wiersze o jesieni...

01.11.05, 19:47
Klon krwawy i żółta lipa
liście, listeczki sypią.
Zrzuca je ptak lecący,
strąca osa niechcący.
Wiatrowi na płacz się zbiera,
że liście się poniewiera;
chodzi dołem i górą
i zbiera je oburącz,
i płacze nad nimi deszczem,
po gałęziach je mokrych wiesza.
Nic z tego ... Oczywiście.
Potem mówią, że wiatr zrywa liście.

(Kazimiera Iłłakowiczówna)

Szelesty powolnych kroków
i szepty natrętnych myśli,
wirują w górze jak liście
- ciepłe, pastelowe dłonie,
które zaledwie na mgnienie,
na krótką, błogą chwilę
wślizgują się pod powieki,
by zaraz opaść leniwie
na samo dno źrenic.
Zostawią tam słodką kiść powidoków,
miodowy posmak wrześniowych nastrojów,
zalążek wieczornych zamyśleń.
Najmocniej odbiją się ślady ognistych sojuszy,
płomiennych pertraktacji pomiędzy żywiołami
barw i odmętami kolorów.
Gdzieś tam, na styku czerwieni i żółci,
w wąskich przesmykach
pomiędzy radością i smutkiem,
jesień snuje swój bursztynowy sen
i cicho kwitnie jej tajemnica.

(Tomasz Maćkowiak)

Zanurzać zanurzać się
w ogrody rudej jesieni
i liście zrywać kolejno
jakby godziny istnienia

Chodzić od drzewa do drzewa
od bólu i znowu do bólu
cichutko krokiem cierpienia
by wiatru nie zbudzić ze snu

I liście zrywać bez żalu
z uśmiechem ciepłym i smutnym
a mały listek ostatni
zostawić komuś i umrzeć

(Edward Stachura)
    • joannabarska Nie tylko o jesieni... 01.11.05, 23:08

      • joannabarska Re: Nie tylko o jesieni... 01.11.05, 23:11
        republika.pl/rafal_wojaczek/ Znakomity poeta,smierc samobójcza...
    • turawski wiersz o jesieni... znaleziony w sieci.. 01.11.05, 23:53
      Jesień już liście z drzew postrącała, już błotem czarnym ziemia się klei,
      Lata horyzont zniknął już dawno - a ja kocham Cię jeszcze...
      Po naszych ścieżkach nikt już nie chodzi, liście zielenią oczu nie pieszczą
      I złota plaża nie jest już złota - a ja kocham Cię jeszcze...

      Kto odmłodzi pusty las, kto z chmur słońce oswobodzi,
      Kto mi zwróci ciepło dnia, kto samotność wynagrodzi.

      Niebo nad miastem w chmurach już tonie, jakby je przykrył ktoś białym płaszczem
      Skowronki dawno już odleciały - a ja kocham Cię jeszcze...
      W wieczór jesienny pusto za oknem, po szybach płyną smutne łzy deszczu
      Wiatr się zabawia liśćmi w kałuży - a ja kocham Cię jeszcze...

      Kto odmłodzi pusty las, kto z chmur słońce oswobodzi,
      Kto mi zwróci ciepło dnia, kto samotność wynagrodzi.

      (autor? Ktokolwiek widział ktokolwiek wie, niech nam to powie...)

      PS Kwintesencjo, czy ta kolejność w jakiej nam zaprezentowałaś "jesienne
      wiersze" jest przypadkowa, czy może "błądzimy" po tych samych e-stronach?
      www.ewa.bicom.pl/jesien/index.htm
      pozdrawiam jesiennie
      t
      • joannabarska Rozmowa liryczna (chyba taki tytuł?) 02.11.05, 00:40

      • kwintesencja Re: wiersz o jesieni... znaleziony w sieci.. 02.11.05, 02:15
        Te strone znam od stu lat (no, moze troche krocej;-). A wiersze 'wyciagnelam'
        ze swego kompa i nie jest powiedziane (sto lat to dosc dawno;-), ze nie trafily
        do niego wlasnie z tej strony;-). Ale ten wiersz Ewy Szelburg-Zarembiny to juz
        tylko z pamieci...

        Idą chłody, idą słoty jesienne.
        Dzionki krótkie, noce długie i ciemne.
        Idą słoty, idą psoty i głody
        zziębnie rola, zziębną lasy i wody.

        Oj, już pora, oj pora
        Odlatywać dzikim gęsiom z jeziora.
        Hej, wy gąski, dzikie gąski żałosne,
        a powróćcie do nas tutaj na wiosnę.

        Pozdrawiam tych, co juz czekaja na wiosne ;-)
        • empi Re: wiersz o jesieni... znaleziony w sieci.. 02.11.05, 07:01
          Sergiusz Jesienin
          Tyle smutku...
          Tyle jest smutku w naszym wzroku,
          Zbyt gorzko przyznać, zbyt boleśnie,
          Że tylko i w miedziany spokój
          Pozostał nam w tym późnym wrześniu.

          Inny odebrał mi spłoszenie
          I dreszcz, i ciepło twego ciała...
          W sercu, jesiennym nieskończenie,
          Cisza się deszczem rozszemrała.

          To nic. Przywyknę. Jak pociecha
          Zrodziła się ta prawda prosta,
          Że nic mnie w życiu już nie czeka,
          Tylko ten deszcz i żółty rozkład.

          A przecie byłem też zrodzony
          Do świeższych barw, do czystych dźwięków...
          Jak mało widzę dróg schodzonych,
          Jak wiele popełnionych błędów.

          Życie... ból... szczęście - mija wszystko...
          Śmieszny fatalizm doczesności.
          Ogród, jak nieme cmentarzysko,
          Usiały brzóz odarte kości.

          I my zamażemy, przeszumimy
          Na podobieństwo drzew ogrodu.
          Próżno więc pragnąć pośród zimy
          Kwiatów, co giną z przyjściem chłodu.
          pzdr.
          • joannabarska Czyj przekład, empi? 02.11.05, 09:11
            Empi, czyj przekład? Trzeba doceniac i trud tłumaczy, zwłaszcza utworów
            poetyckich. Sergiusza Jesienina cenię szczególnie, znakomity poeta rosyjski...
            • empi Re: Czyj przekład, empi? 02.11.05, 11:11
              przetłumaczył: w 1923 Tadeusz Mongird
              i też ostatni w życiu wiersz Jesienina

              Żegnaj przyjacielu, do widzenia,
              Drogi mój, od krwi serdecznej bliższy.
              Ta rozłąka w ciemnych przeznaczeniach
              Obietnicą połączenia błyszczy.

              Żegnaj bez uścisku dłoni i bez słowa.
              Nie martw się, cień smutku z czoła przegoń.
              W życiu ludzkim – śmierć to rzecz nie nowa,
              A i życie samo – nic nowego


              Leningrad, 27 grudnia 1925 - wiersz ostatni
              tłum. Tadeusz Mongird

              to tak w związku z dniem Zadusznym.
              pzdr.
    • worgules Re: wiersze o jesieni... 02.11.05, 09:14
      nic nie mam

      nic nie mam
      zdmuchnęła mnie ta jesień
      całkiem

      nic nie mam
      tylko z daszkiem nieba
      zamyślony kaszkiet
      (Jerzy Harasymowicz)
    • Gość: wisia Re: wiersze o jesieni... IP: *.internetdsl.tpnet.pl 02.11.05, 12:49
      xxx

      Las łysiejący, przymrozek, październik,
      niebo o barwie szarej jak eternit.
      W dzień nieparzysty wychodząc na taki chłód, aż się kurczysz
      i zaokrąglasz datę do soczystego „och, kurrczę…”
      Nie jesteś ptakiem, by móc stąd ulecieć:
      w poszukiwaniach miłej cały przecież
      zjechałeś wszechświat i nie masz gdzie skłonić
      głowy, bo już brakuje dalszych stron i stronic.
      Przezimujemy tutaj, za czarnej okładki płotem,
      przenikanym z tej strony wzrokiem, a z zewnątrz – chłodem,
      przezimujemy, piórem rozszczepiając niby siekierą
      słowa, w sągi składając literę za literą.

      (Josif Brodski)
      • joannabarska Po prostu TUWIM!!! 02.11.05, 13:02


        Matka

        I
        Jest na łódzkim cmentarzu,
        Na cmentarzu żydowskim,
        Grób polski mojej matki,
        Mojej matki żydowskiej.

        Grób mojej Matki Polki,
        Mojej Matki Żydówki,
        Znad Wisły ją przywiozłem
        Na brzeg fabrycznej Łódki.

        Głaz mogiłę przywalił,
        A na głazie pobladłym
        Trochę liści wawrzynu,
        Które z brzozy opadły.

        A gdzy wietrzyk słoneczny
        Igra z nimi złociście,
        W Polonię, w Komandorię
        Układają się liście.

        II
        Zastrzelił ją faszysta,
        Kiedy myślała o mnie,
        Zastrzelił ją faszysta,
        Kiedy tęskniła do mnie.

        Nabił - zabił tęsknotę,
        Znowu zaczął nabijać,
        Żeby potem... - lecz potem
        Nie było już co zabijać.

        Przestrzelił świat matczyny:
        Dwie pieszczotliwe zgłoski,
        Trupa z okna wyrzucił
        Na święty bruk otwocki.

        Zapamiętaj, córeczko!
        Przypomnij, późny wnuku!
        Wypełniło się słowo:
        "Ideał sięgnął bruku".

        Zebrałem ją z pola chwały,
        Oddałem ziemi-macierzy...
        Lecz trup mojego imienia
        Do dziś tam jeszcze leży.

        ***

        Ciemne niebo

        Jak łatwo obezdomnieć
        I zostać bez gwiazd nad głową!
        Jak trudno, jak trudno zapomnieć
        Rodzimą głąb diamentową!

        Jak łatwo szczęśliwym wzlotem
        W niebo miłości uderzyć!
        Jak trudno, jak trudno potem
        W oczy ci spojrzeć - i wierzyć.

        Po wielkim bezgwiezdnym niebie
        Dokąd i pokąd mi płynąć?
        Jak łatwo, jak słodko było
        Za ciebie zginąć!...

        ***

        Cuda i dziwy

        Spadł kiedyś w lipcu
        Śnieżek niebieski,
        Szczekały ptaszki,
        Ćwierkały pieski.

        Fruwały krówki
        Nad modrą łąką,
        Śpiewało z nieba
        Zielone słonko.

        Gniazdka na kwiatkach
        Wiły motylki,
        Trwało to wszystko
        Może dwie chwilki.

        A zobaczyłem
        Ten świat uroczy,
        Gdy miałem właśnie
        Przymknięte oczy.

        Gdym je otworzył,
        Wszystko się skryło
        I znów na świecie
        Jak przedtem było.

        Wszystko się pięknie
        Dzieje i toczy...
        Lecz odtąd - często
        Przymykam oczy.

        ***

        Ciemne niebo

        Jak łatwo obezdomnieć
        I zostać bez gwiazd nad głową!
        Jak trudno, jak trudno zapomnieć
        Rodzimą głąb diamentową!

        Jak łatwo szczęśliwym wzlotem
        W niebo miłości uderzyć!
        Jak trudno, jak trudno potem
        W oczy ci spojrzeć - i wierzyć.

        Po wielkim bezgwiezdnym niebie
        Dokąd i pokąd mi płynąć?
        Jak łatwo, jak słodko było
        Za ciebie zginąć!...

        ***

        Ranyjulek

        Kazimierzowi Wierzyńskiemu

        Powinienem z wiatrami po ulicy się włóczyć,
        W tłoku miast, podchmielony, najradośniej się chwiać,
        Od andrusów, dryndziarzy powinienem się uczyć
        Gwizdać, kląć, pohukiwać na psiakrew i psiamać!

        Od rynsztoka do ściany zygzakami się toczyć,
        Ranyjulek! Swobodny, bezpański jak pies!
        Sińce łapać na słupach, w zbiegowiskach się tłoczyć,
        Na parkany wdrapywać się wiosną po bez!

        I kapelusz dziurawy liliowymi kwiatami
        Na swą chwałę ustroić i na chwałę swą chlać,
        I znów w kwiatach się włóczyć po ulicach z wiatrami,
        Podnieść łeb, gwiazdy łykać i na nogach się chwiać!


        ***

        Dwa wiatry

        Jeden wiatr - w polu wiał,
        Drugi wiatr - w sadzie grał.
        Cichuteńko, leciuteńko,
        Liście pieścił i szeleścił,
        Mdlał...

        Jeden wiatr - pędziwiatr!
        Fiknął kozła, plackiem spadł,
        Skoczył, zawiał, zaszybował,
        Świdrem w górę zakołował
        I przewrócił się i wpadł
        Na szumiący senny sad,
        Gdzie cichutko i leciutko
        Liście pieścił i szeleścił
        Drugi wiatr...

        Sfrunął śniegiem z wiśni kwiat,
        Parsknął śmiechem cały sad,
        Wziął wiatr brata za kamrata,
        Teraz z nim po polu lata,
        Gonią obaj chmury, ptaki,

        Mkną, wplątują się w wiatraki,
        Głupkowate mylą śmigi,
        W prawo, w lewo, świst, podrygi,
        Dmą płucami ile sił,
        Łobuzują, pal je licho!...

        A w sadzie cicho, cicho...

        ***

        Wiersze dla Marii Pawlikowskiej
        Epos

        Dla Marii z Kossaków Pawlikowskiej

        Może to dzwonią dziwodzwony,
        Może to gonią dziwożony,
        Może przez jary, przez chojary
        Gna koń straszliwy, koń szalony?

        Niebo przerzyna sierp złotawy,
        Szklą się w głębinach czarostawy,
        Brzęczą fruwieńce, nocne cieńce,
        Tańcem trącają zielne trawy.

        W róg zadmie głucho ciemny strzelec,
        Ozwie się cielec czarnobielec,
        Wyjdzie kosmaty, trawy skrwawi,
        W miesiąc rogaty ślepia wstawi.

        Zawyje dziko bestia święta,
        A burza wieków się rozpęta!
        Hej! Ojcze Byku! Słyszę! Słyszę!
        Z zodiaku gwiezdne rżą zwierzęta!

        ***

        Do Marii Pawlikowskiej

        O, staroświecka młoda pani z Krakowa!
        Strzeż się! Biskupi pienią się i krzyczą: horrendum!
        Na łąkę wychodzisz nocą po kwitnące słowa,
        Tajne czynisz praktyki, aby pachniały ambrą i lawendą.

        Czy to prawda, że warzysz wrotycz i nasięźrzał
        W księżycowej, żródłosłowej wodzie?
        Już w to pono synod krakowski wejrzał
        I wieść gruchnęła w narodzie.

        W fiołkowych olejkach i w różanych
        Warzysz słowa - hiacynty i słowa - akacje,
        W jakim to grimoirze, w jakich księgach zakazanych
        Wyczytałaś owe inkantacje?

        Co tak szepcesz słodko w wierszach kolorowych,
        Że się lud bogobojny wzdryga?
        Ach, na stos cię weźmie mistrz ogniowy,
        Quia es venefica et striga!

        Ćmy czartowskie, powiernice twoje,
        Znoszą miód, kwiatom wyczarowany,
        A potem barwią się, szumią, pachną trujące miłosne napoje
        W wierszach jak w retortach szklanych.

        ***

        Zbrodnia

        Poświęcam Marii Pawlikowskiej

        Mówili jej lilija,
        Śpiewali: lilija,
        A to była nimfa,
        Biedna Ofelija.

        Chcesz, bym nocą nazwał
        Ofeliję biedną?
        Mogę Nocą, Zorzą,
        Bo to wszystko jedno.

        Chcesz, żeby na stawie,
        Na liściu szerokim?
        Proszę, niech nią chwieje
        Zzieleniałym okiem.

        Chcesz, niech będzie muzą
        Ofelija miła,
        Bo to wszystko jedno,
        Jeśli wiosna była.

        Wietrzyk nad nią modry
        Jak obłoczek miodny,
        A o zmroku oddech
        Chłodnej zieli wodnej.

        Oprzyszła do mnie nocą,
        Siadła u wezgłowia:
        Zaszumiały bory,
        Ciemny wiater powiał.

        W zawrót ją wkołysał
        Przepaścisty wiszar,
        Wołała, płakała,
        Nikt jej nie usłyszał.

        Ale po tej nocy,
        W poezyjne rano,
        W wierszu ją znalazłem
        Zasztyletowaną.

        Śliczna moja, wieczna,
        Sedno mego sedna,
        Pierwsza i konieczna,
        Ofelijo biedna!

        Dymi się kałuża
        Krwi jasnozielonej,
        Zwłoki zasłoniłem
        Weselnym welonem.

        Komu ja to śpiewam?
        Komu dzwony biją?
        Widmo przeraźliwe,
        Straszna Ofelijo!

        ***

        Słowo i ciało

        I
        Słowo ciałem się stało
        I mieszka między nami,
        Karmię zgłodniałe ciało
        Słowami jak owocami;
        Piję jak zimną wodę
        Słowa ustami, haustami
        Wdycham je jak pogodę,
        Gniotę jak listki młode,
        Rozcieram zapachami.

        Słowo jest winem i miodem,
        Słowo jest mięsem i chlebem,
        Słowami oczy wiodę
        Po ścieżkach gwiezdnych niebem.
        Radości daru świętego,
        O! wieczne umiłowanie!
        Słowa mojego powszedniego
        Daj mi dziś, Panie!

        II
        Nie mam żadnego zajęcia:
        Jestem tylko łowcą słów.
        Czujny i zasłuchany
        Wyszedłem w świat na łów.

        Słowami fruwają chwile,
        I wszystko, com kochał i czuł.,
        Brzęczy całymi dniami
        Rojem słonecznych pszczół.

        Muskają mnie słowa skrzydłami,
        I żądłami tną do krwi,
        Skłutemu, strutemu słowami
        Tak słodko mi!

        W sercu zamknięte
        Trzepocą słowa,
        Dlatego tak serce drży.
        Miodem zaklętym
        Pijana głowa,
        Dlatego - sny.

        III
        Każde słowo ma korzeń w czarnej głębi ziemi,
        A gdy na wierzch wytryska - to zielenią śliską,
        A drugie się z nim splata włóknami świeżemi
        I rosną w górę razem gałęzią roślistą.

        Krew w ziemi słowotryskiem do ramion i głowy:
        Ramiona nam rozwiera, głowę wiatrem zlewa.
        Ach, w trzepocie wiosennym, jak w gęstwie dąbrowy,
        Na dwugałęzi ptakiem pełne serce śpiewa!

        Dzień, jak z łona rodzącej, wyłazi z ciemności
        I co dzień żyć zaczyna, młody i wysoki!
        I chwyta nas w godziny, jak w uścisk miłości,
        I całując wyciska słowa z ust jak soki.

        Tak to w męce, w rozkoszy krzyczą rozedrgane,
        Krwawiące ciosem bożym ja cesarskim cięciem:
        Głowy, ostrym tasakiem słońca rozpłatane,
        Łona, rozdarte słowem, jak matka dziecięciem.

        IV
        Ty jesteś moja czerwień,
        Ty jesteś moja zieleń,
        Mózg w gałązkach unerwień:
        Rośliny żywych wcieleń.

        Świata groźnego uścisk,
        Boga strasznego rozpędy,
        W mózgu szumy trucizn,
        Słów, skroplonych obłędem.

        Krew moja - moja mowa,
        Gorąca miazga ziemi.
        - Czerwieńcie, zieleńcie się słowa,
        Hymnami buntow
    • Gość: pijusXII Re: wiersze o jesieni... IP: *.pronet.lublin.pl 02.11.05, 14:47
      jesienny wiatr sp... majstra z dachu
      itd. :)
Pełna wersja