bezniego
17.06.10, 21:28
Witajcie Dziewczynki!
Ja też zaufałam i zostałam oszukana i zraniona.
Ale zacznę od początku. Poznałam go w 2006 roku w Sharm na
plaży. Znajomość nie wyglądała obiecująco, zresztą zanim poznałam
męża miałam w Egipcie wielu znajomych z racji tego, że nurkuje a mój
brat jest instruktorem nurkowania. Przed moim powrotem do Polski
spotkaliśmy się 3 razy i zawsze ktos nam towarzyszył, dostałam
prezent urodzinowy, trochę spóżniony ale zawsze to miły gest.
Wymieniliśmy się mailami, po czym ja wróciłam do domu i zapomniałam
i pewnie tak by zostało... Trzy tygodnie póżnie dostałam pierwszego
maila o zupełnie zwyczajniej treści tj. co u ciebie, jak w pracy,
jak zdrowie-zignorowałam wiadomość...po kilku kolejnych się złamałam
i odpisałam, i zaczęlo się... Potem przenieśliśmy się na
komunikatory-setki godzin spędzonych na skype czy MSN... Zaczeło mi
zależeć.
Po kilku miesiącach wróciłam do Sharm-tym razem sama,
czekał na mnie pod moim hotelem z wielkim bukietem róż-to było miłe,
czułam się wyjątkowo. Ranki były moje, popołudnia spedzałam w jego
pracy, wieczory były tylko nasze. Codziennie rozmawiał z rodzinną
przez telefon, a mi rosły skrzydła gdy słyszałam moje imię u stach
jego i jego rodziny...i nawet tata pytał czy ja właściwie z bolandy
czy z holandy :) Tydzień minąl szybko i był płacz. Ja płakałam i on
też...
Powrót i znowu komunikatory...ale także plany na przyszłość.
Kilka miesięcy potem upragnione wakacje na które tak
czekałam, jadę i zabieram ze sobą mamę, z tym, że mama zostaje 2
tygodnie a ja miesiąc. Wg. planu jedziemy do jego rodzinny...a tam
ubóstwo ale ludzie rekompensują mi to z nawiąską. Wszyscy są mili i
serdeczni. Przez całe swoje życie nie wycałowałam tylu ludzi co tam
w ciagu godziny :) Akceptuja mnie wszyscy i to jest super, kiedy
wyjezdzamy wszyscy płaczą... Wracam do
Polski...komunikatory..rozmawiamy o przyszłości w której jest
miejsce na ślub, rodzinę, dzieci... Kocham go, a on kocha mnie...
Decydujemy się na ślub i w styczniu 2009 roku stajemy się
jednością... Po miesiącu wracam do Polski i załatwiam formalności
umożliwiające mężowi przyjazd do Polski, tj. akt ślubu, zaproszenie,
ubezpieczenie, bilet, kartę przedpłacową na którą przelewam 3000zł
gdyż podobno trzeba uwiarygodnić stan posiadania starając się o wizę
(pożyczka ma być zwrócona w dniu przylotu męża do Polski. Trzymam
kciuki za otrzymanie wizy, tęsknie i myśle...rozmawiamy codzinnie i
wreszcie jest! Dostał wize...płaczę ze szczęścia-ucałowałabym
każdego przechodnia na ulicy :)
W kwietniu 2009 mój mąż przylatuje. Jednak juz na lotnisku
zauważam, że jest jakiś inny, nieswój...ale zwalam to na zmęczenie...
Jestem bardzo szczęśliwa, że go widzę...tak bardzo go kocham.
Po około tygodniu delikatnie pytam o pieniążki (pozyczone 3000zł),
mąż obraża się i mówi, że nie ma bo przed wyjazdem pospłacał swoje
długi...myśle że żartuje ale nie...i wtedy pierwszy raz mój świat
się wali... :'( ???
Nie wiem jak się zachować, postanawiam ze odda jak pójdzie do pracy
i zarobi...ale czas mija a on wciąż pozostaje na moim utrzymaniu,
konflikty zaczynaja przybierac na mocy gdy mąż otrzymuje Kartę
Pobytu. Mąż często podczas awantur, których zreszta jest
katalizatorem, pakuje swoje rzeczy i chce się wyprowadzać...zawsze
jednak go zatrzymuje i proszę zeby został...Miarka się przebiera we
wrześniu kiedy podczas kłótni popycha moją mamę. Sama go pakuje i
wyrzucam z domu. Moja złość trwa kilka dni, potem próbuje nawiazać
kontakt, jednakże on mnie ignoruje, a ja mam poczucie winy :( bo
przecież nie przestałam go kochac z dnia na dzień... Odzywa sie
dopiero w pażdzierniku, na początku są tylko smsy, potem zaczybamy
się spotykac na neutralnym gruncie-mąż mi nie mówi gdzie przebywa. I
tak jest do grudnia, a potem są świeta, nasze pierwsze wspólne w
Polsce, mąż zaczyna przebąkiwać o wspólnym biznesie-mówi że to dla
nas szansa, a ja przecież chce byc blisko niego bo go kocham.
Otwieramy restauracje, pożyczam od mamy pieniądze na
remont, przystosowanie i wyposażenie ok 40000 zł. Mamy zwracać mamie
kazdego miesiąca określoną sumę. Podczas remontu, kłócimy się gdyż
wszystko jest na mojej głowie, mąz mi się pomaga... Otwieram
działalność na niego (on tego nie chce), bo na siebie nie mogę.
Otwieramy pod koniec marca...wszystko w lokalu jest tak jak chciałam
i jak sobie wymarzyłam, kolory, dodatki, dekoracje. Mąż jest jakis
dziwnny, nieobecny, często wychodzi i rozmawia z kimś przez telefon.
W miedzy czasie przeprowadzamy sie do mieszkania mojego brata gdzie
mieszkamy wraz z naszym wspólnikiem ( jego własnością jest większość
wyposazenia gastronomicznego w naszym lokalu), mąż staje się coraz
bardziej agresywny, czuje się bezsilna. Mąż mnie siniaczy, pluje na
mnie, czuje się sponiewierana-jak śmieć-i jemu właśnie o to chodzi.
Prosze brata o pomoc, przyjezdza i wyrzuca mąża z mieszkania. Pod
pretekstem pomocy w lokalu pojawia się i kradnie całą dokumentację
firmy.
Nie ma go tydzien w pracy, wreszcie pojawia się, kradnie utarg z
kasy, a kilkanascie minut później pojawia sie jego pełnomocnik...
Żądają ode mnie zwrotu kluczy do lokalu...nie oddaje, wzywają
policje...nie oddaje... Do dziś ich nie oddałam...mój mąż nie
dołożył ani złotówki do tego lokalu, natomiast złożył na mnie masę
donosów-sam natomiast czuje się bezkarnie. Niedawno dowiedziałam się
ze w tydzien po otwarciu lokalu chciał sprzedać prawa do niego
naszej konkurencji. Zrobił wiele złego i nadał robi, chociaż jest na
straconej pozycji. Próbuje mnie zgnoić i zrujnować. Ale ja się nie
dam... Dziś go nienawidzę, wniosłam pozwy o rozdzielnośc majątkową,
o rozwód... Wszystko jest w toku. To co mnie spotkało niech bedzie
nauczką dla Was dziewczyny... U mnie też kiedys było pięknie, ale z
nieba spadłam w odchłań piekła...
Trzymajcie kciuki żebym z niego wyszła...
Asia