miriam_73
19.07.05, 09:08
Tym razem moja przygoda z Egiptem i „okolicą” rozpoczęła się 22 czerwca na
Okęciu. Miałam lecieć na wycieczkę do Izraela i Egiptu już w kwietniu, no ale
jak to w życiu bywa, plany trzeba było dopasować do rzeczywistości (która
często „skrzeczy”). Koniec końców udało się… Po odbiorze vouchera na
stanowisku Triady i check-in oraz odprawie paszportowej strefa na horyzoncie.
Tam przypominam sobie, że nie włożyłam do torebki… grzebienia. Okazuje się,
że na całym MDL jest towar deficytowy. Po prostu nie ma. Cuda wianki są, a
takiego drobiazgu nie uświadczysz, grrr…
Planowo rozpoczyna się boarding, odlatujemy z ok. 20-minutowym opóźnieniem,
więc wszystko w porządku. Hurgada przed nami wyleciała z prawie 2-godzinnym
poślizgiem – AMC. My lecimy Air Cairo. Samolot jak samolot, dziewczyny z
obsługi trochę za poważne, w ogóle się nie uśmiechają a szkoda. Dostajemy
najpierw zimne napoje, łyk zimnego soku z guawy dobrze nastraja )) Potem
podają posiłek – repertuar jest chyba niezmienny, bo pojawia się zimny i
ciepły groszek, wołowina z makaronem, pieczywo, serek i ciasteczko. Potem
jeszcze kawa i właściwie podróż się kończy. Lecieliśmy trochę dziwnie, bo ja
dotąd latałam do Egiptu nad Turcją, a tym razem polecieliśmy na wysokości
Kavali i wysp greckich. W którymś momencie bardzo dobrze było widać Kretę po
prawej stronie. W końcu pojawia się wybrzeże Egiptu, nad Kairem pozostawiając
w dole wyraźnie widoczne piramidy, skręcamy na wschód i po pół godzinie
schodzimy do lądowania. Jak zwykle ostre zejście i siadamy w Sharmie. Egipt
wita bardzo przyjazna temperaturą, bo jest dość silny wiatr, dzięki czemu
jest bardzo przyjemnie. W hali przylotów małe zamieszanie, bo trzeba ustalić
czy najpierw objazd czy pobyt, jak z wizami itd. Uzyskuję informację, że
najpierw jedziemy do Izraela. Zatem na wniosku ląduje adnotacja Sinai only.
Po wyjściu z hali odbierają nas ludzie z Triady i kierują do busów. Ja ląduję
w busie nr 3, poznaję naszego pilota na Izrael, Marka. Sprawia miłe wrażenie,
co potem znajdzie potwierdzenie na trasie.
Oczywiście wynika małe zamieszanie, bo zawsze musi się znaleźć ktoś kto
pomyli autokar, ale ostatecznie ruszamy w drogę. Ok. 16 docieramy do Nuweiby,
do hotelu Regina Style. Po drodze widać akurat wychodzący z portu
(punktualnie!!!) prom do Akaby. W okolicy mnóstwo szwędających się luzem
wielbłądów.
Hotel ciut wysłużony i zakurzony, ale mamy tu spędzić tylko jedną noc wiec
chyba da się przeżyć. Widok z balkonu piękny – mam pod nosem może i góry
Arabii Saudyjskiej po drugiej stronie morza. W nocy przy pełni księżyca
wyglądać to będzie wręcz magicznie. Okazuje się że nie ma ręczników – dostaję
je w końcu po 3 godzinach i 2 interwencjach w recepcji.
Plaża ładna, choć zaczyna się odpływ i trzeba bardzo uważać z przepływaniem
nad rafą, żeby się nie pokaleczyć. Poza tym wysyp galaretek, ale to sezon.
Rafa ładna, choć daleko od brzegu, sporo rybek, wreszcie mogę sobie z bliska
poobserwować „rybkę Nemo”, bawiącą się pomiędzy koralami Niestety załatwiam
przy okazji aparat fotograficzny, bo gdzieś nie docisnęłam obudowy i woda się
dostała do środka. Przed samą kolacją robię jeszcze dodatkowo kilka rundek w
basenie.
Jedzenie w Reginie przeciętne, czystość pozostawia nieco do życzenia, ale
desery rekompensują z nawiązką wszelkie niedogodności. Jedyna mało
sympatyczna jak dla mnie rzecz (co jest zapewne wynikiem uprzednich
doświadczeń obsługi hotelu, niestety) to fakt, że strasznie pilnują i wręcz
nieprzyjemnie dopominają się o zapłacenie za napoje do kolacji (dla mnie jest
to sprawa oczywista i nie lubię jak ktoś mi wisi nad głową i nie daje w
spokoju cieszyć się jedzeniem, no ale rozumiem, z czego może to wynikać –
vide relacja Scorpia).
Noc mija spokojnie, rano przed śniadaniem jeszcze idę popływać. O 10 mamy
wyruszyć już na granicę w Tabie – oczywiście okazuje się, że znowu ktoś
pomylił autokary. Pani z naszej grupy z małżonkiem ulokowali się w autokarze
do Jordanii )) W końcu tylko niewielka różnica….
W końcu ruszamy w drogę. Po drodze cieszymy się widokami wybrzeża i w końcu
docieramy do Taby. Widać Hiltona, w którym odbudowują zniszczone w zamachu
skrzydło. Egipska odprawa przebiega szybko i sprawnie, potem krótka przerwa w
strefie niczyjej na zakupy wolnocłowe dla chętnych i stajemy oko w oko z
Izraelczykami. Najpierw cała grupa odpowiada na pytania, a potem kierują nas
do różnych rodzajów kontroli. Generalnie nie-pary i nie-rodziny idą na pełną
kontrolę. Mnie nie otwierają walizki, ale na odmianę dziewczyna sprawdza mi
torebkę i paszport na obecność materiałów wybuchowych i prochu. Jednej z pań
ciągle coś dzwoni na bramce, więc trafia do kontroli osobistej. W pewnej
chwili mała konsternacja na prześwietlarce. Wybebeszają chłopakowi walizkę i
wyciągają … pas do masażu. Wygląda, hmmm, jak pas z ładunkiem wybuchowym. W
końcu wszyscy przechodzimy do Izraela i siadamy do naszego autokaru. Naszym
pilotem jest Palestyńczyk, Billy, bardzo miły, ale pełny ciężar opowiadania i
oprowadzania przejmuje Marek. W pozostałych dwóch autokarach rolę od pilotek
przejmują izraelskie przewodniczki, Aviva i druga, nie pamiętam jej imienia.
Wyruszamy w drogę. Przejeżdżamy przez Eilat, akurat siada na lotnisku
samolot – fajny widok, bo lotnisko w Elacie jest w środku miasta. Lecimy
drogą nr 90 na północ. Po drodze robimy postój w kibucu Yotfata, słynącym z
wyrobów mleczarskich. Przerwa na lunch, większość grupy kupuje lody –
rzeczywiście wspaniałe. Wkrótce zaczynamy zjeżdżać w depresję i docieramy na
wybrzeże Morza Martwego. Po drodze mijamy Ein Gedi i Ein Bokek, potem Masadę,
Qumran i skręcamy na zachód do Jerozolimy. Krajobraz się zmienia, wjeżdżamy
we wzgórza Pustyni Judzkiej i zaczynamy się wspinać – z minus 400 na prawie
600 m n.p.m. Ok. 17 jesteśmy na miejscu. Okazuje się, że jesteśmy dość daleko
od centrum, w Beit Hanina, hotel nazywa się Claridge. Okolica mało
zachęcająca, do tego okazuje się, że klimatyzacja działa wyjątkowo mało
efektywnie. Na szczęście można otworzyć okno i to załatwia sprawę, bo
wieczorem robi się dość chłodno.
Ze względu na układ dni Marek informuje o zmianie kolejności zwiedzania.
Jutro wieczorem zaczyna się szabat, więc na przedpołudnie planuje żydowską
Jerozolimę, Ein Karem, Yad Vashem oraz Betlejem. W sobotę dla chętnych Morze
Martwe a ci, co nie jadą na wycieczkę mają „dzień wolny”. Na niedzielę idzie
Galilea, a w poniedziałek idziemy na cały dzień w starą Jerozolimę. We wtorek
czeka nas droga powrotna do Nuweiby.
Pada propozycja fakultatywnego wypadu na Stare Miasto wieczorem (koszt 20
USD). Wyjeżdżamy o 20 i wracamy o północy. Najpierw Góra Oliwna o zmierzchu,
dmucha dość mocno, więc nie żałuję zabranego swetra. Potem zjeżdżamy w dół i
na piechotę idziemy na Stare Miasto – wchodzimy od Bramy Jaffy, koło pięknie
oświetlonej Cytadeli, przez dzielnicę armeńską przez opustoszałe zaułki, do
dzielnicy żydowskiej – dalej Cardo, Ramban, Stary Mur i schodzimy na plac
przed Kotelem. Pod Ścianą dużo ludzi, zwłaszcza po „damskiej” stronie
tłoczno, chwilkę trzeba zaczekać, żaby móc choć dotknąć tych gładkich białych
kamieni…. Atmosfera niesamowita, gdzieś się wyrywa samoistnie „Ani ba-Bait”
(Jestem w domu!). Aż się nie chce wracać do autokaru.
W końcu ruszamy dalej – autokar odbiera nas poniżej Bramy Gnojnej i jedziemy
pod Kneset a potem do Zachodniej Jerozolimy. Mały spacer po Ben-Yehuda i
wreszcie spać.
Następnego dnia (piątek) pobudka rano i jedziemy znowu na Stare Miasto, pod
Ścianę Płaczu. Przechodzimy oczywiście przez bramki z wykrywaczem metali – od
strony Bramy Gnojnej jest oddzielne wejście dla kobiet i mężczyzn. Jes