Dodaj do ulubionych

WSPOMNIENIA W ODCINKACH (1)

24.05.04, 20:42
Zatem zgodnie z obietnicą na razie tyle, ile udało mi się spisać na miejscu.
Liczę na to, że jak najszybciej uporam się z resztą :)
Sorki za niektóre dłużyzny ;)



8.05.2004

Wcześniejszy przyjazd na lotnisko opłacił się o tyle, że po raz pierwszy
uniknęliśmy wreszcie wielkiej kolejki po dokumenty. Bilety od Alfa Star
odbieramy kilka minut po 12:00. Pozostało czekać 2 godzinki w strefie
wolnocłowej.
Odlot w miarę punktualnie. Samolot, Boeing 737 300 należący do Air Polonia
nie należy do najwygodniejszych, ale lot mimo wszystko przebiega sprawnie.
Odnotowałam 2 małe minusy - jednym był brak możliwości rozłożenia foteli -
siedzieliśmy na skrzydle, czyli wyjściu awaryjnym. Drugim, obiad, a właściwie
jego brak, gdyż o godzinie 15:00 bułkę z bananem, czyli menu Małysza, trudno
nazwać obiadem, biorąc pod uwagę, że po wylądowaniu czekały nas jeszcze
kolejne 3 (z odprawą na lotnisku 4) godziny, zanim znaleźliśmy się w hotelu.
Tak więc kanapka, banan i wafelek Princessa muszą nam do tego czasu
wystarczyć.
Zadośćuczynieniem jest jednak możliwość znalezienia się w kabinie pilotów,
rozmowa z nimi i cudowne widoki, szczególnie, kiedy przelatujemy nad Turcją.
Trasa trwającego niecałe 4 godziny lotu (oficjalnie 3 h 40 min) : Ukraina,
Rumunia, Morze Czarne, Turcja, Morze Czerwone, Egipt. Najokazalej wypada
Stambuł z tysiącem czerwonych dachów i wijącą się przez miasto rzeką, po
której suną jak maleńkie punkciki na makiecie, białe stateczki. Tak
przynajmniej wyglądają z wysokości 10 000m. Za oknem -45 C, po wylądowaniu w
Tabie wg komunikatu kapitana, 28 C. Jak na 19:00, całkiem miła
temperaturka :) Pilot pokazuje mi na mapie, jakim korytarzem lecimy nad
Egiptem. Jest to właściwie cały czas granica egipsko-izraelska, którą w Tabie
można przekroczyć pieszo.
Odprawa przypomina nam o typowo egipskich zwyczajach, odzwyczailiśmy się już
całkowicie od ich spokoju, powolnego trybu pracy i życia. Po ostatnich
ciężkich i koszmarnie szybkich tygodniach pewnie znów kilka dni zajmie mi
przyzwyczajenie się do egipskich realiów. Odprawa trwa godzinę, cały samolot
odprawia 1 facet, na którego biurku leży tylko długopis i pieczątka. W końcu
znajdujemy się w autokarze, w dość niefortunnym miejscu, bo na samym końcu,
na silniku, który w dalszej części podróży rozgrzewa się do temperatury
zakrawającej na saunę. Dodatkowo przez większość drogi nie działa
klimatyzacja. Kierowca oszczędza ją na krętych spiralach w górach. Widoki
niewątpliwie byłyby cudowne, gdyby nie panowały już całkowite, prawdziwie
egipskie ciemności. Światła autokaru i gwiazdy dają blade pojęcie, jak
pięknie może to wszystko wyglądać za dnia. Dojeżdżamy do miejsca, gdzie
zaledwie kilka kilometrów obok znajduje się Akaba, a więc Jordania, której w
tym roku jeszcze nie uda nam się odwiedzić. Akaba rozświecona setkami świateł
z daleka wygląda jak stadko świetlików. Podobnie zapamiętuję Arabię
Saudyjską, od której teraz dzieli nas tylko Zatoka Akaba.
Sharm El Sheikh, do którego docieramy po 23:00, w pierwszej chwili jawi się
jak miniatura Las Vegas. Tak mniej więcej wygląda nocą Naama. Nasz hotel jest
trzecim w kolejności, i w pokoju lądujemy ostatecznie kilka minut po północy.
Czekają na nas 2 miłe niespodzianki. Pierwszą jest lokalizacja pokoju, na 2
piętrze. Właśnie tam chcieliśmy bardzo dostać pokój. Drugim miłym akcentem
jest kolacja, którą obsługa hotelowa przynosi nam do pokoju. A więc jednak
jest szansa uspokoić koncerty w naszych żołądkach! :) Jesteśmy jedynymi
gośćmi Alfa Star w Amar Sinie. Właśnie od dnia naszego przyjazdu biuro
zakończyło współpracę z hotelem. Jednak na naszą prośbę udało nam się
wyprosić ostatnie 2 tygodnie. Już widzę, że nie był to zły wybór. Hotel ma
tylko 3 gwiazdki, ale jest całkowicie inny od hoteli, w jakich do tej pory
mieszkaliśmy.


9.05.2004 WELCOME TO EGYPT

Dzień w całości poświęcony na leniuchowanie, aklimatyzację, zwolnienie tempa.
Spanie do 9:20, śniadanie tuż przed 10:00. "Zwiedzanie" hotelu. Spotkanie z
Mohamedem, polskojęzycznym rezydentem Alfy. Spotkanie planowane na 12:00,
przesuwa się na 13:30 z powodu jakichś problemów w turystami z innego hotelu.
Mohamed jednak dzwoni, informuje i przeprasza. Spotkanie odbywa się w bardzo
miłej, koleżeńskiej atmosferze, wspominamy zeszłoroczną Hurghadę, dowiadujemy
się że pochodzi z Aleksandrii, gdzie wybierzemy się za tydzień. Przypomina
nam o ważnym detalu, o którym w ferworze przygotowań zapomnieliśmy,
mianowicie o wizie, jaką potrzebować będziemy jadąc do Kairu. Umawiamy się,
że jak najszybciej pojedziemy razem na lotnisko, żeby ją załatwić. Jestem
całkowicie zaskoczona tym, że Mohamed nawet nie próbuje wciskać nam
wycieczek. Zaopatruje nas w listę, ale w żaden sposób nie nalega ani nie
naciska. No i nie opowiada historii w stylu, ubezpieczenie nie obowiązuje was
na wycieczkach organizowanych przez biura z miasta, jak to dowiedzieliśmy się
w zeszłym roku od polskiego rezydenta w Hurghadzie...
Po południu, na naszą prośbę, recepcja zamienia na kilka godzin jeden z
kanałów na RTL, żebyśmy mogli obejrzeć wyścig Formuły 1. Obydwoje jesteśmy
wielkimi fanami tego sportu i każdy, kogo nie pasjonuje do tego stopnia jakaś
dyscyplina, nie będzie w stanie zrozumieć, czym jest nieobejrzenie na żywo
lub, co gorsza, w ogóle, wyścigu.
No i wszystko cudnie, kiedy na 21 okrążeń przed metą nagle wywala prąd.
Kilkuminutowe przerwy w Egipcie to standard, ale w takim momencie może
zirytować. Po chwili prąd wraca, ale nie ma już RTL. Idę więc do recepcji, bo
telefon wciąż nie działa (a może nie działał od początku?), ale nie ma już
tego miłego faceta. Jest dwóch innych, którzy obiecują zaraz zmienić kanał.
Oczywiście nie doczekamy się tej zmiany....Heh, przecież to Egipt :)
O 18:30 spotykamy się w recepcji z koleżanką mieszkająca w Sharm od kilku
lat. Siadamy na godzinkę przed hotelem ucinając sobie miłą pogawędkę o
realiach egipskiego życia. Jednocześnie umawiamy się na następny wieczór na
wizytę w Starym Sharmie.
Po obfitej kolacji serwowanej w Amar Sina dookoła basenu na dworze, w bardzo
miłej, romantycznej atmosferze, wybieramy się do Naama. Spod hotelu kursuje
teoretycznie bezpłatny (w praktyce 2 LE) autobusik. Po kilku minutach
jesteśmy na miejscu.
Naama konkurować mogłaby chyba z samym Las Vegas. Tysiące mieniących się
świateł, kasyna, kolorowe witryny sklepów, i wreszcie słynny deptak, usiany
dziesiątkami bardzo różnych knajpek, kafejek, restauracji. Jest nawet Hard
Rock Cafe. Do niedawna było także Planet Hollywood, ale od kilku lat jest już
zamknięte. Głośna muzyka z każdego ogródka, płynnie przemieszczający się w
obydwu kierunkach kolorowy tłum - tak właśnie wygląda nocne życie Sharmu.
Knajpki i kafejki wypełnione prawie do ostatniego siedzącego miejsca, a to
przecież wciąż jeszcze nie sezon. Po dłuższym spacerze decydujemy się zasiąść
w jednej z nich i zapalić ulubioną sheeshę. Na drewnianych kanapkach
wyłożonych wszelkiego rodzaju poduszkami można się nawet położyć. Sęk w tym,
że nie są najwygodniejsze.
Zaciągając się jabłkowym tytoniem, popijając zimną sodę, oddaję się mojej
ulubionej czynności, której nauczyłam się 2 lata temu na Krecie. Siedząc na
miękkich pufach po prostu przez kilka godzin przyglądam się spacerującemu
korowodowi turystów. Zajęcie na pozór próżne, w istocie bardzo relaksacyjne.
Obserwuję zachowania i stroje kolorowego i głośnego tłumu. Rewia mody w całej
krasie. Większość kreacji z wcale nie najtańszych sklepów. W swojej jeansowej
spódnicy czuję się jakby nieswojo, zupełnie jakbym do nich nie pasowała. Ale
bawi mnie moja zabawa w obserwatora. Niektóre stroje przekraczają mocno
wyobrażenia pojęcia dobrego smaku...
Po niecałych 2 godzinach lenistwa decydujemy się wracać hotelowym busikiem,
który zabiera gości Amar Siny z parkingu w Naama o 23:30. Tym razem nie
pobierając już opłaty.
Zmęczeni głównie
Obserwuj wątek
    • corrina_f1 WSPOMNIENIA W ODCINKACH (2) 24.05.04, 20:43
      10.05.2004

      Po śniadaniu postanawiamy wybrać się na publiczną, płatna plażę (10 LE). Nie
      wyrobiliśmy się na hotelowy busik na plażę Amar Siny. Do plaży publicznej
      trzeba skręcić w prawo zaraz po wyjściu z hotelu i iść prosto, aż dojdzie się
      do morza. Czyli jakieś 800 m. Sama plaża, choć częściowo sztuczna, wydaje się
      być całkiem sympatyczna, dość przestronna, a co najważniejsze, posiada
      prysznice, toalety i pięknie położoną na klifie restauracyjkę serwującą
      przekąski i kilka ciepłych dań, głównie z grilla. Widok z knajpki po prostu
      cudowny. Plaża czysta, nie zatłoczona. Rafa niesamowita. Wprost z małego
      pomościku schodzi się do wody, która w tym miejscu może mieć nawet
      kilkadziesiąt metrów. Dna w każdym razie nie widać. Woda jest tu już właściwie
      granatowa. W pierwszej chwili dopada mnie taki strach, że musi upłynąć
      kilkanaście minut, zanim się przyzwyczaję, że nie trzeba powtarzać sobie "tylko
      nie patrz w dół". Jest naprawdę głęboko, na takiej wodzie nie pływałam nawet w
      Hurghadzie. A rafa jest naprawdę imponująca. Słowami trudno ją opisać.
      Na plaży spędzamy praktycznie cały dzień i mocno zmęczeni słońcem wracamy
      piechotką do hotelu.
      Wieczorem bierzemy spod hotelu taksówkę za 10 LE i po kilku minutach jesteśmy
      już pod bramą bazaru w Starym Sharmie. Pod sklepem spożywczym Sharm Express
      spotykamy się z Agnieszką, i częścią jej rodziny, oraz psem. W tym całkiem
      sporym już gronie udajemy się na spacer ulicami bazaru. Jest tu faktycznie coś
      z atmosfery Kairu, coś w rodzaju namiastki tamtejszych klimatów. Stary Sharm to
      niezliczona ilość sklepów każdego rodzaju, sporo knajpek z miejscowym
      jedzeniem, świeże owoce na straganach, pachnące przyprawy w workach, słodki,
      przepyszny sok z trzciny cukrowej za 1 LE. To także całe stadka kotów każdego
      umaszczenia, chudych i grubych, egipskich i syjamskich, to również nieliczne
      psy, których koty bynajmniej się nie boją. Widać dokładnie, kto rządzi w tej
      dzielnicy. Do łez rozbawia mnie widok wychudzonego psa leżącego na górce
      śmieci, którego łańcuszkiem otacza jakaś dziesiątka kocurów wylegujących się
      dookoła niego. Kilka metrów dalej kocia gromadka pałaszuje jakieś uliczne
      zdobycze.
      Siadamy w małej lokalnej knajpce po szybkiej decyzji, że wręcz należy
      skosztować czegoś miejscowego. Wybieramy rekomendowany przez Agnieszkę lokalik
      specjalizujący się w foutir - orientalnym rodzaju pizzy ze specjalnego ciasta
      przypominającego ciasto francuskie. Składane wielokrotnie cieniutkie jak papier
      płaty ciasta zapełniają się różnymi dodatkami w ekspresowym tempie zaraz po
      rozwałkowaniu. Można je jeść na ostro i na słodko. Ostro nie zawsze znaczy
      ostro, a słodko w większości przypadków znaczy z owocami. Porcja duża starcza
      dla 4 osób, małą spokojnie najedzą się już dwie. Jako dodatek lub raczej
      czekadełko, na stole lądują talerzyki z miejscowymi marynowanymi na egipski
      sposób ogórkami z sosem z ostrego białego twarożku. Smak całkowicie inny od
      polskich konserwowych, ale ciekawy i warty spróbowania.
      W trakcie spaceru rozmowy zagłusza przez chwilę dźwięczny śpiew muezina.
      Następnie, kiedy siedzimy już w knajpce, kilkanaście metrów od nas rozkłada
      swój dywan jakiś sprzedawca i już po chwili bije pokłony w stronę Mekki. Po
      ulicy przechadzają się wszędobylskie koty, wydają się nie robić sobie nic z
      obecności towarzyszącego nam psiaka, którego coraz bardziej denerwują te
      spacery wprost pod jej nosem kilkakrotnie złości się poważnie. Dobrze, że
      właściciel lokalu jest tolerancyjny :)
      Po kolacji ruszamy w głąb bazaru, odwiedzamy aptekę, gdzie, dzięki pomocy
      chłopaka Agnieszki za jedyne 6 LE kupujemy Fenistil na .... jak się okazało -
      pchły, które niemiłosiernie pogryzły nas ostatniej nocy ! Okazało się, że w
      Amar Sinie w przeszłości zdarzały się takie przypadki pcheł zadomowionych w
      materacach łóżek.
      Na przeciwko apteki zatrzymujemy się w miejscu, o którym marzyłam, a które
      znałam jedynie z opowieści stałych bywalców Egiptu. Jest nim mianowicie mały
      sklepik gdzie serwuje się świeżo wyciśnięty zielonkawy sok z trzciny cukrowej.
      Cudownie zimy i przepysznie słodki, kosztuje jedynie funta, a smakuje jak coś
      wyjątkowego. Pijemy go na stojąco, bo wtedy kosztuje taniej. Wiem, że muszę tu
      znów wrócić.
      Po powrocie do hotelu (taksówką za kolejne 10 LE bez specjalnego targowania)
      zgłaszamy prośbę wymiany materaca i oczyszczenia łóżka, w efekcie czego w ciągu
      30 sekund dostajemy.... nowy pokój. Również na 2 piętrze, ale z balkonem i
      widokiem na basen. Lepszego móc nie można, biorąc pod uwagę, że w całym hotelu
      jest zaledwie kilka pokoi z balkonami. Jednym słowem, opłacało się, nowy pokój
      jest chyba nieznacznie większy, ale co ważniejsze, poza balkonem ma normalne
      okno, jest zatem jaśniejszy.

      11.05.2004

      Po śniadaniu postanawiamy wybrać się na hotelową plażę Amar Siny. Niestety już
      z opowiadań wiemy, że plażą jest tylko z nazwy... O 10:45 spod hotelu zabiera
      nas darmowy busik i odwozi na oddaloną dobre 5 minut jazdy plażę. Schodzi się
      na nią z wielkiej skarpy, z której początkowo widoki zapierają dech w
      piersiach. Tuż obok znajduje się latarnia morska. Szafir morza, jaśniejsze
      plamy wokół raf, a w oddali wielki błękit, właściwie granat - taki widok robi
      wrażenie. Schodzimy w dół kilkudziesięcioma kamiennymi schodami a naszym oczom
      ukazuje się szeroka może na 5 metrów, długa, lecz podzielona między co najmniej
      kilkanaście hoteli plaża. Leżaki praktycznie jeden obok drugiego, ludzie
      ściskają się na nich jak sardynki w puszkach. Do tego głośna muzyka z plaży
      sąsiedniego włoskiego hotelu, zagłuszana bezskutecznie przez arabskie składanki
      z plaży Amar Sina. Płyta kręci się zresztą w kółko co najmniej kilka razy.
      Przekrzykującym się w oferowaniu swoich usług masażu czy tatuażu z henny
      egipskiej obsłudze plaży dorównują tylko Krzyczący Włosi. Jest ich wszędzie
      pełno. Obrazu dopełnia brak choćby jednego prysznica oraz toalety.
      Rafa faktycznie przepiękna, choć trzeba do niej dojść po płytkiej wodzie, a do
      prawdziwej, okazałej, jeszcze spory kawałek podpłynąć. Ale opłaca się. Wiedzą o
      tym także dziesiątki statków wycieczkowych, cumujących w pobliżu.
      Odliczamy więc czas do 16:45, kiedy wróci po nas autobusik. Nasze plażowanie
      bynajmniej nie przypomina relaksu…
      Po porannej obietnicy kontaktu po południu w sprawie wizy pozostało tylko
      wspomnienie. Rano rozmawiam z jakąś dziewczyną (odbiera telefon jednej z
      rezydentek), która obiecuje przekazać sprawę oraz kontakt po południu.
      Niestety, dochodzi 19:00 a telefonu jak nie było, tak nie ma. Postanawiamy więc
      zadzwonić sami. Tym razem odbiera rezydentka, zdziwiona, gdyż sprawa jakimś
      zbiegiem okoliczności do niej w ogóle nie dotarła. Co śmieszniejsze, okazuje
      się, że poprzedniego dnia Mohamedowi udało się jakoś zebrać grupę z naszego
      samolotu, i pojechali bez nas na lotnisko po wizy !! Wysłaliśmy mu wcześniej
      smsa, na którego w ogóle nie odpowiedział. I tylko nas jakoś nikt nie
      poinformował o całej akcji, choć Mohamed wiedział, że mamy w planach chociażby
      Kair. Rezydentka obiecuje oddzwonić za chwilę, co tym razem, faktycznie się
      udaje. Jutro o 10:00 mamy czekać w recepcji na jej kolegę, który zabierze nas
      na lotnisko.

      Po kolacji mamy w planach wizytę w Old Sharm, ale w efekcie wygrywa zmęczenie,
      po posiłku lądujemy najpierw w hotelowej kafejce internetowej, a następnie w
      pokoju. Postanawiamy położyć się wcześniej, ale nic z tego nie wychodzi.
      Balkonik, choć mały, jest idealny do siedzenia z drinkiem.
      • corrina_f1 WSPOMNIENIA W ODCINKACH (3) 24.05.04, 20:44
        12.05.2004
        WIZA, DELFINARIUM (o pierwszej wizycie w Dolphinelli wkrótce)

