zimny_ogien
13.07.09, 21:37
Mój N na początku planował, wymyślał, nakręcał mnie jaki to będzie cudowyny dzień, jakim fajnym będziemy małżeństwem.Nasze rodziny wniebowzięte...
Kiedy przyszła pora na załatwianie, udawał, że pomaga. Jak go przycisnęłam, powiedział, że on bardzo chce,ale przecież to ja mam więcej czasu i on mi ufa i pomoże (wspomoże)blablabla.
Stwierdziłam, że ok, pozałatwiam, ale w pewnym momencie zaczęłam mieć tego dosyć. Wszystko się posypało, bo chociaż wiedzieliśmy od początku czego chcemy - wystarczyło zadzwonić i zamówić - to nagle z właścicielem restauracji nie dało się dogadać, zespół zaczął stawiać jakieś dziwne rządania, zmieniać cenę, warunki(profesjonalny zespół,już po podpisaniu umowy!!!). Oczywiście, razem dalibyśmy radę wymyslić coś nowego, ale sama? NIE CHCE MI SIĘ, nie mam wsparcia i ochota poszła w siną dal.
Byłam w domu i przy okazji oświadczyłam rodzinie "Ślubu nie będzie", później powtórzyłam to głośno przy babci i odetchnęłam z ulgą.Nie tłumaczyłam się, orzekłam z szerokim uśmiechem "ślubu nie będzie"
Temat mamy z tyłu głowy jak mawiają u mnie w pracy, ale już na luzie z uśmiechem. To uczucie warte jest straconych zaliczek
Teraz podśpiewuję sobie kawałek Maleńczuka i znowu czuję, że żyję:
www.youtube.com/watch?v=VdcTu-klVek