszenia.
Jakoś tak od słowa do słowa wyszło, że on nie chce tego ślubu.
Zatkało mnie do tego stopnia, że nie wydusiłam od popołudnia ani słowa do niego.
Jak to możliwe, żeby 31letni mężczyzna, poukładany, rozważny, wręcz analitycznie patrzący na życie- w ciągu miesiąca zmienił zdanie diametralnie?
Nie wiem, jak się teraz zachować. Ponieważ mieszkamy razem, od dwóch lat mamy wspólne mieszkanie- kupione na kredyt hipoteczny... (jeszcze 28lat spłaty), mamy również 6letnią córkę - to moja córka, a on bardzo dobrze spełnia rolę ojca, choć nie jest biologicznym.
jestem w patowej sytuacji. nie mogę definitywnie odciąć się od niego- co podpowiada mi duma i szacunek do siebie, a zdrugiej strony- irracjionalnie mam nadzieję, że jednak weźmiemy slub. głupota... po co ślubować, skoro facet wprost mówi, że nie chce? i jak dalej żyć "na kocią łapę"? dla mnie to wykluczone. skoro nie chce być mężem (jako naturalne następstwo narzeczeństwa), to znaczy, ze nie chce byc ze mną w ogole. czy dobrze rozumiem, że to człowiek, który nie umie podjąć odpowiedzialności za swoje decyzje, boi się dorosłości?