Dodaj do ulubionych

Egipt na własną rękę wspomnienia w odcinkach)

31.01.04, 22:05
Pierwsze chwile na Ziemi Faraonów
Godzina 0:30 czasu egipskiego. Samolot zaczyna kołować nad Hurghadą.
Pierwsze podejście do lądowania nieudane, za duża wysokość. Samolot
delikatnie wznosi się i okrąża miasto przez lewe skrzydło. Nad morzem,
ciągle w skręcie zaczyna ponownie opadać ku lotnisku. I znów za wysoko.
Widać pilot jest zmęczony.
Okrążamy Hurghadę ponownie, ale tym razem przez prawe skrzydło. Ponieważ
siedzę przy lewym okienku, samego momentu przyziemienia nie widzę, czuję
jednak, że koła dotknęły pasa lotniska, silniki zwolniły, a w całym
samolocie rozniosły się dość częste pasażerów takich wypadkach brawa
pasażerów. Niektórzy pasażerowie, pomimo próśb stewardess o pozostanie na
miejscu do zatrzymania maszyny, poderwali się z siedzeń i niecierpliwie
przekładają swoje bagaże podręczne. Niektórzy z nich już w
dość „rozrywkowych” humorkach.
Samolot zatrzymuje się nieopodal budynku portu, a do kadłuba podjeżdżają
schody. Wychodzimy na zewnątrz. Nie jest tak upalnie jak w lecie, ale po
mrozach Warszawy jest to zmiana, która nastraja bardzo pozytywnie do tej
wyprawy.
Autobus podwozi nas do budynku głównego. Ustawiamy się do okienka kantoru
wymiany walut. Tu zaś kupujemy znaczki wizowe po 15$ od osoby i wymieniamy
niewielką część naszej twardej waluty na egipskie funty, kurs podobny do
tego z sierpnia zeszłego roku – 6,14 LE za 1$.
Idziemy do oficera wizowego, i podajemy paszporty z wklejonym egipskim
znaczkiem skarbowym oraz kartą wizową, którą wypełniliśmy jeszcze na
pokładzie samolotu. Oficer jak zwykle coś tam przekreśla, poprawia litery w
nazwiskach, by zaraz swoje poprawki skreślić i zostawić w wersji pierwotnej.
Trochę mnie to rozśmieszyło, bo takie same operacje przeprowadzał rok temu,
ale co tam, niech się gościu dowartościuje (przecież i tak nas wpuści).
Po drugiej stronie czekamy na bagaż, pierwszy papierosek po kilku godzinach
i zostajemy odnalezieni przez egipskiego rezydenta, który dość poprawną
polszczyzną informuje nas, gdzie zaparkowany jest autokar, który rozwiezie
nas po hotelach. Po wyjściu z hali przylotów, stoi jeszcze 2 rezydentów,
którzy wskazują drogę do autokaru. Taszcząc bagaże ładujemy się do pojazdu i
po kilkunastu minutach jedziemy już do hotelu.
W autokarze zostajemy poinformowani, że około 10:00 ma być w hotelu
spotkanie organizacyjne z rezydentką. Żona nalegała by pójść na nie i
poinformować chociaż, że mamy zamiar zniknąć na tydzień z hotelu, by
zwiedzać Egipt samemu. Ja uważałem, że szkoda czasu na to spotkanie, ale
zgodziłem się pójść.
W hotelu pierwsze miłe zaskoczenie. Zostaliśmy rozpoznani przez
recepcjonistę, który z usmiechem przywitał nas słowami „welcome again”.
Zostawiliśmy co cięższe bagaże, z pozostałymi udając się do pokoju. Pokój
jak pokój, mieszkaliśmy w podobnym pół roku temu, więc nie zrobił na nas
żadnego wrażenia., ani w pozytywnym, ani w negatywnym znaczeniu.
Tak bardzo chcieliśmy się znaleźć w tym kraju (niektórzy czytający ten tekst
pewnie śledzili nasze problemy z wyjazdem do Egiptu jeszcze z BP El Greco),
że zamiast grzecznie pójść spać po męczącej podróży, zaraz jak wariaci
wybraliśmy się po nocy do Sakkali. Oczywiście okazało się, że godzina 2:30 w
nocy i to jeszcze w styczniu nie jest odpowiednią porą do zwiedzania
Hurghady i Sakkala praktycznie zaległa w objęciach Morfeusza i nawet zawsze
chętnych do ubijania interesów z turystami Egipcjan nie spotkaliśmy.
Oczywiście, jak zwykle kierowca busika próbował nas naciągnąć na wyższą cenę
za przejazd ale zdecydowane „łached gini – łached person” ostudziło jego
zapędy. Tekst ten zresztą dość często był w użytku w czasie naszego pobytu.
Po przespacerowaniu się z godzinkę po wymarłej prawie Sakkali, wspominając
jeszcze nie tak dawno odwiedzane przez nas miejsca postanowiliśmy wracać.
Wsiedliśmy do busa z powrotem.
Hehe, okazało się, że to ten sam busik, który nas tu przywiózł, więc odpadł
nam problem uzgadniania ceny.
Jeszcze kilkaset metrów od Rogal Pallace na piechotkę do hotelu, rozespany i
nieco zdziwiony recepcjonista (tym razem zadziwialiśmy go dość często)
wręczył nam klucz do pokoju i biegiem do łóżeczek. Przed snem zrobiliśmy
jeszcze sobie porządną kawę (niestety Egipska nigdy nam nie smakowała, więc
zabraliśmy ze sobą naszą Polską) i po jej wypiciu zapadamy w zasłużony sen
marząc o naszych kolejnych wyprawach w głąb Egiptu.
C.D.N.
----
"EGIPT - wszystko o ..." -znajdziesz tu wszystkie informacje jakie poszukujesz by spędzić urlop w Egipcie
Obserwuj wątek
    • pc_maniac Re: Egipt na własną rękę wspomnienia w odcinkach) 01.02.04, 16:39
      Pierwszy dzień

      Rano nieco zmarznięci (jednak w nocy bywa chłodno w pokoju hotelowym, nawet w
      dresie) wstajemy i udajemy się na śniadanie. Tu już kolejna osoba wita nas jak
      stałych bywalców. Kierownik Sali, pyzaty facet ze spojrzeniem cwaniaczka
      zaprasza nas do stołu, zapisując w kajecie numer pokoju.
      Szybkie śniadanko, okraszone masą ciastek, ciasteczek, podsumowanych
      oczywiście kawałkiem tortu znika z talerza, a my udajemy się na patio
      oczekując na spotkanie organizacyjne z rezydentką. Przedstawicielka BP zjawia
      się punktualnie. Turystów na spotkaniu jest niewiele, może z 10 osób. Zebranie
      odbywa się dość sprawnie i standardowo, czyli oferty wycieczek fakultatywnych,
      pierwsze informacje o Hurghadzie i tym podobne duperele, które są istotne dla
      osób, jakie znalazły się tu po raz pierwszy, nas zaś niezbyt interesują.
      Zdecydowaliśmy się jedynie zapytać ile kosztowałoby zabranie się autokarem z
      jutrzejszą wycieczką fakultatywną w jedną stronę do Luksoru. Gdy słyszymy cenę
      (15$ od osoby) odpuszczamy sobie ten pomysł. Zgłosiliśmy jedynie rezydentce
      zamiar wyjazdu na tydzień z Hurghady oraz wpisaliśmy sobie jej numer telefonu
      komórkowego do naszej listy kontaktów.
      Wracamy do pokoju, zabieramy się do wypakowywania rzeczy. Wśród nich znajduje
      się kilka, o których przywiezienie zostaliśmy poproszeni przez znajomych z
      Egiptu poznanych poprzez Internet. Z jednym z pakunków wiąże się pewna
      historia. Otóż, poproszono nas, by przywieźć do Hurghady porządną polską
      kiełbasę oraz mąkę ziemniaczaną, której widać tam nie ma.
      Zapakowaliśmy to wszystko do bagażu głównego i spokojnie dotarliśmy na
      miejsce. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po wypakowaniu mąki okazało się, że
      jest ona rozdarta, a dziura została zaklejona nalepką AlfaStaru, odklejoną z
      bagażu. Widać nasze dzielne Szariki lotniskowe, w czasie rutynowego
      obwąchiwania pakunków dostały zajoba gdy poczuły w bagażu kiełbachę, a kiedy
      celnik znalazł biały proszek doszedł do wniosku, że nareszcie uśmiechnęło się
      do niego szczęście i zasłuży na awans za złapanie przemytników narkotyków. Tym
      bardziej, że przemyt był niczego sobie - aż 1 kg białego szaleństwa. Jakież
      musiało być jego rozczarowanie, gdy po skosztowaniu tego białego proszku
      okazało się, że jedyne co może z niego zrobić to albo krochmal, albo kisiel :o)
      Widać, niepyszny, zakleił torebkę czym tam było pod ręką, czyli nalepką z
      bagażu i musiał dalej szukać swojej życiowej szansy, ale już w bagażach innych
      osób.
      Z polską wędliną i krochmalem pojechaliśmy do Sakkali spotkać się z naszymi
      internetowymi znajomymi, a przy okazji zapytać ich, gdzie w Hurghadzie jest
      dworzec autobusowy. Prawie cały dzień upłynął nam na bardzo miłych
      spotkaniach.
      Sakkala w dzień tętni życiem, choć nie jest to może taki ruch jaki widzieliśmy
      tu w sierpniu.
      Większość turystów stanowią Rosjanie.
      Pogodę w pierwszy dzień mieliśmy piękną. Późno nocy odwiezieni zostaliśmy pod
      sam hotel, co nieco zdziwiło recepcjonistę.
      Idziemy do pokoju, gdzie czeka nas niełatwe zadanie podzielenia bagażu na dwie
      części. Jedna zostaje tu do naszego powrotu, drugą zaś rano bierzemy ze sobą w
      trasę. Po 2 godzinach bagaż zostaje podzielony, a my idziemy spać. Już w łóżku
      zastanawiam się, czy kiedy wrócimy po tygodniu do pokoju znajdziemy tu jeszcze
      nasze rzeczy?!
          • pc_maniac Poniedziałek rano (2 dzień pobytu w Egipcie) 08.02.04, 14:58
            Poniedziałek rano

            Godzina 7:00 idziemy na śniadanie. Najedzeni wracamy do pokoju po rzeczy.
            Zostawiamy na łóżku sprzątaczowi 5 LE (za dużo pracy w czasie naszej
            nieobecności mieć nie będzie, więc powinien być zadowolony, a może dzięki
            bakszyszowi po powrocie zastaniemy wszystko porządku). W recepcji zgłaszamy
            zamiar wyjazdu z Hurghady na około tydzień. Zaskoczonemu recepcjoniście
            zapisujemy również nasz numer telefonu komórkowego. Pyta się po co?!
            Odpowiadamy, że na wszelki wypadek, wojny czy trzęsienia ziemi ;o)

            Żegna się z nami, a my z p[paszportami, które odebraliśmy z hotelu łapiemy
            busika do Sakkali. Ponieważ jesteśmy nieco obładowani bagażami i trochę nam
            się spieszy sami proponujemy „special price” 10 LE za oboje. Mam y chociaż
            pewność, że nie będzie po drodze zabierał łebków i dzięki temu zdążymy na
            autobus.
            Od 9:00 zaczęto dopiero sprzedawać bilety na autobus do Luksoru,
            prawdopodobnie wcześniej nie wiedziano, czy pojazd, który jeździ wahadłowo
            Luksor-Hurghaga-Luksor w ogóle się zjawi, ale o 9:00 pojazd zajechał, a my
            zadowoleni zakupiliśmy 2 bilety do Luksoru po 22LE. Okazało się, że na ten
            kurs czeka dość sporo nie Egipcjan. Zaraz za mną w kolejce po bilety stał
            facet obładowany profesjonalnym sprzętem fotograficznym, świetnie władający
            angielskim, a wyglądający jak rodowity Anglik. Na ławeczce dworca oczekiwała
            jakaś para również z Europy, a w ostatniej chwili zjawiły się jakieś 2 młode
            dziewczyny, w wieku wskazującym, że niedawno osiągnęły pełnoletniość. Pojazd,
            którym mieliśmy wyruszyć na spotkanie przygody całkiem porządny (Renault) z
            toaletą, klimatyzacją i przednią szybą panoramiczną, przez którą mogliśmy
            podziwiać trasę. Na biletach mamy numery miejsc, więc każdy ma gdzie usiąść.
            Przed nami zajął miejsce Słoweniec niestety wieku ok. czterdziestu kilku lat,
            niestety z językiem angielskim było u niego krucho, a my słoweńskiego ni w ząb.
            Gdy rozejrzałem się po autobusie okazało się, że połowa pojazdu to głównie
            tacy turyści jak my, więc nasz nastrój bardzo się poprawił. Widać pomysł z
            podróżowaniem na własną rękę wcale nie jest taki niedorzeczny jak wielu
            Polaków myśli.

            Pomocnik kierowcy z listą pasażerów przeszedł się pomiędzy nami zapisując kraj
            pochodzenia, by na punktach kontrolnych policja mogła nas odhaczyć i
            ruszyliśmy w Egipt.
            Okazało się, że jednak autobus mimo bardzo dobrego stanu i wyglądu miał jednak
            jakąś wadę – otóż, ilość siedzeń były tak upakowana, że osoba mająca powyżej
            170cm wzrostu dotykała kolanami fotela przed nim. Tą niedogodność
            zrekompensował nam za to kierowca egipskiego PKS. W pewnej chwili zdałem sobie
            sprawę, że coś z naszą podróżą jest nie tak…, odpowiedź była o tyle prosta, co
            w tym kraju bardzo zaskakująca – ten kierowca nie tylko znał przepisy ruchu
            drogowego ale z uporem maniaka się ich trzymał!! Istne Niemcy :o)
            Kiedy już wyjechaliśmy na drogę, którą kilkanaście lat temu budował nasz
            rodzimy DROMEX i znaki drogowe zakazywały wyprzedzania, pomimo małego ruchu i
            świetnej widoczności, zaczynaliśmy wlec się za jakimiś obładowanymi
            półciężarówkami, nie mając nadziei, że jednak nasz driver nareszcie zdecyduje
            się na manewr wyprzedzania.
            W tym kraju jest to chyba dziwniejsze niż deszcz.
            Gdzieś tak po 60 km nasza podróż napotkała pierwszą przygodę. Na otwartej
            przestrzeni rozhulał się chamsin i nie tylko wokół, ale i w autobusie można
            było poczuć jego siłę. Po kilkunastu minutach już czuło się w ustach piaskowy
            pył. Wpadłem na pomysł uwiecznienia tego zjawiska poprzez przednią szybę. Za
            chwilę z moje ślady ruszyło więcej pasażerów i oni również zaczęli robić fotki
            burzy piaskowej. Wrażenie interesujące, chwilami drogę było widać najwyżej na
            kilkaset metrów.
            W Safadze zatrzymaliśmy się na pierwszy postój. Część pasażerów opuściła nas,
            wsiedli nowi, bardziej orientalnie ubranych, zaś Europejczycy (może nie tylko)
            w pełnym składzie kontynuowali wyprawę. Zacząłem sądzić, że tak jak my, jadą
            do Luksoru, co okazało się prawdą. Przed wjazdami do miast, na punktach
            kontrolnych sprawdzano listę pasażerów, raz policjant wsiadł i nas liczył, ale
            najczęściej wierzono na słowo kierowcy, że nikogo nie zgubił po drodze.
            Kolejna przerwa w (tfu) „zajeździe”, który mieliśmy wątpliwą przyjemność już
            odwiedzić podróżując z konwojem w zeszłym roku. Toalety są tu równie obskurne,
            co ceny w barze odstraszające. Pozostało nam wypalenie papieroska i nie
            korzystanie z tych wątpliwych atrakcji i po 20 minutach ruszamy już w ostatni
            odcinek trasy.
            Do Luksoru dojeżdżamy o godzinie 13:50, więc mamy jeszcze sporo czasu by
            znaleźć jakiś hotel i rozejrzeć się po mieście.