        O 8:00 budzi nas telefon od rezydentki, mamy stawić się 20 min wcześniej.
        Czekamy zatem już od 9:30, ale oczywiście zupełnie niepotrzebnie, bo "kolega"
        zjawia się o 10:00. Podchodzi do nas Egipcjanin, którego po raz pierwszy
        widzimy na oczy i oznajmia, żebyśmy dali mu paszporty i pieniądze na wizę. Po
        południu ma je nam oddać. Wolne żarty, nie ma mowy, żebym obcej osobie miała
        powierzyć swój paszport !! Tłumaczenia, że bez nas nigdzie nie pojedzie
        początkowo nie dają rezultatu. Próbuję wytłumaczyć mu spokojnie (kiepsko mówi
        po angielsku), że paszporty to coś najcenniejszego, co mamy i że w żadnym
        wypadku nie możemy ich oddać w ręce osoby, którą widzimy pierwszy raz w życiu.
        Chłopak wykonuje telefon, znika gdzieś na kilka minut i wracając oznajmia,
        żebyśmy poszli z nim do autokaru. Wraca nim grupa Słowaków. Zatem ruszamy na
        lotnisko.
        Na jego teren wjeżdżamy bez najmniejszego problemu. Wychodzimy z autokaru,
        pytamy chłopaka, czy idzie z nami, a on na to, że poradzimy sobie sami,
        pokazuje nam tylko drzwi do wejścia. Nie mam więcej pytań. Do budynku terminala
        również udaje nam się wejść bez żadnych problemów. Mijamy bramki i jesteśmy już
        w hali odpraw. Teraz zostaliśmy pozostawieni samym sobie. Trzeba więc spytać
        się kogokolwiek, na przykład policjanta turystycznego. Jednym zdaniem
        tłumaczymy powód naszej wizyty na lotnisku. Nikt nie zadaje żadnych pytań, bez
        najmniejszego problemu przechodzimy przez kolejną bramkę i znajdujemy się już
        na terenie strefy przylotów. Tam znajdują się okienka banku, gdzie wymienia się
        pieniądze i kupuje wizę. Niestety, w żadnym z nich nikt chwilowo nie pracuje.
        Stoimy więc na środku hali i cierpliwie czekamy. Kilku policjantów przygląda
        się nam z daleka, ale nikt nie jest zainteresowany dokładniejszym wypytaniem
        nas o cel wizyty w miejscu dla nas niedostępnym. Po kilku minutach zjawia się
        jakiś pracownik banku i bez najmniejszego problemu sprzedaje nam wizy. Teraz
        pozostaje tylko „kosmetyczny szczegół” w postaci pieczątki, która w efekcie
        okazuje się czymś niemalże nieosiągalnym. Tu zaczyna się cała zabawa. Okazuje
        się, że nikt nie wie, gdzie powinniśmy się po nią udać. Jedni twierdzą, że do
        okienek wylotów, inni, przylotów, w efekcie ani tu ani tam, bo nie wylatujemy,
        ani nie przylatujemy. Trochę bezradni stoimy na środku, ale w dalszym ciągu
        nikt się nami nie interesuje. W pewnym momencie podchodzi do nas jakiś
        mężczyzna wyglądający, przynajmniej teoretycznie, na pracownika lotniska. Jest
        ubrany w jasną marynarkę i ma przypiętą jakąś plakietkę, niestety z arabskimi
        napisami, które niewiele nam mówią. W ręku trzyma czerwoną reklamówkę, znak
        rozpoznawczy. Obiecuje nam pomóc. Jesteśmy trochę zdezorientowani. Kolejny
        nieznajomy zamieszany w sprawę naszych paszportów. Idziemy jednak za nim, co
        nam pozostaje, skoro żaden policjant nie jest zainteresowany celem naszej
        wizyty na lotnisku. Dochodzimy do okienek kontroli przed wylotem. Mężczyzna
        prosi nas o paszporty. Mam wielkie opory przed oddaniem ich w obce ręce, ale
        dopóki widzimy go po drugiej stronie bramek, nie jest źle. Wzbudza też
        zaufanie, więc może nie zwieje z naszymi dokumentami. W sumie jest nam już
        wszystko jedno, tkwimy tu na egipskim lotnisku, bez wizy, bez paszportów,
        zawieszeni pomiędzy wylotami a przylotami - w miejscu, gdzie z całą pewnością
        nie powinno nas być. Facet z czerwoną reklamówką nagle znika z pola widzenia.
        Świetnie, teraz już przestaje mi być wesoło. Zakładam, że gorzej być nie
        będzie, skoro biega tak sobie bez przeszkód po terenie lotniska, to jednak nie
        może być przypadkową osobą. Po kilkunastu minutach wraca i oznajmia, że nie ma
        chwilowo imigration officera. Z uśmiechem na twarzy prosi, abyśmy jeszcze
        trochę poczekali. Widzimy go po chwili znów w oddali, wypełniającego karty
        turystyczne, lun formularze do nich podobne. Miło z jego strony. Znów mija nas
        z uśmiechem i znów udaje się w stronę biura immigration oficera. I znów wraca
        mówiąc, że jest na spotkaniu. Na lotnisku SSH jest tylko jeden imigration
        officer i jedna pieczątka. Nikt poza nim jej nam nie wstawi do paszportu.
        Teraz znika na dłużej. W międzyczasie ląduje samolot, z którego wysypuje się
        stadko turystów. Z nudów przez szybę części dla przylatujących obserwuję długą
        kolejkę osób wypełniających karty turystyczne, które stempluje następnie jakiś
        facet. Zaraz ! To nasz facet z czerwoną reklamówką !Trochę zirytowani
        podchodzimy bliżej do szyby, to faktycznie on. W tym czasie po raz pierwszy
        słyszymy pytanie jakiegoś policjanta: You finished? A skąd, mówię, tamten facet
        ma nasze paszporty a my wciąż nie mamy pieczątki na wizie. Kolejka powoli się
        kończy a inny policjant przeprowadza nas po raz kolejny przez bramkę, tym razem
        do przylotów. Facet od reklamówki uśmiecha się słodko i pokazuje palcem w
        kierunku odlotów. Znudzeni i trochę zmęczeni podążamy posłusznie za nim. Tym
        razem udaje mu się nas przemycić przez przejście dla wylatujących i nagle
        znajdujemy się już w strefie wolnocłowej. Matko, jakie to wszystko proste. Na
        przeciwko niej znajduje się oszklone biuro imigration officera, który z poważną
        miną siedzi za swoim biurkiem. Nasz wybawca daje mu paszporty i wypełnione
        karty. Teraz już tylko kilka minut trwają formalności. W efekcie w naszych
        paszportach lądują inne niż w przypadku przylatujących, pieczątki z ręczną
        adnotacją arabskim szlaczkiem.
        W międzyczasie dowiadujemy się od naszego wybawcy, że nie jest pracownikiem
        lotniska, a hotelu Regency i odbiera grupy Słowaków z lotniska. Informuje nas
        również, że nie musimy wracać do hotelu taksówką, a tym samym autokarem, który
        nas przywiózł. Skąd wiedział, jak się tu dostaliśmy? Ponownie przechodzimy
        przez bramki, tyle, że tym razem w przeciwnym kierunku. Oddycham z ulgą.
        Niektórzy policjanci już tylko uśmiechają się na nasz widok. Facet odprowadza
        nas do autobusu i mówi, że trwałoby to dużo krócej, ale imigration officer
        wcale nie był na spotkaniu, tylko gdzieś sobie poszedł albo nie chciało mu się
        nas przyjąć. Dopiero mała łapówka, którą od niego dostał zadziałała.
        Przekonani, że będzie z nami jechał autokarem do hotelu, nie dziękujemy mu
        jeszcze, a to błąd, bo w ostatniej chwili okazuje się, że zostaje na lotnisku.
        Jest nam głupio i smutno, bo był to człowiek, który całkowicie bezinteresownie
        pomógł nam w zmaganiach z egipską biurokracją i nie chciał za to ani grosza.
        • corrina_f1 WSPOMNIENIA W ODCINKACH (4) 24.05.04, 20:44
          13.05.2004 RAS MOHAMMED

          Przewodnik przyjeżdża po nas z dokładnością do do minuty! O 8:45 lądujemy w
          taksówce (bus podobno się zepsuł) razem z 5 innymi osobami, Rosjanami, jak się
          potem okazuje. Po kilkunastu minutach docieramy do portu w Naama. Dziesiątki
          łodzi szykują się do opuszczenia portu.
          Plan wycieczki to 3 przystanki w 3 różnych miejscach Ras Mohamed, największego
          egipskiego parku narodowego. Pierwsze zejście w locie do wody głębokiej na 80-
          100 m. Początkowo ogarnia mnie strach, znów nie widać dna. Po kilku minutach
          dobijamy do płytszej wody, gdzie dno już widoczne. Jednak tamtejsza rafa nie
          powala mnie na kolana. Mam wrażenie, że ta na publicznej plaży jest trochę
          lepsza. W wodzie spędzamy niecałe 30 min i znów w locie musimy wrócić na łódź,
          która nie może tu parkować, dryfuje więc w czasie, kiedy my podziwiamy podwodne
          widoki.
          Po kilkunastu minutach kolejne zejście, na znacznie płytszą już wodę, głęboką
          na ok. 15-20 m. Po godzinie snurkowania czeka już na nas lunch, bardzo smaczny
          zresztą, a na wodzie smakuje po prostu wybornie. Jest kurczak, ryba, ryż,
          sałatki, najprostsze dania, a wydaje się, że smaczniejsze niż jedzenie hotelowe.
          Po lunchu chwila odpoczynku. Mija 14:00, dopływamy w okolice plaży Amar Sina,
          jednak po drugiej stronie wzgórza Ras um Sid. Rafa jest tu przepiękna, woda
          przezroczysta na 20 metrów, liczba gatunków ryb nie do zliczenia.
          Koło 16:00 wracamy do portu. Wycieczka do Ras Mohamed to prawdziwa sielanka i
          bardzo przyjemny relaks.. Polecam wszystkim zmęczonym, wspaniale się odpoczywa.
          Przed kolacją odwiedza nas rezydent - Mohamed. Twierdzi, że odesłał nam
          odpowiedź na naszego smsa. Chwilę rozmawiamy, opowiadam mu całą historię z
          lotniska. Jakoś nie umiem się z nim kłócić, w zasadzie nie jestem zła, choć
          trochę żal mi straconych bez wizy dni. Heh, przecież to Egipt…

          14.05.2004
          DELFINY, GEBEL MUSA

          O 13:30 spełnia się moje największe marzenie. Jak widać, marzenia łatwo się
          spełniają, wystarczą tylko pieniądze...
          Za kosmiczną sumę 60 USD, która od 1 czerwca zmieni się na 89 USD czeka nas pół
          godziny największego szczęścia, o jakim do tej pory śniłam średnio raz w
          tygodniu.
          Masha, Sasha i Stephen pochodzą z Krymu, Morza Czarnego. Ale nie urodziły się
          na wolności. Mają po 5 lat i czeka je jeszcze co najmniej 25 kolejnych.
          Na kontakt z aksamitną skórą czekam jak małe dziecko na prezent gwiazdkowy.
          Jeszcze zanim wejdę do wody, mam oczy pełne łez, już sama ich bliskość jest dla
          mnie ogromnym przeżyciem. Pół godziny mija jak kilka minut, trudno nacieszyć
          się tak wielkim szczęściem w tak krótkim czasie, wykorzystuję więc maksymalnie
          każdy ułamek sekundy, żeby na długo zapamiętać ten moment.
          Delfiny są bardzo radosne, chętne do zabawy. Ich opiekun, który podczas
          pływania opiekuje się także naszą dwójką oraz Mashą, cierpliwie odpowiada na
          moje pytania. Delfinki muszą niestety na siebie zarabiać a ich grafik jest dość
          napięty. Pływają z turystami 5 razy dziennie (po 6 osób), o 15:00 i 17:00
          odbywają się 2 pokazy (niecała godzina), rano przechodzą również trening, uczą
          się nowych sztuczek i zabaw. Dziennie zjadają około 8 kg ryb, wyłącznie ryb.
          Opiekun mówi, że trzeba się nimi wiecznie zajmować, bo nie lubią czuć się
          niezauważane. Rano baraszkują po całym basenie, ale kiedy zaczyna się robić za
          ciepło "parkują" w rzędzie na brzegu basenu i tak sobie dryfują, dopóki nikt
          ich nie zawoła. Wystarczy jeden gest, jedno podniesienie ręki, jeden gwizd. To
          dla nich bardzo ważne komendy.
          Masha jest cudowna. Cały czas mam wrażenie, że uśmiecha się do mnie. Wydaje się
          być bardzo zadowolona z dotyku i zainteresowania, jakie ją teraz otacza. Mogę
          chwycić ją za płetwę grzbietową, a ona płynie ze mną całkiem szybko dookoła
          basenu. Odpływam na drugi brzeg, a Maszka już doskonale wie, że za jedną rybkę
          znajdzie się za chwilę tuż koło mnie, żeby znów ciągnąć mnie przez całą
          szerokość basenu. Uczucia radości, i czegoś, co nie ma nawet nazwy, nie da się
          po prostu opisać. Mam tylko nadzieję, że te 30 minut nigdy nie wylecą z mojej
          pamięci.
          Czas nieubłaganie płynie, chwilę rozmawiam jeszcze z opiekunem, młodym
          Rosjaninem, któremu zazdroszczę tej pracy, jak nikomu innemu. Mówi, że chce to
          robić do końca życia, i wcale się nie dziwię. Rozmawiamy chwilę o naszym
          wspólnym ukochanym filmie, "Wielkim błękicie", z którego muzyka Erica Serry
          brzmi zresztą z głośników. Obydwoje stwierdzamy, że przestaliśmy już liczyć,
          ile razy widzieliśmy ten film.
          Po wyjściu z basenu zostaję jeszcze chwilę z 2 białymi wielorybami, które
          pływają w odosobnionym okrągłym, trochę jak na mój gust za małym, basenie. Są
          cudowne i bardzo duże.
          Z żalem musimy opuścić to miejsce, ale wiem, że za kilka dni wrócimy tu jeszcze
          raz na pokaz. Pozostały nam 2 dodatkowe darmowe bilety, których nie oddałabym
          za żadną cenę. Choć to tylko pokaz, będę znów szczęśliwa, kiedy choć z daleka
          dane mi będzie popatrzeć na tą cudowną trójkę.
          Wracamy piechotą do hotelu i po południu wybieramy się do Naama, a konkretnie
          do bankomatu i na jakiś mały obiad, który okazuje się być wielką porcją całkiem
          smacznego libańskiego jedzonka. Nie jestem w stanie przejeść swojej porcji.
          (libańska restauracja naprzeciwko KFC-bardzo polecam).
          Czas na popołudniową drzemkę - czeka nas długa, nieprzespana noc i równie
          ciężki dzień.
          O 22:30 spotykamy się z kierowcą, Saidem i czarnym mercedesem 190 ruszamy do
          hotelu Halomy, skąd odbieramy Izę i Adama. Podążamy w kierunku gór. Przed nami
          3 godziny drogi, które najlepiej można by spożytkować śpiąc, ale nie jest zbyt
          wygodnie, szczególnie z tyłu. Po drodze mijamy kilka punktów kontrolnych. Wiza
          zdobyta z tak wielkim poświęceniem okazuje się teraz bardzo przydatna.
          Około 1:30 docieramy w końcu na miejsce. Jesteśmy w Świętej Katarzynie. Tu
          zaczyna się nasza droga do miejsca szczególnego i wyjątkowego. Jest oczywiście
          całkowicie ciemno, latarki się przydają. Trasę rozpoczynamy spokojnym tempem,
          czeka nas jeszcze wiele ciężkich momentów, na które warto oszczędzać siły.
          Pierwszy odcinek wydaje się być całkiem przyjemnym spacerem. Droga pnie się w
          górę tylko pozornie pod bardzo małym kątem. Mijamy wielkie zbiegowisko latarek
          i wielbłądzich oczu. Wiele zmęczonych nóg będzie w drodze błogosławić ten
          środek transportu. "Camel good, camel good", słyszymy z każdej strony setki
          razy. Cena początkowo 50, w połowie drogi 30 LE bynajmniej nie zachęca do
          korzystania z niepraktycznego zdobycia szczytu. Po jakimś czasie pojawiać się
          zaczynają pierwsze budki beduińskie, gdzie nabyć można napoje - głównie herbatę
          beduińską, kawę, wodę czy colę. Na całej trasie doliczam się 8 otwartych budek,
          ale jest ich trochę więcej. Na samej górze można też wypożyczyć koc, czego nie
          zamierzamy praktykować. Koce przesiąknięte są wielbłądzim zapachem, są także
          prawie sztywne od brudu, gdyż używane są również jako derki dla zwierzaków.
          Drugi odcinek już znacznie cięższy i odczuwalne są różnice poziomów. Kąt
          nachylenia wzrasta i przychodzą momenty pierwszego zmęczenia. Co jakiś czas
          robimy regularne krótkie przerwy. Ten fragment nie jest długi, ale męczący. Po
          nim następuje kolejny łagodny, i znów pod górę. To już ostatni odcinek przed
          słynnymi schodami. Tuż przed nimi postanawiamy zatrzymać się na dłuższy postój
          w beduińskim namiocie, gdzie zmęczenie regenerujemy kubkiem herbaty. Cena nie
          jest wygórowana, jak na tak trudno dostępne miejsce - za kawę, herbatę, wodę i
          colę cena jest jedna - 5 LE. Po kilkunastu minutach ruszamy do miejsca, gdzie
          zaczyna się najcięższy fragment, mianowicie 700 kamiennych schodów, które
          oczywiście schodami nazywane są tylko umownie. Odcinek pozornie niedługi, ale
          właśnie tu przychodzi prawdziwy kryzys. Mimo wszystko w końcu udaje nam się
          dotrzeć o własnych siłach na sam szczyt, gdzie granat nieba zaczyna już
          rozjaśniać blado szara smuga. Jest dość zimno i wieje bardzo mocny
          • corrina_f1 WSPOMNIENIA W ODCINKACH (5) 24.05.04, 20:45
            16.05.2004 PLAŻOWANIE, DROGA DO KAIRU

            Po wspinaczce na Górę Mojżesza należy nam się absolutnie odpoczynek, zatem
            dzisiejszy dzień w całości postanawiamy spędzić na plaży.
            Kolację jemy dość późno a trochę później Mohamed odwozi nas do Old Sharm, na
            autobus. Pomaga nam zlokalizować siedzenia, co nie jest trudne, bo bez problemu
            potrafimy odczytać arabskie cyfry. Nie jest to jednak potrzebne, bo zarówno na
            bilecie, jak i w autobusie, numery siedzeń napisane są też "po naszemu".
            Początkowo wydaje się, że jesteśmy jedynymi obcokrajowcami, ale po kilku
            minutach wsiadają jeszcze 2 dziewczyny, rezydentki jak sądzę, mieszkanki
            któregoś ze skandynawskich krajów. Siedzą tuż za nami i słychać je przez
            większość drogi w całym autokarze. Na szczęście to na nich, a nie na nas,
            podróżujący z nami Egipcjanie koncentrują swoją uwagę.
            Autobus odjeżdża punktualnie praktycznie co do minuty (w Egipcie 5 minutowe
            spóźnienie traktowane jest jako wyjazd co najmniej przedwczesny). Czeka nas 6
            godzin jazdy. Już po kilkunastu minutach od opuszczenia Sharm, kierowca włącza
            egipski film na wideo, głośny do granic możliwości. Nie pomaga nastawiony na
            pełną moc discman. Pomimo wszelkich prób przysypiania nie zdaje się to na nic.
            W czasie krótkiej przerwy w połowie drogi postanawiamy wysiąść, żeby
            rozprostować kości. Na szczęście nikt się nam specjalnie nie przygląda. Dalsza
            część podróży upływa w podobnych warunkach. Leci kolejny egipski film
            przerywany co jakiś czas absolutnie kiczowatymi reklamami linii Super Jet.
            Wkrótce przejeżdżamy tunelem pod Kanałem Sueskim. Koło 4:00 chyba na chwilę
            udaje mi się w końcu przysnąć (z głośników rozbrzmiewa już Koran, który mimo
            wszystko łatwiej znieść niż filmowe wrzaski). Otwieram oczy kiedy autobus staje
            i wysiada z niego kilkanaście osób. Okazuje się, że jesteśmy już w Kairze! A
            drugi przystanek należy do nas.
            Jest jeszcze wciąż zupełnie ciemno, spoglądam na zegarek, 4:50. Przyjechaliśmy
            chyba zdecydowanie za wcześnie. Martwi mnie to bardzo, gdyż nasza rezerwacja
            hotelowa ważna jest dopiero od południa ! Nachodzą mnie straszne myśli o tym, w
            którym parku, lub pod którym mostem przyjdzie nam spędzić kolejne godziny.
            Przez kilkanaście minut mkniemy ulicami, jak się później okaże, Heliopolis,
            nowoczesnej części Kairu, którą odwiedzimy jeszcze tego samego dnia wieczorem.
            Śpiące Heliopolis wygląda przepięknie. Ulicami nie jeżdżą prawie żadne
            samochody, o 5 nad ranem w oknach palą się nieliczne światła, czyste ulice
            porośnięte są niezliczonymi gatunkami wyglądających bardzo europejsko drzew.
                • corrina_f1 Już poprawiona Góra Mojżesza (ucięty fragment) 24.05.04, 22:27
                  Jest dość zimno i wieje bardzo mocny wiatr. Błogosławię mój polar z kapturem,
                  choć momentami wydaje mi się, że to nawet za mało.
                  A więc jesteśmy na szczycie. Tłum, którego początkowo nie mogliśmy przewidzieć
                  okazuje się być chyba największym rozczarowaniem tej wspinaczki. W trasie
                  widoczny był co prawda sznureczek świecących w dole punkcików - za nami
                  podążało jeszcze sporo ludzi, ale nikt nie przypuszczał, że na górze znajdzie
                  się ich aż tyle. Taki widok powciskanych pomiędzy każda skałę, gniotących się
                  niczym sardynki w puszcze zmęczonych, choć rozkrzyczanych turystów w ciągu
                  jednej chwili zmienia powagę miejsca i chwili w wielkie rozczarowanie.
                  Nie bardzo jest się gdzie podziać, wszystkie co lepsze miejsca już dawno
                  pozajmowane. W końcu udaje nam się znaleźć kawałek skały na południowo
                  wschodnim stoku. Amerykański ksiądz odprawia Mszę dla 2 osób. Kolejny niesmak -
                  ksiądz zmuszony jest kilkakrotnie uciszać głośny tłumek siedzący tuż obok.
                  Grupa ta zupełnie nie wydaje się poczuwać do zachowania choćby najmniejszej
                  powagi.
                  O 5:50 nadchodzi oczekiwany wschód słońca. Weszliśmy praktycznie w ostatniej
                  chwili. Nie jest do końca tym, czego oczekiwałam po obejrzeniu tysiąca chyba
                  zdjęć z tego miejsca. Słońce wschodzi małą, praktycznie od początku żółtą
                  tarczą zza gór i bardzo szybko wspina się wzwyż. Cały spektakl trwa zaledwie
                  kilka minut.
                  Dopiero po kolejnych 30 minutach, kiedy jest już na tyle wysoko, aby oświetlić
                  cały Synaj, zaczynają się naprawdę piękne widoki.
                  Z góry schodzimy jako jedni z ostatnich, co okazuje się nie najgorszym
                  pomysłem, unikamy bowiem maszerowania gęsiego po schodach w tempie, jakie
                  narzuci pierwsza osoba. Spokojnie, nie spiesząc się pokonujemy schody w dół.
                  Znów pozornie trochę łatwiej niż przy wejściu, choć wiatr coraz mocniejszy, a
                  nogi z każdym stopniem coraz bardziej zmęczone. Docieramy do ostatnich budek z
                  napojami, gdzie droga powrotna rozdziela się na dwie. Jedną z nich jest trasa,
                  którą przybyliśmy na górę, tak zwana "camel path", druga, trudniejsza, bo
                  składająca się jeszcze z 3000 podobnych do dopiero co przebytych stopni, jest
                  znacznie ciekawsza a widoki zapierają dech w piersiach. Decydujemy się
                  oczywiście na wariant trudniejszy i bynajmniej nie żałujemy decyzji, choć na
                  samym dole mamy ochotę iść na rzęsach. Słońce coraz wyżej, przepięknie oświetla
                  najmniejsze nawet skałki, mieniące się teraz różnymi odcieniami brązu,
                  czerwieni, szarości i beżów. Momentami mam wrażenie, że jestem w górach
                  Australii - formacje skalne do złudzenia przypominają mi właśnie australijskie
                  góry.
                  W pewnym momencie naszym oczom okazuje się w oddali klasztor Świętej Katarzyny.
                  To kraniec wędrówki. Z góry wydaje się być całkiem blisko. Jest dopiero 8:00, a
                  klasztor otwiera swe bramy dla pielgrzymów o 9:00. Zatem spokojnie zdążymy, z
                  dużym zapasem, jak sądzę. Nic bardziej mylnego. Okazuje się bowiem, że tak
                  krótki pozornie odcinek, w rezultacie bardzo stromy, daje porządnie w kość, a
                  właściwie w mięśnie, natomiast jego przejście zajmuje prawie godzinę. Pod
                  klasztor docieramy zatem na czas. Pozwalając przewalić się niecierpliwemu
                  tłumowi, spokojnie czekamy aż wejdą wszyscy. W przeciwieństwie do większości
                  pozostałych turystów, nas nic nie goni, mamy prywatnego kierowcę, który będzie
                  na nas czekał tyle, ile trzeba.
                  Kiedy wchodzimy za mury, okazuje się, że z trudem mieszczą tak wielką grupę.
                  Czuję się po raz kolejny jak sardynka w puszcze (który to już raz?), o
                  zrobieniu dobrego zdjęcia nie ma mowy. Międzynarodowy tłum znów nie do końca
                  potrafi się zachować, ciszy doświadczyć można tu chyba tylko w nocy.
                  Najbardziej powalają mnie Rosjanie, którzy w ramach pamiątki, wyrywają gałązki
                  krzewu gorejącego. Odechciewa się wszystkiego.
                  W końcu postanawiamy opuścić te mury i udać się do samochodu. Zaczyna się robić
                  coraz goręcej i trochę przeraża mnie jazda czarnym nagrzanym autem bez
                  klimatyzacji. Po jakichś 2 godzinach jazdy Adam kwituje taką atrakcję jednym
                  trafnym w 100% zdaniem - "czuję się tak, jakby ktoś przyłożył mi do nosa
                  suszarkę". W istocie tak właśnie jest - nagrzane do granic możliwości powietrze
                  huczy przez otwarte szyby, wdziera się wraz z kurzem i piaskiem do środka, do
                  naszych oczu, nosów i gardeł. Podróż powrotna wydaje się nie mieć końca. Mimo
                  to po 3 godzinach jesteśmy wreszcie w Sharm a jedyna rzecz, o jakiej teraz
                  marzę, to prysznic i łóżko.
                  Odsypiamy praktycznie do oporu, czuli do jakiejś 20:00. Po kolacji, która już
                  od kilku dni wydaje się być bardzo monotonnym posiłkiem, Mohamed, kierowca
                  mieszczącego się w Amar Sina biura wynajmu samochodów i pośrednictwa wycieczek
                  (z którego wykupiliśmy zresztą swoje) zawozi nas do starego Sharmu na "dworzec"
                  autobusowy, a właściwie przystanek linii Super Jet, jednej z 3 , którymi warto
                  poruszać się po Egipcie. Pozostałe to East Delta i West Delta. Super Jet jest z
                  nich najlepszy. Roczne Neoplany są niejednokrotnie w lepszym stanie
                  technicznym i pod względem komfortu, niż większość autobusów wycieczkowych
                  wożących turystów do Kairu czy Luksoru.
                  Kupujemy 2 bilety do Kairu, cena do niedawna 55 LE, obecnie wynosi 60 LE w
                  jedną stronę. Jest to bardzo rozsądna cena za bardzo wygodny, klimatyzowany
                  autokar z wc, barkiem, tv. Zatem jutrzejsza noc będzie już drugą z rzędu,
                  nieprzespaną nocą.
                  Udajemy się do hotelu aby dalej regenerować siły.
                    • corrina_f1 Re: Ciąg dalszy po powrocie z Kairu 13.08.04, 15:22
                      No i wysłało mi się bez tekstu.
                      Kair opisany poniżej w stopce, a co było potem.... ;)


                      20 czerwca 2004 czwartek

                      Dochodzi 6:00 i, tym razem już w promieniach słońca, które wzeszło pół godziny wcześniej, wjeżdżamy od strony Starego Sharmu do miasta. Jestem padnięta, niewyspana, trzęsę się z zimna. Marzę o ciepłym prysznicu i łóżku.
                      Okazuje się, że autobus powrotny nie zatrzymuje się docelowo przy Old Market, miejscu, z którego wyjeżdżaliśmy 3 dni temu, lecz na „dworcu” autobusów East Delta, przy stacji benzynowej. Z żalem mijamy ulicę, skąd już tylko kilkaset metrów do naszego hotelu. Przez tą zmianę nadkładamy kilka kilometrów i funtów za taksówkę. Jest nam już wszystko jedno. Kiedy docieramy do hotelu, obsługa pracuje już na pełnych obrotach, czyszczony jest basen, zamiatane alejki, przygotowywane śniadanie. Pomimo, że po wyjściu spod prysznica jest już 7:00, a więc czas, kiedy zaczyna się pierwszy posiłek, rezygnujemy z niego, bo nie odczuwamy w ogóle głodu. Decydujemy się na odpoczynek i w ciągu kilkunastu zaledwie sekund zasypiamy.
                      Po 13:00 budzi nas upał i krzyczący na basenie Anglicy. O 17:00 czeka nas trzecie spotkanie z delfinami i do tego czasu postanawiam skorzystać wreszcie po raz pierwszy z hotelowego basenu kontynuując odpoczynek po Kairze. Krzyś w tym czasie nawet nie zamierza wstać z łóżka.
                      Na basenie spędzam więc w towarzystwie jedynie naszego hotelowego kota zaledwie godzinę, więcej nie wytrzymuję na tej patelni. Wszystkie parasole od samego rana zajęte, a smażenie się na otwartym słońcu nie należy do moich ulubionych czynności, większość czasu spędzam pływając i pojąc kocura. Mieszkańcy Amar Sina każdego dnia karmią go niezliczonymi ilościami resztek ze swoich talerzy, ale nikt nie pomyśli, że kot, który na jedzenie patrzeć już nie może, umiera z pragnienia. Wpadam na pewien pomysł. Z pokoju przynoszę wycięte nożem dno butelki po wodzie, które napełniam kranówką. Koty egipskie chyba nie powinny obawiać się zemsty faraona? Kot wygląda na bardzo wdzięcznego, a wodę wypija dosłownie w ciągu kilkunastu sekund.
                      Krzyś w końcu decyduje się wstać, a ponieważ nie mamy gotówki, zmuszeni jesteśmy udać się do Naama. Tam też przypominamy sobie, że może wreszcie pora na obiad. Niebawem miną 24 godziny od chwili, kiedy „raczyliśmy” się ostatnim „posiłkiem” w kairskim McDonaldzie. Ponieważ o tej porze mało co jest otwarte, decyzja zapada szybko, kiedy okazuje się, że libańska restauracja El Mashy, którą wypatrzyłam któregoś wieczora w pobliżu deptaka, jest otwarta. Jesteśmy co prawda chyba jedynymi gośćmi, ale specjalnie dla nas włączają w środku klimatyzację i grają zupełnie fajną arabską płytę. Na przystawkę zamawiamy humus, w którym zdążyłam się już na dobre zakochać – przyznaję, że w El Mashy podają naprawdę dobry. Pita niestety zimna, ale smaczna. Ponieważ nie chcemy szaleć, zamawiamy kebab, co prawda nie tak dobry jak w Aleksandrii, ale zawsze dobrze mieć porównanie. Od stołu wstajemy już bardzo powoli, znów mam wrażenie, że powinnam zamówić tylko pół porcji…
                      Taksówką wracamy do hotelu, mamy jeszcze jakieś pół godzinki, więc decydujemy się na spacer do Dolphinelli. Z naszego hotelu to tylko 15 minut. Tym razem lepiej jesteśmy przygotowani do sesji zdjęciowej. Po pierwszym pokazie wiemy już mniej więcej, w którym momencie, i kiedy, wynurzy się z wody każdy delfin. Przy pierwszym spotkaniu z nimi, przewidzenie tego było praktycznie niemożliwe. Robimy całą masę zdjęć i choć to już 3 raz, kiedy tu jesteśmy, w oczach wciąż mam łzy, to silniejsze ode mnie. Czas znów mija zaskakująco szybko i nawet nie wiadomo kiedy, pokaz nagle się kończy.
                      Również piechotą wracamy do hotelu. Postanawiamy chwilę odpocząć po upalnym dniu w przyjemnym chłodzie pokojowej klimatyzacji. O 19:00 udajemy się na bardzo lekką kolację składającą się praktycznie z samej sałaty z dodatkami. Od kilku dni jemy wszystko, włącznie z surowizną, która w tym roku nie zaszkodziła nam nawet raz.
                      O 20:00 ponownie udajemy się do Naama, zamiast taksówki wiezie nas Mohammed, który odkąd mnie poznał, nie przestaje mnie traktować jak królową. Zarówno Mohammed, jak i Said – dwaj kierowcy biura, z którym w większości zwiedzaliśmy Synaj, całkowicie różnią się od popularnego, albo może raczej mało popularnego obrazu Egipcjanina. Obydwaj mają mniej więcej po 40 kilka lat, mają rodziny i są uczciwi. Ponadto nie było ani jednej sytuacji, w której, jako kobieta, powinnam się przy nich czuć niekomfortowo. Wiecznie uśmiechnięci, otwarci, chętni do pomocy, uwielbiający rozmowy z nami, byli praktycznie jak przyjaciele. Kiedy przechodziłam koło biura, kłaniali mi się w pas, ale nigdy, przenigdy nie stosowali wobec mnie taniego podrywu i w każdym momencie odczuwałam wyraźny szacunek. W moich oczach zyskali takim zachowaniem bardzo wiele. Pomimo, że do każdego miejsca w Sharm mieli ustalone stawki, które dyktowało biuro (nie jeździli oficjalnymi taksówkami, a zachodnimi, w miarę nowymi autami należącymi do biura), oczywiście znacznie wyższe niż ceny taksówek, od nas zawsze brali kwotę, jaką zapłacilibyśmy normalnie w tańszym środku.
                      Właściwie całe ich biuro wspominać będę zawsze z sentymentem – i Mohhameda, i Saida, Ahmeda i Madame Tahany, która przy pierwszym spotkaniu zadziwiła mnie swoją… włoską urodą. Ze wszystkimi mieliśmy podczas całego pobytu wspaniały kontakt, wiele czasu spędziliśmy na rozmowach, kiedy mowa była o interesach (wycieczki), rozmawialiśmy wyłącznie o nich, kiedy wracaliśmy do normalnych tematów, atmosfera robiła się niemalże rodzinna. Kiedy dziś o nich myślę, na swój sposób tęsknię za całą tą szaloną grupą, choć nie mam już z nimi praktycznie żadnego kontaktu. Jeśli kiedyś jeszcze ponownie odwiedzę Sharm, z pewnością nie omieszkam ich odwiedzić.
                      Docieramy do Naama, a o 20:00 jesteśmy umówieni ze Zbyszkiem i Ulą – do tej pory znanymi wyłącznie z egipskiego forum. Odnajdujemy się bez problemu, a po kilku minutach dołącza do nas Agnieszka ze swoim chłopakiem i Tatą. Czekamy też na Izę z Adamem, ale niestety z jakichś powodów nie docierają na spotkanie. Szkoda, bo mogło być to największe, jak do tej pory, spotkanie internetowych maniaków Egiptu. Mimo to nasza grupa i tak wydaje się być całkiem silna, w sumie udaje się zebrać 7 osób. W takim składzie podążamy do odwiedzanego już wcześniej Camel Baru obok hotelu i bazy Camel Dive. Zimne piwko smakuje tam wyjątkowo razem ze słynnymi orzeszkami, których łupiny latają dokładnie po całym barze i podłodze. Co kraj, to obyczaj, choć ten konkretny, przeniesiony został do Egiptu akurat przez Anglików, właścicieli kompleksu składającego się poza hotelem, bazą nurkową i barem, także z kapitalnego sklepu z pamiątkami. Sklep znany jest z tego, że ma stałe ceny. Tu nie targujemy się o nic, i choć może ceny trochę wyższe (a i nie zawsze) w porównaniu z Old Sharm, to wybór tak wielki, że każdy coś dla siebie znajdzie. Miejsce szczególnie godne polecenia dla zniechęconych rytuałem targowania. Ostatecznie zostawiam tu oczywiście sporo pieniędzy, ale wychodzę wyjątkowo zadowolona po zakupie ślicznych beduińskich bransoletek, pięknej chusty dla mamy, kolorowych miniaturowych wazoników z hartowanego szkła. Prawdopodobnie mogłabym wynieść stąd pół sklepu, jeżeli nie cały :-)
                      Po północy żegnamy się wszyscy, umawiając się jednocześnie na wieczorne spotkanie w bardziej egipskich klimatach następnego dnia.
      • corrina_f1 Re: WSPOMNIENIA W ODCINKACH (1) 25.05.04, 10:07
        Gość portalu: WojtekG napisał(a):

        > Opisy kapitalne!
        > Przepraszam, ale nie za bardzo zrozumiałem na czym polegał Twój problem z
        wizą?
        > Nie wykupiłaś od razu po przylocie?
        > I gdzie lądowałaś? Bo z opisu wynika, że nie w Sharm?

        Dzięki Wojtku.
        Wczytaj się dokładniej - lądowaliśmy w Tabie, 250 km od Sharm. Tam nie dostaje
        się wizy, to chyba jedyne miejsce w Egipcie, gdzie dostajesz zwykłą darmową
        pieczątkę a nie znaczki skarbowe za 15 USD. Może Egipcjanka mogłaby to
        dokładniej wytłumaczyć, zna lepiej egipskie realia :)
        Zasadniczo bez wizy nie można się nigdzie ruszać po Egipcie, pisałam o tym
        będąc w Sharm w wątku "Pozdrowienia z Sharm".

        pzdr
        Kasia
        • Gość: WojtekG Re: WSPOMNIENIA W ODCINKACH (1) IP: 212.244.77.* 25.05.04, 10:28
          Dzięki za szybką odpowiedź, teraz już będę wiedział.
          Lecę 24.07 do Sharm z Alfastarem AirPolonią, ale gdzie będzie nasze lądowanie
          jeszcze nie wiem. Mam również ochotę wybrać się do Kairu (jeśli moja druga
          połowa będzie w formie) i z chęcią poznam dalszy ciąg Twoich przygód.

          Pozdrawiam serdecznie
          Wojtek

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka