janostrzyca
19.10.08, 17:39
Byłem dziś z żoną i synkami na spacerze w centrum Lublina. Pogoda
cudowna. Plac Litewski wokół pomnika Piłsudskiego ogrodzony
foliowymi taśmami na słupkach. Myślę sobie: remont, bo nawierzchnia
placu do niczego nie podobna. Ale żonka, ciekawa bestyjka, zobaczyła
radiowóz Straży Miejskiej i poszła zapytać co się dzieje? Dialog
żony (ż) ze strażnikiem (s):
ż: dlaczego plac jest ogrodzony?
s: przyjeżdża prezydent
ż: jaki prezydent?
s: no, prezydent...
ż: prezydent miasta?
s: nie, prezydent!
ż: prezydent-prezydent?
s: tak!
Po jakimś czasie, i znakach na niebie i ziemi, w postaci znacznych
sił policji i kompanii wojska, doszliśmy do wniosku, że przyjeżdża
prezydent Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Jaki z tego morał? Otóż,
zarówno strażnikowi jak i mojej żonie nie przyszło do głowy, żeby
nazwać pana Kaczyńskiego „Prezydentem Polski"...
I słusznie. Pan Kaczyński nigdy nie wyszedł z roli brata swojego
brata, człowieka PiS-owskiego aparatu partyjnego. Nigdy nawet nie
silił się choćby na pozę Prezydenta Polski. Pozostał tylko i
wyłącznie człowiekiem partii swojego brata. No, tak.... To
tylko „prezydent-prezydent"...
www.janostrzyca.bloog.pl