            C.D.N.
            • pc_maniac ERRATA 08.02.04, 15:10
              W ostatnim odcinku wkradł się istotny błąd.
              Otóż, busikiem z hotelu na dworzec PKS jechaliśmy nie do Sakkali, a do
              DOWNTOWN.
              • pc_maniac Łóżko to nie wszystko (2 dzień pobytu w Egipcie) 08.02.04, 16:48
                Pierwsze chwile w Luksorze

                Zaraz po wyjściu z autobusu otoczeni zostaliśmy naganiaczami, którzy oferują
                turystom hotele. Myśmy już w kraju przeprowadzili rozpoznanie, do jakiego
                hotelu warto się wybrać w Luksorze, więc z mapką w ręku ruszamy na jego
                poszukiwanie. Niestety naszym śladem rusza jeden z naganiaczy i żadne
                przekonywania i prośby, ze nie potrzebujemy hotelu nie pomagają. Gościu jak
                rzep uczepił się i lezie za nami krok w krok, a gęba mu się nie zamyka.
                Zaczynamy krążyć po ulicach i uliczkach, ale jakoś ich układ niezbyt pokrywa
                się z mapką, którą wyszukaliśmy w Internecie.
                W pewnym momencie dajemy za wygraną i rozpoczynamy rozmowę z naganiaczem.
                Twierdzi, że nasz hotel jest obecnie nieczynny, a on chętnie nas zaprowadzi do
                innego, w którym doba hotelowa za 2 osoby wynosi 8 LE. Cena wygląda na dość
                podejrzaną. Stawiamy warunek, niech nam pokaże, że faktycznie hotel, którego
                szukamy jest zamknięty to może skorzystamy z jego oferty.
                Gościu zaczyna nas prowadzić wąskimi uliczkami Luksoru. Gdzieniegdzie
                wywierają one na nas dość niepokojące wrażenie, że albo ktoś nam tutaj kark
                przetrąci i zwłoki wrzuci do kosza na śmieci, albo, że nawet jeśli zdecydujemy
                się na ten hotel, to nigdy nie uda nam się do niego trafić z powrotem.

                Facet w pewnej chwili wskazuje nam szyld napisany po arabsku i twierdzi, że to
                właśnie hotel, którego szukamy. Prawdę mówiąc jakoś nie chce nam się wierzyć,
                że obiekt przeznaczony dla turystów miałby szyld napisany jedynie po arabsku,
                ale łażąc już tak ze 2 kilometry z bagażem mamy tych poszukiwań i ciągłego
                gadania naszego „przewodnika” solennie dosyć. Zgadzamy się na obejrzenie
                hotelu, który nam tak zachwala.
                Znów krążenie po zaułkach, gdzie tubylcy przyglądają nam się ze sporym
                zainteresowaniem, nad nami sznury, na których suszy się bielizna, a uliczki
                tak wąskie, że nie ma mowy by przejechał po nich nawet Mały Fiacik. Musimy
                odwalać slalom gigant pomiędzy kałużami wylewanych bezpośrednio na ulicę
                pomyj, obierków i śmieci.
                Nareszcie naganiacz oznajmia nam, że właśnie dotarliśmy na miejsce.
                Jakie miejsce? Co on chrzani?
                Przed nami jakaś pięciopiętrowa rudera z szyldem znów po arabsku. Zero
                napisu „Hotel”. Ale OK –wchodzimy do srodka.
                Tutaj zaczyna się robić jeszcze ciekawiej :o)
                Egipcjanin z dredami i błędnym spojrzeniem i skrętem w ręce siedzi za czymś,
                co 50 lat temu mogło uchodzić za kontuar. Wokół na ścianach porozwieszane
                plakaty Boba Marleya, a ściany pomalowane kilkadziesiąt lat temu w
                rastafariańskie barwy.
                No tak istna komuna hipisowska. Mijamy kolejne piętra, kierując się do pokoju.
                Na klatkach schodowych ciemno, gdzie niegdzie szyby albo powybijane, albo
                zastąpione dyktą.
                Nareszcie docieramy do pokoju. Och, to za duże słowo, bardziej przypomina to
                wielkością naszą łazienkę, drewniane łóżka skrzypią jak diabli, a widok za
                oknem „zapiera dech w piersiach” – mamy przepiękny widok na kamienicę z
                przeciwka, oddaloną o jakieś 4 m.
                Żona pyta się o łazienkę. Aaa, jest, ale wspólna, jedna na piętrze.
                Tego już było za wiele. Zbieramy manele i informujemy, że lokal nam nie pasuje
                i to nie ze względu na cenę. Wychodzimy z tego przybytku marychy i haszu”
                unoszącego się w „recepcji’. Kiedy opuszczamy budynek mija nas nasz słoweński
                znajomy z autobusu. Widać facetowi odpowiadały takie klimaty, bo uśmiechnięty
                od ucha do ucha, już bez bagażu rusza na zwiedzanie Luksoru.
                Zaraz po wyjściu na ulicę zjawia się jak spod ziemi kolejny Egipcjanin i
                oferuje nam zaprowadzenie do porządniejszego hotelu. Ciekaw jestem skąd on się
                tu wziął?! Dochodzimy do wniosku, że najzwyczajniej najzwyczajniej w świecie
                musiał za nami iść licząc, że nie zainteresujemy się obiektem oferowanym przez
                konkurenta.
                Bierzemy plecaki, torby i ponownie wężykiem idziemy poprzez kręte zaułki na
                spotkanie przygody. Gościu wygląda na lepszego cwaniaka, ale choć lepiej zna
                angielski. No i co najważniejsze nie kłapie tak jadaczką jak poprzednik. My
                już nieco zirytowani zaczynamy wątpić, czy cała ta wyprawa na poszukiwanie
                hotelu ma jakiś sens. Żona stwierdziła, ze jeśli ten również nie będzie nam
                odpowiadał, to dojdziemy do Nilu, a tam na pewno znajdziemy sami jakiś
                porządny obiekt przy Corniche (to taka popularna w Egipcie ulica nadbrzeżna).
                Po przejściu z półtora kilometra dochodzimy do szerokiej, porządnej ulicy, a
                oczom naszym ukazuje się widok Świątyni Luksorskiej, którą mijaliśmy idąc w
                przeciwną stronę.
                Nie jest źle. Teraz chociaż wiemy, gdzie się znajdujemy!
                A tu miłe zaskoczenie!
                Hotel, do którego gość nas prowadzi jest dokładnie naprzeciw świątyni.
                Recepcja całkiem czysta i porządna. Poza kierownikiem pracuje w niej kobieta,
                co w tym kraju jest rzadkością.
                Zostawiamy bagaże na dole i idziemy obejrzeć nasz potencjalny pokój. Prowadzi
                nas do niego stareńki dziadek, który jest tu boyem hotelowym. Pokój może nie
                za wielki, ale znajduje się tu łazienka i prysznic, a widok z okna tym razem
                naprawdę powala – mamy przez nie panoramę Zachodniego Brzegu, Nil i co
                najważniejsze Świątynię Luksorską w całej krasie. Hotel nazywa się Horus i
                znajduje się jakieś 150m od dworca autobusowego, na który przyjechaliśmy.
                Nooo, tak zamiast od razu walić do tego przybytku mieliśmy darmowe zwiedzanie
                slumsów Luksoru.
                Schodzimy do recepcji. Tutaj targowanie się o pokój. Z 60LE kierownik schodzi
                do 50 LE za pokój dwuosobowy, my jednak chcemy by w tą cenę wliczone było
                również śniadanie. Po standardowych chwytach typu wychodzenie z bagażami z
                hotelu, dogadujemy się na nasze warunki i z bagażami w ręku ponownie gramolimy
                się na 2 piętro do pokoju. Oczywiście „boy hotelowy” w osobie staruszka
                również nam towarzyszy, ale chyba pękłoby mi serce, gdybym kazał mu taszczyć
                nasz bagaż na górę, więc wnosimy je sami. Niby mijamy jakąś windę, ale chyba
                nie czynną.
                Zrzucamy manele gdzie popadnie. Szybko się przebieramy w wygodniejsze ciuchy.
                Ładuję nowe akumulatory do aparatu, stare zaś wkładając do ładowarki i ruszamy
                w miasto.

                Pierwszy obiekt natarcia to oczywiście Świątynia Luksorska.

                C.D.N.
                • pc_maniac Świątynia nocą (2 dzień pobytu w Egipcie) 15.02.04, 21:04
                  Ponieważ kasa biletowa i wejście do świątyni znajduje się od strony ul.
                  Corniche (nadbrzeżnej), musimy okrążyć świątynię. Bilety w cenie 20 LE od osoby.
                  Turystów w środku nie za wielu – jakieś 100-150 osób, w większości Japończycy,
                  ale nie tylko (Polaków nie spotkaliśmy).
                  Uzbrojeni w przewodniki National Geographic i Pascala zaczynamy zwiedzanie. Po
                  lewej od wejścia rozciąga się al. Sfinksów, która w czasach starożytnych
                  biegła aż do Karnaku i drogą tą przechodziły procesje z okazji święta Opet.
                  Niestety do dnia dzisiejszego zachowały się tylko fragmenty tej
                  kilkukilometrowej drogi.

                  Po prawej zaś oczom naszym ukazuje się pierwszy pylon świątynny, przed którym
                  tkwi jeden z 2 obelisków (drugi oczywiście wywieziony w ramach pomocy
                  dobrosąsiedzkiej przez Francuzów). Przed samym pylonem stało kiedyś sześć
                  kolosalnych posągów Ramzesa II (2 siedzące i 4 stojące). Niestety dzisiaj
                  możemy obejrzeć jedynie 2 z nich, oraz głowę Ramzesa z czarnego marmuru. Resztę
                  znajdziecie na Placu Zgody w Paryżu.
                  Za pylonem znajduje się Wielki Dziedziniec Ramzesa II oraz wnęki kaplic Barek
                  Solarnych.
                  Nad tym wszystkim góruje Meczet Abu al-Hadżadża. Został on wybudowany zanim
                  świątynię odkopano, a okoliczni mieszkańcy nie wyrazili zgody na jego zburzenie
                  lub przeniesienie, ponieważ zostały w nim złożone szczątki świętego. Wygląda to
                  nieco komicznie, ale cóż, należy uszanować miejscową religię. Przed wyjściem z
                  wWielkiego Dziedzińca Ramzesa II ukazują się nam 2 monumentalne posągi
                  siedzącego Ramzesa. Dalej mamy Wielką Procesjonalną Kolumnadę, z której wchodzi
                  się do Słonecznego Dziedzińca Amenhotepa III. Zobaczyć tutaj możemy również
                  posągi Tutanchamona wraz z żoną.
                  Następnie przechodzimy do Sali Hypostylowej Amenhotepa oraz Sanktuarium Barki
                  Amona, które można uznać za mały labirynt.

                  Za pomieszczeniami Sanktuarium znajduje się Główne Sanktuarium, gdzie na czas
                  modlitw święta Opet ustawiano Barkę Solarną. Dalej już możemy podziwiać część
                  świątyni dobudowaną w okresie Ptolemeuszy. Są tam również poustawiane bez ładu
                  i składu posągi z tego okresu odkopane w czasie prac archeologicznych.
                  Po zrobieniu masy zdjęć wracamy do alei Sfinksów. Słońce powoli chyli się ku
                  zachodowi, zachodowi tłum turystów zamiast maleć zaczyna się powiększać. Widać
                  wszyscy wpadli na ten sam pomysł co my, żeby utrwalić nasze zwiedzanie również
                  fotkami świątyni po zachodzie słońca.

                  Powoli zapalają się halogeny oświetlające obiekt, jak również pomniki i aleję
                  sfinksów, ukazują się na niebie gwiazdy, a samo niebo zaczyna przybierać
                  przepiękny różowo-fioletowy kolor, by za chwilę przejść w chabrowy.
                  Światła lamp na początku koloru pomarańczowego zaczynają się nagrzewać i
                  zmieniać kolor na żółty. REWELACJA – jeszcze czegoś takiego w życiu nie
                  widziałem.
                  (Polecam Wam zerknąć na moje fotki zamieszczone pod adresem:
                  community.webshots.com/album/114316555NOrzrd )

                  Po wypstrykaniu chyba ze 100 zdjęć zaczynamy odczuwać, że robi się nam nieco
                  zimno.
                  Wychodzimy ze świątyni i udajemy się na posiłek. Żona ma ochotę zjeść coś w
                  McDonaldzie. Ja wolałbym coś bardziej lokalnego, ale po krótkiej wymianie zdań
                  ustępuję po przyrzeczeniu, że jutro na pewno wybierzemy się na bardziej
                  orientalną kuchnię.
                  W McDonaldzie ja zamawiam MacArabia (całkiem smaczna), żona Big Maca. Obsługa
                  dużo szybsza niż w Hurghadzie, dużo więcej również Egipcjan tutaj jada, choć
                  oczywiście zdarzają się również turyści.

                  Po posiłku postanawiamy udać się w kierunku Karnaku, zahaczając o nasz hotel by
                  wziąć cieplejsze ubranie. Ja chciałbym zrobić nieco fotek iluminowanej
                  świątyni, żona przypomnieć sobie miejsca, które odwiedzaliśmy rok temu.
                  Wiem, że najprościej jest udać się ulicą alKarnak, która biegnie przy naszym
                  hotelu, żona jednak twierdzi, że wolałaby przespacerować się brzegiem Nilu i
                  przy okazji zorientować się, gdzie stoi Muzeum Luksorskie i Mumifikacji.
                  Tak też robimy, licząc, że widok z daleka iluminowanej świątyni wskaże nam
                  gdzie mamy odbić z ul. Corniche w prawo.

                  Jakoś tak po 3 km takiego tuptania, zaczynamy się zastanawiać, gdzie do diaska
                  ta świątynia się znajduje, przecież już dawno powinniśmy ją zobaczyć.
                  Postanawiamy resztę drogi podjechać caleche (dorożką). I tu ku naszemu
                  zdziwieniu dorożkarz zawraca i jedzie powrotem. Cóż, za około pół kilometra
                  sprawa się wyjaśnia. Otóż, Karnak w przeciwieństwie do Świątyni Luksorskiej nie
                  jest iluminowany, więc nie mieliśmy szans zauważyć go z oddali. Owszem, można
                  wykupić bilet na tzw pokaz Światło i Dźwięk (która to nazwa kojarzy mi się
                  bardziej z kotem podłączonym do prądu, niż z nocnym zwiedzaniem świątyni).
                  Tak to sobie sprytnie wykoncypowali, że wprowadzają na teren obiektu pewną
                  grupę turystów i zapalają światła jedynie w miejscu, gdzie ta grupa się
                  znajduje. Reszta skryta jest w mrokach nocy. Trochę się pokręciliśmy, nawet
                  udało mi się zrobić 2 zdjęcia pylonów podświetlonych przez chwilę halogenami,
                  ale że halogeny te zanim się rozgrzały zaraz zgaszono, to i fotki za ciekawe
                  nie są.

                  Zaczyna się robić zimno, więc postanawiamy wracać do hotelu i odpocząć po tak
                  męczącym dniu. Po drodze robię jeszcze zdjęcie pasącemu się na trawniku
                  osiołkowi i to już nasza ostatnia atrakcja w tym dniu.
                  W pokoju jeszcze łyk porządnej polskiej kawy, ładowanie akumulatorków do
                  aparatu i przeglądanie zdjęć, zastanawiając się, jacy ci Egipcjanie byliby
                  nieszczęśliwi gdyby nie wymyślono klaksonów w samochodach (które to dźwięki z
                  ulicy dobiegają co kilka sekund) zapadamy w sen.
                  C.D.N.
                  • pc_maniac Zachodni Brzeg-1 natarcie(3 dzień pobytu w Egipcie 22.02.04, 13:11
                    Rano budzi nas dźwięk telefonu komórkowego, który robi teraz za budzik i po
                    porannej toalecie i przebraniu się udajemy się na śniadanko do restauracji
                    hotelowej.
                    Znajduje się ona na I piętrze. Na sali siedzi już kilku Japończyków, my
                    zajmujemy stolik pod ścianą. Po około 10 minutach zjawia się przed
                    nami „kelner”, ubrany w ciepłą, pikowaną kurtkę ortalionową, nie pierwszej
                    świeżości, oraz rozciapciane półbuty bez sznurówek. Przynosi nam dwa dzbanki,
                    herbatę i kawę. Ja jak zwykle zamawiam kawę (trzeba się jakoś dobudzić, żona
                    czasem zamawiała kawę, a czasem herbatę, zależy od nastroju). Kelner krokiem
                    łyżwowym, szurając butami skierował się do kuchni po kontynentalne śniadanko,
                    czyli jajko na twardo, ser topiony, dżem, bułeczki i masło.
                    Na Sali zjawiają się kolejni goście hotelowi – Francuzi. Jeden z nich udaje się
                    w kierunku drzwi balkonowych i otwiera je na oścież. Jak zauważyliśmy po kilku
                    dniach pobytu, robi to codziennie. Salę zalewa słoneczny blask.
                    Po zjedzeniu naszych porcji udaję się na balkon by rozkoszować się widokiem
                    ulicy biegnącej z tej strony hotelu. Widok niezbyt ciekawy o tej godzinie,
                    ponieważ pod nami rozpościera się ulica targowa, która w godzinach porannych
                    jest prawie całkowicie wyludniona. Owszem, kilka sklepów otworzyło już swoje
                    podwoje, większość jednak właścicieli śpi w tej chwili odsypiając nocny handel.
                    Naprzeciw znajduje się parterowy sklep z przyprawami, na jego dachu zaś, jak
                    zwykle w Egipcie, panuje nieopisany bajzel. Wala się tam gruz, stare zniszczone
                    sprzęty domowe, co śmiesznie kontrastuje z porządkiem jaki panuje przed sklepem
                    i w nim samym. Robię parę zdjątek i wracamy do pokoju, by przygotować się do
                    wymarszu.
                    Udajemy się w kierunku Nilu. Po drodze przyczepia się do nas Egipcjanin, który
                    proponuje nam swoje usługi w załatwieniu czegokolwiek (standard w Egipcie ;o)
                    Jak się po czasie okazuje, ta znajomość wychodzi nam na dobre, bo Ali (tak ten
                    młody człowiek ma na imię) oferuje nam usługi w zorganizowaniu taksówki.
                    Stwierdzamy, że Teby wolimy zwiedzać pieszo, ale chętnie skorzystalibyśmy z
                    jego usług, by załatwić wypad do Abydos i Dendery następnego dnia. Kiedy
                    chłopak wyczuł interes, postanawia przeprawić się z nami na drugi brzeg.
                    Pokazuje nam, gdzie znajduje się kasa biletowa na prom oraz ile kosztują bilety
                    (1 LE/os w jedną stronę).
                    Po drugiej stronie namawia nas byśmy skorzystali z taksówki jego ojca, która
                    zawiezie nas do kas biletowych. Ja nie zabrdzo mam ochotę jechać taksówką, wolę
                    przejść się na piechotę, ale na szczęście żona przekonuje mnie by jednak
                    podjechać. Kasy są oddalone od Nilu aż 4 km, więc tuptanie taki kawał byłoby
                    stratą czasu, który mogliśmy wykorzystać na zwiedzanie. Z Alim umawiamy się
                    przed hotelem na następny dzień i jedziemy po bilety.
                    Po drodze kierowca wyjaśnia nam, gdzie ile i jakie bilety można kupić w kasie
                    Zach. Brzegu. Otóż, do Doliny Królowych bilety sprzedawane są w samej Dolinie.
                    Tam też można nabyć bilet do grobowca Nefertari (100 LE !!!), niestety
                    grobowiec w czasie naszego pobytu był poddawany renowacji i był niedostępny dla
                    zwiedzających. Do reszty zabytków bilety można nabyć w kasie Zach. Brzegu.
                    Znajduje się ona kilkaset metrów od Kolosów Memnona.
                    W dzisiejszym dniu decydujemy się zaliczyć Dolinę Królowych, Wioskę
                    Budowniczych Grobowców i Madinat Habu.
                    Z kasy biletowej do Doliny Królowych leniwym spacerkiem udajemy się krętą
                    drogą, przypominającą tę z przed roku, do Doliny Królów. Sama dolina również
                    nieco przypomina Dolinę Królów, choć jest od niej sporo mniejsza, wokół
                    niedostępne skalne urwiska, zero zieleni. Cieszymy się, że nie jesteśmy tutaj w
                    lecie, bo na pewno żar byłby nie do zniesienia.
                    Sama Dolina Królowych ma nieco mylącą nazwę, choć pochowane tu były żony
                    faraonów, to jednak nie one stanowiły tu większość. Lepszą nazwą byłoby w tym
                    przypadku Dolina Rodzin Królewskich, ponieważ poza żonami, pochowane tu były
                    również córki władców i ich synowie, którzy sami nie zostali koronowani.
                    Oczywiście, ze względu na liczebność rodziny, najwięcej znajduje się tu synów
                    Ramzesa II. Bilet kosztuje 12LE od osoby i można za niego zwiedzić 3 grobowce.
                    W pierwszym z nich udaje mi się (pomimo zakazu wnoszenia aparatów
                    fotograficznych) zrobić kilka fotek. Oczywiście bez flesza, przecież nie będę
                    ryzykował konfiskaty aparatu! Jest to grobowiec Amenherchepszefa – syna Ramzesa
                    III.
                    W kolejnych dwóch (Chaemwaseta, trzeciego nie pamiętam) niestety turystów i
                    pilnujących jest zbyt dużo, więc nawet nie staram się wyjmować aparatu z
                    futerału.
                    Z przewodnikami w rękach zwiedzamy Dolinę. Robi się coraz cieplej, więc
                    zdejmujemy wierzchnie ubranie i w koszulach z krótkimi rękawami udajemy się z
                    powrotem w kierunku Nilu. Dochodzimy do skrzyżowania, nieopodal, którego stoją
                    kasy Zach. Brzegu.
                    Tutaj mamy pewien dylemat – nie możemy się za bardzo zorientować jak według
                    mapy dojść do Wioski Budowniczych Grobowców w Dair al-Madinie. Policjant, który
                    stał przy skrzyżowaniu wyjaśnił nam, że powinniśmy iść drogą rozwidlającą się w
                    lewo, ale jego angielski był dość kiepski, więc to było wszystko, co
                    potrafiliśmy z niego wyciągnąć. Jak się potem okazało, pokazał nam dużo dłuższą
                    drogę, okrążającą górę (mogliśmy się tam udać górską ścieżką w lewo od
                    skrzyżowania, co zaoszczędziłoby nam ponad 1 km marszu.
                    Po drodze, spotkani przez nas turyści uściślili jeszcze naszą marszrutę.
                    Niektórzy z nich zwiedzali Zach. Brzeg na piechotę, inni na rowerach,
                    najczęściej parami. Tłoku nigdzie nie zauważyliśmy :o)
                    Przy budynku niemieckiej misji z drogi odbijamy górską ścieżką w górę. Po
                    kilkuset metrach zbliżamy się do pewnego słynnego dołu.
                    Nie byłoby w nim nic szczególnego, gdyby nie fakt, że został on wykopany w
                    okresie XVIII dysnastii w celu dokopania się do wód gruntowych, by zaopatrywać
                    w wodę Wioskę Budowniczych Grobowców. Ten fakt również nie miałby wielkiego
                    znaczenia histroycznego, gdyby nie to, że budowniczy jednak po wykopaniu
                    kilkudziesięciu metrów w głąb zarzucili swój projekt i od tej pory dół
                    wykorzystany został przez starożytnych jako śmietnik, do którego wrzucano
                    zbędne przedmioty codziennego użytku, stare figórki bożków, ale co
                    najciekawsze, również wszelkiego rodzaju zapiski na kamiennych tabliczkach.
                    Niektóre z nich były listą zakupów, inne korespondencją pomiędzy budowniczymi,
                    a ich rodzinami pozostałymi w Tebach. Ale najciekawsze były zwolnienia (L-4 ;o)
                    z pracy, jakie robotnicy wystawiali sobie w celu uzyskania dnia wolnego u
                    swoich szefów.
                    Istna kopalnia wiedzy dla archeologów o tamtych czasach.
                    Jak spod ziemi wyrośli przy nas Egipcjanie, którzy z wielką pieczołowitością
                    zaczęli odwijać z bibułek małe figurki, twierdząc, że są to odkopane przez nich
                    starożytne posążki bożków. Cena wywoławcza 400 LE. Fakt, dla naszych
                    niewprawnych oczu, faktycznie wyglądały na „very old”. Jednak grzecznie
                    poinformowaliśmy panów, że kupowanie i wywożenie z Egiptu zabytków
                    jest „illegal”, więc dziękujemy, ale nie skorzystamy. Natychmiast Egipcjanie
                    zmienili gadkę i posążki w mgnieniu oka zmieniły wiek pochodzenia o jakieś
                    kilka tysięcy lat w przód i stały się nam współczesne. Cena zaś skoczyła jak
                    Małysz ;o) do 10 LE.
                    No dobrze, teraz to już możemy pogadać o interesach. Po pewnym czasie doszliśmy
                    do porozumienia i nabyliśmy kilka figurek bożka Besa (pocieszny karzeł z
                    czerwonymi policzkami – bóg plodności :oP) za 2 LE.
                    Teraz już udaliśmy się do niewielkiej świątyni Hathor, wybudowanej nieopodal
                    starożytnej wioski, przez budowniczych grobowców.
                    Świątynia calkiem ładna, z zachowanymi w dobrym stanie malowidłami ściennymi. Z
                    jej szczytu rozpościerał się piękny widok.
                    Poza egipskimi „ochroniarzami” w galabijach byliśmy tam jedynymi osobami, więc
                    zwiedzanie przebiegało całkiem przyjemnie.
                    Następnie skierowaliśmy się do samej Wioski Budowniczych
                    • pc_maniac Zachodni Brzeg (koniec 3 dnia pobytu w Egipcie) 22.02.04, 13:55
                      Następnie skierowaliśmy się do samej Wioski Budowniczych Grobowców, która
                      rozpościerała się ok. 100 m obok.
                      Same odkopane ruiny nie są zbyt ciekawe, ale dzięki nim można zorientować się,
                      jak w tych czasach mieszkali robotnicy. A mieszkali całkiem wygodnie. Obiekt
                      był odgrodzony od Świata wysokim murem, pilnowanym przez żołnierzy faraona.
                      Takie środki bezpieczeństwa stosowane były w celu uchronienia informacji o
                      położeniu grobowców przed postronnymi. Mieszkańcy mogli przekazywać informacje
                      oraz zamówienia jedynie przez strażników. Jeśli ktoś dostał tutaj pracę, to
                      pozostawał tu już do śmierci. Pomimo tych obostrzeń, informacje o lokalizacji
                      grobowców, jednak wydostawały się na zewnątrz, na co wskazują częste włamania i
                      grabieże grobów królewskich. Jednak życie tej społeczności nie było wcale zbyt
                      ciężkie. Starożytny „tydzień” składał się z 12 dni, z czego 10 przeznaczonych
                      było na pracę, a 2 kolejne były dniami wolnymi. Wioska podzielona była wzdłóż
                      osi na 2 części. Każda część miała swojego kierownika i odpowiadała jednej
                      stronie grobowca, którą dana ekipa budowała i ozdabiała.
                      Robotnicy według źródeł archeologicznych zbytnio się nie przemęczali i mieli
                      sporo czasu by w wolnych chwilach tworzyć grobowiec również dla siebie i swoich
                      rodzin, jak również od czasu do czasu podłapać „fuchę” wybudowania grobowca
                      jakiemuś dostojnikowi lub szefowi. Znalezione we wcześniej opisanym przeze mnie
                      dole zapiski wskazują, że często brali oni u szefa dni wolne, nie tylko ze
                      względów zdrowotnych, ale nawet zwalniali się z tak błahych powodów jak pranie,
                      czy leczenie kaca po urodzinach kolegi. Obok Wioski Budowniczych Grobowców
                      znajdują się również ciekawe groby robotników, których wejścia kształtem
                      przypominają miniatury piramid.
                      Tutaj odkryliśmy ciekawostkę związaną ze zdjęciem umieszczonym w przewodniku
                      National Geographic. Otóż zdjęcie w nim przedstawiono jako wykonane w Dolinie
                      Królowych. Postanowiłem zrobić sobie takie samo. Może kiedyś wyślę je do
                      wydawnictwa, by udokumentować pomyłkę w przewodniku. Przyłączyliśmy się do
                      japońskiej wycieczki i przysłuchiwaliśmy się przewodnikowi jak wyjaśniał po
                      angielsku turystom tajniki wioski.
                      Kolejnym moim pomysłem było pobawienie się w taternika i przejście z Wioski
                      Budowniczych... starożytną ścieżką w kierunku Świątyni Hatszepsut. Niestety po
                      100 m. wchodzenia po bardzo stromym zboczu zarzucam to przedsięwzięcie. Może
                      gdybym był nieco młodszy i gdybyśmy mieli trochę więcej czasu ...
                      Wracamy krótszą drogą do skrzyżowania, nieopodal którego stoją kasy biletowe.
                      Postanawiam jeszcze raz tam zajrzeć i dokupić 2 bilety na dzisiejszy dzień do
                      Ramesseum, które widzimy kilkaset metrów od tego miejsca. Żona w tym czasie
                      przycupnęła sobie na kamieniu i zajada „żelazną porcję :o) – czyli baton
                      Snickersa.
                      Po moim powrocie udajemy się w prawo, nieco na skróty w kierunku Madinat Habu,
                      czyli Świątyni Ramzesa III.
                      Droga wiedzie w kierunku południowym, następnie zakręca na południowy zachód, a
                      oczom naszym ukazuje się przepiękny pylon świątyni. Podobno tutaj został
                      zamordowany Ramzes III. Na głównym pylonie ukazano zwycięstwa faraona nad
                      Morskimi Ludami, a z drugiej strony nad Libijczykami. Sama zaś konstrukcja
                      świątyni bardziej przypomina twierdzę, niż miejsce kultu.
                      W trakcie zwiedzania spotykamy naszą rezydentkę, która z kolegą wybrała się na
                      własną rękę by cieszyć oczy widokiem zabytków.
                      W trakcie naszych podróży byli to jedyni Polacy na jakich się natknęliśmy.
                      Wielka szkoda, że nie docierają tutaj zorganizowane wycieczki polskich biur,
                      tym bardziej, że świątynia robi dużo większe wrażenie niż św. Hatszepsut.
                      Po 2 godzinach wałęsania się po obiekcie udajemy się w kierunku Ramesseum. Po
                      drodze spotykamy grupkę dzieciaków, które towarzyszą nam w podróży powtarzając
                      w kółko „bomboni - madam – bomboni”. Domyśliliśmy się, że te „bomboni” to
                      słodycze, więc żona wręcza dzieciakom po batonie Snickersa. Zaraz obok nas
                      zjawia się kolejny dzieciak umorusany, jakby uciekł z komina, a gil wisi mu do
                      pasa. Temu również częstujemy batonem. Niestety, dzieciaki marudzą o kolejne.
                      Nie wzięliśmy ze sobą z hotelu więcej, więc pokazuję pusty plecak i maluchy
                      postanawiają poszukać sobie innych obiektów ataku ;o)
                      Od Madinat Habu do Ramesseum dzieli nas odległość ok. półtora kilometra. Po
                      drodze mijamy ruiny Świątyni Meremptacha. Sam obiekt jest w opłakanym stanie,
                      więc robię jedynie zdjęcia zza okalającego go muru i ruszamy dalej.
                      Do Ramesseum docieramy ok. 16:00. Turystów praktycznie nie widać. Świątynia
                      jest obecnie poddawana renowacji. Jeden z tubylcó pokazuje żonie w jaki sposób
                      odnawia się malowidła, ja zaś biegam po obiekcie z aparatem i utrwalam wszystko
                      na zdjęciach.
                      Ramzes II rozpoczął budowę świątyni jeszcze za życia swego ojca Seti I, będąc
                      koregentem. Niestety lokalizacja jaką wybrał stała się niesczęściem dla
                      budowli, gdyż cykliczne wylewy Niu podtapiały obiekt, doprowadzając do sporych
                      zniszczeń. Stał tutaj jeden z największych posągów faraona, ważący 900 ton, a
                      mierzący 18 m. Po podtopieniu przez kolejny wylew przewrócił się niszcząc 2
                      pylony świątyni, a jego fragmenty porozrzucane są po całym terenie. Kolos ten
                      opisał w swoim wierszu „Ozymandias” (tak zwali Ramzesa II grecy) Percy Bysshe
                      Shelley.
                      Wracamy do Luksoru, gdzie tym razem postanawiamy wstąpić do egipskiej
                      restauracyjki, upatrzonej dzień wcześniej.
                      Jedzonko całkiem smaczne i tanie. Właśnie tutaj zaczynamy sobie zdawać sprawę,
                      że to co turystom serwują w hotelach w Hurghadzie nijak się ma do egipskiej
                      sztuki kulinarnej. Kiedy postanawiam restaurację uwiecznić na zdjęciu zjawia
                      się oczywiście właściciel i z przyjemnością pozuje do zdjęcia na tle swojego
                      lokalu. Chwalimy jedzenie, on zaś zaprasza nas byśmy zjawili się tu ponownie.
                      I to już była ostatnia atrakcja w tym dniu. Wracamy do hotelu, odwiedzając po
                      drodze suk.
                      C.D.N.
                      • pc_maniac Strefa "wojenna"?! Abydos (4 dzień pobytu) 06.03.04, 16:44
                        Po zjedzeniu kontynentalnego śniadania i zabraniu podręcznego plecaka z
                        napojami, sprzętem fotograficznym i nieodłącznymi przewodnikami Planet i
                        National Geographic, udajemy się przed hotel na spotkanie z poznanym dzień
                        wcześniej Alim.
                        Przyjechał dzisiaj ze swym szwagrem, który jest właścicielem z lekka
                        zdezelowanej taksówki Peugeot (biżu – jak mówią). Większość taksówek osobowych
                        w Egipcie to właśnie produkcja Peugeota. Trochę kręcił nosem na cenę uzgodnioną
                        wczoraj, że to bardzo daleko, że trzeba zapłacić za dołączenie do konwoju, że
                        to cały dzień. Stanęło na tym, że jeśli będziemy zadowoleni to dostanie sowity
                        bakszysz.

                        Wsiadamy do samochodu i ruszamy w kierunku północnym. Jadąc jeszcze przez
                        Luksor, nad Nilem unosi się z turystami kolorowy balon na rozgrzane powietrze,
                        powoli dryfujący w kierunku Zachodniego Brzegu. Tak sobie pomyśleliśmy, że jak
                        przyjedziemy tu ponownie to pewnie warto by było zaliczyć i taką atrakcję.

                        Na rogatkach Luksoru formuje się konwój. Za pomocą lusterek sprawdzają, czy pod
                        samochodem jakiś nawiedzony Talib nie przyczepił nam bombki. Nasi egipscy
                        współtowarzysze wyprawy podają nasz kraj pochodzenia, a policjanci wpisują nas
                        na listę. Lista ta będzie całą drogę przekazywana od jednego do drugiego punktu
                        kontrolnego by sprawdzać, czy żadnego z pasażerów nie brakuje.
                        Ruszamy drogą biegnącą wzdłuż Nilu na północ, dość ostrą prędkością dyktowaną
                        przez pilotujący samochód policyjny. Co jakiś czas mijamy wioski i małe
                        miasteczka. Przy każdej wsi stoją szejchowie (coś jak u nas wójt) z karabinami.
                        Czasem jest to karabin półautomatyczny, ale najczęściej są to dubeltówki
                        idealne do polowania na słonie, pamiętające jeszcze czasy kolonialne, a może
                        nawet Stasia Wilmowskiego.
                        W miastach szejchowie stoją w towarzystwie policjanta lub dwóch, ale widać, że
                        to oni, a nie policjanci, mają tu posłuch. W trakcie przejazdu naszego konwoju
                        pilnują by żaden egipski samochód nie wmieszał się w sznur naszych pojazdów,
                        jak również by nikt z mieszkańców w tym czasie nie wszedł na jezdnię.
                        Przed rogatkami większych miast stoją zapory (szykany), przy których konwój
                        musi zwolnić. Jesteśmy tam odliczani i znów pełnym gazem jedziemy dalej.
                        Dookoła rozpościerają się pola trzciny cukrowej, której żniwa właśnie trwają,
                        więc cały czas mijamy samochody, osiołki, czy nawet małą kolejkę wąskotorową,
                        która zwozi pędy trzciny do dalszego przerobu. Czasem nawet dzieci taszczą na
                        głowach lub pod pachami naręcza tej słodkiej rośliny. Wychylam się z okna
                        samochodu, by utrwalić na zdjęciach co ciekawsze sceny. Wiatr spowodowany
                        prędkością jazdy niemiłosiernie wieje w uszy, więc zakładam na głowę arafatkę w
                        stylu beduińskim.

                        W pewnym momencie konwój zaczyna dzielić się na 2 części. My jesteśmy w tej,
                        która jedzie dalej do Abydos, druga zaś, po przekroczeniu Nilu skręca w
                        kierunku Dendery. Nasz konwój Denderę zwiedzi w drodze powrotnej. Teraz już w
                        dalszą drogę jedzie z nami zaledwie 10-12 samochodów. Po ok. 120 kilometrach od
                        Luksoru my również skręcamy na zachód, przekraczając Nil.
                        Kolejny punkt kontrolny. Oficer dowodzący nim mógłby być idealnym przykładem
                        Irlandczyka – rudy jak marchewka, z sumiastymi wąsami oraz wdzięcznie
                        zaokrąglonym mięśniu piwnym. Żona próbuje mu zrobić zdjęcie, niestety oficer to
                        zauważa i ostrym tonem „no photo” informuje nas, że z tego pomysłu nie jest
                        zadowolony. Dajemy sobie spokój, jednak szkoda, bo mieć zdjęcie rudego
                        Egipcjanina to byłaby nie lada gratka. Zastanawiamy się, jak gość może być
                        odbierany przez ziomków po zdjęciu munduru. Pewnie nie raz próbują go naciąć
                        myśląc, że to turysta z innego kraju.
                        Teraz już jedziemy sznur wiosek, które bardzo silnie strzeżone są przez policję
                        i chyba wojsko. W zabudowaniach od czasu do czasu widać transporter opancerzony
                        lub samochód z CKM’em na dachu, zaś przy drodze, co kilkadziesiąt, sto metrów
                        stoi żołnierz obserwujący z uwagą pole lub zabudowania. Dojeżdżamy do terenów,
                        na których swój początek wzięło „Towarzystwo islamskie”, organizacja
                        odpowiedzialna w latach 90-tych za ataki terrorystyczne w Egipcie, m.in. za
                        akcję Egipcie Świątyni Hatszepsut, porwania turystów ze statków, czy pociągów.
                        Dzieci, jak to dzieci, nadal machają pozdrawiając nas. Dorośli spoglądają na
                        nas z nieukrywaną wrogością. Kiedy przejeżdżamy obok, wszelkie rozmowy milkną,
                        a wszystkie spojrzenia spoczywają na konwoju. Starzy ludzie zaś z całkowitą
                        obojętnością nawet naszego przejazdu nie zauważają.
                        Niestety, choćby sama ilość uzbrojonych sił porządkowych w tym rejonie nie
                        nastraja pozytywnie.

                        Dojeżdżamy do Abydos.
                        Z jednej strony parkingu rozpościera się dość zadbany miejski park, z drugiej
                        zaś znajduje się wejście na tereny przyległe do świątyni. Tutaj znów można
                        odczuć atmosferę oblężenia. Cały parking i skwerek, gdzie zbierają się turyści
                        odgrodzony jest stalowymi barierkami, za które prawie żadnym Egipcjanom
                        wchodzić nie wolno. Stoi tu jedynie paru mało przekonujących w swojej pracy
                        handlarzy pocztówkami, których można policzyć na palcach jednej ręki. Dla mnie
                        to po wielu innych miejscach w Egipcie widok niespotykany.
                        Ali i jego szwagier informują nas ile mamy czasu do odjazdu konwoju i sami
                        udają się na carcade (herbatki z hibiskusa) do pobliskiej kafeterii. My zaś
                        udajemy się do kasy po bilety (12 LE od osoby), a z nimi wkraczamy w świat na
                        nowo odkrywanej historii starożytnego Egiptu.

                        C.D.N.
                        • lilypons Re: Strefa "wojenna"?! Abydos (4 dzień pobytu) 26.03.04, 10:11
                          pc_maniac napisał:


                          > Ali i jego szwagier informują nas ile mamy czasu do odjazdu konwoju i sami
                          > udają się na carcade (herbatki z hibiskusa) do pobliskiej kafeterii. My zaś
                          > udajemy się do kasy po bilety (12 LE od osoby), a z nimi wkraczamy w świat na
                          > nowo odkrywanej historii starożytnego Egiptu.
                          >
                          > C.D.N.

                          Pc_maniac
                          proszę nie każ tak długo czekać na następne odcinki:)
                          Jestem bardzo ciekawa opisu Abydos i Dendery.
                          Pozdrawiam
                        • pc_maniac Św. w Abydos - Mekka starożytnych Egipcjan 26.03.04, 23:08
                          (Uwaga - w relacji dałem kilka linków do zdjęć, by móc ukazać Wam to co opisuję)

                          Wysiadamy z taksówki, która zaparkowała w bardzo porządnie utrzymanym parku.
                          Handlarzy jakk na lekarstwo (kręci się ich zaledwie 3). Park odgrodzony od
                          przylegających ulic metalowymi barierkami, pilnowanymi przez policję, pierwszy
                          raz widzę w Egipcie tylo policjantów w kamizelkach kuloodpornych i w hełmach.
                          Wokół wzniesień świątynnych rozstawione są patrole policyjne na wielbłądach.

                          Kierujemy się do kasy po bilety, cena bardzo przystępna - po 12 LE, więc dużo
                          taniej niż w Luksorze czy Karnaku. Od kasy biletowej pozostaje nam jeszcze ze
                          100 m do obiektu. Świątynia z zewnątrz nie robi tak monumentalnego wrażenia jak
                          w Karnaku, czy Edfu. Poprostu jest ona zbudowana całkiem w innym stylu. Nie ma
                          tu okazałych pylonów z komorami pogłosowymi, a cała bryła świątyni sprawia
                          wrażenie zwartej prostokątnej budowli z kolumnadą na przedniej nawie. W
                          pierwszym momencie niektórzy mogą się poczuć rozczarowani takim widokiem. Ale
                          to jedynie do momentu gdy wejdą do środka.

                          Przecodzimy przez bramę wejściową i tutaj już doznajemy szoku. Jeśli ktoś z Was
                          był w Karnaku i zwiedzał tam wielką salę hypostylową, to na pewno próbował
                          wyobrazić ją sobie, jak mogła ona wyglądać w starożytności, gdy była przykryta
                          dachem. Jeśli pojedziecie do Abydos, to możecie przestać sobie wyobrażać jak
                          mogła taka sala wyglądać - tutaj zobaczycie to arcydzieło budownictwa
                          monumentalnego na własne oczy. Mało tego, będziecie mogli błądzić pośród tych
                          dziesiątek olbrzymich kolumn, do tego stopnia, że będziecie musieli się
                          wzajemnie nawoływać, by nie zabłądzić. Kilkakrotnie biegając z aparatem i
                          utrwalając co się da na zdjęciach, musiałem wołać moją żonę, bo gdzieś mi
                          zaginęła pomiędzy tymi kolumnami. Sala hypostylowa. Jedynie z dwóch przeciwległych stron tej sali sączy się co
                          nieco światła z okien, reszta jest skąpana w półmroku, robiącym wrażenie
                          jakbyśmy przenieśli się w czasie. Niestety same malowidła na suficie nie są w
                          najlepszym stanie, ponieważ już po upadku religii starożytnego Egiptu
                          zainstalowały się w tym obiekcie koczownicze plemiona, które niezbyt martwiły
                          się o zachowanie porządku. Sufit jest poprostu pokryty sadzą z ich ognisk.
                          Kiedy jednak przebrnąłem przez salę hypostylową, znów stałem zamurowany
                          widokiem.
                          Cała ściana pokryta przecudnym płytkim reliefem (delikatny relief, w którym wszelkie obiekty uplastyczniano, by
                          przypominały trójwymiarowe obrazy), przedstawiającym egipskich bogów, a co
                          kilkanaście metrów znajdują się pięknie ozdobione wnęki służące do celebrowania uroczystości, każda z nich poświęcona jest
                          innemu bóstwu. Na końcach tej ściany znajdują się pomieszczenia na barki solarne. Jednak największe wrażenie robią płytkie reliefy,
                          wokół wnęk dodatkowo ozdobione kolorowymi farbami. Tego nie zobaczycie nigdzie
                          indziej w Egipskich świątyniach.
                          Udajemy się w głąb świątyni wąskim korytażem. Na ścianach przedstawiono sceny z
                          życia, rolnika orzącego ziemię, jak również sceny z uroczystości religijne jakie
                          odbywały się w tej świątyni, gdzie kapłani niosą barki solarne w asyście bogów i bogiń. Ta część zwana
                          Ozyrejon kryje w sobie jedno z najcenniejszych znalezisk starożytnego Egiptu.
                          Minąwszy narożnik ukazuje się naszym oczom - lits faraonów z Abydos. Na ścianie przedstawiono faraona Seti I i jego syna
                          Ramzesa II (zwanego Wielkim) w akcie składania ofiary 76 przodkom,
                          reprezentowanym przez kartusze królewskie.
                          Dzięki tej liście można było poznać kolejność panoiwania wielu władcó, jak
                          również odczytać ważniejsze wydażenia z okresu ich panowania. Poziomo znajdują
                          się kartusze z imieniem króa i tytulaturą, w pionie zaś istotne wydarzenia,
                          jakie rozegrały się w ich czasach. Lista rozpoczyna się od legendarnego faraona
                          Menesa (Narmera), kończy zaś na Ramzesie II, współtwórcy tej świątyni, choć
                          wykopaliska wskazują, że budowla ta była dużo starsza.
                          Jako ciekawostkę można wymienić fakt, że wśród imion faraonów brakuje dość
                          istotnych dla historii postaci: królowej Hatszepsut, Echnatona, Tutanchamona,
                          Eje i Horemcheba. Archeologowie uważają, że były to postaci wyklęte przez
                          swoich następców, a jedną z największych kar było wymazanie danej osoby z kart
                          historii, co właśnie nastąpiło w tejże liście. Niestety dla ich następców lub
                          na szczęście dla historii, nie wszystkie pozostałości po okresach panowania
                          tych postaci zdołano zatrzeć.
                          • pc_maniac (errata) 26.03.04, 23:12
                            Niestety podczas wklejania linków nie zauważyłem przejęzyczenia:
                            <b>nie</b> - lits faraonów z Abydos.
                            <b>ale</b> - lista faraonów z Abydos.
                          • pc_maniac Jedziemy do Dendery 29.04.04, 15:29
                            (C.d. poprzedniego odcinka)

                            Naprzeciw spisu faraonów znajdują się reliefy przedstawiające składanie darów
                            przez faraona bogom Egiptu. Mamy tutaj imiona najwyższych kapłanów. Barki
                            słoneczne, na których spoczywają figury przedstawiajace bogów, dźwigane na
                            barkach kapłanów oraz towarzyszący temu rytuałowi faraon.
                            Na końcu korytarza znajduje się niewielka platforma, z której możemy podziwiać
                            święte jezioro, a na jego środku ruiny Ozyrejonu, budowli w której
                            przechowywane były relikwie Ozyrysa, który jak wierzono ponownie narodził się
                            Ozyrys, "ojciec" każdego kolejnego panującego.
                            Za Ozyrejonem prowadzone wykopaliska na terenach, gdzie chowani byli
                            faraonowie, ich rodziny i dostojnicy starego państwa. Niestetyten teren nie
                            jest udostępniony dla zwiedzających, co zresztą i tak byłoby niemożliwe z braku
                            czasu.

                            Wracamy do głównej hali hypostylowej, robię ostatnie zdjęcia i wraz z żoną
                            opuszczamy świątynię w Abydos.

                            W parku, obok taksówki, czekają na nas nasi Egipscy przyjaciele. W czasie gdy
                            my raczyliśmy się widokiem starożytnych zabytków, oni spożyli posiłek i w
                            kafejce wypili carcade.
                            Wsiadamy do taksówki, która dołącza do naszego mini konwoju. Tym razem jedziemy
                            tuż za półciężarówką policji turystycznej. Słońce praży, ale nasi Egipcjanie
                            opatuleni są w ciepłe kurtki i szaliki. Cóż, dla nich to zima.
                            Przemierzamy trasę powrotną w kierunku na Luksor. Wokół drogi coraz więcej
                            Egipcjan znoszących na własnych barkach, zwożących na osiołkach lub wszelkimi
                            pojazdami mechanicznymi trzcinę cukrową. Trwa właśnie okres żniw trzciny
                            cukrowej i biorą w niej udział nawet kilkuletnie dzieci, niosące na własnych
                            głowach lub barkach chociaż po kilka pędów tej rośliny.
                            Czasami odpoczywający przy drodze mieszkańcy wiosek doskakują do
                            przejeżdżającej ciężarówki lub wozu, wyrywaja kawałek pędu trzciny i z wielkim
                            ukintentowaniem zaczynają żuć ją.
                            Szkoda, że musimy pędzić w konwoju, bo chętnie zatrzymałbym się i również
                            spróbował jak smakuje ta roślina.
                            Pytam się Alego czy na brzegach Nilu rośnie obecnie papirus. twierdzi, że
                            czasem można znaleźć małe kępki papirusu, posadzone przez fellacha, ale od
                            czasu wybudowania pierwszej Tamy Asuańskiej przez brytyjczyków, cała produkcja
                            papirusu na potrzeby turystów pochodzi z Sudanu. Szkoda, bo bardzo chciałem
                            zobaczyć jak ta roślina wygląda. Zaciekawiło mnie to ze wzgledu na kształt
                            kolumn, których kapitele (zwieńczenia) przedstawiane są na kształt kwiatu
                            lotosu i papirusu.
                            Kiedy zbliżyliśmy się ok. 30-40 km do Luksoru skręcamy w prawo i kierując się
                            na zachód znów przekraczamy Nil. Droga wiedzie do Dendery poprzez bardziej
                            uprzemysłowione miasteczka. Widać obok drogi kolejkę wąskotorową, która zwozi
                            trzcinę cukrową do fabryki. Mijane miasteczka są już na pierwszy rzut oka
                            bogatsze, czystsze i bardziej kolorowe, choć wioski to nadal wyłącznie
                            lepianki, w których nawet najbieedniejszy Polak wstydzilby się zamieszkać. Ich
                            ściany nie są nawet pobielane i zastanawiamy się z żoną jak wyglądają one od
                            środka. Czy jest w nich podłoga, czy jedynie klepisko, czy dachy z trzciny
                            chronią mieszkańców przed żarem?
                            Koleną rzeczą jaka rzuciłą nam się w oczy poza ubóstwem to niesamowity wręcz
                            brud na brzeach kanałów nawadniających, czy Nilu, i to nie tylko w wioskach.
                            Również w miastach byliśmy świadkami wyrzucania wszelkich odpadów i śmieci do
                            wody, którą kawałek dalej kobiety pobierają z kanałów wiadrami, a jeszcze gdzie
                            indziej gospodynie domowe piorą ubrania stojąc po kolana w wodzie.
                            W niektórych miejscach brzegi tych kanałów bardziej przypominają polskie
                            wysypiska śmieci. A wszystko to kilka metrów od zabudowań. STRASZNE.
                            Po czymś takim człowiek zaczyna uważać, że mentalność ludności muzułmańskiej
                            jest chora, bo jeśli nawet sami dbają o czystość osobistą, to wszystko wokół
                            nich traktują jak wielki śmietnik i jeśli nawet w Hurghadzie wokół terenów
                            hotelowych wszystko wygląda cacy, to wystarczy tylko zboczyć z utartych ścieżek
                            by smród i brud zaczął nas kłuć w oczy. A najgorsze, że biorąc pod uwagę pogodę
                            panującą w tym kraju, odpadki te będą leżały tam po wieki i kiedyś cywilizacja
                            ta zniknie pod ich zwałami, bo brak wilgotnych pór roku praktycznie
                            uniemożliwia rozkład tych odpadków.
                            No chyba, że wszystko pochłonie piach. Ale wtedy pochłonie on również z takim
                            trudem wyrywane pustyni małe spłachetka pól uprawnych, które żywią tyle
                            milionów ludzi w Egipcie.

                            Dojeżdżamy do Dendery. Tutaj już nie widać takich ilości policji jak w Abydos.
                            Na parkingu stoi również sporo autokarów i samochodów, które wcześniej
                            przyjechały do świątyni z turystami. Najwięcej krąży (oczywiście poza
                            tubylcami) Japończyków.
                            Kupujemy w kasie bilety 12 LE/os, więc bardzo tanie i poprzez niewielką bramę,
                            która jest jedyną pozostałością po okalającym starożytnym murze wchodzimy na
                            teren świątyni.

                            C.D.N.
                            (kolejny odcinek: "Zwiedzamy najpiękniejszą i najlepiej zachowaną świątynię w
                            Egipcie).
                            • pc_maniac Dendera, powrót do Luksoru 28.07.04, 15:31
                              Zjeżdżamy na parking naprzeciw Świątyni. Nasi opiekunowie egipscy informują nas
                              o której mamy wrócić by zdążyć na konwój.
                              My zaś ruszamy rozkoszować się tchnieniem historii przez wieki zagrzebanej w
                              piasku pustyni. Przekraczamy pylon
                              będący fragmentem muru okalającego kompleks świątynny i w grupie turystów
                              podążamy w kierunku głównego obiektu. Z lewej i prawej strony alei
                              porozstawiane są fragmenty rzeźb wykopanych w Denderze. Do opisu tego miejsca
                              wrócę jeszcze w związku z bieganiem po dachu świątyni. Mniej więcej 50-70 m od
                              świątyni głównej, po prawej stronie oczom naszym ukazuje się mała świątynia,
                              jak się potem okazuje poświęcona bogowi Besowi. Był to w starożytności bardzo popularny bożek, przedstawiany w
                              postaci brzydkiego karła, opiekujący się kobietami ciężarnymi oraz w połogu,
                              niestety obecnie prawie zapomniany. Tak się dziwnie skłąda, że cała czereda
                              turystów rzuciła się w kierunku głównej światyni, więc postanawiamy z żoną, że
                              nie będziemy tłoczyć się jak stado baranów z tą falą i najpierw obejrzymy sobie
                              Świątynię Besa. Był to bardzo dobry pomysł, bo mogliśmy ją odwiedzić w całkowitej
                              samotności, wchodząc po krętych schodach wąskiego korytarza na sam dach. Jeśli ktoś z Was ma klaustrofobię, to w tym krętym,
                              wąskim korytarzu będzie się czuł nieswojo, ale reliefy na ścianach wynagrodzą
                              mu ten trud.
                              Po wypstrykaniu kilku zdjęć wracamy tą samą drogą na zewnątrz. Obok stoi bardzo
                              dobrze zachowane tzw. Mammisi
                              , czyli Dom Narodzin z I w.n.e swym kształtem przypominający Kiosk Trajana na
                              wyspie File. A nie jest to przypadek, ponieważ obiekt ten również zbudowany był
                              przez cesarza Trajana.
                              Pomiędzy Kioskiek, a boczną nawą głównej Świątyni Hathor odkopano ruiny ośrodka Leczniczego z czasów rzymskich. Niestety są one w złym stanie, a niektóre
                              fragmenty jedynie wskazują ogólny zarys tego obiektu.
                              Postanawiamy udać się do głównego obiektu. Świątyniaa poświecona jest bogini Hathor i to właśnie jej podobizna widnieje na
                              kapitelach wieńczących kolumny.
                              W środku podziwiamy obszerną Salę Hypostylową, gdzie również wszystkie kolumny zwieńczone są podobiznami
                              bogini z uszami krowy. Niestety, w okresie budowania tej świątyni Egipt nie był
                              państwem zbyt bogatym, więc większość reliefów zdobiących salę wykonanych jest
                              tańszą, ale przez to trwalszą metodą reliefu wklęsłego. Nie jest on tak trudny
                              do wykonania i piekny jak relief wypukły ze Świątyni w Abydos. W lewej części,
                              na suficie znajduje się malowidłaa przedstawiające egipskich bogów podróżujących wśród gwiazd na barkach
                              solarnych.
                              Z boków Sali Hypostylowej prowadzą dwa wąskie, kręte korytarze biegnące w górę, a kończące się na dachu. Udajemy sie tam i po wejściu na
                              sam szczyt widok zapiera nam dech w piersiach...
                              Już sam fakt, że stąpamy po śladach kapłanów, którzy w tym miejscu odprawiali
                              nieznane nam rytuały do starożytnych bogów jest intrygujący, ale obraz jaki
                              przed nami się rozpościera jest cudowny. Dach okala mur (na kształt
                              dzisiejszych ogniomurków), po przeciwleglej stronie znajduje się kiosk,
                              na śodku zas świetliki, prze które do wnętrza świątyni sączyło się światło
                              słoneczne, obecnie ze względów bezpieczeństwa przykryte dość niefortunnie
                              brzydkimi siatkami. Postanawiam wejść na mur okalający i zrobić z niego kilka
                              zdjęć z góry. Jest on dość szeroki (jakiś 1 m), mimo to łydki trochę mi się
                              trzęsą, bo nie ma tutaj zabezpieczeń, a fruwać nie potrafię.
                              U dołu po prawej stronie znajduje się Święte Jezioro, niestety zarośnięte bujną roślinnością, jaka znalazła sobie tam
                              dogodne do wegetacji miejsce. Po lewej, poza resztkami stojącego nieopodal drugiego pylonu wejściowego na teren kompleksu świątynnego, jak okiem sięgnąć
                              rozpościera się pustynia. Zaś za głównym obiektem przycupnęła mała Świątynia Izydy, którą teraz podziwiam z wysokości 3-4 piętrowego bloku.
                              Kurcze sam się sobie dziwię, że tak kicam po tym murze, ale przecież nie
                              każdemu zdarza się taka gratka, a fotki są tego warte.
                              Za naszymi plecami, a więc nad wejściem głównym do Świątyni robię ostatnie zdjęcie placu, gdzie jak opisywałem na początku, rozłożone są bezpośrednio na ziemi
                              fragmenty wykopanych zabytkowych rzeźb i elementów budowli. Pomiędzy nimi
                              rozstawione są również sarkofagi jakie odkryto w Denderze, ale już bez ich
                              zawartości, tą przeniesiono do Muzeum Egipskiegow Kairze.
                              Postanawiamy wrócić do Sali Hypostylowej drugim zejściem, które rozpoczyna się
                              w dziwnej sali. Cały jej sufit jest czarny od sadzy, gdzie niegdzie jednak
                              ludzkie oko może wychwycić malowidło przedtawiające twarz jakiejś bogini
                              (prawdopodobnie Hathor). Jak czytamy w przewodniku, piasek wokół świątyni, po
                              jej zasypaniu przez wieki, sięgał aż do samego dachu i plemiona koczownicze
                              zamieniły tą sale na dachu w swego rodzaju lokum chroniące ludzi przed burzami
                              piaskowymi. Zaś czarna sadza na suficie to pozostałość po palonych tuaj
                              ogniskach.
                              Schodzimy na dół i tym razem z Sali Hypostylowej udajemy się środkową nawą do głównej sali Świątynnej, gdzie już na pierwszy rzut oka widać
                              większy przepych zdobniczy niż w pozostałych pomieszczeniach. Tutaj znajduje
                              się sanktuarium świątynne. ściany ozdobione są wypukłymi reliefami przedstawiaącymi sceny składania darów bogom oraz obrządki
                              religijne. Tak się składa, że ekipa egipskiej telewizji zainstalowała się w tym
                              pomieszczeniu chcąc nakręcić jakieś ujęcia profesjonalnym sprzętem. Włączyli
                              przy tym silne halogeny oświetlające całą salę, więc wykorzystuję nadarzającą
                              się okazję by zrobić kilka fotek nie martwiąc się zbytnio o podparcie aparatu i
                              krótki czas naświetlania. Ciekaw jestem czy filmują na potrzeby reklamy
                              turystycznej, jakiegoś programu popularno-naukowego, czy też to kolejna
                              kiczowata produkcja filmowa Made In Egypt?!

                              Żona zaczyna mnie dość ostro ganić, że już 15 minut temu powinniśmy znaleźć się
                              w samochodzie, a ja tu jeszcze łażę i robię fotki, więc biorę nogi za pas i
                              biegnę nie zważając na powagę miejsca w kierunku wyjścia. Okazuje się, że nasz
                              kierowca i jego kuzyn mało sobie włosów z głowy nie wyrywają, że się spóźniamy,
                              bo konwój już ruszył.
                              Szybko ładujemy się do taksówki (biżu - jak mówią Egipcjanie, b prawie każda
                              taksówka w Egipcie to francuski Peugeot) i rwiemy co sił w silniku, by dogonić
                              czoło konwoju.

                              Po tak ciekawym i nieco męczącym dniu widoki za oknem samochodu robią
                              na mnie niewielkie wrażenie. Jednak w tej chwili nie zdaję sobie sprawy, że to
                              nie koniec w tym dniu obcownia z historią starożytną.
                              Ale to już w następnym odcinku pt."Muzeum L
                              • Gość: alex Re: Dendera, powrót do Luksoru IP: *.operon.com.pl / 213.17.198.* 29.07.04, 13:53
                                Dzięki za pasjonującą relację. Wywołując ten temat nie sądziłam, że kryją się
                                za tym takie skarby. W ogóle czuję się przedziwnie. W tym roku byłam w Egipcie
                                pierwszy raz i już wiem na pewno, ze nie ostatni. Niczego nie podejrzewając
                                wkroczyłam w inny obszar świadomości, świadomości, której o której istnieniu
                                dotąd nie wiedziałam. Otóż stałam się uczestniczką zbiorowych odczuć, elementem
                                naczyń połączonych, których odzwierciedleniem jest to forum.
                              • pc_maniac Muzeum Luksorskie, Mumifikacji. Plany na jutro 03.08.04, 21:35
                                Dojeżdżamy do rogatek Luksoru. Tutaj nasz niewielki konwój (10 pojazdów + 2
                                Policji Turystycznej, bez uzbrojonych policjantów) rozdziela się i dalej
                                poruszamy się samotnie w kierunku hotelu Horus.

                                Ostatnie rozmowy z organizatorem wyjazdu przynoszą sensacyjną informację.
                                Okazuje się, ze jego ojciec ma na Zachodnim Brzegu dom, którego pokoje
                                wynajmuje turystom. Oczywiście skrzętnie notuję ten fakt by przekazać go dalej
                                po powrocie do kraju. Ceny kształtują się od 60 LE za pokoj 2-osobowy na dobę.
                                Mamy jutro rano zwiedzić Zachodni Brzeg i po powrocie spakować manatki. Według
                                naszego grafika, jaki ustaliliśmy jeszcze w Polsce mamy jutro wyjechać do
                                Asuanu.
                                Żeby nie polecać komukolwiek jakiejś nory, podejmujemy decyzję, że nazajutrz
                                wygospodarujemy nieco czasu by zobaczyć te pokoje do wynajęcia. Oczywiście nasz
                                egipski przyjeciel z takkiej decyzji bardzo sie ucieszył. Umawiamy się na rano,
                                ze pokaże nam jak tam dotrzeć i po dojechaniu do hotelu rozstajemy się.
                                No tak, jeszcze kwestia zaplaty za wspaniałą wycieczkę do Abydos i Dendery.
                                Choć cena jaką utargowaliśmy wynosiła 150 LE, to sami widząc, ze była to bardzo
                                długa (bo aż do wieczora) i męcząca wyprawa, a nasi Egipcjanie sprawili się na
                                medal, po zapłacie tych 150 LE, dokładamy jako bakszysz jeszcze 25 LE. My nie
                                zbiedniejemy, a im zrobiło się z tego powodu bardzo miło i poklepując się i
                                ściskając żegnam naszych organizatorów.

                                Żona i ja jesteśmy nieco zmęczeni dzisiejszym dniem, a jesteśmy nieco głodni,
                                więc postanawiamy kupić coś do jedzenia na wynos i zrobić sobie ucztę w pokoju
                                hotelowym. Restauracja hotelowwa niestety albo jest zamknięta bo mieszka mało
                                turystów, albo zbyt późno wróciliśmy z objazdu.
                                Wybieramy się główną ulicą odchodzącą od naszego hotelu w kierunku wschodnim
                                (jest to również główna ulica biegnąca prostopale od Świątyni Luksorskiej), w
                                poszukiwaniu jakiejś przyjemnej i czystej knajpki, bo niestety te
                                bardziej "egzotyczne" egipskie czystością niestety nie grzeszą. Wygląd ich
                                przypominał mi niekiedy nasze Bary Mleczne, jednak w wersji dla 4 klientów -
                                czyli glazura, lamperia, cerata i brudna szmata. Hehe, pamięta ktoś bar mleczny
                                w filmie "Miś"?. To właśnie coś takiego.

                                Kupujemy kurczaka, jakieś nadziewane mięskiem i warzywami specjały prosto z
                                gorącego oleju (wyglądem przypominają nieco nasze gołąbki, lecz smażone w
                                głębokim oleju, nazwy niestety nie pamiętam). Wracamy inną trasą przez suk
                                (bazar), który kończy się przy naszym hotelu, więc trudno zabłądzić. Na jakimś
                                straganie ze słodkościami kupujemy orzeszki polewane lukrem i obtaczane w
                                sezamie (PYCSZOTA- do dzisiaj pamiętam ten smak!!). Obowiązkowy zakup Coli
                                (jestem nałogowcem ;o) i mineralki, i z zakupami ruszamy do naszego lokum, po
                                drodze wpierniczając jedzonko, bo od samego zapachu już nam ślinka cieknie.
                                Kupujemy jeszcze obok hotelu chleb, przypominający do złudzenia polski, za 50
                                piastrów. Po dotarciu do pokoju robimy sobie porządną POLSKĄ KAWĘ (hehe, a
                                gdzie w polsce rośnie kawa?!).
                                Wysyłamy SMS'y do kraju z basicową relacją z podróży, podziwiamy widok z
                                balkonu na Świątynię Luksorską nocą i wypoczywamy.

                                Jest godzina 18:00 więc trochę szkoda tracić wieczór na siedzenie w pokoju.
                                Postanawiamy wybrać się do Muzeum Luksorskiego. Niestety żona za bardzo nie ma
                                ochoty tam iść więc ubijamy targu - ona pójdzie do Muzeum Mumifikacji, które
                                znajduje się zaledwie kilkaset metrów od M. Luksorskiego na promenadzie
                                Corniche nad samym Nilem, a ja zwiedzę to drugie. Niestety mamy tylko jeden
                                aparat, więc żona zostaje na ławeczce podziwiając widok Nilu nocą i
                                rozświetlony Zachodni Brzeg jaki się rysuje w oddali.
                                Ja z załadowanymi nowymi akumulatorami idę do Muzeum.
                                Już pierwsze wrażenie po wejściu do środka nastraja bardzo pozytywnie. Obiekty
                                są pięknie wyeksponowane, nie poupychane jak w Muzeum Egipskim w Kairze, nie ma
                                tłoku, każdy eksponat świetnie opisany.
                                Żeby nie żonie nie było żal, ze nie przyszła tu ze mną postanawiam zrobić
                                zdjęcia prawie wszystkim eksponatom, a jest to możliwe, bo aż takiej ilości jak
                                w Kairskim tutaj nie ma. Nikt się nie interesuje, że robię zdjęcia, poza
                                nielicznymi zwiedzającymi, którzy z uprzejmością, zrozumieniem i uśmiechem
                                usuwają się sprzed aparatu. Niestety, nie wszystkie fotki wyjdą, nie zawsze
                                jest gdzie podeprzeć aparat by naświetlał bez poruszenia ile ma ochotę.
                                Wchodzę na górę. Tutaj znajdują się najciekawsze skarby z okresu panowania
                                Amenhotepa IV. Wiecie kto to był? Tak, oczywiście - to Echnaton. Niestety,
                                głowa Echnatona jest obecnie poddawana renowacji i zawinięto ją szczelnie w
                                folię. Chyba musiałem mieć bardzo kwaśną minę, bo pracownik muzeum macha do
                                mnie żebym podszedł i łamaną angielszczyzną tłumaczy, że na chwilkę ją odwinie
                                z kokonu. Łapię się za portfel by dać mu bakszysz... kurcze, nie mam portfela,
                                zostawiłem żone przed muzeum. Tłumaczę mu, że niestety nie mogę mu się
                                zrewanżować. On zaś pyta się skąd jestem, a gdy dowiaduje się, że z Bolanda, to
                                cieszy się jak dziecko, zaczyna opowiadać, ze pracował na wykopaliskach u prof.
                                Michałowskiego, pomagał w restaurowaniu Św. Hatszepsut i poklepujac mnie
                                tłumaczy żebym nie martwił się, ze nie mogę mu dać bakszyszu.
                                Robię zdjęcie głowie Echnatona i udaję się do sutereny muzeum. Tutaj znajdują
                                się statuy bogów Egiptu, zaś z tyłu na scianach olbrzymimi literami znajdują
                                się napisy co one przedstawiają. Poprostu raj dla fotografa, nie dość, że można
                                ująć obiekt, to jeszcze widać na zdjęciu jego nazwę.
                                Zbór najleszych zdjęć z Muzeum Luksorskiego

                                Wracam do żony. Bidulka zaczęła już się nieco nudzić. Okazało się, że siedząc
                                na promenadzie w chustce na głowie prawdopodobie brano ją za mieszkankę Luksoru
                                i nikt nawet nie zwrócił na nią uwagi, co w Egipcie wobec samotnej kobiety jest
                                wprost cudem ;o)
                                Utwierdzamy się w tym przekonaniu, gdy idąc w kierunku Muzeum Mumifikacji
                                podchodzi do nas jakiś Egipcjanin i zaczyna się coś żonę pytać po arabsku.
                                Hehe, i on i żona mają miny dość zdziwione, on, że nie zauważył, ze rozmawia z
                                Europejką, żona zaś że nie zrozumiała ani jednego słowa z tego co mówił. Gosć
                                uśmiechnął się głupio, machnął ręką i odszedł.

                                Trochę zajęło nam znalezienie tego cholernego muzeum. Niestety nie zadbano o
                                reklamę w widocznym miejscu, więc musieliśmy posłużyć się przewodnikiem
                                National Geographic i na planie zlokalizować na czuja wejście do muzeum.
                                Wygląda ono mało zachecająco. Wygląda bardziej jak zejście do podziemnej
                                toalety pod deptakiem.
                                Teraz moja kolej na wylegiwanie się na ławeczce. Żona bierze w łapki aparat i
                                zasuwa na szybki kurs mumifikacji ;o). Może Was to zdziwi, ale mnie podziwianie
                                truposzy, nawet wypchanych jakoś nie pociąga.

                                Po pół godzinie wraca nieco rozczarowana. Zrobiła nieco fotek, ale niestety,
                                pomieszczenia są tak małe, że nie za bardzo jest jak uchwycić najlepsze ujęcia.
                                Osobiście nie poleca zwiedzania tego przybytku, ale jeśli ktoś miałby czas, a
                                nie miał co robić to czemu nie. Można zajrzeć i tam.
                                zdjęcia z Muzeum Mumifikacji w Luksorze

                                Wracamy do domciu. Tutaj idąc spać zastanawiamy się nad planami na następny
                                dzień. Oboje dochodzimy do wniosku, że podróż do Asuanu po całodniowym
                                zwiedzaniu Zachdnich Teb będzie bardzo męcząca. Postanawiamy więc zostać w
                                Luksorze całą dobę dłużej. Nie zgadzamy si e jednak w innej sprawie - gdzie
                                zostać ten dzień dłuzej. Ja optuję by przenieść się do tego "Gościnnego Domu"
                                Alego(bo tak go określał Ali po angielsku), żona zaś wolałaby przedłużyć dobę w
                                hotelu. Na szczęście staje na moim :o)))
                                Ale to dowiecie się już w następnym odcinku, a my idziemy lulu przy
                                oglupiających dźwiekęch klaksonów dobiegajacych z ulicy Al Karnak. Przez pewien
                                czas zaczynam liczyć ile najdłużej sekund mija pomiędzy jednym klaksonem, a
                                drugim, aż w pewnej
                                • pc_maniac c.d. Muzeum Luksorskie, Mumifikacji. Plany na jutr 03.08.04, 21:38
                                  (c.d. poprzedniej części - nie zmeściło się)

                                  Ale to dowiecie się już w następnym odcinku, a my idziemy lulu przy
                                  ogłupiających dźwiekęch klaksonów dobiegajacych z ulicy Al Karnak. Przez pewien
                                  czas zaczynam liczyć ile najdłużej sekund mija pomiędzy jednym klaksonem, a
                                  drugim, aż w pewnej chwili zasyyyyypiam.

                                  (w następnym odcinku - Przenosimy się do wspaniałego lokum, ruszamy na kolejny
                                  podbój Zachodnich Teb)
                                  • pc_maniac Zmieniamy lokum,zwiedzamy grobowce(5 dzień pobytu) 11.08.04, 21:28
                                    Rano umówiliśmy się z Alim by móc pożegnać się z nim.
                                    Po śniadaniu i ze wszystkimi bagażami wychodzimy z hotelu.
                                    Oczywiście Ali już czekał przed hotelem. Jakież było zdziwienie gdy dowiedział
                                    się, że nie tylko nie wyjeżdżamy dzisiaj z Luksoru, ale zmieniamy lokum, na
                                    które wybraliśmy pokoje gościnne w domu jego ojca.

                                    Cały podekscytowany pomaga nam nieść bagaże na prom przez Nil. Niestety prom
                                    właśnie odpłynął, a następny dopiero kompletuje pasażerów. Decydujemy się wziąć motorówkę. Przecież nie będziemy na urlopie sępić kilku funciaków?!
                                    Po drugiej stronie rzeki Ali prowadzi ans kilkaset metrów główną ulicą biegnącą
                                    w kierunku Kolosów Memnona. Zanim jednak do nich doszliśmy Ali skręcił obok stacji benzynowej
                                    w lewo, prowadząc nas małą uliczką do całkiem okazałego domu.

                                    Pokoje gościnne znajdują się na I piętrze, z oknami na zachodnie pasmo gór,
                                    gdzie przycupnęła Dolina Królowych i Grobowce Dostojników. W samym sąsiedztwie
                                    znajduje się kilka sporych domów Egipcjan z niewielkimi poletkami i łączkami gdzie pasą się wielbłądy.

                                    Ali pokazuje nam pokój sypialny (baaardzo przytulny, czysty, odmalowany, z
                                    nowiutkimi pochatymi kocami). Za chwilę przychodzi jego ojciec i przynosi nam
                                    dodatkowe koce, również wyglądające jakby dopiero wyjęto je pierwszy raz z
                                    opakowania. "To żeby Wam nie było zimno w nocy" mówi i ustala z nami na którą
                                    ma przygotować obiad, bo nie ma nawet mowy byśmy mieli jeść na mieście.
                                    Zostawiamy bagaże, szykujemy plecaczek z przewodnikami, aparatem
                                    fotograficznym, mapki, które sobie wydrukowaliśmy jeszcze w Polsce i buteli z
                                    wodą mineralną, i ruszamy na zwiedzanie.
                                    Ali jeszcze informuje nas, że jeśli bedziemy zaczepiani przez tubylców mamy
                                    mówić, że mieszkamy u naszego przyjaciela Alego i dadzą nam spokój. Pytam się,
                                    czy tylko on am tak na imię i czy wszyscy go tutaj znają?!
                                    Odpowiada, ze nie, ale taki tekst zawsze skutkuje, bo Egipcjanin wie, że ktoś
                                    miejscowy ma nad nami pieczę. Co faktycznie ze skutkiem sprawdziliśmy kilka
                                    razy.

                                    Idziemy do głównej drogi, a tam zatrzymujemy nadjeżdżający busik.
                                    Są one nietypowe, bo bardziej przypominają mały samochodzik dostawczy z
                                    wejściem po schodkach od tyłu, z zamontowanym nadwoziem, gdzie po obu stronach
                                    znajdują się ławeczki. Wielu Egipcjan podróżuje nim wisząc w drzwiach.
                                    Cena baaardzo atrakcyjna bo aż 50 piastrów.
                                    Piersza nasza podróż tym środkiem transportu już okazała się atrakcją, bo
                                    odbywała się w towarzystwie Imama z pobliskiego meczetu. Chyba, mimo różnic
                                    kulturowych jakie dzielą nasze kraje dość pozytywnie patrzył na nas widząc, że
                                    żona przysłoniła włosy chustką. O dziwo zauważyłem nawet na jego twarzy uśmiech.

                                    Dojeżdżamu do kasy biletowej Zachodniego Brzegu. Tam ustalamy plan zwiedzania.
                                    Postanawiamy obejrzeć Grobowce Dostojników, usytuowane obecnie bardzo nietypowo
                                    bo pomiędy domami wioski Stara Kurna oraz do najdalej położony obiekt, jakim jest Świątynia Seti I.

                                    Kupujemy 8 biletów. 6 biletów do grobowców, a 2 do świątyni. Grobowce
                                    podzielone są na 4 (lub 5, bo nie pamiętam) grup. Każda zaś grupa opiewa na 4-5
                                    grobowców. Z kasy do Starej Kurny jest zaledwie 400-500 m, więc leniwym
                                    spacerkiem kierujemy się na północ.

                                    Cała góra, a zarazem wioska przetkana jest grobowcami. Niektóre wejścia
                                    znajdują się nawet w piwnicach domów.
                                    Władze egipskie wybudowały całe nowe miasteczko nazwane Nową Kurną i próbowały
                                    przesiedlić tam mieszkańcó Starej Kurny. Niestety, tubylcy wiedzieli jakie
                                    skarby kryją się pomiędzy ich domami i odmówili przeprowadzki. Władze próbowały
                                    wymóc na nich tą decyzję wzywając siły policyjne i wojsko. Z tego co
                                    przeczytałem doszło wtedy do ostrych potyczek i walk ulicznych, które
                                    praktycznie nie dały rezultatów. Musiano pójść na kompromis, w którym
                                    mieszkańcom zapewniono pierwszeństwo przy otrzymywaniu pracy związanej z
                                    renowacją grobowców oraz ich pilnowaniem i pracą bileterów, zaś mieszkańcy
                                    zapewnili, że nie będą prowadzic prac wykopaliskowych na własną rękę. Czy
                                    dotrzymują tego przyżeczenia?! Nie wiem.
                                    Zaczynamy nasze zwiedzanie od grobowca Sennefera (nr 96) urzędnika Amenhotepa II Zwróćcie uwagę na pierwsze
                                    zdjęcie. Architekt w bardzo oryginalny sposób wykorzystał nierówności sufitu,
                                    by stworzyć plastyczny obraz winorośli. Drugie zdjęcie przedstawia Sennefera w otoczeniu swoich córek. Następnie udajemy się z rozgadanym Egipcjaninem,
                                    pilnującym tej grupy grobowców do Grobowca Rechmire (nr 100)-gubernator z okresu panowania Totmesa III i Amenhotepa II. Malowidło przedstawia zbieranie podatku dla Faraona, w postaci płodów
                                    rolnych czy rękodzieła.

                                    Oczywiście nie byłbym sobą gdybym nie polazł tam gdzie turystom nie wolno, więc
                                    gdy tylko nadarzyła się okazja wszedłem prawie na sam szczyt góry, gdzie były
                                    wykuwane grobowce, by podejrzeć co tam się znajduje. Wiele z grobowców jest
                                    pisana jedynie jako numer katalogowy dopóki archeologowie nie odkryją do kogo
                                    należały.
                                    Styczeń jest wymażonym okresem dla archeologów - nie ma upału, turyści nie
                                    włażą na głowę. W pobliżu jednego z grobowców trafiam właśnie na niemiecką
                                    misję archeologiczną. Wymieniam kilka uprzejmości z panią archeolog, która
                                    dopilnowuje Egipcjan wynoszących na zewnątrz gruz. O dziwo nie ma pojęcia kto
                                    to był prof. Michalowski, co jest dziwne, bo każdy starszy Egipcjanin
                                    mieszkający tutaj uznaje go za GURU archeologii.
                                    Kilkanaście metrów dalej kolejna grupa archeologów odkrywa tajemnice starożytności. Robię po cichu kilka
                                    fotek i zmywam się by nie być przegoniony jako intruz (czytaj - "stonka
                                    turystyczna").

                                    Następny obiekt zwiędzam już sam. Żona niestety nadwerężyła sobie ścięgno stopy
                                    podczas chodzenia po górach i nie jest w stanie swobodnie chodzić. Ja wchodzę
                                    do do grobowca Userhata (nr 51). Kiedy ja zwiedzam grobowieca , żona odpoczywa na murku prowadząc ożywioną rozmowę z kolejnym tubylcem.
                                    Oczywiście dyskusja dotyczy całej rodziny Egipcjanina, jego pracy, czy też
                                    Polski, której jest bardzo ciekaw.

                                    Gdy rozmówca zauważa, że żona utyka postanawia wykazać się swoimi zdolnościami
                                    masażu na jej stopie. Moja druga połowa nie za bardzo ma na to ochotę, ale
                                    Egipcjanin wola swojego kolegę, by ten potwierdzil, że się na tym zna i jest w
                                    Starej Kurnie czymś w rodzaju znachora, pomagającego mieszkańcom. Cóż, nie
                                    wypada odmówić oferowanej pomocy, więc chcąc nie chcąc moja druga połówka musi
                                    poddać się zabiegom usprawniającym jej narząd ruchu.
                                    Ponoć masaż (i nastawianie stopy, choć zbyteczne) pomógł. Tyle, że na
                                    kilkanaście minut. Ale ważne są intencje.

                                    Grobowiec Userchata (nr 51) to kolejny obiekt na naszej trasie, będący już w drugiej
                                    grupie grobowej. Jego wystrój (jak się potem okazało) przypomina nieco małą
                                    Świątynię Ramzesa II na wyspie Kalabsche. Podobnie jak tam, centralne miejsce
                                    to wykuta w skale nisza przedstawiającego boginię Hatchor.
                                    Po wysłuchani
                                    • pc_maniac c.d.Zwiedzania grobowców (5 dzień pobytu) 11.08.04, 22:20
                                      Grobowiec Userchata (nr 51) to kolejny obiekt na naszej trasie, będący już w drugiej
                                      grupie grobowej. Jego wystrój (jak się potem okazało) przypomina nieco małą
                                      Świątynię Ramzesa II na wyspie Kalabsche. Podobnie jak tam, centralne miejsce
                                      to wykuta w skale nisza przedstawiającego boginię Hatchor.
                                      Po wysłuchaniu łamaną (oj bardzo łamaną ;o)) angielszczyzną historii tego
                                      urzędnika i jego grobowca, udajemy się Grobowca Chaemhata (nr 57).
                                      Jest to jeden z większych obiektów wśród Grobowców Dostojników. Widać facet
                                      miał wielkie ambicje. Był on pisarzem Amenhotepa III.
                                      Jak widać słowa piosenki "ucz się Jasiu, ucz się ucz, bo wiedza to potęgi
                                      klucz" była już znana w Starożytnym Egipcie ;o))
                                      Co jeszcze poza wielkością wyróżnia ten grobowiec, to przepiękny relief
                                      przedstawiający Chaemhata, a szczególnie fantastycznie oddany przez rzeźbiarza
                                      wygląd trefionych włosów właściciela.

                                      Czas na następną atrakcję nekropolii. Jest nią Grobowiec Ramosego (nr 55) gubernatora Teb w okresie rządów Amenhotepa III i Echnatona.
                                      a oto inne zdjęcie z tego obiektu.
                                      Jest on obecnie w trakcie renowacji, sądzę, że kiedy się zakończy będzie to jeden z
                                      ładnieszych zabytków grobowych.

                                      Kolejny grobowiec to miejsce spoczynku Userhata (nr 56). Nie mylić z Userhatem z grobowca (nr 51). Ten urzędnik stawiał w wystroju swego miejsca
                                      spoczynku na malowidła w bardzo ostrych barwach (powiedziałbym, że nieco
                                      obciachowych, ale coż, znawcą sztuki nie jestem). A może mu poprostu kasy mu
                                      nie starczyło na rzeźbiarzy?!

                                      Ze względu na kuśtykającą żonę, idziemy powolnym spacerkiem do kolejnego
                                      grobowca. Jest to Grobowiec Benia (nr 343) wezyra i ministra w okresie rządów Amenhotepa II.

                                      Imoenka, narzekając na bolącą sopę, ma już nieco dość tego łażenia, ale stara
                                      się nie dac po sobie tego poznać, więc postanawia poczekać na mnie przy
                                      poprzednim grobowcu (oczywiście wysłuchując ze stoickim spokojem "pasjonującej
                                      historii rodu "ochroniarza" przekazywanej w angloegiskim narzeczu wspomaganym
                                      chwilami "językiem migowym").
                                      Ja zaś udaję się do ostatniego grobowca Chonsu (nr 31) wezyra z okresu rządów Totmesa III.

                                      Po krótkim odpoczynku i spisaniu na kartce kolejnych zdjęć, by po powrocie mieć
                                      ściągę przy opisywaniu fotek, udajemy się w kierunku Świątyni Seti I.

                                      Po drodze dołącza do nas młody Egicjanin proponując poczestowanie
                                      nas "marychą". Grzecznie, acz stanowczo odmawiamy, zdając sobie sprawę, że
                                      więzienia w tym kraju nie są w planie naszego zwiedzania, a ponoć warunki w
                                      nich są zdecydowanie gorsze niż w najpodlejszym hotelu. Narkotyki w tym kraju,
                                      choć jak sami zauważyliśmy, są na porządku dziennym, to jednak władze stanowczo
                                      przed tą plagą XX wieku przestrzegają.

                                      Nasz towarzysz, co normalne u Egipcjan, postanawia nam towarzyszyć w dalszej
                                      drodze zanudzając oczywiście cały czas gadaniem. Proponuje nam pokazać krótszą
                                      drogę do Świątyni Seti I, na co chętnie się zgadzamy. Jest to trafna decyzja
                                      ponieważ uchrania nas przed kolejnymi chmarami rzebrzących o słodycze dzieci,
                                      które nasz towarzysz już z daleka odgania po arabsku. Dowiadujemy się, ze
                                      mieszka pobliżu światyni i chętnie zaprosiłby nas na karkade. Niestety nasz
                                      czas nie jest z gumy, a jesteśmy na 18:00 umówieni w domu Alego na obiad, więc
                                      niestety musimy odmówić.

                                      Dochodzimy do Świątyni Seti I
                                      ale to już opiszę w następnym odcinku.

                                      c.d.n.
                                      (Zwiedzamy Świątynię Seti I, czyli wdrapuję się na dach świątyni, egiski
                                      obiadek, rozmowy przy kawie z naszymi gospodarzami. Jedziemy do Asuanu.)
                                      • pc_maniac Świątynia SETI I,rozmowy przy carcade (5 dzień) 30.08.04, 15:45
                                        Świątynia Seti I znajduje się w północnej części Zachodnich Teb. Idąc główną
                                        ulicą zachodniego brzegu docieramy do skrzyżowania. Skręcając w lewo dochodzi
                                        się do Doliny Królów, zaś w prawo miniemy Dom Howarda Cartera, a następnie
                                        dojdziemy właśnie do Świątyni Seti I(plan świątyni.

                                        Była to wspaniała budowla z piaskowca, przedstawiająca rzeczywistą twierdzę
                                        bogów. Obiekt otoczony był wysokim blankowanym murem, który w dużej części zachował się do dzisiejszych czasów. Co
                                        dziwiniejsze, mur ten posiadał również wieże, niestety te ostatnie zachowały
                                        się jedynie fragmentarycznie.
                                        Główny pylon, którym podążały procesje do świątyni, onbecnie znajduje się w
                                        dość nietypowym miejscu, granicząc z budynkami mieszkalnymi Kurny (el Gourna).
                                        "Nowością było wprowadzenie do fasady świątyni portyku z zamkniętymi kolumnami
                                        papirusowymi. Tym samym Seti I przełamał charakterystyczną dla wcześniejszych
                                        dynastii tradycję poprzedzania tarasów portykiem z filarami." (cyt.z pracy zbiorowej Egipt-świat faraonów).
                                        Zdjęcie przedstawia portyk widziany z dachu świątyni.

                                        Jedną z przyczyn, że do tego zabytku nie dociera zbyt dużo turystów (a szkoda)
                                        jest brak możliwości porozumienia się z personelem w jakimkolwiek cywilizowanym
                                        języku. Arabski, lub migowy wymagany ;o))
                                        Jednak nie brakuje pilnowaczom (no bo na ochroniarzy to oni nie wyglądali)
                                        chęci oprowadzenia każdego turysty po kompleksie, gadania po arabsku o... (no
                                        właśnie, o czym to oni nawijali?!) ile wlezie, co czasem doprowadzało nas do
                                        irytacji. Bo co innego pogadać sobie, a co innego słuchać nawijki przez
                                        godzinę, nie rozumiejąc ani słowa. Nasz przyjaciel z Hurghady Said stwierdził,
                                        że gdyby docierały tam wycieczki, to już po miesiącu wszyscy pracownicy byliby
                                        poliglotami. Chyba coś w tym jest.

                                        Na wprost wejścia, a przed główną świątynią, znajdują się pozostałości po pałacu, gdzie stojąc na balkonie faraon pozdrawiał procesje.
                                        Po prawej stronie mieściły się magazyny świątynne. Niestety również zachowały się jedynie w zarysie.

                                        Obchodzimy obiekt dookoła i docieramy do świątyni od tyłu. Tutaj nasz "przewodnik mimo woli" (naszej oczywiście) proponuje nam wdrapanie się na dach. Żona
                                        niestety nie reflektuje na taką atrakcję, ja zaś jak rasowy globetrotter, łapię
                                        aparat i zaczynam się wdrapywać. Dach nie jest w zbyt idealnym stanie i
                                        chwilami trzeba przeskakiwać nad dziurami wielkości słona. Pewnie przesadzam,
                                        ale patrząc przez te wyrwy w dół można poczuć się niezbyt komfortowo.
                                        Ale za to widoki z góry są wspaniałe. Mogłem obejrzeć sobie salę hypostylową z góry, portyk kolumnowy, czy też centralne pomieszczenia świątynne.
                                        Cóż, trzeba wreszcie zejść
                                        z poziomu bogów do świata ludzi.
                                        Wracamy przez portyk
                                        do sali hypostylowej, która jest obecnie poddawana renowacji. Na ścianach znajdują
                                        się płytkie reliefy przedstawiające obrządki religijne, jak również ofiary składane bogom przez kapłanów. Na sufitach przedstawione są kartusze Seti I oraz symbole Nechbet (sępa) i
                                        Uresza (kobry)- będącej znakiem władcy.
                                        Na koniec naszego pobytu w Świątyni Seti I postanawiamy przejść się po murze obronnym okalającym obiekt. Nad nami przelatuje balon z turystami podziwiającymi Zachodnie Teby z lotu ptaka.
                                        Robimy jeszcze kilka zdjęć i kierujemy się do wyjścia. Tym razem postanawiamy
                                        wrócić inną trasą. Przez Zachodnie Teby, równolegle do Nilu biegną dwie
                                        asfaltowe drogi, więc trudno tutaj się zgubić. Pierwszą, tą bardziej odległą, a
                                        zarazem bliższą zabytkom dotarliśmy do świątyni, teraz wracamy biegnącą bliżej
                                        Nilu, ciągnącą się wśród zielonych pól. Ponieważ żonie nadal dokucza stopa,
                                        zatrzymujemy lokalną taksówkę i nią, wraz z całą masą Egipcjan po ok. 10 km dojeżdżamy do punktu
                                        orientacyjnego, jakim jest dla nas stacja benzynowa. Jeszcze sto metrów i
                                        jesteśmy w domu Alego. Tak prawdę mówiąc, to jest dom jego ojca, ale o tym
                                        dowiemy się przy herbatce.
                                        Dom nie jest zamykany na klucz, więc spokojnie wchodzimy do środka pozdrawiani
                                        przez mieszkających w pobliżu tubylców.
                                        Zwyczajowo zostawiamy obuwie na parterze przy schodach i udajemy się do naszego
                                        pokoju na piętrze.
                                        Odświerzamy się w czyściutkiej łazience, a gdy wracamy do salonu ojciec Alego
                                        wnosi do salonu obfity posiłek. Oczywiście w stylu egipskim. Niestety,
                                        choćbyście mnie zabili, to nazwy tych dań zapomniałem.
                                        Siadamy do obiadku i zaczynamy pałaszować z wielkim apetytem. Tutaj dopiero pierwszy raz, ale nie ostatni
                                        zaczynamy rozumieć, że to co serwują restauracje hotelowe to nie jest egipskie
                                        jedzenie. W hotelach je się coś co Egipcjanie uważają za posiłki europejskie, a
                                        że nigdy takowych nie sopżywali, to nie mają zielonego pojęcia jak je
                                        przyrządzić. Więc serwują potrawy wyprane ze smaku.
                                        Zaś prawdziwa egipska kuchnia to feria smaków, gdzie pomiędzy ostrymi
                                        przyprawami można wyczuć nawet cynamon. Uwielbiają wszelkie wariacje z warzyw,
                                        pomidorów, czegoś co przypomina nasze malutkie ogóreczki, w czym prześcignęli
                                        nawet kuchnię węgierską. Podstawą tej kuchni jest oczywiście wołowina, lecz ze
                                        względu na niezbyt zamożne życie, nie je się jej codziennie.
                                        Po obiadku Ali przynosi herbatkę carcade oraz świeże owoce. Właśnie z pracy
                                        dociera jego starszy brat, więc zapraszamy ich do stoliczka na pogawędkę. Brat
                                        Alego jest po studiach, więc jego status jest w tym społeczeństwie nieco wyższy.
                                        Zna badzo dobrze angielski i z przyjemnością opowiada nam historię jego rodziny
                                        oraz zwyczaje egipskie. Jako najstarszy syn, a do tego żonaty, zajmuje pierwsze
                                        piętro domu. Parter oczywiście zarezerwowany jest dla rodziców. Ponieważ Ali
                                        już niedługo będzie mógł się ożenić, bo zbierze odpowiednie fundusze by
                                        utrzymać rodzinę, dobudowano dla niego kolejne piętro. Oczywiście dachu, jak
                                        każdy egipski dom, nie ma. Na ostatnim piętrze znajdują się schody (jak w
                                        piosence Led Zeppelin) prowadzące do nieba. Jeśli rodzina się powiększy o syna
                                        to dobuduje się kolejne piętro. Ojciec ożenił się jakiś czas temu ponownie,
                                        ponieważ jego poprzednia żona zmarła. Między bajki można włożyć opowiastki o
                                        wielożeństwie w Egipcie, choć są one religijnie dozwolone, to status finansowy
                                        (i wygodnictwo) nie przekonywuje do takich praktyk mężczyzn. Nie dziwota.
                                        Pomimo, że jest to kraj na wskroś patriarchalny, to w domu kobieta ma ostatnie
                                        słowo, a jeśliby miało mężowi marudzić kilka żon naraz, to chyba zabawa nie
                                        warta świeczki.
                    • Gość: Basik Re: Zachodni Brzeg-1 natarcie(3 dzień pobytu w Eg IP: *.jeleniag.cvx.ppp.tpnet.pl 23.02.04, 14:13
                      Bardzo proszę o odpowiedź na moje wątpliwości dotyczące zakazu fotografowania
                      względnie filmowania w Dolinie Królów/ Królowych. Czy obowiązuje całkowity
                      zakaz wnoszenia tam sprzętu czy też można wnosić kamery i aparaty, ale nie
                      wolno filmować/ pstrykać fotek tylko wewnątrz grobowców. Po przeczytaniu
                      Twojego opisu wnioskuję, że tylko wewnątrz jest to zabronione, ale może coś źle
                      zrozumiałam. Wolę się upewnić.
                      Pozdrawiam
                      Basik
                      • pc_maniac Aparaty i kamery w Dolinach grobowych 23.02.04, 15:05
                        Z Doliną Królów jest nieco inaczej niż z Doliną Królowych, ponieważ w tej
                        pierwszej jest punkt kontroli biletów (i bramka) przed wejsciem do doliny,
                        gdzie stoi policja turystyczna i zagląda do toreb. Kamery należy im zostawić w
                        depozycie. Aparaty przepuszczają, choć przewodnik mówił nam, że profesjonalne
                        również każą zostawić. Na wszelki wypadek kamerę zostawilem w autokarze, a
                        aparat schowałem do termopleckaka pod Coca-colę.
                        Zdjęcia można robić na zewnątrz, choć w środku (gdy nie ma tłumu) można dogadać
                        się za bakszysz. Warunek jeden - ZERO LAMPY BŁYSKOWEJ.
                        Na to nawet za bakszysz nie pójdą, bo boją się o stratę miejsca pracy -
                        japopieram ten przepis, więc wszystkie foty w obiektach zawsze robiłem bez
                        flesza. Z cyfrówką ustawioną na trwałym podłożu lub dociśniętą sztywno do
                        ściany nie ma problemu z naświetlaniem.

                        Inaczej ma się sprawa z Doliną Królowych. Tutaj nie ma wspólnej kontroli w
                        dolinie, jest zaś przy wchodzeniu do kolejnych grobowców. Również, jak w
                        poprzednim przypadku nie wolno robić zdjęć i filmów, więc każą pozostawić w
                        depozycie sprzęt. Ja jednak nigdy ze swoim aparatem sie nie rozstaję, więc
                        schowałem go pod pikowaną kamizelkę i jakieś tam fotki zrobiłem. Niestety jest
                        dużo kręcących się turystów, więc naświetlanie kilka sekund jest mało wykonalne.

                        Kolejne miejsce to Grobowce Dostojników. Tutaj już można spokojnie poszaleć,
                        ponieważ nie ma kręcącej się policji turystycznej, a pracownicy sami namawiają
                        do robienia fotek za bakszysz. Choć oczywiście bez flesza.
                          • pc_maniac Re: Aparaty i kamery w Dolinach grobowych 24.02.04, 14:37
                            "Profesjonalny sprzęt" niestety nie ma umocowania w żadnych przepisach i
                            najczęściej zależy to od ich widzimisię.
                            Podobnie jest ze statywami. Najczęściej jest to kolejny chwyt by wyciągnąć od
                            turysty bakszysz :o(

                            Kiedy pierwszy raz tam jechałem myślalem, że głupio zrobiłem wręczając za pomoc
                            zaskoczonemu policjantowi bakszysz. Tym razem sami prosili się o napiwki. Cóż,
                            taki kraj.
                          • atamanek Re: Aparaty i kamery w Dolinach grobowych 24.02.04, 16:11
                            Witam :)

                            Co oni rozumieja pod niektorymi pojeciami chyba nie bedzie nam dane poznac do
                            konca, to tajemniczy ludzie ;)
                            Ja tez robilam swoje zdjecia eosem, mialam go prze3wieszonego na szyjce, nikt
                            mnie nie cofnal, nikt nie kazal zostawic sprzetu przed wejsciem. :)
      • pc_maniac Ceny biletów i przejazdów 09.02.04, 23:52
        Hurghada ---> Luksor (autobus) = 22LE
        Luksor ---> Asuan (autobus) = 10 LE
        Asuan ---> Luksor (pociąg 1 kl.) = 30 LE
        Asuan ---> Luksor (pociąg 2 kl.) = 16 LE w kasie (1 dzień wcześniej)
        Asuan ---> Luksor (pociąg 2 kl.) = 18 LE u konduktora (nie gwararantuje miejsc
        siedzących)
        Luksor ---> Hurghada (autobus) = 18 LE

        Zabytki:
        Św. Luksorska = 20 LE
        Muzeum Luksorskie = 30 LE
        Muzeum Mumifikacji = 20 LE
        Św. Ramzesa III (Madinat Habu) = 12 LE
        Św. Seti I (Zach. Brzeg) = 12 LE
        Dolina Królów = 30 LE
        Dolina Królowych = 12 LE
        Grobowiec Nefertari (obecnie zamknięte) = 100 LE !!!
        Grobowce Dostojników (2-3 szt w zależności od grupy grobowców) 12 LE (są 4
        grupy)
        Wioska Budowniczych Grobowców + Św.Hathor = 12 LE
        Ramesseum = 12 LE

        Muzeum Nubijske (Asuan) = 20 LE (WSPANIAŁE)
        Św. Mandulisa na Kalabshe (opodal Asuanu) = 12 LE (warto)
        Św. Izydy na File (opodal Asuanu) = 20 LE (warto)
        Niedokończony Obelisk = 10 LE (nędza)
        Św. w ABYDOS = 12 LE (dojazd jedynie w konwoju, np. taksówką)
        Św. Seti I w Denderze = 12 LE

        Za taksówkę do Abydos i Dendery (prawie cały dzień) zapłaciliśmy ok. 170 LE.
        Ale było warto jak diabli.
        Rejs 4 h feluką wokół wyspy Elefantyny i Kitchenera = ok.30 LE (po
        utargowaniu, Wam może się uda taniej + napiwek
        W Luksorze polecam hotel Horus, naprzeciwko światyni lub świetne pokoje na
        Zach. Brzegu, ale te jedynie po kontakcie osobistym ze mną.

        W Asuanie mieszkaliśmy w hotelu El Salam (cena taka sama jak w hotelu w
        Luksorze, ale żadna rewelacja, ogólnie większość 2* jest podobnych, nie jst za
        brudno, ale trąbią jak diabli.
        Miałem to wszystko dać we wspomnieniach, ale cóż, mam miękkie serce.

        Zdecydowanie odradzam podróże na własną rękę osobom nie znającym angielskiego,
        w pociągu nawet angielski nie pomaga.
        Przewodniki - Lonely Planet (numer jeden wśród przewodników), warto posiadać
        National Geographic lub ostatecznie Pascala. Reszta nie warta świeczki.
        Z mojego serwisu warto również wydrukować sobie mapkę Zachodniego Brzegu.
        Brakuje tam jednak nazwy Wioski Budowniczych Grobowców ( jest za to napis
        Village, Tomb of Senedjem to grobowiec budowniczego oddalony o kilkanaście m
        od wioski), która jest praktycznie nad wioską Qurnet Murai (100 m), oraz Św.
        Seti I, która znajduje się na końcu ulicy biegnącej równolegle do kanału obok
        Kolosów Memnona. Ok.3 km od Kolosów Memnona i jest to najdalej położona
        Świątynia na Zach. Brzegu.
        Dla zawziętych na zabytki mogę polecić jeszcze ruiny Św. Maremptaha,
        znajdujące się pomiędzy Ramesseum, a Kasą biletową. Ale nie wiem czy warto,
        wszystko tam można obejrzeć przez niski murek okalający ruiny, a będziecie tą
        trasą przechodzić kilkakrotnie.

        Dla ciekawskich podam, że jeśliby wyrysowało się koło na Zach. Brzegu, to
        wszystkie zabytki, które warto obejrzeć (a jest ich jak widzicie sporo) znajdą
        się w średnicy ok. 3,5 km. Można wypożyczyć rower, osiołka lub konia. Ale
        zapomnieliśmy prawa jazdy na te zwierzaki ;o)
          • pc_maniac Re: Ceny biletów i przejazdów 10.02.04, 14:55
            Odp.
            Nie, do Abu Simbel nie wybieraliśmy się tym razem, ponieważ byliśmy tam w
            zeszłym roku będąc na rejsie po Nilu.
            W Abu Simbel Są hotele, choć mogą być nieco droższe, ale sądzę, że i tak będą
            na naszą kieszeń tanie.
            Abu Simbel i tak musisz wykonać w konwoju (bliskość Sudanu), więc poprostu
            wykup w lokalnym biurze tą atrakcję.
            • Gość: Agnieszka Re: Ceny biletów i przejazdów IP: *.chello.pl 16.02.04, 09:04
              Drogi pc_maniaku. Wczoraj wróciłam z Egiptu 7+7. Piję carcade, słucham Amr
              Diaba, oglądam zdjęcia i czytam Twoje wspomnienia. Przez co czuję sie jakbym
              tam jeszcze była.Naprawdę było wspaniale. Z niecierpliwością czekam na ciąg
              dalszy twoich wspomnień i dziwię się czemu nie umieścileś ich na swojej stronce.
              Kiedy zacznie mi działać poczta (mam jakieś problemy) to wyślę Ci co ciekawsze
              z kolekcji zdjeć, które zrobiliśmy a także wspomnienia, które właśnie
              opracowuję. Oczywiście jesli bedziesz w ogle chciał umieścic je na stronie.
              Pozdrawiam serdecznie i czekam na ciąg dalszy
              Agnieszka
              • pc_maniac Re: Ceny biletów i przejazdów 16.02.04, 14:26
                Już wyjaśniam.

                Ponieważ piszę zawsze na żywca, czyli bez poprawek i korekt, postanowiłem
                najpierw publikować swoje wspomnienia w odcinkach na forum, a dopiero po ich
                korekcie stylistycznej i merytorycznej (przez żonę) wrzucam na serwis
                okraszając fotkami.

                Ot i cała tajemnica :o)

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka