antypo-lityk
03.12.11, 23:34
Oto mój fragment-skrót z okazji 30-lecia ogłoszenia stanu wojennego. Ktoś na lokalnym forum miał pretensje, że podsekretarzem stanu jest funkcjonariusz MO z mojego grajdoła. Niestety mieszkam w grajdole i centralnym województwie, który w śmierdzącej obłudnej rzeczywistości króluje:
Co to jest represja?! Kto jest jej ofiarą a kto katem?! Układ polityczny minionych czasów nie różnił się od tego obecnego, gdzie rządzą układy i szmatławe reguły: profity dla swoich i per noga pozostali. Adam Rapacki wybrał rządzący układ przedtem i teraz. Honor nie w cenie a wygodne życie wartością. Jak to składa się na represję?
Druga połowa lat 80-tych. Nadal bez dachu nad głową, z obowiązkiem opieki wobec niepełnosprawnego już ojca. Ktoś podrzucił mi informację, że w es-be poszukują na techniczne stanowisko informatyka. Wiadomo – mieszkanie! Ale nawet tam byłam bez szans, bo kiedy po stażu w Centrum Obliczeniowym PAN, starałam się o pracę w rządowym ośrodku ewidencji PESEL to koleżanka ze studiów, z odległości 300 km, (tam moje korzenie) powiadomiła, że w archiwum znów szukają i przeglądają teczki mojej rodziny: tata, stryjek. I tak na pewno jej nie dostanę.
Jak wyglądała kariera zawodowa i co się zmieniło
Tam gdzie mnie ściągnęli do zorganizowania ośrodka EPD (bo wielka inwestycja gierkowska), wszystko wzięło w łeb w 76 r. Przeniosłam się tu, bo jakieś enigmatyczne obiecanki mieszkania ale pula mieszkań zakładowych też wzięła w łeb.
W pracy maniutki kierowniczek, bez krzty kwalifikacji w tej dziedzinie, ale podobno uczył córkę tow. dyr., więc i następca tegoż władzę i układy szanuje bardziej niż umiejętności. Mówiono, że następne umocowanie maniutkiego to to, że jest tym drugim tej, która z pomocą małżeńskiej transakcji z tym pierwszym została naukowcem. A bukieciarstwo w tym grajdole to potęga! Ten drugi musi być kierowniczkiem. A cóż ja na stażu opracowywałam w zespole programy komputerowe typu „rozwiązywanie układu równań różniczkowych typu Poissona z warunkami brzegowymi Dirichleta”, „metoda Wekuy-Bojarskiego odwzorowań quasikonforemnych” – zastosowania w mechanice teoretycznej. Później w pracy zawodowej, współpraca w branżowych ośrodkach nad systemami epd m.in. typu technologiczne oraz operacyjne przygotowanie produkcji. No i jakieś wdrożenia – wtedy to dość proste programy ewidencyjne ale tworzone odpowiedzialnie z koncepcją, z udokumentowanymi schematami, założeniami, testowaniami.
A nad maniutkim kierowniczkiem jeszcze jedna kierowniczka - główny spec (?!) - przyplątała się jako sekretarka z Dolnego Śląska z tow. ministrem, który już ministrem nie był ale układy były. Nawet zaoczną ekonomię z pomocą … zaliczyła. Nianiania, bzdetologia ze skłonnością lansowania się podchwyconymi obcojęzycznie brzmiącymi pojęciami i pryncypia to jakby starsza siostra dorci – tylko drobniejsza kobitka. Za takim ł…em stoi cwaniak lub grupa cwaniaków. Ze swych faworyt „im głupsza tym spolegliwsza” tworzą parytety. Ale wtedy również tow. dyr. katolik uznał, że władza ta wyższa od bozi pochodzi i na układy nie ma rady!!!
Obok kolega, którego w czasie studenckiego obozu wojskowego wsadzili do psychiatryka za ponoć demonstracyjne wyznawanie i praktykowanie katolicyzmu. Zwierzał mi się, że stamtąd nie wychodzi się normalnym. Tu także kochał bliźniego i ewangelizował. (Żałuję, że już w demokratyzmie, 3 dni przed jego samobójczą śmiercią, nie miałam siły na rozmowę z nim. Ja też miałam poważne problemy ze swojakiem ochlapusem z układów i resztą władców o mieszkanie, na które w banku czeskiego barana odmówiono mi hipotecznego kredytu (jedna czwarta wartości mieszkania) równego 5-ciu moim miesięcznym pensjom!!! Na szczęście pomógł mi wtedy szef- anglik.) Oj, Kazimierzu o ile słyszysz tam wysoko - w tym kraju (!) nie można być normalnym!
Mam jeden z pierwszych nr zakładowej S. Wraz z nastaniem stanu wojennego, przegrupowanie władzy. Maniutkiego wzięli w kamasze – pewnie do ZOMO - a wodzem zrobili następnego po udzkiej bzdetologii, który już na studiach wykazywał się w ochronie rządu. Ponadto swojak, szwagier esbek więc też nie potrzebne mu były kwalifikacje w tej dziedzinie! Wstąpił następnego dnia do pi-zet-pi-er-u. Upokorzona, zbuntowana wybrałam szczerość wypowiedzi i zachowania wobec (miałam do tego prawo, bo od początku jego zawodowej kariery byłam zobowiązana go wprowadzać) w rezultacie zostałam przeniesiona do „prawdziwej roboty” w ZAOPATRZENIU.
Moim zdaniem ta „prawdziwa robota” miała na celu wykorzenienie wszelkich tzw. iskier bożych jakie tkwiłyby we mnie. Nigdy nie miałam ambicji, żeby kierownikować raczej żeby pracować zgodnie z kwalifikacjami dla elementarnie godnego życia, bez pomiatania przez byle kogo. Zakompleksiona miernota za przeciwnika uważa każdego lepszego od siebie – jak Periander w „Podróżach z Herodotem” Kapuścińskiego.
Na początku w „prawdziwej robocie” było odręczne sporządzanie zestawień materiałowych do planów produkcji, które tak naprawdę psu na budę się nie zdały. Ale grunt to zająć głupią robotą, bo taka może wykorzenić to w człowieku czego normalnie zabrać nie można. Później uciążliwe wyjazdy służbowe np. 2-dniowe na Śląsk do 12 dostawców w różnych miejscach. O hotelu to nawet nie można było marzyć. Wielki SZACUN dla kierowców, zwłaszcza dla tego, z którym jeździłam po oleje do Spały - podobno nie żyje. Wielki szacun a raczej WIECZNE ODPOCZYWANIE dla Sławka, współtowarzysza wśród tego smrodu, za jego herbatki od mamuśki, za życzliwość dla mnie, mojego ojca a nawet bezpańskich kotów w magazynie, po których Sławek sprzątał bez narzekania. Codziennego smrodu petów w biurze, rozwalającego głowę, trudno było usunąć! Ludzie o takiej wrażliwości intelektualnej nie mogą żyć długo, wśród tej „chrześcijańskiej” miłości bliźniego, gdzie naczelnym aktem wiary jest: a zwierzęta nie majom dusy i swojackim poczuciem wolności i do czego oni mają prawo z zerem świadomości o tym, że łamią elementarne prawa tego obok!
Kierownikiem tej „prawdziwej roboty” był tłusty tow. , mój rok urodzenia, ale na swoje szczęście bez specjalnego tęgiego łba do nauki, bez specjalnych talentów, za to swojak i biskup w rodzie, więc bozia dała! Jak jechał służbowo to z faworytą i tarpanem – co było wtedy niejakim luksusem. A cóż biskup? Pasł tyłek w Lublinie.
W tym moim Lublinie, gdzie w gierkowskich czasach na KUL-u jakąś bzdetologię (nawet nie muzykologię) studiował pewien kościelny muzykant. A wicie, rozumicie był ze Śląska! Mówił, że w Lublinie po ulicach chodzą takie CIEMNE CHŁOPY W GUMOFILCACH!
Muzykantowi bozia daje - np. ślubna na urzędzie, asfalt pod domem - Lucia załatwiła (bo lucie w urzędach nie są od tego, żeby wg czytelnych zasad oraz kryteriów pracować i służyć lokalnemu społeczeństwu, jest od ZAŁATWIANIA sobie, swojej rodzinie, koterii a więc szczerzy szczękę do kolejnych zarządów, wodzów, itd. a ponieważ zna reguły gry jest niezagrożona – bozia dała). Lecz nawet taki muzykant, któremu bozia daje, też ma swoje krzyże! Jego krzyżem była sąsiadka, która dokarmiała ze 30 bezpańskich kotów. Trudno pojąć z tym podstawowym aktem wiary „a zwieze nie ma dusy”, że spełniała na swój koszt jeden z podstawowych obowiązków lokalnej władzy. W TEN SPOSÓB OSZCZĘDZAŁA BUDŻET NA PENSJE ZARZĄDU I URZĘDNIKÓW, PODWYŻKI Z WYSOKICH NA JESZCZE WYŻSZE- JAK CZYTAMY W PROTOKOLE RIO!!!