Dodaj do ulubionych

Trzeci raz w Egipcie - moje 22 dni w "domu"......

20.10.05, 12:14
28 WRZESIEN 2005 (SRODA) DZIEN 1

Czekalam na ten wyjazd ponad rok... do konca nie bylo wiadomo-pojedziemy??
nie pojedziemy?? a moze tym razem do innego kraju?? Koniec koncow na 2
tygodnie przed wylotem wykupilismy wyjazd... i dzis przyszedl ten dzien.
Wczoraj przyjechalismy do przyjaciol, u nich spalismy. O 6 rano Dorotka
zawiozla nas na Okecie. Tam pierwsza wpadka. Chcialam schowac jeszcze
sweterek do bagazu glownego ale okazalo sie-ze nie mozna otworzyc walizki!!
Szyfr-nie reaguje. HA! No tak!! Przeciez nasza walizke pozyczyli pol roku
temu znajomi jak lecieli na wakacje. Szybki telefon i-szczeka na posadzce.
Owszem, zmienili kod-ale nie pamietaja na jaki.... no coz. Sweter wyladowal
pod pacha a problem kodu zostawilismy na pozniej.

Nadalismy bagaz. Okazalo sie, ze moglam jeszcze dowalic ze 4 kg ;-) Przejscie
przez odprawe paszportowa-zerkniecie celnika na Radka (lat 5) i jego zdjecie
w paszporcie ( w wieku 8 miesiecy) Powiedzial "Malo podobny".
Powiedzielismy "to Wy wydaliscie zarzadzenie, ze paszpotr dziecka jest wazny
10 lat" Koniec rozmowy.

Jestesmy w bezclowce. Szybkie zakupy i upragniona kawa... 2h szybko minely i
juz siedzimy w samolocie lini Fischer. Samolot jak samolot... Ja strasznie
boje sie latac!! Na Rzesia (meza) "Myszko, nie boj sie, bedzie dobrze" Radus
odpowiedzial "mamuniu... przeciez to tylko lot!!" No tak... Uwielbiam dzieci
za ich nieskomplikowane myslenie. Nie mielismy kateringu. Zamowilismy
herbatke i zjedlismy domowe kanapki.

W koncu lecimy nad Kairem. Znajomy widok... nitka Nilu... piramidy... hotele
polozone przy brzegu granatowo-blekitno-szmaragdowo-zielonego morza
czerwonego. I to czego najbardziej nielubie-podejscie do ladowania. Blednik
wariuje, uszy sie zatykaja...raz sie przechylamy w prawo, raz w lewo... Nigdy
sie tyle nie modle co w samolocie ;-)

W koncu wysiadamy. Mimo koncowki wrzesnia-wita nas sciana goraca!! A wiatr-
jakby ktos dmuchal na nas ogromna suszarka do wlosow!! UWIELBIAM TO!!
Kierujemy sie do okienka niepolecanego przez pana z Eximu i kupujemy wize za
15$ od paszportu. Odbieramy bagaze (qrcze...jak my otowrzymy ta walizke??) i
wypadamy na zewnatrz. Wita nas znajomu smrod i walajace sie sieci ;-) Idziemy
do autokaru, po drodze dowiadujemy sie, ze bedziemy w hotelu "Panorama" w El
Gouna.

Transfer trwal ok 40 minut... Nie nudzilam sie. Upajalam sie tak dlugo
oczekiwanym widokiem!! Palmy, slonce, wysokie krawezniki ;-) ... Jest i nasz
hotel (opisz go na forum hotele) Witaja nas szklaneczka soku, odbieramy
klucze i szukamy pokoju. Jest. Na 2 pietrze w budynku 2 pietrowym ;-) Widok
na zatoke i basen. Super!!

Szybkie siku, szybki prysznikc i decyzja-wyjmujemy kapielowki i lecimy na
basen!! HURRAAA!! I nagle "O NIE!!" Ta cholerna walizka a w niej
nasze "paszporty" na basen w postaci kapielowek....
Nic to. Postanawiamy, ze po 50 cyfrach bedziemy sie zmieniac, zaczyna Grzes
-000- ; -001- ; -002- ; -003- ; -004- ; -005- ; .... zmieniajac sie po jakims
czasie przy numerze -303- walizka otwiera sie!! WOW!! W zyciu nie ciechalam
sie tak bardzo na znajomy klik otwieranej walizki ;-)

I oto siedzimy na basenie-biali, nakremowani... mmm... cudownie tu byc...

Po ok godzinie robimy obchod...tu jest restauracja... tu sklepy... tu wydaja
reczniki... Gorace kafelki parza w stopy... jak milo!!

Wracamy do pokoju. Nie ma sensu sie rozpakowywac-pojutrze ruszamy na rejs.
Wyjmujemy co wazniejsze rzeczy, przebieramy sie i hopsa na kolacje. O tak!!
Czekalam na te mega slodkie ciasta i torty!! Koniec z dieta-nie chce slyszec
o odchudzaniu przez caly pobyt w Egipcie!! Zajadamy sie i delektujemy
jedeniem... ja mam dodatkowe powody do radosci-przede mna 3 tygodnie bez
prania-gotowania-zmywania-sprzatania....wow....cudownie jest byc na
wakacjach!! ;-)

Po kolacji posiadowa przy oswietlonym basenie... Potem spacer do El Gouny.
Czas kupic jakas wode i napoje... robimy szybkie zakupy i wracamy do hotelu.
Jest 21:00 a my padnieci!! Jeszcze szybki tel do recepcji i przypomnienie o
dostawce dla Radka. O 22:00 przy akompaniamecie szumiacej klimy zasypiamy....

Jeszcze tylko szybka mysl przed snem "wow!! naprawde znowu tu jestem!! " i
wyszeptane do uszka Rzesia "kocham Cie!! Tak bardzo sie ciesze, ze jestesmy w
Egipcie"...

Sen... sen...sen...


Obserwuj wątek
    • dlaczegodlatego Re: Trzeci raz w Egipcie - moje 22 dni w "domu".. 20.10.05, 12:41
      Urocza z Ciebie kobieta, religijna i zapewne kochana,
      ale kiedy piszesz
      "ja mam dodatkowe powody do radosci-przede mna 3 tygodnie bez
      prania-gotowania-zmywania-sprzatania....wow...."

      to normalnie pragnę, by Twój mąż został tam przy pustyni i znalazł sobie
      tamtejszą niewolnicę.
      Jakoś Rzesiek pierwszy nie powiedział "kocham cię".

      PS Jestem kobietą.
    • platynka.iw 19. 09. 2005 (czwartek) dzien 2 20.10.05, 13:14
      Obudzilismy sie o godz 9... Pierwsze wyjscie na balkon-i uderzenie slonca!!
      Zapomnialam jak ostre i gorace jest w Egipcie!! Prysznic i biegiem na
      sniadanko. O 12 spotkanie z rezydentka. Szkoda czasu. Bierzemy stroje i lecimy
      na basen... Muzyczka gra, sloneczko swieci, dookola slychac smiechy i radosc
      ludzi... Chlopcy plywaja a ja leze na lezaku i czytam zakupiony przed wyjazdem
      przewodnik po Egipcie, ktory byl dodany do Gazety Wyborczej.

      Mija wolno czas... Slodkie lenistwo. Upajamy sie ta chwila... Ok 13 dowiadujemy
      sie od poznanych w samolocie ludzi, ze jutro rano jest wyjazd o 8 spod hotelu a
      o 9 ruszamy w konwoju do Luksoru. O 9 rano?? Qrcze... co tak pozno?? Przeciez
      zawsze jechalismy w konwoju o 5 czy 6 rano ( nie pamietam) ale na pewno nie o
      9!! Nic to. Zobaczymy rano. Mam nadzieje, ze starczy nam czasu na zobaczenie
      wszystkiego co zaplanowalismy...

      Wracam do pokoju a tu-zonk-brak pradu! Okazalo sie, ze w tym hotelu od 11-14
      wylaczaja prad. Hmmm... pierwszy raz sie z czyms takim spotkalam-ale trudno.
      Wracam na basen do studiowania przewodnika. Po godzinie idziemy na spacer do
      zatoczki. Radek wchodzi do wody i powoduje jej zmetnienie po czym
      stwierdza "zobaczcie ile kurzu jest w tej wodzie" ;-) hihihi... Ogladamy
      malenkie kraby chowajace sie przed nami do swoich norek i spacerkiem wracamy na
      basen.

      Ok 16 przebieramy sie i idziemy do centrum El Gouna, ktore jest 5 minut drogi
      od hotelu. Fakt. Malo egipskie, ale urocze miasteczko. Domeczki, uliczki,
      fontanny... Wymieniamy wieksza ilosc $ na le, kupujemy wode i wracamy do hotelu
      na kolacje. Po kolacji pijemy zimna karkade na balkonie a potem-pakowanie. Rano
      wyjazd do ukochanego Luksoru.

      Iwonka
          • platynka.iw 30.09.2005 (piatek) DZIEN 3 20.10.05, 17:14
            Najedzeni, z walizkami przed hotelem, czekamy w lobby hotelowym na autobus.
            Mysle sobie "super, ze juz ruszamy w trase. Nareszcie cos sie dzieje! Gdybym
            miala przelezec przy basenie czy na plazy 14...BA! chocby 7 dni-to bym chyba
            umarla z nudow albo dostala wscieku macicy"

            Wsiadamy do autokaru i jedziemy na miejsc spotkan autobosow i busikow (jak sie
            nazywa ta miejscowosc??) gdzie sie zbiera konwój. Jechalam 2 razy stamtad do
            Luksoru i zawsze byla to masa samochodow!! Ci ktorzy jechali-wiedza co mam na
            mysli!! I napewno sie zdziwia-bowiem w naszym "konwoju" o 9 rano jechalismy my
            i jeden busik... razem z ochrona - cztery auta ... niezle. No, ale przynajmniej
            Pani Ania (przewodniczka) sie wyspala :-|

            Jak zwykle-po drodze 2 postoje na siku, kawe i odganianie sie od natretnych
            sprzedawcow i pozujacych do zdjec chlopcow z wielbladami...

            I oto w koncu jestesmy w Luksorze-o zgrozo-o godzinie 14!!!!! Niezle. Wysiadamy
            przy nabrzezu. Cala grupa jedzie dalej z bagazami zwiedzac Karnak. Maja wrocic
            na statek ok 18 i wtedy zajac kajuty. My zabieramy nasze bagaze i udajemy sie
            na "Crocodilo", bowiem to wlasnie na tym statku bedziemy kontynuowac dalszy
            rejs.

            Dreptami a w myslach ukladamy teks-jak tu przekonac obsluge, by nam na kilka
            godzin przechowala bagaze... Podchodzimy do recepcji a Pan z usmiechem na
            ustach mowi "witam ponownie" WOW!! Pamieta nas z tamtego roku!? Pewnie
            zapamietal Radka. Niewazne. Lody zostaly przelamana. 10$ w paszporcie powoduje,
            ze od reki dostajemy klucze i kajute z wymarzonymi drzwiami balkonowymi!
            Zostawiamy bagaze i biegiem lecimy zwiedzac zachodni brzeg.

            Jest 14:30.... czyli niewiele czasu zostalo!! Od brzegu zaczepiaja nas faceci z
            pytaniem czy chcemy lodz, czy taksowke... Tak-chcemy lodz. Pytamy-"Ile za
            przeplyniecie na zachodni brzeg??" Slyszymy "50 le" hehehehe... smiech nas
            ogarnia. Mowimy "Dajemy 10le za cala trojke" Od slowa do slowa na widok naszych
            plecow i glosne "bye" Pan sie zgadza na nasza stawke. Szybko przeplywamy. Ten
            sam Pan pyta czy nie chcemy taksowki. Chcemy. Pytamy ile za jakies 4h
            dyspozycyjnosci?? Slyszymy 150 le. hehehe... Niezle maja ceny. Koniec koncow
            dostajemy taksowke do dyspozycji (off corse z kierowca ;-) w cenie 50 le. I tak
            mam wrazenie, ze przeplacilismy, ale w tym dniu czas byl dla nas baaardzo wazny.

            Taksowka-to wielkie slowo. Jest to pojazd na 3 kolkach. Wsiada sie po 2
            schodkach od tylu (nie ma drzwi) i jedzie bokiem do kierunku jazdy (sa 2
            laweczki po bokach) Czyms takim namietnie jezdza miejscowi. W srodku jest
            dzwonek, po nacisnieciu Pan w kabinie zatrzymuje sie. ogolnie (jak wiekszosc
            pojazdow w Egipcie) jest to niezly gruchot-no, ale oby tylko nas zawiozl tam
            gdzie trzeba i mial jeszcze moc by wrocic.

            Pierwszy przystanek-Kolosy Memnona.
            Drugi-kasa biletowa. Kupujemy bilety do Madinet Habu, Ramasseum i SetiegoI.
            Dzieci do 4 roku zycia maja wstep bezplatny, wiec przygotowalismy pieniadze na
            bilet dla Radka. Oto rozmowa przy kasie.
            -prosimy 2 bilety dla doroslych i jeden dla dziecka do Medinet Habu, Ramasseum
            i Setiego I
            -Ile dziecko ma lat??
            -Piec
            -(przymkniete oko kasjera) Nie. Ma cztery i wchodzi za darmo.
            -O tak. Pomylilismy sie. Ma cztery.
            ;-)
            Co jak co, ale jedno trzeba im przyznac-uwielbiaja dzieci i wlasnie nasz
            portfel na tym skorzystal :-)

            Podjezdzamy pod Medinet Habu. Sama swiatynia-rewelacja!! Poza kasjerem jestesmy
            my i dwoje Anglikow. Jest to przepieknie zachowana swiatynia!! Nie bede sie tu
            rozpisywac o zabytkach-bo kazdy moze sobie o nich poczytac w przewodniku czy
            necie.
            Medinet Haby BARDZO nam sie podobalo! Swietnie zachowane kolory i reliefy. Masa
            zakamarkow i - praktycznie zero turystow. Goraco, goraco, goraco... Dlaczego
            tak swietnie zachowana swiatynia nie jest w planach wycieczek fakultatywnych??
            POLECAM BO PO STOKROC WARTO!!

            Pijemy Barake i polewamy sobie nia glowy. Robimy mase zdjec i wracamy do
            naszego pana taksowkarza i mowimy, ze teraz chcemy jechac do Ramasseum. A Pan
            rozklada rece!! Teraz do nas dociera-no tak. Wszystko ustalalismy z facetem od
            lodzi a ten-ni w zab nie zna angielskiego!! Ale jaja... wolamy araba spod
            sklepu, ktory sluzy nam za chwilowego tlumacza.

            Wsiadamy do taksowki i jedziemy do Ramasseum. Jakze marna ta swiatynia sie
            wydaje po Medinet Habu! Ale i tak jestesmy nia zauroczeni i zwiedzamy ja z
            zapartym tchem. Wracajac lapiemy przy wyjsciu policjanta turystycznego i
            prowadzimy do taksowkarza, w celu wytlumaczenia dalszej trasy zwiedzania.
            Spokojniutko idziemy kiedy nagle-nasz taksowkarz podnosi rece i strasznie
            wrzeszczy. Mysle sobie-"co jest?? Wyglada to na jakis zawal!!" Naprawde sie
            przestraszylam. Okazalo sie-ze biedaczyna-przestraszyl sie policjanta!! Myslal,
            ze cos zrobil zle i idziemy na niego z gliniarzem!! Az mi sie glupio zrobilo...
            Policjanty po arabsku przekazal mu gdzie chcemy jeszcze jechac i ruszylismy w
            dalsza droge do swiatyni SetiegoI. Tam zatrzymalismy sie na chwilke i nasz
            takowkarz, przez innego araba powiedzial nam, ze ma 7 dzieci (samych chlopcow)
            i jest bardzo szczesliwym tata. Powiedzial takze, ze czuje sie mlodo bo ma
            dopiero 35 lat. O zgrozo! A ja mu dawalam jakies 60!! W tej brudnej
            galabiji...z dwoma zebami w ustach....pomarszczona, wychudzona twarza i w
            okularach jak denka wygladal duuuzo starzej!!

            Nic to. Pobieglismy obejrzec cuda SetiegoI. A tu przykra niespodzianka. Zacial
            sie aparat a w kamerze wysiadla bateria :-/ Nic to. Delektujemy sie
            wspanialosciami i wracamy do taksowki, by pojechac do Doliny Krolow.

            Tam najpierw podhodzimy na nogach z parkingu do kasy, a potem tuk-tuk
            podjezdzamy pod doline.Po drodze zmieniamy baterie w kamerze oraz udaje nam sie
            uruchomic aparat (hgurrraaaaa)
            Dolina krow. I znowu jestem nia zauroczona!! Gorac jest potworny. Na zmiane
            polewam ciagle Radka woda i kremuje go filtrami. Jest 16:30... za pol godziny
            zamykaja. Wybieramy 3 groby w ktorych nie bylismy i zaczynamy "uczte" Bardzo
            chcialam raz jeszcze zobaczyc grob SetiegoI ale jest zamkniety az do
            odwolania... nie wiadomo jak szybko go otworza a jest to chyba najpiekniejszy
            grobowiec w calej dolinie!!

            Dookola widac mase "skosnookich" grup (Japonczycy?? Chinczycy?? Koreanczycy??
            nie wiem) ktorzy opatuleni od stop do glow, w rekawiczkach i pod parasolami
            zwiedzaja doline. Dodatkowo przed wejsciem do grobow-zakladaja na usta i nos
            maseczki... hmmm... nie wiem co o tym myslec, wiec sie dlugo nad tym nie
            zastanawiam-nie moj biznes :-)

            Urocze jest to miejsce... z jednej strony wiem-jest to cmentarz z drugiej
            strony-u nas na cmentarzu nie czuje tego spokoju co tam... Naprawde. Bije cos
            magicznego od tego miejsca (tak jak od Karnaku) Wspaniale tam sie czuje! Jestem
            potwornym zmarzluchem. A w dolinie krolow nigdy nie marzna mi stopy ;-)
            Uwielbiam to miejsce.

            Za to dostaje furii w kolejnym grobowcu jak juz enty arab pokazuje mi gdzie mam
            zrobic zdjecie, i nie ma problemu jak blysnie flesz. MAC!! Przez nich za 100-
            200 lat nie bedzie Egiptu. Ale co sie dziwic. Po pierwsze-to nie jest ich
            dziedzictwo, wiec im nie zalezy by o to dbac. Po drugie-maja tak niskie
            zarobki, ze kazdy funt sie liczy.
            Kolejny raz odmawiam, ze nie mam ochoty na zdjecie. Ale znowu dostaje furii
            widzac jak wielu turystow sie zgadza i czuja sie uprzywilejowani, ze za 1-2E
            moga sobie cyknac fotke w grobowcu... Plakac sie chce...

            O 17:10 opuszczamy to mega spokojne i nostalgiczne miejsce. W dol schodzimy juz
            tylko my-i pracownicy doliny. Niestety... juz sie robi ciemno, o 18 zapada
            zmrok. Dzieki temu, ze Pani przewodniczka sie wyspala-my nie zdazylismy do
            Diliny Robotnikow ani do Grobowcow Dostojnikow... Nic to. Moze sie uda
            nastepnym razem??

            Jeszcze rzut oka na dom Howarda Cartera i juz mkniemy w kierunku nabrzeza. Tam
            czeka na nas pan od lodki. Placimy 50 le za taksowke i dajemy dodatkowe 10 le
            taksowkarzowi. On nie rozumiejac-daje te pi
            • platynka.iw Re: 30.09.2005 (piatek) DZIEN 3 c.d. 20.10.05, 17:33
              pieniadze do wspolnej kasy. Dopiero arabskie tlumaczenie przekonuje go, ze to
              sa pieniazki dla niego... nie wiedzialam, ze 6 zl moze tak uszczeliwic!!
              Wsiadamy do lodzi i plynac dowiadujemy sie, ze mamy zaplacic za reja 20 le.
              Hehehehehe... dajemy mu 10 le i bardzo dziekujemy za przepluniecie. Idziemy na
              statek. Tam obsluga znowu dopada Radka! Spieszymy sie, ale widzac jak wiele
              Radosci maja obie strony z wzajemnego kontaktu-pozwalamy na chwile walki i
              laskotania. Lecimy do kajuty. Spragnieni zimna wydobywamy z lodowki zimna wode
              i doimy ja na maksa. Po odswiezeniu sie wychodzimy na miasto zalatwij na jutro
              wyjazd do Dandery i Abydos. W BP Thomas Cook chceli 80$ od osoby + za dziecko
              polowe....hmmm... troche drogo :-/ Kontaktujemy sie z Pania Joasia z Hany
              Alibaba, by potwierdzic umowiony jeszcze w bolsce lot balonem nad Luksorem.
              Okazuje sie, ze mamy jutro lot ok 5 rano. Pytamy o Dandere i Abydos. Najpierw
              sie okazuje, ze sie nie da, ale od slowa do slowa ustalamy, ze lot zostanie
              przesuniety na 4 rano (przepraszam innych chetnych, ktorzy wtedy z nami
              lecieli!!) a potem jedziemy do Dandery i Abydos!!
              WOW! Rewelacje! Wracamy na statek... niewiele snu zostalo. Prysznic i biegiem
              na kolacje. Jak ja uwielbiam jedzenie na statku!! Jest PYSZNE!! I Ci przemili
              Nubijczycy... Radek zostaje zabrany na zaplecze wiec i ja podazam za nim... I
              musze przyznac-jest naprawde czysto i pachnaco. Moje dziecie wychodzi
              obdarowane owocami i jogurtami. Jak oni kochaja dzieci!!

              Po kolacji idziemy na gorny poklad, kladziemy sie na lezakach i podziwiamy
              niebo nad Luksorem... magiczna chwila... Niestety-czas sie klasc. Przeciez
              wstajemy o 3:30!!

              Iwonka
        • pc_maniac Re: Do platynki.iw 20.10.05, 23:02
          Czy to nie z Tobą miesiąc temu rozmawiałem o Zachodnim Brzegu i Abydos z
          Denderą?
          Nie napisałaś w końcu ile zapłaciliście za Abydos z Denderą, z kim
          pojechhaliście na tą wycieczkę.
          No i czy byliście w Denderze na dachu (w Św. Seti I również?!).

          Mało coś napisałaś o wycieczce do Abydos i Dendery, jedynie, ze byliście.
          • imonate PC 21.10.05, 09:06
            W gorącej wodzie kappany jesteś :P platynka z pewnością ciąg dalszy dopisze.
            Jestem przekonana, że to co napisała, to dopiero wstęp do relacji z 22 dni w
            Egipcie.
            • mrowka69 lezka 21.10.05, 09:40
              szczerze mowiac lezka mi sie w oku zakrecila, jakbym to widziala wlasnymi
              oczami..nie moge sie doczekac kiedy tam bede :) pozdrawiam i czekam na ciąg
              dalszy
      • platynka.iw Do ika5 21.10.05, 10:45
        Dziekuje Sloneczko!!
        Wydaje mi sie, ze jestem baaardzo kiepskim pisarzem!! Naprawde. Nie
        wykorzystuje tego w zyciu codziennym.
        Z gory przepraszam za bledy!!
        Iwonka
        • platynka.iw 01.10.2005 (sobota) DZIEN 4 21.10.05, 10:48
          Spie… jak przez mgle gdzies z oddali slysze namolne „ti-ti-ti-ti… ti-ti-ti-ti…
          ti-ti-ti-ti…” Powoli wyrywana z objec Morfeusza ( i Rzesia ;-) siegam i dorywam
          się do namolnego budzika w telefonie. Jest 03:15 a ja mam mega uśmiech na
          twarzy i energie, która mnie nosi!! Fakt. Gdybym miala w Polsce o tej godzinie
          wstac do bracy….brrrr…. No-ale jakze inaczej wstaje się o tej godzinie by
          stanac twarza w twarz z przygoda?? I to w Egipcie??

          Wylaczam klime, odsłaniam mega ciezkie i mega szczelne zaslony i otwieram drzwi
          balkonowe… Uderza mnie przyjemnie cieple powietrze i wilgoc od Nilu. Za oknem
          srodek nocy… Księżyc w kształcie rogalika przypomina mi o zbliżającym się
          ramadanie. Wtulam się w moich chłopaków z mysla o walce jaka musze stoczyc, by
          ich obudzic. Na moje „hej, chłopcy… wstajemy. Idziemy na lot balonem” Oboje się
          zrywaja i sa gotowi do drogi ;-) hehehe.

          I oto jest już 04:00 a my i nasi znajomi stoimy przy ulicy i czekamy na pana,
          który ma nas odebrac. Teraz czuje delikatny chlod. Dobrze, ze zabrałam
          sweterek. Radek z boku boksuje się z policjantem turystycznym, a my obserwujemy
          otoczenie… W sklepach… na lodkach… przy ulicy…w swoich taksówkach-spia ludzie.
          Owinieci w koce smacznie chrapia. No tak. Większość z nich konczy pozno w nocy
          prace a o swicie zaczyna. Większość z nich to ludzie, którzy przyjechali do
          Luksoru na jakis czas, by się dorobic. To ich dom-i ich praca zarazem. Jakze
          inaczej wyglada spiacy Luksor! Bez tumultu i pospiechu zarobienia jeszcze
          jednego funta ;-) Jest naprawde bardzo spokojnie i cicho… i zaczyna mi tczegos
          brakowac ;-)

          Jest! Biegnie do nas Egipcjanin. Szybkie upewnienie się, ze my to my ;-)
          zainkasowanie 200$ za lot (po 80$ za dorosłego, za Radzika polowe) i oto już
          siedzimy w lodce na Nilu. Czekamy jeszcze na kilka osob, które maja z nami
          leciec balonem. Na lodzi poczęstunek-kawa, herbata, ciasto…. Swiatla nocy
          fantastycznie odbijaja się w wodzie-Rzes probuje zrobic zdjecie, ale lodka za
          bardzo kolysze… nic to. Mam ochote, by ta chwila trwala wiecznie… Wtulam się w
          cieplego Rzesia (Radek walczy z jednym arabem z lodki) i zaczynam zasypiac…

          Ok. Już sa wszyscy. Plyniemy na zachodni brzeg… granatowa noc, czarny Nil…nie
          widac nic! Ale nie czuje leku! Wierze, iż dobrzy bogowie Egiptu sa z nami! Na
          lodce jeszcze kapitan Sancho tłumaczy nam jak się zachowac w balonie. Każdy
          dostanie swoje miejsce i powinien tam stac i nie przechylac się. Dowiadujemy
          się, ze sa 3 rodzaje ladowania. Albo balon siada spokojnie pionowo na ziemi (
          co się rzadko zdarza ). Albo ciągniony przez wiatr ryje jednym z bokow ziemie.
          Albo siada i wznosi się podskakując jak pileczka. Jeżeli będziemy ladowac
          ostatnimi dwoma sposobami to na jego komende „ladowanie” mamy przykucnąć w
          balonie i schowac glowe miedzy kolana. Hmmm…. Nie zabrzmialo to milo!

          Wszystko jest super zorganizowane. Na brzegu czeka już na nas autko, które
          zawozi nas na miejsce startu. I oto jest nasz balon. Zolty z napisem „Sindbad”
          Balon??-mysle sobie. Przeciez to istne BALONISKO!! O mamo!! Nie zdawalam sobie
          sprawy, ze będzie TAKI DUZY!! Już jest prawie napompowany, wsiadamy do koszy.
          Jest glowny kosz z jakimis narzędziami w którym stoi nasz kapitan oraz 4 kosze
          po bokach do których wchodzi srednio po 5 osob. Z 4 palnikow bucha ogien na
          jakies 1,5 metra, który jest strasznie glosny i niezle daje goracem po karku.
          Przelatuje mi szybka mysla „może zdaze jeszcze wysiąść??”-nie, nie zdaze.
          Wlasnie delikatnie oderwaliśmy się od ziemi… chłopcy z obsługi balona (ok. 10
          osob) na dole klaszcza, tancza i śpiewają „lec balonie, lec!!”

          Nie powiem. Mam cykora, ale patrzac na usmiechnieta twarz Sancho uspokajam się.
          Jest to bardzo spokojny i wyciszony człowiek. Robi wrazenie nieśmiałego i
          małomównego. Jednak jak już się odezwie-to wszyscy zasmiewamy się do bolu… jest
          niesamowity!
          Wznosimy się dosyc szybko. Po chwili uszy przyzwyczajaja się do huku z palnikow
          a oczy do ciemności i powoli zaczynaja wyławiac jakies kontury i zarysy. Kark
          do konca lotu nie przyzwyczai się do goraca jaki stamtąd bucha. Mysle sobie-
          może podstawic nogi?? Będę mieć darmowa depilacje ;-)
          • platynka.iw Re: 01.10.2005 (sobota) DZIEN 4 c.d. 21.10.05, 10:49
            Co jakis czas w oddali polyskuje czerwien, granat, zielen-to inne balony,
            których ogien z palnikow cudnie oswietla od srodka. Powoli jak grzybki po
            deszczu rosna coraz to nowe i zaczynaja-tak jak my-wznosic się ku niebu.

            Zaczynam się przyzwyczajac do sytuacji i rozluźniać… Robi się coraz jasniej,
            zaraz pewnie wzejdzie slonce. I nagle widze-cudne gory tebańskie! W tym samym
            momencie jakbym dostala cios miedzy oczy-WOW!! Przeciez to swiatynia
            Hatszepsut!! Jakze majestatycznie wyglada z gory!! Zadnych turystow! Bije od
            niej spokoj, jakiego wczesniej nie widziałam! Każdy rzuca się do robienia zdjęć
            i nagrywania na kamere. W tym momencie kapitan pokazuje nam wschodni brzeg-
            patrze, a tam odbywaja się cuda!! Zza Nilu, delikatnie wynurza sie pomarańczowo-
            zolte slonce. Idealny kolor-idealny kształt…Czuje się podczas tego
            przedstawiania taka malenka! Patrzac na ten ideal piekna wiem juz, dlaczego
            Echnaton poswiecil wszystko-by oddawac czesc temu cudowi!! Stoje
            zahipnotyzowana… po chwili dopiero dochodze do siebie i zaczynam cykac zdjęcia…
            jedno, drugie, trzecie, czwarte-ciegle wydaje mi się, ze to malo, ze jeszcze
            lepiej mogę utrwalic ta chwile. Słychać zewsząd „oooo….. wow….. jeeeee…”

            Przelatujemy nad domami Egipcjan. Spia na dachach. Sancho krzyczy do nich po
            ang „hej, habibi!! Pobudka!! Wstawac!!” Jakas mala dziewczynka w koszulce i
            golej pupie stara się wcisnąć pod koc do mamy. Mysle sobie „wszystkie maluchy
            na calym swiecie sa takie same! Patrza tylko jak tu wtulic zmarznieta pupe do
            mamy ” Na każdym dachu co najmniej 2 anteny satelitarne, niejednokrotnie
            wieksze od lozek na których spia. Obok anten i lozek widac chodzące kury,
            walające się smieci, druty… przy domach, z boku stoja zwierzaki, rozebrane
            auta… suszy się cegla mulowa-jak sprzed wielu tysięcy lat!! Czas się tu
            zatrzymal…


            Patrze na moje dziecie, które jak male kurczątko usiadło sobie w kaciku i przez
            dziure, która sluzy do wchodzenia –patrzy sobie na swiat z wysoka. Macha
            paluszkiem i wola „ptaszki, zobacz mamuniu-tu sa ptaszki!!” „zobacz mamuniu, a
            tam sa Kolosy Memnona” Kolosy Memnona?? O QRCZE!! Rzeczywiście w oddali je
            widac! A przed nami-Ramasseum, w którym jeszcze wczoraj byliśmy!! Z drugiej
            strony błękitny Nil, idealnie wymierzone pola uprawne… ciagle wznoszące się
            slonce, które już dolacza się do palnikow-i niezle nas grzeje… po prawej chowa
            się swiatynia Hatszepsut… nie wiem co fotografowac. Robie kilka zdjęć po czym
            wylaczam aparat. Prostuje plecy, rozluźniam miesnie, przymykam oczy i robie
            kilka głębokich wdechow…. O tak. To jest magiczny czas, nie można go spędzić z
            okiem przy aparacie. Czuje się szczesliwa… odprezona. Balon niewiadomo kiedy i
            jak-delikatnie plynie unosząc nas nad wspaniałościami pozostawionymi przez
            starożytnych.

            Każdy z nas dostaje mineralna, bo naprawde zrobilo się bardzo cieplo! W oddali
            widac Medinet Habu. Cudowna mgla jak wielka wstega w polowie wysokości opasa
            gory tebańskie, które teraz przybieraja cala palete barw! Obejmuje jeszcze raz
            wszystko wzrokiem-gory, Nil, Slonce, Kolosy, Ramasseum, Hatszepsut, pola,
            domostwa.. i mam lzy w oczach. Co za wspanialy widok!!

            Nie wiadomo kiedy minelo 45 minut i nasz kapitan (Hiszpan) informuje nas, ze
            zaczynamy podchodzic do ladowania. No. Jak na komende-idylla pryska i zaczynam
            się bac ;-). Obsluga balonu w rozklekotanej furmance jezdzi za nami, żeby nas
            złapać. Staneli, już biegna… okazuje się, ze musimy się troszke wznieść i
            wyladujemy w innym miejscu. Wiec wsiadaja i znowu jada za nami. Słychać ich
            radosne spiewy i rytmiczne bębenki. W koncu za 3 razem udaje się. Balon
            majestatycznie i spokojnie siada na morzu trzczciy cukrowej… Chłopcy w 3 minuty
            zwijaja balon. To koniec. Mam nadzieje, ze te pozytywne, a momentami wrecz
            orgastyczne przezycia jakie czulam tam na gorze-pozostana we mnie na dlugo…

            Wysiadamy, jeszcze tylko taniec radości z chłopakami i już pedzimy w strone
            lodki. Tam kapitan wszystkim dziekuje za lot i wrecza każdemu dyplom. Tak zal
            się rozstawac z tym człowiekiem…

            Zerkam na zegarek. Jest 06:50. Lecimy na Crocodilo. Zajmujemy wszystkie
            kontakty-ladowarki sa wszedzie! Telefony, kamera, aparat… Szybki prysznic,
            zmiana ciuszkow i pakowanie plecaka. Za godzine jedziemy do Dandery i Abydos.

            Iwonka (c.d. nastapi...)
            • corrina_f1 Rewelacja ! 21.10.05, 13:37
              Iwonko, to jest WSPANIAŁE !! Pisz, pisz, pisz koniecznie ciąg dalszy !!
              No i natychmiast zamieść gdzieś zdjęcia, szczególnie z tego lotu balonem !!
              Możesz np stworzyć album tu:
              community.webshots.com/
              albo zamieść na forum Zdjęcia z podróży
              forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=91
              ale koniecznie i jak najszybciej !! Pamiętam Twoje cudne zdjęcia z Krety i
              poprzednich wypadów do Egiptu, jeśli te są w połowie tak dobre, to znaczy że są
              cudowne !! ;))

              ściski
              Kasia
            • platynka.iw 01.10.2005 (sobota) DZIEN 4 c.d. ABYDOS 21.10.05, 14:04
              C.D.
              Radzik jeszcze się myje, a my sprawdzamy czy wszystko jest-kamera, aparat, krem
              z filtrami, cos na glowe, portfel… Grzes pilnuje Radzika by wypłukał zabki w
              Barace, a ja lece do recepcji. Tam odbieram nasze paszporty oraz pisze o
              której-z kim-gdzie się wybieramy i o której planujemy powrot. Pan z recepcji
              się milo uśmiecha i tłumaczy, ze to dla naszego bezpieczeństwa. I super! Podaje
              nam dzien wczesniej zamówione sniadanie oraz lunch w formie suchego prowiantu.
              O mamo!! Jest tego 6 pudelek!! Nic to. Zostawiam to na recepcji i wracam do
              pokoju by zabrac zapomniane pierdolki. Rzes zostawia 2E sprzątaczowi za
              wczorajsze wysprzątanie kajuty oraz cudne całujące się delfinki z ręczników.
              Wychodzimy. Przy recepcji częstują nas jeszcze kawa i herbatka (jak milo!!) a
              Radzik wdaje się w walke z ochroniarzem ;-) Dopada nas jeszcze jeden z kelnerow
              (zapomniałam jego imienia  który również nas pamieta z zeszłego roku.
              Namiętnie uczy się jezyka polskiego i przy każdej okazji albo nam wszystko
              recytuje-albo pyta o nowe wyrazy. Tym razem słuchamy po polsku czesci
              ciala „reka, noga, ucho, glowa, oko…” Cudnie!! Ma problem z wymowa litery P
              (tak jak zreszta większość Egipcjan. Stad Boland a nie Poland) Mowie mu „ a tu
              masz pupe” Zadowolony z nowego wyrazu siega po serwetke, rysuje szlaczki ;-) z
              prawej do lewej i odchodząc mamrocze ‘buba…buba…buba”  Jest uroczy.

              Jest po osmej. Luksor już wrócił do formy ;-) masa ludzi, turystow, naganiaczy,
              trąbiących aut… To lubie  Wychodzimy po schodkach przed ulice a tam-z
              uśmiechem wita nas dwoje ludzi. Jeden z nich to kierowca-drugi nasz przewodnik.
              No proszę, jak milo! A myślałam, ze pojedziemy tylko z kierowca! Wsiadamy do
              super nowki, nie smaganego 12 osobowego Hyundai`a. Ja bym nie zwróciła pewnie
              uwagi, ale Rzes jest zauroczony!
              Autko naprawde jest sliczne! Momentami wystaje jeszcze folia, skorzana
              tapicerka, klimatyzacja… pachnące i czyściutkie! Umieszczam piramide z pudelek
              na tylnym siedzeniu i ruszamy na miejsce formatowania się konwoju. Z tego
              miejsca ryszaja konwoje do Asuanu, Hurghady, Dandery i Abydos. Korzystamy z
              chwili postoju przed dluga podroza i spacerujemy. Radek ze swoimi jasnymi
              wloskami i ja ze swoja bladojasna skora wzbudzamy jak zwykle zainteresowanie.
              Ciagle czuje na sobie wzrok miejscowej ludności. Na szczescie podczas kolejnego
              pobytu nie jest to już az tak meczace.

              Punktualnie o 9 ruszamy. Jest nas masa aut i zupełnie nie
              przypominamy „konwoju” w jakim jechaliśmy do Luksoru. Chłopcy zaczeli rozmowe o
              aucie ja zaszylam się na ostatnim siedzeniu, by cos zrobic z tymi pudelkami!
              Otwieram pierwsze z nich-jak ja to lubie! Te dzemiki i plastikowe sztucce ;-)
              Przepakowuje wszystko do 3 pudelek, reszte postanawiam wywalic przy najbliższym
              postoju.

              Radzik lokuje się z tylu na 3 miejscowej kanapie ze swoimi samochodzikami i
              zwierzakami i –jak to Radzik- zaczyna przeprowadzac walke ;-)
              Ja dosiadam się do chłopaków. Od slowa do slowa coraz bardziej poznajemy
              siebie. Okazuje się, ze nasz przewodnik nazywa się Atef Abu El-Fadl, jest z
              wykształcenia egiptologiem i na codzien pracuje w Egipskim Ministerstwie
              Kultury w dziale antykow, a jego szefem jest słynny Zali Hawass (gdyby ktos
              chciał go wynająć na jakas wycieczke-to mogę podac jego numet telefonu)

              Czas milutko plynie, zaczynamy cala piatka podjadac co nieco z naszych
              pakunkow. Pierwszy postoj i haslo Radzika „chce kupke” Ok. Biore go za reke i
              szukamy toalety. Jest! Wchodzimy a tam-typowo arabski klop. Czyli dziura w
              podłodze i szlauf do umycia zadka. Patrze w oczy synkowi i wiem-ze nie zrobi
              tego na stojąco. A już na pewno ja nie pozwole, by myjaca pupe woda lala się po
              jego nogach i stopach… fuj 
              Już na nas trabia… Nic. Moje dzielne dziecko postanawia, ze jeszcze wytrzyma i
              załatwi się na nastepnym postoju.
              Wracamy do auta. Muzyczka gra… robimy się senni. W koncu od jakis 7h jesteśmy
              na nogach. Spiacego Radzika przykrywam lekka chusta-jakze slicznie wyglada
              space dziecko! Nie wytrzymuje i obsypuje go calusami-na szczescie Go nie budze.
              Rzes tez zasnął. Spi slodko wtulony w zasłonkę ;-) Czule glaszcze go po karku i
              zatapiam wzrok w widoki za oknem…

              Jakze inny jest ten swiat! Dla nas momentami przerażający i nie do przyjecia!
              Droga biegnie wzdluz jednej z odnog Nilu. A w niej-wszystko co tylko możliwe.
              Gory smieci a obok nich piorące kobiety… Zdechla krowa a chwile pozniej kapiace
              się dzieci. Lodki, które za pomoca lin przewoza ludzi na drugi brzeg. Pompy
              nawadniające, które wyrzucaja na pola drogocenna wode. Obok palmy. Niskie domy
              zazwyczaj z cegly mulowej. Osiołki. Takie jest ich Zycie…Mysle sobie „gdyby z
              jedna z tych osob zamienic się na tydzień. Ja zamieszkam tu-a ona w moim domu-
              to ciekawe, kto bardziej chciałby wrócić do siebie??” Wiem, jest to
              niemożliwe, ale Oni naprawde sa uśmiechnięci i czuja radosc z miejsca w którym
              mieszkaja…. Wjeżdżamy w jakies miasteczko. Pelno w nim biegających na bosaka
              dzieci, zafekowanych kobiet, które nosza zakupy na glowach, oraz kafejek a nim
              palacych szisze, nudzących się mężczyzn w galabijach… Na murach i domach pelno
              jeszcze powyborczych plakatow a na większości z nich-usmiechniety, mlody Hosni
              Mubarak. No coz… już nie wyglada jak na tych plakatach, przeciez zdjęcia sa
              zrobione w 1981 jak zostawal prezydentem…no, ale sila reklamy wizerunku jest
              ogromna, wiec…

              Koleny postoj. Tym razem w miejscowości Qena. To tu znowu jest rozjazd. Moi
              chłopcy budza się. Jeden wola „kupe” drugi „kawy”  Mowie Rzesiowi żeby zamówił
              dla mnie goraca herbate i lece z Radzikiem do toalety. No prosze! Jest i zwykly
              klop! Już zamierza Radzik siadac kiedy nagle naszym oczom ukazuje się sterczacy
              ze srodka drut! Jak się po chwili okazuje-to nie drut! To nowoczesny WC`et
              arabow. Polaczenie toalety z bidonem.Czyli siadac-pupa trafia na drut-robisz
              swoje-drut Ci spukuje pupe. O NIE! Rece mi opadaja. Wybiegamy przed toalete-
              zero krzeczkow. Nie ma co. Wracamy. Opierając się poldupkiem na desce i wiszac
              na mnie-synek w koncu robi swoje. Off corse nie ma papieru toaletowego. Na
              szczescie jak zawsze mam przy sobie chusteczki.

              Wychodzimy, pijemy herbatke i jedziemy dalek. O! Jedziemy tylko w 5 busikow.
              Okazalo się, ze w tym miejscu duza czesc pojechala do Hurghady, czesc do
              Dandery natomiast my-pchamy się dalej do Abydos. Oczywiście caly czas pod
              eskorta policji turystycznej.

              Po jakims czasie podjeżdżamy pod Abydos (znowu nie będę się rozpisywac-każdy
              może o tych swiatynich poszukac sobie informacji) Kupujemy bilety po 20le
              (Radzik jako 4 latek wchodzi za darmo ;-) I razem z Atefem wchodzimy na teren
              świątyni…. WOW! Mimo goraca zimny dreszcz oblewa moje cialo! Cudowna! Umawiamy
              się, ze troszke nas oprowadzi, tropszke opowie-a potem sami sobie polazimy i
              zrobimy zdjęcia… Wchodzimy do srodka-i widok całego dachu nas powala! Zupełnie
              inaczej to wyglada niż np. w Karnaku. Atef opowiada znana nam legende o
              Ozyrysie i – niemożliwe- czyta hieroglify! Ten facet jest Wielki! W koncu
              udajemy się na samotne dreptanie. Turystow niewielu, wiec wychodza super
              zdjęcia. Fantastyczne płaskorzeźby! Cudownie zachowane kolory-jak chyba w
              zadnej świątyni jaka do tej pory widzieliśmy! Te zywe, wciąż intensywne kolory-
              wyciskaja w nas lzy wzruszenia… tyle lat… tyle lat a to wciąż trwa… Mam ochote
              mowic szeptem i chodzic na palcach, by nie zakłócić odwiecznego majestatu tego
              miejsca…
              Wychodzimy na dziedziniec zewnętrzny i podziwiamy prawdopodobne miejsce
              pochowku Ozyrysa. Zielona woda wokół ruin poteguje uczucie wiezi z kosmosem…
              Polewamy glowy ciepla już woda i w
              • platynka.iw 01.10.2005 (sobota) DZIEN 4 c.d. ABYDOS 21.10.05, 14:12
                Polewamy glowy ciepla już woda i wracamy do srodka. Oglądamy przepiekna scene
                przedstawiajaca walke SetiegoI i jego syna Ramzesa II z bykiem… za rogiem
                podziwiamy wspanialy dowod chwaly jaki złożył Seti I swoim poprzednikom-
                slynna Liste 76 Faraonow, a kazde z tych imion w osobnym kartuszu. Sala z
                kolumnami i masa zakamarkow, mniejszych i większych pomieszczen a w każdym
                cuda! Tak wykonanych detali jak w Abydos nie widziałam nigdzie indziej! Stopy
                faraona z zaznaczonymi paznokciami. Korony gornego i dolnego Egiptu, faldy
                spódniczki lejace się perfumy piora ptaka misternie i dokladnie wyżłobione…
                puchary, owoce-a wszystko jak zywe!
                Czas nas goni…wiemy, ze zaraz rusza konwoj do Dandery wiec musimy się spieszyc…
                Niestety-wejscie na dach jest zamknięte. Cykamy jeszcze kilka fotek, krecimy na
                kemere i z bolącym miejscem opuszczamy to jakze magiczne miejsce…a tak bardzo
                by się chcialo usiąść pod kolumna i chlonac…chlonac ta aure i pozytywne
                wibracje jakie bija od tego Cuda…

                Biegiem do auta i jazda do Dandery.
                      • platynka.iw Do imonate 23.10.05, 00:11
                        Hej... jeszcze troszke! Jak uznacie, ze to jest ten czas-to pojedziecie. Radzik
                        mial 20 miesiecy jak byl pierwszy raz w Egipcie. Wprawdzie byla to 14 dniowa
                        pobytowka w HRG ale i tak pojechal z nami do Kairu i Luksoru... Pamietam jakby
                        to bylo dzis-jak Rzes nosil go na plecach w nosidelku... :-)
                        Wierze, ze Wasza Panna bedzie wspanialym i dzielnym traperem! Tak jak Moj
                        Radus, ktory kocha Egipt i zwiedzanie :-)
                        Pozdrawiam cieplutko :-)
                        Iwonka
                        • corrina_f1 Iwonko 23.10.05, 11:22
                          Zapowiada się najdłuższa egipska opowieść na tym forum... ;) Wygląda na to, że
                          mnie pobijesz Iwonko ;))

                          Szkoda, że tak mało osób po powrocie opisuje swoje przygody, na palcach 1 ręki
                          by zliczyć. Nie wierzę, że wszyscy jeżdżą wyłącznie po to, żeby siedzieć przy
                          basenie hotelowym z drinkiem, a teoretycznie może tak być, bo jakieś 90% pytań
                          na forum dotyczy właśnie hoteli... (pomijając że jest do tego osobne forum)
                        • pc_maniac Re: Do imonate 24.10.05, 12:41
                          platynka.iw napisała:

                          > Hej... jeszcze troszke! Jak uznacie, ze to jest ten czas-to pojedziecie.
                          Radzik
                          > mial 20 miesiecy jak byl pierwszy raz w Egipcie.

                          Hehe, Cypisek był już z Imonate w Egipcie (mając 4 miechy), my się nie możemy
                          doczekać aż będzie na tyle duża żeby wojażować z nami po innych
                          miejscowościach, a nie wylegiwać się na plaży.
                          Ale jakoś wytrzymamy :o/
                • platynka.iw 01.10.2005 (sobota) DZIEN 4 c.d. DANDERA 22.10.05, 20:17
                  Biegiem do auta i jazda do Dandery.


                  Wracamy ta sama droga. Przy wyjezdzie z Abydos zatrzymujemy się na chwile na
                  moscie. I wtedy wzbudzamy maksymalne zainteresowanie! Tam tak malo jest białych-
                  ze jesteśmy dla nich nie lada dziwakami. Stukaja w szybe auta, machaja do nas,
                  uśmiechają się… sa bardzo życzliwi i spontaniczni. My jak wygladniale
                  zwierzatka rzucamy się na zimna wode…. Lyk za lykiem nasze pragnienie zostaje
                  zaspokojone. Po chwili w chlodnym, klimatyzowanymm aucie zaczynamy odczuwac
                  glod… Siegam do naszych paczek i wyciągam kolejne pyszności przygotowane przez
                  wyśmienitych kucharzy z Crocodilo. Tym razem pieczony kurczaczek z miekka
                  buleczka i ogorkiem zielonym… mniam…Najedzeni, napojeni zaczynamy już odczuwac
                  zmeczenie, a raczej braki w snie. Stajemy się rozleniwieni i senni. Nie chce
                  nam się rozmawiac… każdy układa się w wygodny dla siebie sposób i relaksuje
                  się. Dobrze, ze mamy cale autko dla siebie i przez to mase miejsca… Nie mogę
                  zasnąć. Mysle o Abydos. Magia tego miejsca strasznie na mnie podziałała. W
                  myslach odtwarzam każdy krok jaki tam zrobiłam, każdy relief, kolor, scene,
                  detal-jaki zobaczyłam. Nie chce tego zapomniec!

                  Odwracam się do Radzika, który szaleje na ostatnim siedzeniu… mysle sobie „skad
                  dzieciaki biora tyle energii w sobie??” Jest taki dzielny i taki kochany! Nie
                  marudzi-nie narzeka. Dzielnie drepta na swoich malych nozkach i szuka
                  zakamarkow w świątyniach 


                  Nie wiadomo kiedy wjeżdżamy na parking przed swiatynia w Dandera. Zabieramy
                  standardowy zestaw-kamere, aparat i butelke wody pod pache i idziemy do
                  świątyni. No. Tutaj sa już zupełne pustki! Jesteśmy tylko w kilka osob.
                  Podziwiamy wspaniale wejście a w srodku-cudne kolumny z patrzaca na cztery
                  strony swiata Hathor. Moja pierwsza mysl „Gdzie te podziemia i gdzie wejście na
                  dach??” Zaczepiam pierwszego z brzegu pilnującego i trzymając pieniadze w
                  reku pytam się o te wejścia. Ten nam tłumaczy, ze sa zamknięte i na razie jest
                  zakaz wchodzenia do nich… Mysle sobie-niedobrze, skoro nawet widoczna w moim
                  reku kasa zawiodła. Lapie naszego przewodnika, sciskam mocno za rekaw i
                  mowie „Musisz… MUSISZ nam załatwić wejście do podziemi i na dach!! Jestes
                  egiptologiem-jestes Egipcjaninem… załatw nam to!!” Po jego minie i uśmiechu
                  wiem-ze już mamy to załatwione.
                  Odnajduje swojego „brata” najpierw glosno się witaja, potem szeptaja cos na
                  ucho w koncu pieniadze od jednego wędrują do reki drugiego-i oto już wedrujemy
                  do jednej z sal. A tam-w podłodze jest cos, co na pierwszy rzut oka robi
                  wrazenie szybu wentylacyjnego. Niewielkia skrzyneczka o rozmiarach ok. metr na
                  pol. „Brat” podnosi wieko i-oto ukazuje się naszym oczom czarny tunel! Czasu
                  jest niewiele-musimy to „zaliczyc” szybko, zanim inni z obsługi czy turyści się
                  zorientuja. Wiec „brat” nam swieci latarka a my najpierw zgięci w pol a potem
                  wrecz na kolanach-wchodzimy pod ostrym kontem w dol jakies 1-2 metry, a na
                  koncu-do korytarza, który względem tunelu lezy prostopadle. A tam! CUDA! Takich
                  dokładnych i rewelacyjnie zachowanych płaskorzeźb nie widziałam!! No, ale
                  najważniejsze!! Szukamy tego wielkiego odkrycia jakiego dokonano w Dandera-
                  płaskorzezby ktore przedstawiają prawdopodobnie starożytne zarowki!! JEST!
                  Relief przedstawia ludzi stojących obok przedmiotow w ksztalcie balonow w
                  srodku znajdują się wijące węze, kwiat lotosu tworzy oprawke, z ktorej
                  wychodzący przewod polaczony jest z prostokatnym pojemnikiem. Czy to jest
                  zarowka?? Podono jacys naukowcy na podstawie tego zrobili zarowkę i… jarzyla!!
                  Niesamowite. Chce zrobic zdjęcia, ale już nas wolaja, zeby wychodzic!! Nie chce
                  uzyc lampy-wiec musze dac troszke dłuzsze naswietlanie…. Tu jest tak ciemno!
                  Poganiani, nerwowo cos tam cykam-i już wychodzimy.
                  Teraz na dach. Wchodzi się z boku, ze srodka świątyni przez waski korytarz.
                  Delikatnie stapamy. Znowu czuje ten mistycyzm. Ta potęgę i tajemnice! Kiedys
                  wstep tu mieli tylko faraon i najwazniejsi kaplani! A teraz my-bez pokory
                  poruszamy się po tym miejscu! Czuje się malenka i niegodna, zeby tu byc! Mam
                  ochote krzyczec „ O Bogowie Egiptu! O Wielka Pani Hathor-wybaczcie nam nasza
                  śmiałość i bezczelność, ze bezwstydnie naruszamy to odwiecznie święte i
                  niedostępne miejsce!”
                  Po kilku krokach-oto jesteśmy na dachu świątyni!! Nogi mi drza, jestem pod
                  OGROMNYM wrazeniem tego miejsca! Mam gesia skorke na mysl, ze pod nami sa te
                  wspaniale kolumny z czterema twarzami Hathor, ze pod nami sa tajemne przejscia
                  i podziemia, ze pod nami sa święte pomieszczenia… Przechodzimy do jednego z
                  maleńkich budynkow na dachu-a w nim na sufiecie jest słynny znak zodiaku (tu
                  tylko odlew-oryginal w Luvr)
                  Dwa kroki dalej -NIEWIARYGODNE! Znajdujemy się w Sali Mumifikacji! Czuje się
                  niepewnie na sama mysl, co tutaj robiono… Niewielkie pomieszczenie a na
                  ścianach-reliefy przedstawiające kolejne etapy mumifikacji, oraz przechodzenia
                  duszy do Zycia Wiecznego. Pośrodku Sali na suficie-ponad miejscem, gdzie kiedys
                  stal stol do mumifikacji-niewielki otwor przez który dusza przechodzila w
                  zaświaty… NIE! To już jest za duzo. Czuje się jak intruz, jakbym deptala
                  najwieksza świętość… Nie umiem nawet zrobic zdjęcia-chce już wyjsc… Wychodze,
                  Rzes robi jedno zdjecie i wychodzi zaraz za mna.
                  Wspinamy się w kierunku zbudowanego na dachu ogrodzenia i-ogladamy wspaniale
                  widoki jakie stad widac…. Mala kapliczka, jakiies wolnostojące przejscie,
                  rozpadający się mur z cegly mulowej… a z tylu gory, palmy drogi, domy-
                  dzisiejszy swiat! Nachodzi mnie mysl… Ze sa takie miejsca na swiecie jak
                  Giza, Luksor, Abydos czy wlasnie Dandera-gdzie ludzie mieszkaja o kilka metrow
                  od tych wspaniałych miejsc, patrza na nie codziennie, przechodza obok nich…
                  Niesamowite! My placimy ogromne pieniadze i jedziemy tyle kilometrow, by choc
                  przez kilka minut moc obcowac z tymi niewiarygodnymi cudami-a oni to maja na
                  codzien! Na pytanie kogokolwiek na swiecie „gdzie mieszkasz?” gdy taka osoba
                  odpowie „zaraz przy świątyni w Abydos” lub „20 metrow od Sfinksa” –kazdy zaraz
                  wie gdzie on zyje! Niesamowite…
                  Nagle z mojego zamyslenia wyrywa mnie wolanie Rzesia. Okazuje się, ze niestety-
                  ale nasz konwuj rusza wczesniej i musimy już isc. Cos się we mnie buntuje.
                  NIE! NIE! NIE! Chce tu jeszcze zostac! Posiedzieć! Zrobic kilka zdjęć! Przyrzec
                  się jeszcze tylu miejscom! Tyle detali i tyle scen jest jeszcze do obejrzenia!
                  Niestety… sila wyzsza. Jak obrazona dziewczynka, ze spuszczona mina i nadeta
                  buzia, z oczami wbitymi w ziemie, wracam powolnym krokiem do auta… Jak ja
                  kocham te miejsca! Mogłabym za darmo-BA! Nawet bym im dopłacała, żeby w tych
                  świątyniach moc sprzątać, pilnowac je czy już sama nie wiem co… Wsiadam do
                  zbawiennie klimatyzowanego auta a w glowie i sercu wiem jedno-kiedys tu wroce…
                  kiedys jeszcze tu przyjade.
                  Rzes mnie mocno przytula i stara się pocieszyc… On wie, jak ja uwielbiam
                  zabytki Egiptu. Jak kocham ten bezpośredni kontakt ze świątyniami… Jakze
                  bardziej-nizli bezdusznie wywiezione zabytki i bez emocji umieszczone w
                  gablotach muzealnych-oderwane od miejsc i czasu…Rzes-wystarczy jeden jego
                  uśmiech-i już cala złość i smutek znikaja… Dobrze, ze jest! Dobrze, ze rozumie
                  moja zakrętkę na tym punkcie! Cudnie, ze znowu tu jest ze mna…
                  Autko gna w kierunku Luksoru. Radus spi… Grzesio slucha muzyki a ja wtulona
                  miedzy nich-mysle o Abydos i Danderze. Każdy-każdy powinien tam przyjechac i
                  zobaczyc te swiatynie, bo sa niewiarygodnie piekne! Ze wszystkich świątyń jakie
                  przez te 3 kolejne wyjazdy widziałam w Egipcie-wedlug mnie Abydos jest
                  najwspanialsza sw
                  • platynka.iw Re: 01.10.2005 (sobota) DZIEN 4 c.d. DANDERA 22.10.05, 20:21
                    Autko gna w kierunku Luksoru. Radus spi… Grzesio slucha muzyki a ja wtulona
                    miedzy nich-mysle o Abydos i Danderze. Każdy-każdy powinien tam przyjechac i
                    zobaczyc te swiatynie, bo sa niewiarygodnie piekne! Ze wszystkich świątyń jakie
                    przez te 3 kolejne wyjazdy widziałam w Egipcie-wedlug mnie Abydos jest
                    najwspanialsza swiatynia w calym Egipcie! Odwaze się i to napisze-jest nawet
                    piekniejsza od Karnaku. Tak, tak-Karnak ma wspanialsza sale hypostyowa, ale
                    jeżeli chodzi o całość-to swiatynia Setnego I w Abydos jest cudniejsza!

                    I oto już Luksor. Zegnamy się z naszymi kompanami. Wymieniamy się wizytówkami i
                    wracamy na statek. Po drodze znowu słyszymy „może taksowke??” „może lodke??” ;-)
                    A my marzymy o jednym-PRYSZNIC!! Wchodząc na trap Rzes mnie pyta „Czy
                    pamiętasz, ze dzis lecieliśmy balonem??” Nie. Nie pamiętam. Tyle wrażeń! Tyle
                    doznan! Myślałam, ze to było wczoraj! No tak… to było dzis. Przeciez od ok.3
                    nad ranem jesteśmy na nogach! Zapomniałam…

                    Umyci lecimy na gorny poklad by zobaczyc zachod słońca. Kładziemy się na
                    lezakch i podziwiamy-jak dzis widziane z balonu, budzące się slonce, które
                    towarzyszylo nam przez caly dzien-chowa się za gory tebańskie… Idzie stoczyc
                    walke z koszmarami nocy, by jutro zwyciężyć i na nowo się odrodzic…

                    Zapachy z kuchni ściągają nas na ziemie. Ale bym zjadla cos goracego! Chwytam
                    się za wlosy-a one już suche! Zawsze się zastanawiam-po co w Egipcie suszarki
                    do włosów?? Chyba tylko do tworzenia jakis fryzur. Mam dlugie i dosyc geste
                    wlosy i jak je w Egipcie umyje-to wiatr+slonce susza je w kilka minut… nieraz
                    nawet nie zdaze napisac sms ;-)

                    Kolacja była pyszna! Ok. 21 odpywamy w kierunku Asuanu. Pytanie „ jest
                    dziewietnasta. co robimy?” I odpowiedz jest jedna-idziemy do świątyni
                    Luksorskiej! Jest czynna do ok. 21 i fantastycznie podswietlona. Jedna Pani nas
                    pyta „ze tez się państwu jeszcze chce” CHCE! I to bardzo!

                    Ulica oddaje gorac jaki przez caly dzien się na nia lal z nieba i pomalu robi
                    się duszno. Kilka krokow i już jesteśmy w świątyni… Jest wspaniala! Chodzimy,
                    robimy zdjęcia, podziwiamy… Radus w rogu znajduje maleńkiego kotka, który jest
                    bardzo chetny do zabawy… Mysle sobie-egipski kot w egipskiej świątyni ;-)
                    Zabawa nie trwa dlugo, bo pilnujący arab przegania biedne stworzonko. Nie
                    wiadomo kiedy robi się 20:30. Jakze czas szybko plynie w takich miejscach!

                    Zwijamy się na statek, po drodze kupując Barake 1,5 litra w cenie 1,5 le oraz
                    fante 1,5 litra w cenie 5le. Wracamy na statek, silniki już wyja… Wpadamy do
                    kajuty. Te dokladnie pościelone lozka, gladziutkie prześcieradło i sterczace
                    poduchy… jakze im się oprzec?? Szybki wskok w pizame i już spimy… Nawet nie
                    wiemy, kiedy statek rusza… Ten dzien był wspanialy! Mam nadzieje, ze kolejne
                    będą jeszcze wspanialsze…

                    P.S.Za Dandere i Abydos-przejazd, wejścia itd. Zapłaciliśmy za nasza trojke 100$
                    • platynka.iw 02.10.2005 (niedziela) DZIEN 5 22.10.05, 23:53
                      Wczoraj, po tym niesamowitym dniu-nawet nie wiem, kiedy zasnęłam… Wlasnie się
                      przebudziłam. Obudzil mnie jakis tumult. Przykrylam, jak zwykle odkryte, moje
                      dziecie i znalazłam telefon… jest 02:40. Wstaje, podchodze do balkonu-i już
                      wiem co jest powodem tych głośnych trzaskow i rozmow. Wlasnie przechodzimy
                      przez sluze w Esnie. Szkoda, ze nie za dnia, jak w tamtym roku… Rzes się
                      obudzil. Zaspanym glosem pyta co się dzieje, po czym nie czekając na odpowiedz-
                      slodko opada na poduszke i zasypia. Czuje, ze jestem nieprzytomna.

                      Lyk wody i wracam pod prześcieradło (tak, tak-dla tych co nie wiedza-w Egipcie
                      nie ma kolder, tylko spi się pod prześcieradłem i kocem) Radus cos mamrocze
                      przez sen i uśmiecha się… jego nozki brykaja. Pewnie sni mu się, ze stoczyl
                      kolejna walke i wygral. On i te jego walki… Czy każdy chlopiec tak ma? 90%
                      zycia Radzika wypelnia od jakiegos czasu temat walk i bohaterow.
                      Muszkieterowie, ekskalibur, walki, miecze, szpady, dobrzy bohaterowie, dzielni
                      obroncy, Spiderman, Action Man, Batman, Pan Iniemamocny… Jak ja kocham Jego i
                      ta jego pasje! Kazda wolna chwile wykorzystuje, by doprac Rzesiowi ;-) bosk,
                      silowanie, przepychanki, kopniaki…to jest to, co kocha najbardziej. Tylko
                      nieraz-Rzesia mi zal. Naprawde, potrafi niezle oberwac ;-) Tu w Egipcie ma raj-
                      co i rusz znajduja się chetni do walk. I dobrze, Przynajmniej Rzes sobie
                      odpocznie… w koncu tez ma wakacje ;-)

                      Wtulam w glowe w poduszke i staram się zasnąć. Jednak sen nie przychodzi…
                      ciagle mysle o widokach z balonu, Abydos i Danderze… Obejmuje reke Rzesia i
                      wtulona w jego ramie-zasypiam. To niezawodny sposób na moje spanie…

                      I już jest rano. Odsłaniam zaslony i otwieram okno balkonowe. Lezac na lozkach
                      wystawiamy glowy i patrzymy w dol, jak Nil rozpryskuje się spod statku. Przy
                      brzegu palmy, zielone pola, krowy i osiołki… i dzieci. Mas dzieci, które
                      energicznie do nas machaja. Nie pozostajemy im dłużni. Po szybkiej toalecie i
                      ubraniu się-schodzimy w dol na sniadanie. W recepcji oddajemy nasze paszporty i
                      wymieniamy krotka pogawędkę z przemiłym recepcjonista. Radzika już przy nas nie
                      ma-zostal zabrany i zniesiony na dol, do restauracji. Schodzimy-ale go tam nie
                      ma. Po minach kucharzy i kelnerow domyślamy się, ze jak zwykle-jest już w
                      kuchni. Nakładamy sobie pycha jedzonko i siadamy. Po chwili Radzik zostaje
                      wyniesiony z kuchni-jak zwykle w czapce kucharskiej i jak zwykle z masa owocow,
                      jogurtow, soczkow i słodyczy w dloniach. Nie wiemy kto jest bardziej z takiej
                      sytuacji zadowolony i dumny-Radzik czy Ci kochani Nubijczycy??

                      Wiec siedzimy sobie przy pieknie zastawionym stole. W bardzo sympatycznej
                      restauracyjce. Zajadamy pyszności, a za oknem….Nil. Woda siega tak mniej wiecej
                      do naszego pasa. Ciekawe wrazenie  Jakbym siedziała w wodzie  Palmy leniwie
                      przesuwaja się za oknem… powoli domostwa, zwierzęta i dzieci-znikaja za nami.
                      Po obu stronach sa po 3 okna. Rzes sobie zartuje, ze to jest komputerowa
                      fikcja „ale ciekawie to zrobili… rzucaja w komputerze na 6 okien rozne
                      wodoczki-ale ogolnie sa zgrane i łagodnie przechodza z jednego monitora na
                      drugi” hehehe… ale to nie komputerowa fikcja-to Real. Naprawde siedzimy na
                      statku i jemy śniadanko w tak wspanialej scenerii!!

                      Okazuje się, ze za 2h mamy już być w Edfu i idziemy zwiedzac swiatynie Boga
                      Horusa. Bardzo mnie to cieszy. Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłam ten
                      ogromny i fantastycznie rzeźbiony pylon i jakie ogromne wrazenie na mnie
                      zrobil.

                      Nie ma co tu dłużej siedzieć. Lecimy po stroje i wskakujemy do jacuzzi. Tam już
                      siedza dwie poznane przez nas, przesympatyczne pary-Justynka z Emilem oraz Ola
                      z Darkiem. Opowiadamy sobie przezycia dnia poprzedniego. Bardzo mnie
                      interesuje jakie wrazenie na nich zrobila swiatynia Karnak i Dolina Królów. Sa
                      zachwyceni Egiptem! Już wiem, ze znajdziemy wspolny jezyk ;-) (hihihi) Sa
                      pierwszy raz w Egipcie i mam nadzieje-ze dołączał do naszej rodziny
                      egiptomaniakow 

                      Wiec siedzimy sobie w jacuzzi, miedzy nami pływają przytargane przez Radzika
                      dinozaury i jakies zwierzaki ( które ciagle miedzy soba prowadza walki ;-),
                      sloneczko swieci, cieply, suchy od pustyni wiaterek delikatnie smaga nasze
                      ciala… widoki koja nasze oczy… czyz nie jest cudownie? Zatrzymac ta chwile!
                      Zabrac z soba do Polski to słodkie nigdzie-nie-spieszenie się -do tej
                      codziennej gonitwy-praca, szkola, przedszkole, zakupy, spotkania, komputer,
                      telefony, pieniadze, obowiązki, zobowiazania… NIE! Nie chce teraz o tym myśleć!
                      Chce się skupic na tym co jest…. Na tej beztroskiej chwili i na tym-ze jesteśmy
                      tu razem… w trojke. Cudnie jest być ciagle z soba… Patrze na Rzesia który
                      wlasnie tubalnym glosem wyzywa trzymanego przez Radzika dinozaura do walki i
                      mysle sobie „gdyby jego pracownicy… kontrahenci teraz Go widzieli…” ;-)

                      Już wytarci i przebrani po jacuzzi wychodzimy na brzeg w Edfu. Tam czekaja na
                      nas dorozki, które zawioza nas do świątyni. O NIE! Tylko nie konie! Moi chłopcy
                      sa alergikami i maja m.in. uczulenie na siersc konia. Nic to. Może nie będzie
                      tak zle. Siadamy po 4 osoby do dorozki i zaczynamy jazde. Jedzie się krotko,
                      jakies 10 minut. Wszyscy leja biedne, chude konie po grzbietach… Az zal patrzec.

                      Każdy stara się podczas jazdy cykac fotki i krecic na kamere zycie codzienne w
                      Edfu. I oto już jesteśmy, ale co to?? Ale się zmienilo od zeszłego roku! Jest
                      profesjonalny, zadaszony parking dla dorozek no i oczywiście do świątyni
                      przechodzi się przez szpaler sklepow i wszędobylskiego „jak się
                      masz??” „dobrze, dobrze” itd. Na szczescie zdecydowane i glosne „la, la, la”
                      zalatwia od reki sytuacje z namolnymi sprzedawcami.

                      Przechodzimy przez jak zwykle wyjace urzadzenia do wykrywania metali i jak
                      zwykle-nikt sobie z tego piszczenia nic nie robi. Jeszcze kilka krokow i-znowu
                      tu jesteśmy! Przed ta wspaniala swiatynia, której strzeze Bog Horus pod
                      postacia Sokola… dumny, wyprostowany z napieta klata i ostrym, wpatrzonym w
                      czas wzrokiem… gdyby On mogl mowic!! O jakich cudach byśmy usłyszeli??
                      Delikatnie klaniam się Bogowi i wchodze na dziedziniec… Wpatruje się w sciany,
                      kolumny i-przyznaje. Brakuje mi wyobrazni, by sobie wyobrazic jak to wyglądało
                      w czasach swojej świetności… Jak było kolorowo, bajecznie…powiewające na
                      wietrze sztandary, przechadzający się kaplani, delikatna posadzka, drewniane
                      wejściowe drzwi… Nastroj ciszy, zadumy, pokory, bogobojstwa.

                      Oglądamy wspaniale reliefy, barke sloneczna. Podziwiamy dwa szyby. Jedno proste-
                      przez które wypuszczano Sokola i dugie spiralne-przez które on wracal. Radus z
                      Rzesiem znikaja w poszukiwaniu zakamarkow i tajemnych przejść a ja-zaczynam to
                      pokocham najbardziej-robie zdjęcia. Nagle w rogu przy suficie dostrzegam… nie,
                      to nie możliwe… nie jestem ornitologiem, ale to jest na pewno jakis drapieżny
                      ptak. Może…Sokol?? ;-) Odwieczny mieszkaniec i właściciel tej świątyni-pozostal
                      tu na zawsze?? Może… Uwielbiam wierzyc w takie rzeczy 

                      Klikam kilka fotek i wychodze na rogrzany dziedziniec, gdzie spotykam moich
                      chłopaków i reszte grupy. Opowiadam Radzikowi historie Horusa i ten postanawia,
                      ze od dzis będzie malym Horusem  Razem podążamy w kierunku dorozek. Jak się
                      okazuje-80% naszej grupy ma brudne tylki! Te dorozki sa baaardzo brudne i
                      dlatego jesteśmy wszyscy uświnieni! Nie psuje nam to jednek nastroju i
                      chichrając się jedziemy w strone statku. Tak sobie mysle-gdybym miala wiecej
                      czasy-wracalabym na nogach. To nie jest daleko, a spacer przez to miasteczko
                      bylby zapewne wspanialy! Niestety-czas nas goni. Od razu odpywamy do Kom Ombo.
                      Po zejsciu z dorozek jestesmy namolnie proszeni o dodatk
                      • platynka.iw Re: 02.10.2005 (niedziela) DZIEN 5 22.10.05, 23:55
                        Po zejsciu z dorozek jestesmy namolnie proszeni o dodatkowy bakszysz na konie.
                        I fakt-ich wyglad wzbudza współczucie, lecz… od zeszłego roku (a wielu dalo
                        wtedy bakszysz) ich wyglad się nie zmienil, wiec na co ida te pieniadze??

                        Na statku witaja nas szklaneczka zimnego soku oraz mokrym i zimnym recznikiem…
                        sa kochani! Pan w recepcji nie czeka na numer kajuty tylko od razu podaje
                        odpowiedni klucz Radkowi. Na jego słodkie „thanks” odpowiada „proszę” i jest
                        bardzo zadowolony, a ja strasznie dumna z mojego synka  Wpadamy do kajuty,
                        wskakujemy w stroje i hopsa na gorny poklad!

                        Ok. 14 schodzimy na lunch (jak ja kocham to jedzenie!! Ten ryz i warzywa!)
                        Wracamy na gore. Chłopcy pływają, a ja studiuje mape Asuanu i ciagle się
                        zastanawiam –jechac znowu do cudnego Abu Simbel czy zobaczyc cos nowego??
                        Najlepiej to i to, ale czasu brak!!

                        O 16 na gornym pokladzie serwuja babke wlasnego wypieku (mniam) i kawe lub
                        herbate do wyboru (mniam). Tym razem nasz przyjaciel Nubijczyk zadaje pytania
                        odnośnie jedzenia. On pyta, ja mu na polski tlumacze, On zapisuje z prawej do
                        lewej szlaczki ;-) i kuje na pamiec „szklanka, kubek, filizanka, lyzeczka,
                        podstawek, herbata, kawa, cukier, mleczko…” ;-)

                        O 18 jest już ciemno. Wracamy się przebrac, za godzinke schodzimy na lad i
                        idziemy do świątyni w Kom Ombo. Wlaczamy Radzikowi na I`Riverze bajeczke a sami-
                        zapadamy w krociutka drzemke….

                        I oto jest! Fantastycznie podswietlona, przy samym brzegu-swiatynia Boga Sobka
                        czczonego pod postacia krokodyla. I znowu zaskoczenie-tu tez się wiele
                        pozmienialo! Już nie drepcze się jak rok temu w piachu-lecz po przepieknej
                        posadzce. I do świątyni nie wchodzi się z boku-lecz po nowiutkich schodach od
                        przodu! Wraca się oczywiście przez szpaler kramow z pamiątkami…

                        Zwiedzamy i zagladamy w znajome miejsca… Tu jest kalendarz… Tu narzędzia
                        medyczne… tu mumie krokodyli. Robimy kilka zdjęć i wracamy na statek.

                        Od razu ruszamy dalej-do Asuanu. Mojego ukochanego (po Luksorze) miasta Egiptu.
                        Radzik znowu znika-tym razem odnajduje go (tak, tak) znowu w kuchni. Wyrabia z
                        jakims kucharzem jakies ciasto… Porywam go do kapieli, mimo protestow obojga 

                        Za godzine wracamy na kolacje. A tam-chleby upieczone w kształcie krokodyli! To
                        już wiem nad czym oboje tak ciezko pracowali ;-) Wszyscy robia sobie z
                        chlebowym Krokodylem zdjęcia a nasi Kelnerzy-pstrykaja sobie przez komorki-
                        zdjecia z Radkiem :-)
                        Jemy kolacje az tu nagle wpada grupa Węgrów-wszyscy w galabijach, kolorowi,
                        uśmiechnięci… no tak! Dzis jest galabija party! Sa tacy weseli, ze az się to
                        wszystkim udziela. Wspaniale jest patrzec na takie rozradowane twarze!
                        Ale to nie koniec. Okazuje się, ze jedna z węgierek ma dzis urodziny-z kuchni
                        jest wyprowadzony ogromny tort. Nasi Nubijczycy-do tej pory sztywni,
                        perfekcyjni i zdystansowani kelnerzy i kucharze-nie wiadomo skad wydobywaja
                        bębny, bębenki i-zaczyna z nich wychodzic dzikość! Zaczynaja grac typowe rytmy
                        afrykańskie, tanczyc i podskakiwac do rytmu! Ta energia! To poczucie rytmu! Ta
                        czystość spiewu! Ta czarna muzyka! Niesamowite!!! Oni to czuja calym soba!
                        Wprowadzaja się w cos w rodzaju transu! Kazda ich czastka, każdy element ich
                        jestestwa-jest teraz ta dzika i niesamowita muzyka! Oni to maja we krwi!
                        Porywaja Radka i zaczynaja dziki taniec. Mam dreszcze na ciele… ta muzyka… te
                        bębny, ten spiew… brak slow.

                        Po kolacji dopada nas nasz Nubijczyk i perfekcyjnie recytuje z pamieci zdania,
                        które mu podyktowałam o godzinie 15 „ szklanka, kubek, filizanka, lyzeczka,
                        podstawek, herbata, kawa, cukier, mleczko…” Jest bardzo inteligentny i zdolny!
                        W ramach rewanżu my uczymy się od niego po arabsku dzien dobry (marhaba),
                        dowidzenia (ma salema), bardzo dobrze (meja, meja), dziekuje (szukran), proszę
                        (afułan)
                        … jak się pozniej okaze, tymi kilkoma wyrazami podbijemy niejedno serce
                        egipskie ;-)

                        Po kolacji wracamy do kajuty. Ciagle slysze w uszach ta muzyke i widze ich
                        dzikie oczy, naprężone ciala i energie-ktora na codzien drzemie w nich uspiona.
                        Przed drzwiami dwoje chlopcod sprzątających nerwowo zerka na nas spod oka.
                        Okazuje się-ze na Radka czeka w kajucie przyjaciel. Zrobiony z poduszek, kocy-
                        siedzi na lozku człowieczek. Na glowie ma nasz kapelusz na twarzy okulary.
                        Radus od razu staje do walki z nowym przeciwnikiem ;-) a chłopcy odchodza
                        zadowoleni, ze ich prezent się Radzikowi spodobal :-)
                        My zaszywamy pod koldra i przy pysznej herbatce dochodzimy do wniosku-ze
                        wprawdzie z ciezkim sercem ale odpuścimy sobie Abu Simbel, a zamiast tego
                        zwiedzimy Asuan na wlasna reke.

                        Jest 21 a my padnieci… może dlatego, ze tak intensywnie mija nam czas?? Może
                        dlatego, ze od 18 już jest ciemno?? Nie wiem… wtulamy się cala trojka w siebie
                        i przy monotonnym dzwieku klimatyzacji zasypiamy…

                        Iwonka




                        • platynka.iw 03.10.2005 (poniedzialek) DZIEN 6 23.10.05, 21:17
                          Ok. 3 w nocy czesc grupy wyjechala do Abu Simbel. Przyznam- zal mi, ze nie
                          pojechalam… To wspaniala swiatynia, bardzo malowniczo polozona. Tak samo bardzo
                          zaluje, ze w tym roku nie odwiedziłam przepieknej świątyni Karnak… Pamiętam,
                          jak pierwszy raz stanęłam oko w oko z sala hipostylowa. Zatkalo mnie! Nie
                          wiedziałam, czy mam klękać? Modlic się? Tak ogromne piekno i ogromna tajemnica
                          bily z tego miejsca-ze oniemiałam!
                          Pocieszam się tym, ze skoro przyjechałam 3 raz do Egiptu-to może zdarzy się
                          tak, ze i 4 raz przyjade. A wtedy znowu pojade zobaczyc Abu Simbel i Karnak!
                          Rzes się budzi. Wypijamy wode i zaczarowani cudnym widokiem oświetlonego Asuanu
                          noca-robimy kilka zdjęć. Co nie jest latwe-bo statek mimo iż stoi zacumowany-
                          ciagle się lekko kolysze. Przykrywam-jak zwykle ;-)- odkryte moje dziecie i
                          zasypiamy.

                          Schodzimy na śniadanko… ale pustki! No tak. Już jest po 9. Czesc już siedzi nad
                          basenem, czesc na wycieczce do Abu Simbel. Zjadamy male co nieco, wracamy do
                          pokoju nakremowac się balsamem z filrem, pakujemy zestaw standardowy +
                          przewodnik i wychodzimy na miasto. Od razu dopada nas
                          znajome „taxi?” „statek?”… bierzemy taksowke od milo wyglądającego Pana. Zanim
                          wsiadamy chcemy ustalic cene. Tak sobie mysle… dojazd do Kalabsza-tam minimum
                          2h czekanie, potem powrot… ok. mysle, ze można dac gościowi spokojnie 50le-ale
                          nie wiecej. W porownaniu do Polski-to smieszna kasa za taksowke, w porównaniu
                          do tego ile placa miejscowi-i tak ma niezły zarobek na nas. Pytamy „ile?”
                          słyszymy 50 le. Rzes mnie uprzedza i odpowiada „ok.”. Wsiadamy, a ja
                          mysle „można się było targowa i jechac spokojnie za 30le” Rzes jakby słyszał
                          moje mysli mowi „Myszko. Przestan… to tylko 35 zl!” No tak. Nie ma co zawracac
                          sobie tym glowy. A z drugiej strony-ale mnie już ten Rzesio zna! No tak. 15 lat
                          bycia razem-daje efekt :-)

                          Jedziemy rozklekotanym, chyba 7 osobowym Peugeotem jakich w Egipcie jezdzi
                          masa! Za klimatyzacje robia otwarte na przestrzal okna. Pan nas informuje, ze
                          musi zatankowac, wiec podjedziemy na stacje. Ok. Spokojniutko. W momencie kiedy
                          podjechaliśmy-już nie było tak spokojniutko! Kiedy Rzes zobaczyl, ze litr
                          benzyny kosztuje 1le (slownie: jeden le) to dostaje nerwowego ataku smiechu ;-)
                          Kiedy informujemy kierowce ile kosztuje w Polsce litr Paliwa-on dostaje
                          identycznego ataku smiechu! Hmmm… i chyba do konca nam nie wierzy.

                          Przepychamy się przez dosc zatkane o tej porze drogi Asuanu. Jedziemy glowna
                          droga imienia Hosni Mubaraka, mijamy po prawej szpital wojskowy imienia Hosni
                          Mubaraka, po lewej znika za nami szkola imienia Hosni Mubarka… nasuwa nam się
                          jedna mysl- to bardzo popularny facet w Egipcie! ;-) eheheh

                          Okazuje się, ze nas taksówkarz jest Koptem i jest strasznie z tego dumny. Jak
                          każdy w Egipcie-pokazuje nam zdjęcia swoich dzieci, opowiada ile maja lat i jak
                          maja na imie… Po jakis 15 minutach podjeżdżamy po brame i zostajemy
                          skontrolowani-fakt, to już teren wojskowy. Po zapisaniu przez policjanta
                          szlaczkami ;-) od prawej do lewej kto wjeżdża-zostajemy wpuszczeni poza
                          ogrodzenie. Jeszcze kilka metrow-i stajemy. Tu się zegnamy na jakis czas z
                          Panem taksówkarzem… zabieramy wszystkie manele i schodzimy na pomost do
                          jedynej zacumowanej lodki.

                          Na pytanie „Ile?” słyszymy „100le” Ok… bez przesady. Skoro z wlasnej woli
                          daliśmy az nadto zarobic taksówkarzowi-nie znaczy, ze ktos inny będzie zbijal
                          na nas majatek! Mowimy, ze damy 30 le za podroz w obie strony i ani funta
                          wiecej… Zaczyna się gra. On nam mowi, ze taniej nie może, ze ma dzieci… My, ze
                          ok., rozumiemy i odchodzimy… on nas zatrzymuje i gra się zaczyna od początku.
                          Po 5 minutach i ustalonej kwocie 30le za droge w obie strony-plyniemy po
                          Jeziorze Nasera. Po lewej dumnie goruje nad nami pomnik współpracy Radziecko-
                          Egipskiej. Obok nas na lodkach miejscowi lowia ryby. Z wody co i rusz stercza
                          ogromne kamienie, glazy. Slonce niemiłosiernie grzeje i odbija swe promienie w
                          wodach Nilu. Wpatrzeni w tafle wody szukamy z Radzikiem krokodyli.

                          Jeszcze jeden zakret w lewo… teraz w prawo i oto sa-pozostalosci starożytnych,
                          które chcemy dzis obejrzec. Schodząc na wyspe ustalamy, ze lodka będzie czekac
                          na nas jakies 2-3 godzin. Upewniam się, czy Pan ma przy sobie wode-i
                          uspokojona, ze nie umrze z pragnienia odchodze z moimi chłopakami po schodkach
                          w strone świątyni Kalabsza. Ponieważ jesteśmy jedynymi zwiedzającymi-wzbudzamy
                          zainteresowanie. To z naszego powodu drzemiący w cieniu swiatyni pilnujacy,
                          kasjer, tajniak-musza wstac i wrocic do swoich obowiązkow. W kasie przy asyście
                          wszystkich pracownikow na wyspie kupujemy dwa bilety po 20le kazdy.

                          Ledwo odpedzamy wszystkich od Radka i wchodzimy do pierwszej swiatyni-Swiatyni
                          Mandulisa dedykowanej nubijskiemu bogu płodności Marulowi, zwanego wlasnie
                          przez Grekow Mandulisem. Czytamy, ze zostala zbudowana za panowania Augusta
                          ok.30 roku p.n.e. Niesamowite, jak komfortowo zwiedza się swiatynie bez tłumów!
                          Podziwiamy kolumny zwieńczone kapitelami roślinnymi i przechodząc przez 2
                          pomieszczenia-dochodzimy do trzeciego pełniącego funkcje sanktuarium. Wszedzie
                          widzimy reliefy przedstawiające Augusta przed egipskim panteonem. Pstrykamy
                          kilka fotek i przechodzimy dalej-do świątyńi Bayt El-Wali ( z arabskiego Dom
                          zarządcy), która lezy kilka metrow wyzej. Doczepia się do nas tajniak, który
                          ciegle chce przytulac Radka i ciagle prosi, by mu zrobic z nim zdjecie.
                          Przyznaje-gostek się chyba nie kontroluje i staje się po prostu nachalny. Nic
                          to. Dla świętego spokoju robimy mu ze dwa zdjęcia z Radkiem i aby być pewnym,
                          ze już się odczepi-wkladamy mu w reke 5le i prosimy, by nas zostawil.

                          Już tylko w trojke (na szczescie!) pniemy się w gore i już po chwili dochodzimy
                          do niewielkiego pomieszczenia. Jest to malenka swiatynia wykuta w skale przez
                          wicekrola Kusz dla upamiętnienia zwycięskiej ekspedycji militarnej Ramzesa II
                          do Nubi. Wchodzimy do niej a tam-O MAMO! Jakie wspaniale plaskorzezby! Wszedzie
                          Ramzes II. Na jednej ze ścian-razem z buntującymi się Nubijczykami. Na drugiej-
                          przyjmujacy dary. Wiec jest i zloto, kosc sloniowa, egzotyczne zwierzęta (Radus
                          znalazł i antylope i żyrafę :-) … Wszystko wspaniale zachowane lacznie z
                          niesamowitymi, oryginalnymi kolorami.

                          Pojawia się znowu Pan Tajniak-tym razem trzyma się z boku i tylko co jakis czas
                          macha i uśmiecha się do Radka. W pewnym momencie bierze go na rece i stawia go
                          w wykutej w scianie niszy, gdzie mimo zatarcia, widac jeszcze zarys siedzących
                          trzech bostw. Staje obok i prosi, by im zrobic zdjecie. Qrcze. To ja staram się
                          niczego nie dotykac, ba! Nawet staram się za blisko nie podchodzic, by na to
                          nie chuchac a ten ot tak-bezpardonowo stawia tam moje dziecko! Szlag mnie
                          trafi! Znowu się przekonuje w tym, ze arabowie doprowadza zabytki Egiptu do
                          ruiny. Nic, ale to nic nie sznuje tego-co podbili… Przypominam sobie wczoraj
                          odwiedzana swiatynie Horusa w Edfu. Arabowie mieli u gory zaprawa cos tam
                          poprawic. I tak to poprawili-ze przy okazji zachlapali, wrecz-zarzygali! Z gory
                          na dol cale reliefy… Normalnie-syf!
                          Widzac, ze facet nie da za wygrana-robie to nieszczesne zdjecie, żeby tylko już
                          zdjął Radka z tego świętego miejsca!

                          Wychodze na zewnatrz i pstrykam kolejne zdjęcia. Potem odkladam aparat i-
                          wpatruje się w te reliefy… Zwierzęta-jak zywe. Każdy detal, kazda proporcja-
                          wspaniale zachowane. Niesamowite, jak Oni to robili??

                          Wychodzimy z tej świątyni i od razu skrecamy w lewo. Tam sa ogromne, czarne
                          glazy wydobyte z Nilu. Wspinamy się po nich, podtrzymujemy się i w koncu-
                          jestesmy na samym szczycie. Widok jaki się stad roztacza jest bajkowy! Pod nami-
                          te dwie swiatynie które wlasnie odwiedziliśmy oraz inne zabytki, jakie ma
                          • platynka.iw Re: 03.10.2005 (poniedzialek) DZIEN 6 23.10.05, 21:24
                            Pod nami-te dwie swiatynie które wlasnie odwiedziliśmy oraz inne zabytki, jakie
                            mamy zamiar zaraz zobaczyc… Za nimi-zatoczki i rozlane wody Nilu. Po lewej-
                            Wialka Tama Asuanska, pomnik współpracy, lodki rybackie… za nami-blekitny Nil
                            oraz pustynna ziemia… Po prawej-ogromne ilości wody nagromadzone przez tame,
                            które gina hen, za horyzontem… Jesteśmy zauroczeni! Radus wchodzi pod glaz i
                            prosi, żeby mu zrobic zdjęci, ze niby jest Obeliksem i podnosi taki glaz. Super
                            pomysl! Już się ustawiam, by zrobic zdjecie kiedy nie wiadomo skad-tak, tak-
                            pojawia się nasz „przyjaciel” Kuca kolo Radka i z zadowoleniem pozuje do
                            zdjęcia…wrrr…

                            Schodzimy w dol. Oglądamy jeszcze Kiosk Qertasi, Stelle… cykamy kilka fotek i
                            żegnając się schodzimy do lodki. Pan na nas krzywo patrzy-fakt! Nie wiadomo
                            kiedy minely ponad 3h! Ok. Dodatkowe 10le lagodzi jego gniew. Jeszcze z lodki
                            robimy zdjęcia Kalabszy i po chwili dobijamy do nabrzeża.

                            I oto znowu siedzimy w naszej taksowce. Chłopcy chca zobaczyc tame, wiec
                            postanawiamy na nia wjechac. I tu znowu czuje się dyskryminowana. Za wjazd na
                            tame my placimy po 8le a taksówkarz 1 le. I gdzie tu sprawiedliwość?? Dlaczego
                            w tym kraju podstawowym mottem miejscowych jest „obskubac z kasy białych”
                            Ciekawe jak by się czuli, gdyby np. w Polsce wprowadzono taki cennik- za
                            wejście na Wawel Polak 5 zl a Arab 15 zl.

                            Nic to. Po kilku sekundach jazdy wysiadamy na parkingu. Tam można się zapoznac
                            z mapa i planem budowania tamy oraz popatrzeć w dol. Ponieważ nie mam już
                            miejsca w aparacie, Rzes chce zrobic zdjecie z kamery. Zaraz pojawia się
                            wojskowy i tłumaczy nam, ze nie wolno krecic na kamere. Ok. Tłumaczymy mu, ze
                            nie krecimy-możemy nawet wyjac kasete-tylko mamy tu pamiec i ta kamera można
                            także robic zdjęcia! Nic z tego… Pan twierdzi, ze skoro to jest kamera to nie
                            możemy krecic i tyle. O Bogowie Egiptu! Na szczescie nie zalezy nam na
                            zdjęciach z tego miejsca wiec kapitulujemy. Podchodzimy do murka i oglądamy
                            polozona po prawej stronie elektrownie wodna, która zaopatruje w prad caly
                            Egipt-az po Skarm. W tym momencie podchodzi poznany wczesniej wojskowy i mowi,
                            ze możemy krecic na kamere, ze daje nam osobiste zezwolenie, ale jak damy mu
                            3E. O nie! Bardzo dziękujemy i odchodzimy… Co za przekupny narod!

                            Odjezdzamy, żegnając po lewej widoczna w oddali urocza Kalabsze. Po drodze Pan
                            nam pokazuje swoja swiatynie koptyjska oraz zatrzymujemy się w maleńkiej
                            kawiarence na pycha herbatke. Prosimy go także o zatrzymanie w jakims zakładzie
                            foto, bo chcemy zgrac zdjęcia. Stajemy przed AGFA i wchodzimy do srodka.
                            Okazuje się, ze jest tego 720MB i musi to wejsc na 2 plyty CD. Pan ocenia ta
                            uslyge na 60le, czym wprowadza Rzesia w zdumienie. Gostek nawet nie chce się
                            targowac-to istne zdzierstwo!

                            Wracamy pod statek. Wyplacamy kase za kurs przy okazji pytając ( a propos
                            kolejnego przyjazdu ;-) czy może wie, ile na miescie kosztuje wyjazd do Abu
                            Simbel. Okazuje się, ze jego brat ma klimatyzowanego busa. Cena jest oczywiście
                            do negocjacji, ale powiedział, ze wezma nie wiecej niż 30$ od osoby. No, no…
                            przy 65$ od osoby u rezydenta-to niezla oszczędność. Bierzemy od niego namiar i
                            idziemy na statek.
                            [Gdyby ktos chciał jechac z nim do Abu Simbel (oczywiście jazda odbywa się
                            także w konwoju) to podaje namiar. Pan ma na imie Georg i oto numer tel do
                            niego 0122935641]

                            Iwonka (c.d.n.)
                            • platynka.iw Re: 03.10.2005 (poniedzialek) DZIEN 6 23.10.05, 22:29
                              Zjadamy na statku lunch i lecimy na chwile do jacuzzi. Czekamy tam na Ole i
                              Darka, którzy maja z nami po południu zwiedzac Asuan. Po godzinie zjawiaja się
                              i ustaliwszy z gory marszutre-schodzimy ze statku. Lapiemy felluke z ogromnym
                              zaglem i ustaliwszy z gory cene za caly kurs ( 60 le) ruszmy. Zagiel przyjemnie
                              lopoce na wietrze, Nil rozpryskuje się przed nami, slonce polyskuje, wiatr
                              wieje… CUDNIE! Jakies 10 minut i dobijamy do przeciwległego brzegu. Schodzimy i
                              kierujemy się w kierunku Grobowcow Dostojnikow, po drodze budząc kasjera. Tu
                              rozniez nie ma turystow, ani jednego! Kasjer bierze od nas po 20le od osoby-nie
                              dajac w zamian biletow (a tak lubie je zbierac!) Jeden ze śpiących pod drzewem
                              wstaje, zabiera klucze i udaje się z nami na wspinaczke ku gorze. WOW! Jaki tu
                              gorac! Ile piasku! Zero powietrza! Czuje się jak legwan w zoo pod lampa
                              nagrzewajaca. Wspinamy się-pod wydawaloby się-niewielka gorke, a trwa to wieki!
                              Piasek usuwa się spod butow i co chwile któreś z nam robiąc fantastyczne figury-
                              zjezdza w dol. Śmiechów nie ma konca. W koncu zwyciazajac ta nierowna walke ;-)
                              znajdujemy się na gorze. Zziajani, zmeczeni myslimy tylko o jednym-WODY!
                              Zaspokoiwszy pragnienie dociera do nas widok, jaki się przed nami roztacza….
                              JEJ! Jesteśmy wysoko ponad Nilem a pod nami Asuan! Nasze statki, uliczki…a za
                              Asuanem-pustynia! CO ZA WIDOK! Jak na komende (chciałoby się powiedziec [bez
                              obrazy] jak na Japończyka ;-) każdy chwyta za to co ma i kreci, pstryka-
                              upamietnia. Ja niestety nie mogę robic zdjęć, gdyz nie zgraliśmy jeszcze
                              pamieci, wiec robi to Rzes z kamery.

                              W grobowcach tych pochowani sa książęta, kaplani, zarządcy-glownie z okresy
                              Starego i Średniego Panstwa. Sa wykute w skale i z naszego statku wyglądają jak
                              dziury w serze ;-)
                              Idziemy za przewodnikiem i wchodzimy do pierwszego z nich a tam-dlugi, waski
                              korytarz… po bokach reliefy przedstawiające właściciela i rodzine. W rogu stoi
                              stol, gdzie Nubijczycy skladali dary Bogom-mianowicie podcinali zwierzętom
                              glowy a przez wydrazony w kamieniu otwor-krew spływała do specjalnej misy.
                              Bleee… Wychodzimy.Za nami słychać brzek zamykanej klodki.

                              W kolejnym, widzimy właściciela na polowaniu… z corkami, które trzymaja w
                              dloniach kwiaty lotosu… jak milo! Nagle przewodnik schyla się i wyciąga
                              niewiadomo skad-duzy kosz, jak na piknik. Siega reka i wyciąga-wlasciciela!
                              Pokazuje i stara się nam dac w rece „oto kawalej jego nogi” „ a to kawalek
                              kręgosłupa” „ a to czaszka” Wszyscy z obrzydzeniem się cofamy, tylko jeden
                              Radek odbiera od niego kosci człowieka starożytnego i z zaciekawieniem oglada.
                              Po czym stwierdza (jak to Radek ;-) ze ta kosc od nogi moglaby posłużyć za
                              miecz i super by się nia walczylo … ;-)
                              Oddajemy kosci do koszyka i wychodzimy, czujac na dloniach szczatki tego
                              biedaka.

                              Zwiedzamy kolejny grob, a w nim m.in. wielki kawal cos jakby stolu-wykuty
                              pośrodku-który służył do wciągania po platformie ciala zmarłego na gore.
                              Niesamowite, jak chlodno jest w tych grobach. Az nie chce się wychodzic na
                              zewnatrz! Choc z drugiej strony, nie wiadomo co się miesci w tutejszych
                              koszykach…
                              Wypijamy kolejna butelke Baraki i idziemy jakies 100m do kolejnych 2 grobow.
                              Tym razem sa to slawne grobowce Sirenputa I oraz Sirenputa II. Podziwiamy w
                              nich wspaniale kolumny, barwne malowidla, rewelacyjne płaskorzeźby,
                              przedstawiające dostojnikow z rodzinami… widzimy scenki rodzajowe, zycie
                              codzienne… Na zewnatrz podziwiamy relief, upamiętniający ukochanego przez
                              jednego z nich psa. Slicznego Harta gotowego do skoku, oraz mniejsza suke, z
                              wyciągniętymi przez szczeniaki sutkami.

                              Jeszcze rzut oka na fantastyczna panorame jaka się z tego miejsca roztacza i-
                              JUHU! Biegiem przez puszysty piasek w dol! Krzyczymy, piszczymy i ślizgamy się
                              po piasku…

                              Wsiadamy na lodz, lapiemy wiatr w zagiel i-ruszamy w kierunku Elefantyny. Po
                              drodze mijamy Wyspe Kitchera. Postanawiamy sobie ja odpuścić. Wchodzi się na
                              nia z jednej strony a schodzi z drugiej. Po drodze oglada się ptaki oraz dzika
                              roślinność. Jakos nas to nie zacheca…

                              Oplywamy z lewej strony Elefantyne i stajemy oko w oko z osławionym m.in. przez
                              Agate Christie starym, stylowym hotelem Old Cataract. To tu napisala swoja
                              książkę „Śmierć na Nilu”, która w koncu musze przeczytac-przeciez dotyczy
                              Egiptu!  Po prawej wznosi się nowoczesny, wysoki budynek-jest to New Old
                              Cataract. Nowoczesny… już bez klimatu.

                              Widzimy reliefy na glazach przy Elefantynie zostawione przez starożytnych i po
                              chwili jesteśmy już na brzegu. Kupujemy bilety w cenie 20le od osoby do Muzeum
                              Asuańskiego i wchodzimy do srodka. A tam… no tragedia! Nie dosc, ze niewiele
                              eksponatow to jeszcze umieszczone w ogromnych salach… Radus ma frajde-znalazl
                              mumie i wypatrzyl wystające wlosy i palce u nog. Przechadzamy się po salach by
                              stwierdzic „szkoda czasu” i wyjsc do ogrodu (tak pisze przy wejściu-ale to
                              chyba za duze slowo) i po kilku krokach znaleźć się na terenie tego co zostalo
                              po świątyni Chnuma. Swiatynia… jak na Egipt baaardzo zle zachowana. W zasadzie
                              niewiele jest tam do oglądania. Udajemy się od razu w dol do slawnego
                              Nilometru. Jest tam podzialka w cyfrach faraońskich, greckich, rzymskich i
                              arabskich. W zależności od poziomu wody w czasie wylewu, ustalano podatki oraz
                              co, ile i kiedy siac. Schodzimy w dol i-szybko się wycofujemy. Odor jaki bije
                              od tego miejsca nie pozwala na dluzsza kontemplacje.

                              Jeszcze rzut oka na Asuan, przejscie przez Swiatynie Chnuma i-powrot do lodzi.
                              Zaczynamy czuc glod a co najgorsze-wszystkim skończyła się woda. Staram się
                              wszystkich pocieszyc-„Nic to! Przeciez do statku jest niedaleko… kilka minut i
                              będziemy na miejscu”
                              O jakze się pomyliłam! Okazalo się, ze w tym miejscu osłoniętym przez
                              Elefantyne i Asuan-w zasadzie nie ma wiatru… wiec plyniemy cala szerokością
                              Nilu…w prawo….. w lewo…..w prawo….w lewo…. Trwa to wieczność! Jej… gdyby tu na
                              lodce był sklep to bym dala wszysko-by kupic butelke wody! Zachodzące slonce
                              grzeje… woda przyjemnie chlupocze…woda otacza nas dookoła… wode mamy ciagle
                              przed oczami… woda pryska spod dzioba… a w garde nam zasycha! Co za ironia
                              losu! Co za udreka! Myslimy już tylko o zimnych napojach jakie mamy w lodowce i
                              te mysli nas dobijaja…pic, pic, pic…
                              Tortury trwaja ponad godzinie! W koncu wysiadamy na brzeg, placimy za
                              kilkugodzinny rejs i-biegiem do kajut! Nie wazne, ze naganiacze staja nam na
                              drodze, ze kamienie sa pod nogami, ze trap waski, ze w recepcji chca pogadac-
                              nie mowimy, nie reagujemy-WODY!!!!!

                              Każdy dopada to co mu wpadnie w rece-żeby tylko mokre i żeby tylko duzo!
                              Napojeni (jak Radus powiedział-jak smoki wawelskie) padamy na lozka –jak
                              przyjemnie…..

                              I standardowy, aczkolwiek bardzo przyjemny wieczor-prysznic, kolacja, wieczor
                              na gornym pokladzie… sen. Jutro dalszy ciag zwiedzania i-co najgorsze-wyjazd z
                              tego cudnego miasta… mojego ukochanego Asuanu…

                              Iwonka
                              • pc_maniac Do Jacka (Na własną rękę również można) 24.10.05, 08:22
                                Drogi Jacku, to niecałkiem prawda, że po Egipcie nie można się poruszać na
                                własną rękę. Owszem, są miejsca, gdzie jest obowiązek poruszania się w konwoju.
                                Do takich należy Abydos, Abu Simbel i dawna stolica Echnatona Achetaton.
                                Ogólnie, powyzej Lukosru, a poniżej Sakkary jest terenami nieprzyjemnymi dla
                                turysty, gdyż jest to rejon bardzo biedny, skąd wywodzi się skrajny
                                fundamentalizm w Egipcie.

                                Jednak te miejsca także można zwiedzić dużo taniej niż z przewodnikiem z biura,
                                za to w wygodniejszych warunkach i bez tłumów.
                                Podreóżowaliśmy po Egipcie w ten sposób z żoną, wykorzystujac autobusy,
                                pociągi, taksówki, czy nawet dorożki, a wszystko to dużo przyjemniej i co
                                najważniejsze taniej niż przy wyjeździe zorganizowanym.

                                Jeśli chcesz więcej szczegółów, chętnie pomogę. Bądź co bądź w tym roku nasza
                                grupa globe-trotterów na własną rękę nieźle się powiekszyła, więc jednak można.
                              • platynka.iw Do Jacka 24.10.05, 10:47
                                Witaj!
                                Cisze sie... myslalam, ze nikt juz nie ma ochoty tych moich marnych wypocin
                                czytac...

                                Wiesz. Ten wyjazd wiele nas nauczyl. I wiem, ze nastepnym razem-to juz naprawde
                                zwiedzimy Egipt na wlasna reke... Tak naprawde trampingowo. Potrzebowalismy
                                zrobic ten krok-zeby w przyszlosci zrobic kolejny :-)

                                Pozdrawiam cieplutko :-)
                                Iwonka
                                GG 1070925
    • Gość: ika Re: Trzeci raz w Egipcie - moje 22 dni w "domu".. IP: *.walbrzych.dialog.net.pl 23.10.05, 23:46
      No proszę pisz kochana dalej- tak ci dobrze idzie.Nie wiem czy wy egiptomaniacy
      wiecie , że przecieracie szlaki - chciałam poleżeć na plaży ale teraz wiem , że
      mogę więcej.Ty Iwonka masz lat (przypuszczam) - dzieścia a ja 40-dziesci ale
      lubię poznawać nowe miejsca i ludzi a twoje pisanie jest takie
      inspirujące...Lecę do Egiptu w listopadzie i ... no cóż spróbuję - życzę
      najlepszego.
      • platynka.iw 04.10.2005 (wtorek) DZIEN 7 24.10.05, 09:28
        Budze się i pierwsza moja mysl-dzis zaczal się ramadan!
        Wstaliśmy wczesnie, popniewaz do 8:30 musimy opuścić kajuty. W zamian
        dostaniemy dwie kajuty na koncu korytarza do dyspozycji calej grupy.

        Wywalam chłopaków na gorny poklad i w ciszy zabieram się do pakowania. Chwila,
        dwie… i już prowizorycznie wszystko jest spakowane. Wystawiam walizki przed
        pokoj, zabieram rzeczy podręczne i lecimy na sniadanie. Nasz Pan Nubijczyk,
        który uczy się po polsku mowic-chodzi i wyciera lzy. Reszta kelnerow i kucharzy-
        tez nie w sosie. Co i rusz ktorys podchodzi do stolika, kladzie reke na glowie
        Radzika, patrzy nam w oczy-i szybkim krokiem odchodzi… Nam tez jest zal
        odjeżdżać! Wspominam te chwile, które spędzaliśmy z nimi na pogawędkach, lub
        momenty-kiedy Radzik był przez nich rozpieszczany. Nubijczycy-to cudowni
        ludzie… Stracili swoje dziedzictwo, swoja tożsamość-ale nie stracili wielkiego
        serca! Nie mogę na to patrzec… Wypijam tylko herbate i wychodze. Na schodach
        dopada nas jeden z kucharzy-no tak… Porcja owocow dla Radzika. Na talerzu
        banany, pomarancze, jabłka, guawa. Dobrze, ze już się nie boimy o zemste i
        spokojnie to zjadamy. Przeciez będąc 3 raz w Egipcie-i przechodząc raz zemste-
        organizm chyba odnotowal taka sytuacje i się odpornil. Tak mysle.

        Zanosimy czesc niepotrzebnych rzeczy do wspolnej kajuty i już czekamy w lobby
        na grupowe wyjscie. Tam dopada nas nasz Pani przewodniczka-Ania. Jest bardzo
        zla, ze udalo nam się załatwić wyjazd do Dandery i Abydos. Przeciez mówiła nam,
        ze to jest niewykonalne! I w ogole jak załatwiliśmy suchy prowiant?!? No jak to
        jak-zwyczajnie poprosiliśmy o to dzien wczesniej ;-) Staram się nie przejmowac
        jej oschłością i spokojnie pytam, czy jest możliwość doplaty i jazda do Kairu
        kuszetkami. Rok temu dopłacaliśmy po 20$ od osoby, no ale standard jazdy-
        rewelacyjny! W przedziale dwa lozka ze swieza posciela, umywalka… cisza i
        intymność. Pani Ania nie jest sklonna do współpracy, wiec ponawiam pytanie do
        naszego Egipskiego przewodnika. Kilka telefonow i już zdaje nam relacje. Jest
        taka możliwość, ale w tym roku cena wynosi 55$ od osoby. No, no, no!!!! To już
        lekkie przegiecie! Nic to. Pojedziemy pierwsza klasa, przynajmniej na wlasna
        skore, przekonamy się, jak tam jest.

        Wchodzimy do autobusu i już po kilku minutach jesteśmy przed kamieniołomami
        asuańskimi. Przejscie przez jak zwykle wyjace urzadzenia do wykrywania metali,
        bilet (20 le) i wchodzimy na patelnie… tak. Tam to dopiero mi nie marzna
        stopy ;-)
        Pani Ania postanawia, ze na tym upale, w nieocienionym miejscu-walnie sobie
        pogawędkę na temat niedokończonego obelisku. Fajnie.
        My od razu udajemy się na gore. Bez przesady-nie interesuje nas sam obelisk.
        Uwazam, ze w tym przypadku ( w przeciwieństwie do innych zabytkow Egiptu) -
        jednokrotna wizyta w tym miejscu spokojnie wystarcza. Nam chodzi o cos innego.
        Mianowicie z gory-roztacza się swietny widok na cmentarz fatymidow z pieknymi
        kopulami grobowcow. Pstrykamy kilka fotek (znowu z kamery-pewnie jakość będzie
        gorsza) Robimy kilka zdjęć Radusiowi, który przy wielkim kamieniu udaje
        wspinającego się spidermana, upajamy oczy widokiem jaki się stamta roztacza i-
        schodzimy. A nasza grupa-już ma dosyc. Wlasnie Pani Ania skończyła przemowe i
        kazala wszystkim isc na gore, ale ludzie stojac te 15 minut w pelnym słońcu-
        maja dosyc. Ci, ktorzy byli w tym miejscu-wiedza co mam na mysli. Siadamy pod
        jedynym w tym miejscu drzewem i wypijamy w trojke butelke Baraki. Tak sobie
        mysle-gdybym w domu tyle pila-to bym musiala wiecznie siedzieć na klopie! A tu-
        nic. Nawet powem wiecej-mocz ma tak intensywna barwe-jakbym w ogle nie pila!
        Malo tego-ja w normalnych warunkach potrafie przez kilka miesięcy nie tknąć
        mineralnej. Nienawidze mineralnej. A tu, w Egipcie-chlejemy wode bez umiaru! I
        jeszcze jak nam smakuje! :-)

        Czesc osob postanawia jednak wejsc, by obejrzec obelisk Faraona Hatszepsut,
        czesc razem z nami wychodzi. I znowu, tak jak w przypadku Edfu i Kom Ombo-tu
        wiele się zmienilo. Wychodzi się z lewej strony przez rzad-no tak-kramow i
        sklepow. Radus idzie metr przed nami i machając na sprzedawcow reka wola swoim
        jeszcze bardzo dziecinnym, aczkolwiek zdecydowanym i nie znoszącym sprzeciwu
        glosem „La! La! La!” I wiecie co? To dziala. W przeciwieństwie do thanks czy
        dziekuje-to naprawde dziala! I tak oto pięciolatek niczym spychacz toruje nam
        droge przez dziesiątki namolnych sprzedawcow do klimatyzowanego autobusu :-)

        O oto już jedziemy dalej do miejsca, które w przeciwieństwie do niedokończonego
        obelisku, wszyscy chcemy bardzo obejrzec. Do świątyni Izydy na wyspie Philae (a
        w zasadzie to ona kiedys była na tej wyspie-teraz przeniesiona przez UNESCO
        stoi troche dalej, na wyspie Agilkia) Przesiadamy się na lodke i ruszamy…
        Okazuje się, ze razem z nami jada sprzedawcy wszelkiego rodzaju pocztowek,
        korali, BA! Nawet czapeczek wełnianych… Może kupic Radkowi, by nie zmarzl ;-)
        Na szczescie nasze wyuczone dziecko na kazda probe podejścia do nas
        wymawia „la, la, la” i chłopcy sobie odpuszczaja… mysle sobie-z drugiej strony,
        to mi ich zal… Chce wyjac wode by się napic i nagle mysl-ramadan! Nie… nie będę
        im tego robic. Napijemy się w ustronnym miejscu świątyni, by ich nie draznic.

        Po chwili pniemy się na wyspe-z innej strony niż rok temu (wszedzie zmiany!  i
        stajemy naprzeciw cudnej świątyni poswieconej kultowi Izydy. Jestem zauroczona
        roznorodnoscia kolumn-a raczej ich zwieńczeń. Kazda kolumna-ma inne zwieńczenie…
        w formie innego kwiatu. Jakbym była malutka dziewczynka i stala w wielkim
        ogrodze, a ponad mna-rozne, kamienne kwiaty… Zauroczona robie serie zdjęci i
        wchodzimy do srodka. Zwiedzamy, podziwiamy i-wychodzimy. Postanawiam być
        ambitna i zrobic identyczne zdjecie Kiosku Trajana, jakie znajduje się w moim
        przewodniku. Wiec oto leze plackiem na brzuchu i cykam fotki-dobrze, ze mam
        lamany obiektym, bo inaczej-nic bym nie widziala! Jedno zdjecie, drugie,
        trzecie…. To zle wykadrowane, tu ktos mi wlazł w obiektyw… ok. Lubie lezec ;-)
        Czwarte, piate, szoste… w koncu uzyskuje jako takie zdjecie i podnosze się z
        ziemi. Rzes się ze mnie smieje, a mnie odbija palma ;-) Biore stojace w rogu –
        miotle i szufelke- i kaze sobie zrobic zdjecie, jak to niby sprzątam… Bosz!
        Matka-zona-wydawaloby się osoba w miare powazna-a jednak do konca nie…
        hihihihihihi

        Szwendamy się po ruinach, robimy zdjęcia i w koncu kierujemy się w strone
        lodki. Stamtąd cykamy jeszcze kilka fotek i już cala grupa zmierzamy w kierunku
        stalego ladu.
        Kilka minut i jesteśmy na statku, gdzie czekaja na nas (jak zwykle) z zimnymi,
        mokrymi recznikami oraz z zimnymi, mokrymi soczkami ;-)

        Zjadamy lunch i lecimy do wspolnych kajut. Okazalo się, ze w jednej kajucie
        jesteśmy my + Ola z Darkiem+ Justyna z Emilem+ Jarek z Marcinem… Jak milo!
        Niezla ekipa ;-) Wyjmujemy z lodowki „syrop na zemste” i leczymy się nim… no,
        wiecie… żeby po lunchu nic nam nie zaszkodzilo… bo przeciez mogly nam sałatki
        zaszkodzic… albo co ;-)

        Chwile pozniej siedzimy odkarzeni ;-) w basenie i kodujemy ostatnie chwile w
        Asuanie. Miedzy nami zwierzaki Radzika (które znowu z soba walcza ;-)
        Rozmawiamy, dowcipkujemy… jak milutko. I nagle mysl-zdjecia! Musimy zrzucic
        zdjęcia! Ja umre jak nie będę mogla nadal robic zdjęć!

        Tak się sklada, ze o 15 jestesmy umowieni z Mackiem, wiec przy okazji spotkania-
        cos wymyslimy. Maciej to poznany w zeszłym roku nasz przewodnik. Facet
        niesamowity! Totalnie zakręcony na punkcie Egiptu! Zaprzyjaźniliśmy się na
        rejsie, potem przez rok zawężaliśmy znajomość, wiec-musimy się spotkac!
        O 15 już się witamy, sciskamy… Wreczamy mu male co nieco przywiezione z Polski
        i ruszamy na miasto. Mowie Mackowi, ze
        • platynka.iw Re: 04.10.2005 (wtorek) DZIEN 7 24.10.05, 09:31
          Mowie Mackowi, ze Rzes się uparl, ze nie będzie przepłacał i niezplaci 60le w
          AGFA. Ze może jakas kafeja… I oto pakujemy się w typowa nubijska dzielnice,
          zdecydowanie nie turystyczna. Wchodzimy do-czy to jest kafejka internetowa?? Na
          pierwszy rzut oka wyglada jak komorka w trakcie remontu ;-) Ale nie-to jest
          kafejka internetowa! Od drzwi mowimy Marhaba i pytamy ile kosztuje godzina.
          Chłopcy sa zdecydowanie zdziwieni naszym widokiem… Pokazuja na sciane i
          odpowiadaja (zgodnie z wiszącym cennikiem) ze 4le. Pytamy ile chca za
          podlaczenia kilku kabli-odpowiadaja-„nic. Macie godzine, robcie co chcecie!”
          Szukran, szukran, szukran!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

          Wiec oto plyna nasze zdjęcia na ich twardy dysk by po chwili-przeplynac do
          naszego i`Rivera. Radek już się umieścił miedzy nimi i oglądają razem jakis
          film z Jackie Chan. A tam scenia, gdzie kobieta (jakas Azjatka) do bolu wlasnie
          skopala jednemu facetowi tylek…
          Pytam-„jak Wam się ta scena podobala?”
          Odpowiadaja”ha! Niezla bajka! To cale Hollywood! To Matrix! Bzdura!”
          Pytam „dlaczego?”
          Odpowiadaja „bo to niemożliwe, żeby kobieta krzywo spojrzała na mezczyzne,
          podniosla reke-a już o takim biciu nie ma nawet mowy!!”
          No tak… ;-)

          Mamy zdjęcia na i`Riverze, czyścimy pamiec i-znowu mogę szalec z aparatem!
          Wracamy na nabrzeże i zatapiamy się w rozmowe z Maciejem przy szklaneczce
          fantastycznego, świeżego soku z limonek…

          Iwonka (c.d.n.)

          • platynka.iw Re: 04.10.2005 (wtorek) DZIEN 7 24.10.05, 10:21
            Czas szybko mija, zwłaszcza w tak milym towarzystkie… Maciej jest swietnym
            facetem!
            Z lezka w oku zegnamy się obiecując sobie wspolny wypad na narty jeszcze w tym
            sezonie… Oby się spełniło!
            Wracamy na statek po drodze wpadając do poznanego dzien wczesniej sklepu z
            napojami. Facet sprzedaje nam Barake w normalnej cenie 1,5 le a nie jak reszta
            po 3 a nwet 4le. Kupujemy jedna wode i wracamy do kajuty. Spacer po statku…
            lzawe pozegnanie z naszymi Nubijczykami, seria zdjęć (zwłaszcza ich z
            Radzikiem) i wyjazd na stacje kolejowa, która się miesci jakies 500-700 metrow
            od nabrzeża. Jest godzina 19:00, a pociag odjezdza o 20:20. Zajmujemy miejsca i
            idziemy jeszcze raz do wczesniej wspomnianego sklepu po napoje na droge. Mam
            ochote na ichniejsza, mega slodka fante. Nie wiem czy ktos zauważył-egipcjanie
            duzo słodzą. Srednio jakies 4 lyzeczki. Ich ciasta-tez sa mega słodkie. Nie
            wspomne o wrecz lukrowatych soczkach w kartonach! Wiec pewnie aby sprostac
            wymaganiom rynku-ichniejsze napoje kolorowe-sa rozniez mega słodsze, słodsze
            niż w Polsce.

            Wchodzimy do sklepu, zamawiamy napoje, pan je pakuje do reklamowek az tu nagle-
            nie chce mi się wierzyc! Wchodzi do sklepu zakryta po same stopy na czarno
            kobieta… ma zasłonięte wlosy i czesc twarzy-wiec na 99% jest to arabka.
            Wchodzi, wyciąga gola dlon i-wita się z nami. Pierwszy raz się z czyms takim w
            Egipcie spotkałam! Rozumiem, ze z Radkiem… ze nawet ze mna-ale ona podchodzi do
            Rzesia i podaje mu reke! Rzes sciska jej dlon, mamrocze „marhaba” i patrzy na
            mnie… ja jestem w takim samym szoku jak On. Kobieta mimo zasłoniętej twarzy-ma
            uśmiechnięte oczy. Nie wiem… może widok naszych zdziwionych min tak ja
            rozbawil?? Zabieramy napoje, zegnamy się „ma salema” i wychodzimy ze sklepu.
            Mowie do Rzesia „czy wiesz, ze wlasnie jako chyba jeden z nielicznych-dotknales
            zamezna arabke??” Szok…

            Wracamy do pociągu. Wiec jest to pierwsza klasa. Sa dwa rzedy siedzen-
            pojedyncze i po przeciwnej stroni-podwojne. Ogółem w przedziale jest 45 miejsc.
            Dostajemy ostatnie miejsca zaraz przy przejsciu do kolejnego przedzialu.
            Ogolnie-straszny syf. Wszystko brudne. Koszt przejazdu w tym „luksusie” do
            Kairu wynisi 81le.

            Siedzimy sobie spokojnie (Radus na pojedynczym my na podwojnym siedzeniu) ,
            zaczynamy się przyzwyczajac do otoczenia, odnajdujemy naszych ziomali po
            przedziale-kiedy nagle-podchodzi do nas mlody Egipcjanin i pokazując na Radka
            mowi, ze to jest jego miejsce. Hmmm… wyciągam bilet i tlumacze, ze to Radka
            miejsce. Ten wola konduktora, który rezolutnie stwierdza „to jest miejsce tego
            Pana. Panstwa miejsca się zgadzaja, mogą Panstwo tu zostac, ale to dziecko ma
            przejść do nastepnego przedzialu” PROSZĘ??!!??!!??! Normalnie się wkurzyłam…
            czy oni sa oblakani??!!??!! A niby jak to ma wyglądać-my tu a nasz pięciolatek
            ta??? Oboje z Rzesiem stawiamy zdecydowany opor i najzwyczajniej w swiecie-nie
            zgadzamy się! No bo i jak się zgodzic?? Przeciez to nienormalne!!!!!!!!!!! Już
            zaczynamy wrzeszczec i doslowienie barykadujemy Radka na siedzeniu ;-) NIE!!!

            Chłopaczek odpuszcza i przechodzi do nastepnego przedzialu. Jeszcze nerwy nam
            nie puściły, kiedy wraca nasz kabaretowy konduktor i psykając na Rzesia,
            pociera wskazujący palec o kciuk… czyzby to ogólnokrajowy swad?? ;-) Większość
            Egipcjan w tym kraju ma chyba grzyba miedzy tymi palcami ;-) Nie. To nie swad.
            Okazalo się, ze chce od nas bakszysz za to, ze zostawil Radka na swoim miejscu.
            Nie wiem kto bardziej mu się rzucil do szyi, ja czy Rzes. Reszta wagonu, która
            przyglądała się tym scenom-rozniez zareagowala oburzeniem…. No… to nam facet
            niezle cisnienie podniosl-już na pewno nie kupimy u niego kawy! ;-) Oczywiście
            zadnego bakszyszu nie dostaje tylko odchodzi przestraszony…

            Pociag rusza. Dajemy jedna walizke na gore, a druga pod nogi przed nami. Rzes
            przechodzi na pojedyncze siedzenie a ja biore Radzika do siebie. Nie mija 10
            minut-i moje dziecko spi. Jak on to robi?? Jak chce spac-to niezależnie gdzie,
            w jakiej pozycji-po prostu spi! Jest niesamowity!
            Wiec Radus spi a ja się wierce… te dzwieki mnie dobija! Bo tak-z jednej strony,
            zaraz przy naszych uszach trzaskaja się drzwi na korytarz. Na korytarzu-
            trzaskaja się drzwi od toalety. A naprzeciwko nich-drzwi od sterowania klimy
            wala w szafke z w/w przelacznikami… jak milo! Dzwieki jak na techno party ;-)
            Nic to. Podziwiam widoki za oknem. A tam-kolorowo! Migoca światełka, wisza
            serpentyny i pocieta folia, wszedzie lampy, lampki i lampioy…. Jak u nas na
            Boze Narodzenie! No tak-przeciez oni świętują ramadan i wlasnie zjadaja
            sniadanie po ciezkim, postnym dniu!

            Mijaja godziny a sen nie przychodzi. Zaczyna się robic chlodno, wiec wyjmuje
            dla wszystkich swetry. Ubieram śpiącego Radzika i zapadam w cos w rodzaju
            letargu… Już mi się wydaje, ze zasne, kiedy slysze nad uchem „give me a
            ticket!!” Nie dosc, ze mi się wydziera do ucha, to jeszcze tak blisko się
            nachylil-ze czuje jak mu wali z geby (sorki, ale nielubie go) Slysze jak Rzes
            mu mowi, żeby się nie wydziaral na mnie i podaje mu bilety.
            Jak się pozniej okarze, nasz bystry pan konduktor nie dokonca nam wierzy, ze
            mamy bilety-albo cierpi na wyjatkowo ostra skleroze, ponieważ tej nocy obudzi
            caly przedzial swoim „give me a ticket!!„ jeszcze kilka razy… milutko 

            Ok. 1 w nocy zachcialo mi się siku. Wiec ufna i pelna nadziei (mimo
            dochodzącego z WC odoru) ide do znajdującej się metr za nami toalety. Wchodze-i
            wychodze. Tak zasranego kibla w zyciu nie widziałam! Nic to. Jest ramadan, wiec
            postanawiam poćwiczyć silna wole i-decyduje, ze jednak wytrzymam i zawioze
            wszystko do Kairu ;-)

            Patrze po przedziale-niewielu ludzi spi. Bo i warunki nie sa sprzyjające…
            trzaskające drzwi, walacy smrod z WC, konduktor upewniający się, czy jednak NA
            PEWNO mamy bilety, co pol godziny przejeżdżający po nogach wozek z ciachami i
            sokami do kupienia, nagle hamowanie, które rzuca ludziami po przedziale, albo
            rotacje boczne, jakie dostaje pociag przy zmienianiu torow… a mój Raduniek spi.
            Co wydaje mi się niemożliwe! Ale jednak! Slodko spi i tylko co jakis czas-
            usmiecha się rozbrajająco przez sen… MÓJ SKARB!

            Godziny mijaja… pociag mknie, a ja zaczytana w przewodnik mysle o Kairze…
            Jeszcze kilka godzin… jeszcze kilka „give me a ticket” ;-) i juz będziemy na
            miejscu.

            Iwonka




            • corrina_f1 Re: 04.10.2005 (wtorek) DZIEN 7 24.10.05, 16:38
              teraz chyba musze napisać : Iwonko, pisz, pisz, ale WOLNIEJ !! Bo nie nadążam
              tego wszystkiego czytać !! :))

              Mam jeszcze pytanie, tak z ciekawości. Czy notatki robiłaś na miejscu w Egipcie
              każdego dnia (papier ? laptop?) czy piszesz dopiero teraz, po powrocie ?
              Ja swojego czasu, podczas 2 pobutu w Egipcie, a potem w Tunezji odkryłam, że
              laptop przydaje się wtedy wprost genialnie (1. do zrzucania zdjeć z cyfry
              dzięki czemu można szaleć bez ograniczeń, po 2. do prowadzenia zapisków, po 3.
              do słuchania muzyki (najlepiej arabskiej), bez której żyć nie potrafię ;)
              Jednak z laptopem przy mojej ilości bagażu zaczyna się robić powiedzmy.. ciężko
              i braknie jakoś rąk ;)
              Jeśli spisałaś to wszystko w domu, to gratuluję Ci kobieto pamięci !!! :D

              Będąc w Rzymie czy Londynie robiłam jedynie krótkie rzeczowe notatki na
              miejscu, a nastęnie już w Polsce pisałam całość od razu w Wordzie. Ale
              przyznaję, nawet tych kilka dni w tych miastach sprawiało trudność w
              zapamiętaniu wszytkiego, tak były to napięte dni ! Więc podziwiam Cię kochana
              naprawdę, bo przy Waszych 22 dniach ja po prostu wysiadam !! ;))
              Do dziś nie skończyłam oficjalnie ani opisu 1 ani 2 Egiptu, ani zeszłorocznej
              Tunezji...
              • platynka.iw Do Corriny 25.10.05, 10:54
                Hej Corrinko!
                Bede pisac wolniej! Masa obowiazkow spadla na mnie po powrocie i nie bardzo mam
                czas. Choc z drugiej strony chcialabym to skonczyc zanim wszystko zapomne!
                A z notatkami to bylo tak. Podczas 3 dnia pobytu przypomnialam sobie, jak wiele
                mi daly wspomnienia ludzi, ktorzy opisywali swoje pobyty w Egipcie. Jak milo mi
                sie je czytalo. Postanowila, ze powinnam sie choc w ulamku zrewanzowac i tez
                cos skrobnac... Wiec mialam notatkim i pisalam w nim zazwyczaj date, godziny
                oraz ceny za przejazdy, wejscia itd. Nieraz dopisalam jakas uwage-ale
                wiekszosc, teraz, jakies 80% pisze tylko z pamieci.

                Buziaki, Iwonka
                P.s. A Ty?? Kiedy sie wybierasz do Egiptu??
                • Gość: savera Re: Do platynki.iw IP: *.internetdsl.tpnet.pl 25.10.05, 18:01
                  Platynko.iw byle nie za wolno bo jeszcze nam stracisz wenę. Jakiś czas temu w
                  wirtualną podróż po Egipcie "zabrał" mnie pc.maniac. Już się widziałam
                  podążającą do tych samych miejsc które zwiedzał. I co? ... "zostawił" mnie na
                  pustyni, nie skończył opowieści. Platynko.iw nie zrób mi/nam tego! Nigdy nie
                  byłam w Egipcie a bardzo chciałabym pojechać. W tym roku już prawie zapadła
                  decyzja, że jedziemy w listopadzie ale niestety nie wyszło. Mam nadzieję że w
                  końcu się uda. A na razie pisz, pisz, pisz...
                  • platynka.iw Do savera 25.10.05, 23:10
                    Dziekuje za cieple slowa!
                    Wiesz... ja NAPRAWDE mysle, ze niepotrzebnie to pisze, bo tylko zawracam glowe
                    ludziom a w ogole to marny ze mnie pisarz, bo nigdy nic nie pisalam ( to moj
                    pierwszy raz).... Naprawde tak sobie mysle. Ale takie osoby jak ty powoduja-ze
                    zaczynam klikac w klawiature i przelewac kolejny dzien z glowy na to forum...
                    bo widze, ze chyba jednak ktos to czyta-a to juz duzo!

                    Zobacz. Czytalas o tym, jakie mysli mialam w pociagu do Kairu?? Ja kiedys
                    mialam zerowe szanse by jechac do Egiptu. Nic na to nie wskazywalo, ze
                    kiedykolwiek mi sie to uda...a jednak! I to 3 razy!

                    Wiec nosek w gore, troche wiary i zobaczysz-niedlugo bedziemy z zapartym tchem
                    czytac Twoje wspomnienia z Egiptu-czego Ci z calego serca zycze!!!!!

                    Caluje, Iwonka
          • platynka.iw Do aw 25.10.05, 10:59
            To ja DZIEKUJE!!!!!!
            Naprawde... to nie kokieteria, ale wierzyc mi sie nie chce, ze Wam sie to
            podoba!

            Pozdrawiam Cie serdecznie zyczac szybkiego wyjazdu do Egiptu!!
            IWonka
      • platynka.iw Do ika 24.10.05, 10:43
        Dzieki Wielkie!
        Nie czuje, zebym przecierala szlaki... ale jezeli choc w odrobinie zachece
        kogos do zwiedzania Egiptu-to bede bardzo szczesliwa!
        ika-szkoda czasu na smazenie ;-) opalisz sie takze dreptajac po ruinach ;-)

        gdyby cos-zapraszam
        GG 1070925
        Pozdrawiam cieplutko :-)
        Iwonka
      • platynka.iw Do poganka_m 25.10.05, 10:57
        Bardzo Ci dziekuje! Lekie pioro?? hmmm... nigdy bym tak nie pomyslala. Ciegle
        mysle o tym, ile bledow robie, czy sie nie rozpisuje, czy nie wychodzi z tego
        jeden wielki belkot i po co w ogole to pisze???? Chyba po to, zeby meczyc ludzi
        takich jak ty.

        Ale bardzo Ci dziekuje za te slowa! Przekonuja mnie one w tym, zeby dojsc do
        konca tych 22 dni (bo juz chcialam przy 3 dniu zrezygnowac)

        Pozdrawiam cieplutko i zycze szybkiego powrotu do Kraju Faraonow I
        Monumentalnych Zabytkow!!

        Iwonka
        • platynka.iw 05.10.2005 (sroda) DZIEN 8 25.10.05, 11:06
          Pociag wiezie nas do Kairu już od jakis 10 godzin… prawie w ogole nie spalam.
          Jestem zmeczona… Patrze na Moich Chłopaków-obaj, poskrecani, zamontowani w
          swoje siedzenia spia. Za oknem zaczyna się robic jasno. Wlasnie wjechaliśmy w
          przedmieścia Kairu.

          Swiat budzi się do zycia. Jeszcze jest sennie i pusto-ale co rusz widac
          furmanke zaladowana arabami (pewnie jada do pracy) taksowke, osiołka ciągnącego
          dwukołówkę… Kobiete siedzaca przed domem… mężczyznę stojacego przy pompie
          nawadniającej… idace droga nastolatki, z jakimis chyba książkami pod pacha-
          wszystkie ubrane w biale i błękitne tiule, które zasłaniają im cialo oraz
          wlosy… sa piekne. Kocham te widoki.

          Jazda w pociągu, przymusowe przystopowanie sprzyja zadumie… patrze w okno, a do
          glowy co i rusz napływają rozne mysli…

          Poprawiam się w siedzeniu i mysle o dniach, które wlasnie minely. Lot balonem,
          Abydos, Dandera, Asuan…Mój 3 raz w Egipcie… Jakze dziekuje Bogu-Stwórcy-
          Allachowi-losowi-przypakowi-szczesciu-trafowi-zbiegowi okoliczności… WSZYSTKIM
          I WSZYSTKIEMU, ze mogę znowu tu być i widziec te wszystkie cuda! Podziwiac
          wspaniale zabytki! Cuda swiata minionego! Patrzec na monumentalne zabytki,
          gorace slonce, piaskowe gory, szafirowe morze i zielone palmy! Być, być w
          Egipcie-kolebce naszej cywilizacji, naszej kultury! DZIEKUJE!

          No i najwazniejsze-Rzesiowi! Który jak nikt rozumie co to jest partnerstwo,
          kompromis, wsparcie, milosc. Wiem, jak strasznie nienawidzi mentalności arabow.
          Jak strasznie go mecza. Wiem, jak dosc miał po ostatnim razie, a jednak-znowu
          usłyszałam, podczas szukania ofert na wyjazd „Sloneczko, przestan… Nie mecz się
          i nie wyszukuj jakis innych krajow-jedzmy już do tego twojego ukochanego
          Egiptu” JUHU! Jak to usłyszałam-to z radości, z tego naladowania emocjami-
          musialam biegając zrobic 3 kolka wokół bloku ;-) Rzes… tak strasznie Go kocham.

          Mysl, ze jestem w Egipcie powoduje u mnie uśmiech na twarzy i zupełny brak
          zmeczenia…I w duchu obiecuje sobie, ze nigdy nie dopuszcze do sytuacji, ze
          stanie się to dla mnie normalne. Każdy-każdy wyjazd na wczasy jest wielkim
          wydarzeniem i powodem do ogromnej radości!

          Cofam się w myslach o kilka lat w tyl. Dom rodzinny. Typowe górnicze osiedle na
          Slasku. Mieszkanie, a w nim bieda, strach przed ojcem i najukochansza moja
          przyjaciolka - mamunia oraz my-czworo rodzeństwa. Nie było dobrze…
          I ogromna chec zmienienia czegos, wyrwania się z tego koszmaru.Pamiętam dzien,
          kiedy jako 15 latka na pytanie mamusi-„co jest twoim marzeniem?” Odpowiedziałam-
          „kiedys poznam faceta, który będzie dla mnie dobry. Po prostu dobry. I pojade
          kiedys do Egiptu.” Nie wiedziałam wtedy co to Karnak czy Asuan. Wiedziałam, ze
          Egipt-to jest cos. Fascynowal mnie od 5 klasy podstawowki. Cos tak
          niedostępnego i odległego, cos tak pieknego i wspanialego-ze musze to osiągnąć!
          I ja to wiedziałam! Ja to czulam tu, w srodku-ze naprawde kiedys to się spełni!

          I oto jestem. Wjeżdżam do Kairu… Obok mnie Rzes, Radus-Dwa Moje Szczęścia,
          Moje Swiaty, Moje Cale Zycie… Marzenia się naprawde spełniają…

          Dziekuje…

          Wszyscy w przedziale pomalu się wybudzaja i staraja się doprowadzic do
          porządku. Ktos się przeciąga, ktos inny wstaje i stara się rozmasowac kark,
          jeszcze inny zwoluje wszystkich na papieroska… Slonce już jest dosyc wysoko,
          oparlo się o szyby naszego pociągi i grzeje. Wiec zdejmujemy cieple rzeczy i
          chowamy do walizek. Wody… ale mam ochote na umycie zębów i twarzy. Nic to.
          Jeszcze chwila i będziemy w hotelu-mam nadzieje, ze w tym samym co rok temu.

          Chłopcy się budza. Rzes połamany-Radus mega wyspany. Szybkie „zebranie się do
          kupy” i już wjeżdżamy na stacje Giza w Kairze. Szybki przeskok do autokaru i
          jazda ulicami tego ogromnego miasta w kierunku hotelu. Wszedzie wieze i
          wieżyczki minaretow. W centrum-nowoczesne budynki. O! Wieza Kairska! A tu-
          trzypoziomowa ulica. I nagle w autobusie wielkie poruszenie-SA! Piramidy! Mimo
          upływu wiekow i ogromnego rozbudowania miasta-nadal majestatycznie goruja ponad
          wszystkim. Dumne. Niezniszczalne. Jedna wielka zagadka… Patrzac na nie wszyscy
          zapominaja o trudach minionej podrozy. Piramidy… lek na niewyspanie ;-)

          Oasis. Najpiękniejszy hotel w calym Egipcie! Radus trzyma klucze i dreptamy w
          kierunku pokoju. Niesamowite, ze Radek tyle pamieta z zeszłego roku. W tym
          m.in. ten wlasnie hotel. Dobrze wie, gdzie jest basen, a gdzie plac zabaw dla
          dzieci. Wchodzimy do pokoju, krzycze „pierwsza!!” bo oto mój pęcherz
          przypomina, ze ramadan-ramadanem, ale on już nie może ;-)

          Prysznic w cudnej lazience i wskok na lozka…mmm… jak milo rozpostowac kręgosłup.
          Teraz biegiem na sniadanie. Radus jak zwykle wcina naleśniki. Rzes omlet. A ja…
          ja wypijam herbate ;-)

          I zaopatrzeni w zestaw standardowy udajemy się pod Piramidy. Patrze na twarze
          ludzi, którzy udaja się tam pierwszy raz… patrze im w oczy-a one sa ogromne!
          Przepełnione zniecierpliwieniem, ciekawością i szczęściem.

          Pierwszy przystanek-tuz przy piramidzie Cheopsa. Wszyscy wypadamy. Postanawiam-
          ze w tym roku nie będę robila zdjęć, tylko przez godzine będę się cieszyc
          możnością namacalnego kontaktu z tymi „takimi tam stozkami” ;-) Niestety. To
          jest silniejsze ode mnie. Czyzbym była uzalezniona?? ;-)
          Wiec robie zdjęcia… prawdopodobnie powielam ujecia sprzed poprzednich wyjazdow…
          tylko jedno się w kadrze zmienia-Radus :-)
          • platynka.iw Re: 05.10.2005 (sroda) DZIEN 8 cd 25.10.05, 11:09
            Oczywiście jest tam pelno naciągaczy… na jazde wielbłądem, albo-policja
            turystyczna dorabia sobie wskazaniem pierwszego z brzegu kamienia, ze niby tu
            wyjdzie super zdjecie i w ogole.

            A propos policji. W pewnym momencie podchodzi dwoch. Biora Radka z dwoch stron
            za raczki i szybkim krokiem , prawie biegiem odchodza. Lecimy za nimi. Na nasze
            pelne pretensji pytania odpowiadaja „to zart” ZART!!??!! To widocznie ja się
            nie znam na zartach. Tlumy ludzi! Slychac jezyki z całego swiata! Ogromna
            przestrzen! A to mialbyc zart! Rzes stara się mnie uspokoic, ale ja-już
            nakrecona i w dodatku przed okresem ;-) - wywalam im, jakze głupi i bezmyślny
            to byl zart. Odchodza mamrocząc cos pod nosem. A ja sobie wyrzucam-moze
            zeczywiscie za ostro zareagowalam?? Zwalam wszystko na barki hormonow.

            A my idziemy dalej. Pod sama piramida staram się spojrzec na jej czubek-glowa
            na maksa odchylona w tyl i udaje się. Jest ogromna!Tak bardzo bym chciala się
            wspiąć na nia… Tak jak Andie MacDowel i Liam Nelson w filmie „Rubin z Kairu”
            Jakze cudowny musi się z jej czubka roztaczac widok! Jakze orgastyczna musi być
            świadomość, ze stoi się na szczycie jednego z najstarszych budowli swiata!
            Niesamowite!

            Dalej barka. Widok na Kair. Autobus. Podjazd na punkt widokowy. Seria
            pozowanych zdjęć, rzut oka na wdzierający się na płaskowyż Kair i zjazd pod
            piramide Chefrena. Zakup biletow (20le) i już wchodzimy do srodka piramidy.
            Duchota która z niej bije oraz niskie, strome zejście-powoduje zmiane planow u
            kilku osob, zwłaszcza starszych. Wycofuja się. My pchamy się dalej. Wszyscy
            zgarbieni, wypychaja cztery litery w kierunku osoby idącej z tylu.. Tylko jeden
            Radus drepta wyprostowany i ma jeszcze zapas luzu nad glowa ;-) przez co
            wzbudza ogromna zazdrość, rozniez z naszej strony.W tym korytarzu sa dwa
            miejsca, gdzie w suficie jest cos, jakby szyb. W tych miejscach każdy staje,
            wciska glowe w ten niewielki otwor-by na ulamek sekundy wyprostowac kosci. My
            tez tak robimy. I Radus, który strasznie nas we wszystkim nasladuje-tez!
            Smieszne jest jak staje na paluszkach i nawet nie sięgając do otworu robi jak
            wszyscy „ooo…” przeciąga się i zadowolony drepcze dalej ;-)
            Nasza Slodka Malpeczka :-)

            Teraz jesteśmy w komorze grobowej gdzie w koncu można się wyprostowac. Na koncu
            komory znajduje się sarkofag wykonany z polerowanego granitu, a na południowej
            ścianie widnieje nazwisko badacza tej piramidy –Belzoni, umieszczone przez
            niego samego, oraz data 1818.

            Wracamy ta sama droga. Radus jeczy i trzyma się za kregoslup jak wszyscy 
            Wychodzimy na zewnatrz i od razu ubieramy okulary-ale sloneczko wali po oczach!
            Ludziska wracaja do autokaru, który ich zawizie pod Sfinksa a ja postanawiam
            zejsc na nogach. Wiec sobie spacerkiem schodze… patrze na piramidy… na Sfinksa…
            odkrywam jego lewy profil ;-) robie zdjęcia… sloneczko swieci…ech…. Ale super…
            jestem odprezona, wyciszona, zrelaksowana… Bosko!

            Przy Sfinksie odnajduje się z moimi Chłopakami i razem wracamy do perfumeri w
            której już siedzi nasza grupa. No tak. Staly punkt programu. Na szczescie można
            się tam napic zimnej karkade i w zasadzie tylko po to tam wchodzimy ;-)

            Postanawiamy, ze na dzis zakończymy zwiedzanie. Jest 15 a my padamy ze
            zmeczenia! Zreszta-jest ramadan, wiec i tak większość zabytkow już zamknieta
            (Muzeum Egipskie w ramadanie czynne do 14:30!!)
            Nie ma co przeginac, jutro mamy caaalusienki dzien do dyspozycji. Wracamy do
            hotelu. Słodkie lenistwo nad basenem. Razem z Jarkiem i Marcinem, którzy
            postanowili się do nas dołączyć planujemy jutrzejszy dzien.

            Dzis już nic nas nie zaskoczy. Kolacja i wczesne lenistwo w gładkiej, zimnej
            poscieli… No przepraszam. Jeszcze plac zabaw-przeciez nie mozemy mu tego
            odmowic!
            A jutro-KAIR!

            Iwonka



          • pc_maniac Re: 05.10.2005 (sroda) DZIEN 8 25.10.05, 11:15
            Wiesz wydawało mi się, że nie jestem sentymentalny, ale jakoś mi sie oczy
            spociły (chyba od ostrego światła?!).

            A tak przy okazji. Zawsze twierdziłem, że takie wspomnienia więcej przynoszą
            informacji czytającemu niż suche fakty. Dzięki nim wiemy jeszcze przed wyjazdem
            jak to się wszystko odbywa, gdzie i jak się jedzie. No i ta atmosfera miejsc.
            Żadne posty typu pytanie=odpowiedź tego nie oddadzą.

            Zazdroszczę Ci, ale jak mała egiptomaniaczka podrośnie to znów weźmiemy plecaki
            i chajda na kolejną wyprawę, tym razem w trójkę :o)
            Aż się nie mogę doczekać.
            ==============================================
            Biedny naród, w którym nieudacznicy narzucają swoją wolę reszcie :o(
            • platynka.iw Do pc_maniaca 25.10.05, 12:15
              Bardzo Ci pc_maniacu dziekuje.

              To byly wspaniale wakacje. Cala trojka swietnie sie bawilismy. I mam nadzieje,
              ze bije to z moich opisow.

              Zobaczysz. Ani sie nie obejrzysz, jak minie szybko czas i Wasza Slodka
              Wedrowniczka pojedzie z Wami w trase i bedzie sie swietnie bawic!
              Bo to jest nie tylko kwestia predyspozycji dziacka-ale takze kwestia
              wychowania. Zrobiliscie juz pierwszy krok-odwazyliscie sie ja zabrac do
              samolotu, na plaze, nad basen... odwazyliscie sie jechac z nia do Egiptu! A to
              tak wiele! Dzieci patrza na swiat poprzez rodzicow. Jezeli my w nie wierzymy-
              one sobie poradza! Ona juz czuje ta atmosfere... juz jest pomalutku wdrazana i
              zobaczycie-jakie wspaniale przygody bedziecie razem przezywac na trasie!Jak
              bardzo bedzie was pozytywnie zaskakiwac. Jacy dumni z niej bedziecie!
              Zycze tego Calej Trojce z glebi serca!!!!!!!!!!!!!!!!!!

              Bardzo was podziwiam i gratuluje!

              Pozdrawiam cieplutko :-)
              Iwonka

        • poganka_m do: platynka.iw 25.10.05, 20:00
          Dzięki za życzenia powrotu do Kraju Faraonów - wybieram się tam właśnie 18
          listopada żeby złapać jeszcze trochę słoneczka przed zimą - niestety tym razem
          tylko na tydzień ale tylko tyle urlopu mi już w tym roku zostało. Narazie - tak
          jak przez ostatnie lata - przede wszystkim odpoczynek. Chciałabym jednak
          jeszcze kiedyś wybrać się ponownie na zwiedzanie - jeszcze raz zobaczyć te
          wszystki cudowne miejsca, może ponownie rejs po Nilu ale tym razem połączony z
          rejsem po jeziorze Nasera? Gdyby to zależało tylko ode mnie - to pewnie już bym
          tam była!
          pozdrowionka - i czekam na DALSZY CIĄG!
          • platynka.iw Do poganka_m 25.10.05, 22:53
            Nie pisz tak.... to nie TYLKO tydzien ale AZ tydzien!!!!!!!
            Ciesz sie kazda godzina jaka tam spedzisz!
            I przywiez nam duuuzo sloneczka, ciepla i pozytywnej energii!!

            Wiesz...gdyby WSZYSTKO od nas zalezalo.... to wielu z nas juz by tu nie bylo ;-)

            Buziaki, Iwonka
            • platynka.iw 06.10.2005 (czwartek) DZIEN 9 26.10.05, 12:48
              Wczoraj przegadaliśmy z chłopakami prawie caly wieczor! Bo tak. Mamy dzis caly
              dzien do dyspozycji. Ja się upierałam, by jechac do Daszur i Sakkary. Ale Rzes
              stwierdzil, ze skoro odpuściliśmy sobie widziane rok temu Abu Simbel na rzecz
              nowych wspaniałości to-zrobmy tez tak w Kairze. Wiec ja namawiałam chłopaków by
              jechac w te miejsca (bo sama baaardzo chcialam tam wrócić ;-) no ale oni byli
              nieprzejednani. Stwierdzili, ze jest ramadan i możemy się czasowo nie wyrobic
              (racja!) oraz, ze wola poczuc magie Kairu. Ok. Trzech na jedna-odpuscilam.

              Dzis sama siebie zadziwilam. Zamiast herbatki na sniadanie-wchlonelam
              naleśnika, pol omleta, bulki i słodkie ciasteczka. No tak. Kolejny znak (obok
              mojej wybuchowości i rozdrażnienia) ze lada dzien dostane okres….zawsze przed-
              mam mega apetyt…wrrrrrr


              Hotel Oasis lezy troszke poza centrum Kairu. Troszke… to wiele nie mowi. Powiem
              tak-jedzie się z niego na plac Tahrir ( przy nim stoi Muzeum Egipskie, jest to
              jeden z głównych placy w Kairze) około pol godziny. Wiec postanowiliśmy wczoraj
              z chłopakami, ze do centrum skoczymy darmowym, hotelowym busem-a tam będziemy
              łapać taksowke.

              Wiec czekamy na busa, a przed hotelem stoi ogromna, szesciokatna lampa, ktora
              na czubku ma charakterystyczny półksiężyc. Zreszta takich lamp w Egipcie jest
              masa! To zapewne jakis symbol ramadanu… Wiec stoi ta lampa. Radus siedzący na
              chodniku patrzy na nia, patrzy… a po chwili stwierdza „mamuniu. To jest takie
              duze narzedzie do przykrecania srobek, tak??” Boze! On pomyślał, ze to jakis
              klucz numer 10 czy 12 jakich pelno ma Rzes w domu! Wszyscy się zasmiewamy a ja
              się rozpływam z tkliwości… uwielbiam jego proste myslenie!

              Jedziemy busikiem… po lewej wille moznych Egiptu, po prawej Dumne i Wspaniale
              Piramidy…nigdy nie mam dosc patrzenia na nie! Jeszcze kilka skrzyżowań i-oto
              jesteśmy. W samym centrum największego miasta Afryki.

              Oto plan na dzis. Ponieważ jest ramadan-poznajemy Kair Arabski.Ramadan- –
              dziewiąty miesiąc kalendarza muzułmańskiego. Dla muzułmanów jest świętym, gdyż
              w tym miesiącu rozpoczęło się objawianie Koranu – archanioł Gabriel ukazał się
              Mahometowi, przekazując kilka wersów przyszłej świętej księgi islamu.Podczas
              Ramadanu, od świtu do zmierzchu obowiązuje zakaz jedzenia, palenia, seksu i
              picia wszelkich płynów. W Ramadanie muzułmanie zwykle spożywają dwa posiłki –
              suhoor przed świtem i iftar po zachodzie słońca. Ramadan kończy się świętem Eid-
              ul-Fitr. Jest to uczta dla uczczenia końca postu.

              Ponieważ troche nam się spieszy (Ramadan-wszystko wczesniej zamykaja…duuuzo
              wczesniej!!) nie chcemy tracic czasu na targowanie się. Ustalamy wiec, ze za
              każdy przejazd nie damy wiecej niż 10le. Podchodzimy do ulicy i tam lapie
              nas ;-) taksowka (tak, tak-w Egipcie nie trzeba niczego szukac-taksowka, lodz,
              restauracja-same odnajduja klientow ;-) Mowimy „Marhaba. Na Cytadele za 10 le
              prosimy” Facet się troche krzywi ale widzi, ze jesteśmy uparci. Ze jak nie on-
              to inny nas zawiezie. Wiec się zgadza. Rzes siada kolo kierowcy, a Jarek,
              Marcin ja i Radzik z tylu. Ciasno-ale nic to. To przeciez niedaleko. Ruszamy.

              I oto zaczyna się horror… Ten kto jechal kiedykolwiek ulicami Kairu-wie co mam
              na mysli. Zero zasad! Zero przepisow! Jeden wielki chaos! Jedno wielkie
              zamieszanie! Jedno wielkie trabienie! Nie wazne, ze jest światło czerwone-i
              tak przejeżdżamy przez skrzyżowanie! Nie wazne, ze stojacy na skrzyżowaniu
              policjant zatrzymuje nas-trabiac przejeżdżamy obok niego z impetem! Sprzed kol
              uciekaja w popłochu przebiegający przez ulice przechodnie! Jakis kelner z taca
              przeciska się przez roztrabiona, zelazna mase aut! Auto podskakuje i przechyla
              się na zakretach. Czuje się jak sardynka upchana w puszce i rzucona w sztorm…
              Obijam się o chłopaków, którzy w desperacji trzymaja drzwi-żeby nie wypasc!
              Matko! Kiedy to się skonczy! Jeszcze dzien się dobrze nie zaczal a ja już
              jestem spocona (co się w Egipcie nie zdarza-bo od razu wszystko paruje) Nagle
              stajemy. Okazalo się, ze kawalek głównej drogi jest zakorkowany i kierowca
              postanawia jechac na skroty. Nie patrzac na nadjezdzajace z tylu auta zawraca i
              najzwyczajniej w swiecie ( dla siebie) jedzie jakiej 200 metrow pod prad! Mimo
              odromnej ilości jadacych aut-nie udaje mu się zderzyc czolowo ;-) wiec jedziemy
              dalej. Wpadamy w jakas uliczke i miedzy kamienicami, domami, sznurami z praniem
              i bawiącymi się dziecmi-jedzie jak wariat przed siebie! Za nami tumany kurzu
              przed nami-zyjaca, tetniaca zyciem ulica. Zamarlam! Chłopcy maja nerwowe
              uśmieszki na ustach i wielkie zdumienie w oczach! Jeszcze kilka metrow i
              wypadamy na glowna ulice, za soba pozostawiając zakorkowane skrzyżowanie. A
              przed nami widac już Cytadele, która goruje ponad miastem. Zatrzymujemy się u
              jej stop (w przeciwieństwie do transportu turystycznego-jemu nie wolno wjechac
              na gore), placimy drzacymi rekami 10le i wychodzimy w pospiechu bojac się, ze
              ten Wariat ruszy-zanim wszyscy opuszcza ta jezdzaca trumne!! ;-)

              W kasie kupujemy bilet (35le/osoba) i udajemy się do meczetu Muhammada Alego
              (zwanego także alabastrowym) zbudowanego w 1848 roku.. Przy wejściu zdejmujemy
              buty, które zabieramy z soba do srodka (nalezy pamiętać, by nie klasc butow ani
              podeszwami do podlogi, ani podeszwami do gory!!!!!! Należy złożyć buty
              podeszwami do siebie i klasc na boku [ich kancie]) Na szczescie jesteśmy
              swietnie przygotowani do zajec ;-) znaczy się wszyscy mamy zakryte ramiona i
              kolana, a ja mam dodatkowo chuste (gdybym musiala zakryc wlosy)

              W meczecie tym słychać sciszone rozmowy w wielu jezykach swiata. Grupki
              skupionych ludzi siedza w kucki i słuchają opowieści swoich przewodnikow…
              flesze błyskają. Sa tez miejscowi, którzy zazwyczaj siedza pod ścianami.
              Odnajdujemy najważniejsze miejsce w meczecie-nisze wykuta w scianie zwana
              mihrabem oznaczajaca kierunek w którym znajduje się Mekka. Robimy zdjęcia i
              wychodzimy na zewnatrz… Może przez to, ze jest tam tylu turystow-nie czuje tego
              czegos-co odczuwam w innych meczetach.

              Widok jaki się stad rozciąga jest wspanialy! Pod nami slumsy, dalej centrum
              Kairu a za nimi-Piramidy! Dookoła las minaretow i wieżyczek. Wlasnie słychać
              rozbrzmiewające z Minaretow wezwanie muezina do modlitwy. Obecnie wezwanie do
              modlitwy odtwarza się przeważnie z taśmy, jednak ma ono w sobie pewien urok,
              szczególnie gdy słychać jednocześnie nawoływania kilku sąsiadujących muezinów.
              Ich wezwanie głosi: "Bóg jest największy (Allahu Akbar). Wyznaję, że nie ma
              bóstwa oprócz Boga. Wyznaję, że Muhammad jest Jego Prorokiem. Przybądźcie na
              modlitwę, ona was ukoi. Bóg jest wielki"................


              Dla wielu Cytadela-to wlasnie meczet Muhammada Alego. Ale nic bardziej
              blednego! To istne miasto w miescie! Jest tam Muzeum Policji; brytyjskie
              wiezienie wojskowe z XIX wieku; Muzeum Ogrodów; Muzeum Powozów; Ruiny Palacu
              Ablak; trzy inne meczety oraz wiele, wiele innych atrakcji w tym Muzeum
              Wojskowe do którego wlasnie się udaja moi chłopcy.

              • platynka.iw Re: 06.10.2005 (czwartek) DZIEN 9 26.10.05, 12:50
                Natomiast ja z Marcinem i Jarkiem udajemy się do położonego na krancu Cytadeli
                meczetu Sulejmana Paszy (zbudowanego w 1528 roku) Meczet ten jest niewielki,
                bardzo stary i bardzo zniszczony przez co-ma swój niewątpliwy urok. Po
                niewielkich schodkach wchodzi sie na dziedziniec, tam sciaga się buty i wchodzi
                dalej-do sali modłów.W srodku niewielkie pomieszczenie, w którym obrocenia w
                kierunku Mekki wlasnie modla się Muzułmanie. By nie zaklocic modlitwy w ciszy i
                pospiechu przygladamy się ścianom i sufitowi, a nastepnie wycofujemy się
                bezszelestnie na dziedziniec.

                Muzułmanie nie musza się modlic w meczetach. Każdy kto był w Egipcie widział
                modlących się przy drogach kierowcow, policjantow, panow w recepcji, celnikow
                na lotnisku… Wazne, by spełnili oni podstawowe wymagania narzucone przez Koran.
                A mianowicie, przed modlitwą muzułmanie musza dokonac rytualnych ablucji i
                zdjąć obuwie. Następnie zwróceni twarzą w stronę Mekki recytują al-Fatihę,
                pierwszą surę Koranu:
                "W imię Boga, Miłosiernego, Litościwego. Chwała Bogu, Panu Światów,
                Miłosiernemu, Litościwemu, królowi Dnia Sądu. Oto Ciebie czcimy i Ciebie
                prosimy o pomoc. Prowadź nas drogą prostą, drogą tych, których wybrałeś, nie
                zaś tych, na których jesteś zagniewany i nie tych, którzy błądzą"
                Te same słowa, przerywane wezwaniem Allahu Akbar, powtarza się jeszcze dwa
                razy, leżąc twarzą ku ziemi. Pozycja ta symbolizuje rolę wyznawcy jako sługi
                (islam znaczy dosłownie "poddanie się woli Boga"). Widok całego nabożeństwa, w
                którym tysiące ludzi w meczetach wykonują jednocześnie te same gesty, sprawia
                niesamowite wrażenie.

                Wracamy na umowione miejsce spotkania z moimi chłopakami, którzy zapewne
                swietnie się bawia z muzeum wojskowym. Po drodze mija dwa pomniki Ibrahima
                Paszy oraz Sulejmana Paszy.

                Ponieważ mamy jeszcze chwilke czasu postanawiamy wejsc do chyba najstarszego
                meczetu jaki stoi na Cytadeli. Jest nim meczet Muhammada an-Nasira zbudowany w
                1335 roku. Wchodzi się do niego zasadzie prosto z ulicy, brzez niewielka brame
                zamykana drewnianymi drzwiami. Zaraz po przekroczeniu progu zdejmujemy buty i
                wchodzimy na niewielki dziedziniec otoczony krużgankami. Do mihraby prowadzi
                waski dywanik.Spacerujemy po dziedzincu wylozonym bila posadzka, nad która –jak
                z nieba-wisza lapy i lampeczki… podziwiamy dyskutujemy…

                Niestety. Czas nas goni. Rzesio z Radziem dolaczyli do nas. Schodząc z Cytadeli
                dzielimy się wrazeniami….Chlopcy z blyskiem w oku opowiadaja o cudach jakie
                widzieli w muzeum… samoloty, czolki, karabiny… przyznam-ze nie porywa mnie ich
                opowiesc ;-) Dobrze zrobiłam, ze nie poszlam z nimi.

                Schodzimy w dol i zaraz skrecamy w prawo. A tam-niespodzianka! Czeka na nas
                nasza taksowka! Niestety. Nie skorzystamy, gdyz udajemy się do położonych
                niedaleko dwoch meczetow Al Rifaja i Hassana. Pan nie daje za wygrana, jedzie
                przy samym krawężniku, trabi, wola na nas i otwiera drzwi… Niestety. Nie
                skorzystamy.

                Halas, bieda, smog, przeludnienie, balagan, smieci, rozpadające się domy obok
                nowoczesnych wieżowców, nawoływanie muezinow polaczone z nieustannym wrzaskiem
                klaksonow, unoszący się w powietrzu zapach uryny, czosnku, tytoniu jabłkowego…
                Biegające na bosaka dzieci, kobiety w czerni, namolni sprzedawcy… oto Kair. Oto
                metropolia Egiptu.
                Jakze tesknie za spokojniejszym gornym Egiptem! Wolno płynący czas w Luksorze,
                Asuanie, wioskach wzdłuż Nilu… Jakze inny jest ten swiat-od barwnego,
                rozwrzeszczanego Kairu! Egipt-pelen kontrastow, sprzeczności. Można go kochac.
                Można nienawidziec. Ale nie można prezejsc kolo niego obojętnie…

                Wiec idziemy wzdłuż muru otaczającego Cytadele. Oglądamy ruch na ulicy i wlosy
                staja nam deba! Robimy zdjęcia, chlejemy Barake, sloneczko grzeje…. Jest super!
                Jakze wspaniale ze tu jesteśmy.
                Tylko w tej dlugiej spodnicy jakos mi goraco… Jak Arabki sobie z tym radza??

                Po ok. 500 metrach skrecamy w prawo i wchodzimy w jedna z bocznych uliczek,
                gdzie jest duzo spokojniej. Z plakatow uśmiecha się do nas prezydent Mubarak.
                Mijamy kobiete, która chyba wraca z Ikea ;-) (naprawde-ma straszne ilości
                zakupow na glowie ;-) Jakies kartony, reklamowki a wszystko tworzy nielada
                stos!!) Widzimy śpiącego pod palma człowieka. Idziemy dalej… po jakis 300
                metrach dochodzimy do ronda. Po prawej widzimy umieszczony na Cytadeli zegar,
                podarunek francuskiego krola Ludwika Filipa, jako odwdzięczenie się za obelisk
                ze świątyni Luksorskiej jaki dostal od Mohammeda Ali. Zegar ten nigdy nie
                chodzil. Natomiast obelisk stoi w Paryzu na placu Concorde i pewnie tęskni za
                swoim bratem-blizniakiem, który osamotniony stoi w Luksorze.

                Przejscie przez ulice (co nie jest latwe!) i już jesteśmy pomiedzy dwoma,
                wspaniałymi meczetami. W kasie kupujemy bilety (12le od osoby za wejście do
                jednego meczetu) i wchodzimy w ulice Szari Muhammada Aliego, która oddziela
                stojace dosłownie kilka metrow od siebie ogromne budowle sakralne. Ich wysokie
                sciany przytłaczają nas, czuje się jak w jakiejs pułapce.

                Uderzamy najpierw do tego po prawej. Meczetu ar-Rifa`iego, który jest starszym
                o jakies pięćset lat bratem bliźniakiem meczetu madrasa sultana Hassana. Z
                zewnatrz sa identyczne!

                Zdejmujemy buty i wchodzimy do pelnej przepychu i bogactwa świątyni. Kolorowe,
                błyszczące marmury powalaja nas. Przechodzimy przez sale glowna po prawej
                zostawiając mihrabe i wychodząc na odkryty dziedziniec przechodzimy w lewo do
                bocznych sal, gdzie sa pochowani chedywa Ismail, jego matka i synowie oraz krol
                Fuad i Karuk z cala krolewska rodzina. Ich nagrobki-az kipia bogactwem i
                przepychem. Wysokie, piętrowe, marmurowe, nieskazitelnie wykonane, ze zlotymi
                napisami.. Ogromne bogactwo! Dreptamy na paluszkach, w milczeniu.
                W ostatniej sali chlopiec, który za 10le otworzyl nam te pomieszczenia
                prezentuje nam akustyke wysokiego na 47 metrow pomieszczenia. Stanal w lekkim
                rozkroku, na piersiach złożył rece nabral powietrza w pluca i-wydobyl z siebie
                spiew na czesc Allacha… Potega jego glosu plus potega marmurowych ścian,
                przestrzen, znajdujące się na wyciagniecie reki groby, polmrok-wszystko to
                spotęgowało i tak już niesamowite doznanie. Az mi wlosy stanely na calym ciele!
                Jego tubalny glos przeniknął mnie cala! Nogi mi wmurowalo w posadzke, w gardle
                zaschlo… Stalam oczarowana, zasluchana i nie chciałam by przestawal! Lzy
                napłynęły do oczu… Co za wspaniale doznanie! Jakbym się przeniosła w zaświaty….
                Ta piesn…ta potega… zdawalo się, ze trwa to wiecznie!!!
                Gdy skończył-jeszcze przez chwile echo nioslo jego nostalgiczna piesn a pozniej-
                cisza która zapadla jak wdzierający się do duszy tyran wypełnił nasze wnetrze…
                Ta cisza przytłaczała… Nie potrafiliśmy się poruszyc.

                Kocham zycie za takie doznania…

                Nadal odrętwieni wspaniała, muzyczna uczta wracamy do sali głównej. Tam bez
                slowa kładziemy się na plecach na miękkich dywanach i czujemy się bosko…

                Kocham meczety! Jest w nich cos niesamowitego! Człowiek się czuje baaardzo
                bezpiecznie (O TAK!) Jest w nich tak strasznie przytulnie… Może to kwestia tego-
                ze panuje w nich zazwyczaj polmrok (a już na pewno jest ciemniej niż na
                zewnatrz) tylko co jakis czas wpada przez jakas szpare do srodka troche slonca
                powodując wrazenie, jakby sam Palec Bozy zajrzał do srodka…. W tym
                przeciśniętym świetle widac unoszący się, połyskujący kurz…niesamowite…,
                miękkie, czyste dywany które pokrywaja cale podlogi az zachęcają do
                leniuchowania. Jest bardzo milo… W powietrzu unosza się minione lata… czuc
                przyjemne aczkolwiek nieznane dla mojego nosa zapachy. Nad glowami lampky z
                krysztalu i szkla delikatnie dźwięczą i pobrzękują. Człowiek ma wrazenie, ze
                nagle wszedł w swiat-gdzie zegary stanęły… Tyle wiekow minelo… tyle ludzi
                codzienn
                  • platynka.iw Re: 06.10.2005 (czwartek) DZIEN 9 26.10.05, 12:55
                    W powietrzu unosza się minione lata… czuc przyjemne aczkolwiek nieznane dla
                    mojego nosa zapachy. Nad glowami lampky z krysztalu i szkla delikatnie dźwięczą
                    i pobrzękują. Człowiek ma wrazenie, ze nagle wszedł w swiat-gdzie zegary
                    stanęły… Tyle wiekow minelo… tyle ludzi codziennie przychodzilo i przychodzi do
                    tych świątyń proszac o nadzieje… magia…

                    Wiec lezymy na plecach wpatrzeni w prześliczny sufit, kopuly i mega żyrandole,
                    które mimo swej wielkości i wagi-lekko unosza się nad naszymi glowami. I wcale
                    nie chce nam się wstac. Cisza…miękkie dywany… cieplo… bezpieczeństwo… jeszcze
                    chwila i zasniemy! Już wiem dlaczego tak wielu muzułmanów spi w meczetach.
                    Radus na bosaka biega po tej niesamowitej przestrzeni, turla się, delikatnie
                    usmiecha… i widac-nikomu nie przeszkadza. Bardzo dobrze się bawi 

                    Zmuszam siebie i chłopaków do dalszej drogi. Jakze trudno się wstaje! Robimy
                    zdjęcia i wychodzimy na porażająca światłem i cieplem ulice miedzy świątyniami.
                    Kilka krokow i już jesteśmy w świątyni madrasa sultana Hassana. Zbudowany w
                    latach 1356-1363 w srodku jest zupełnie inny od swojego sasiada! Zimny,
                    niedostępny, ciemny, ostry-niczym warowne zamki ze średniowiecza. Zreszta-był
                    on dwukrotnie wykorzystywany jako twierdza ze względu na solidne sciany.
                    Przechodzimy, przez zdawaloby się nieprzyjazne pomieszczenia, i mijając po
                    prawej wspaniala studnie do oblucji wchodzimy do pomieszczenia głównego, bardzo
                    slabo oświetlonego. Sciany i sufit w tonacji kremu-brazu i czerni. Dookoła
                    otaczaja nas umieszczone na ścianach wersety z Koranu. Meczet ten robi wrazenie
                    bardzo astetycznego, ale-robi ogromne wrazenie. Jest tak inny od tych czterech,
                    które wlasnie widzieliśmy! Resztki marmuru ( 27 rodzaji) uzytego na posadzke sa
                    niesamowite… Ogolnie Hassan nie jest tak kolorowy i błyszczący jak ar-Rifai,
                    ale może wlasnie ta stonowana barwa , to zimno-tak strasznie nas porywa.

                    Czas nas goni. Wychodząc na zewnatrz podziwiamy ulokowany w zachodnim narozniku
                    wysoki na ponad 80 metrow minaret, najwyższy w Kairze.

                    Robimy jeszcze zdjęcia kilku niesamowitych, filigranowych ornamentow oraz krat
                    okiennych i opuszczamy to bajkowe miejsce. Wszystkim chce się pic. Ale jak to
                    zrobic, by nie draznic biednych postnikow? Odwróceni w kierunku drzewa (mimo
                    wszystko-tak strasznie malo zieleni jest w Kairze!) wypijamy szybko kilka łyków
                    i podchodzimy do ulicy, gdzie czeka już na nas taksowkan ;-) Umawiamy się na
                    10le za zawiezienie do meczetu Al.-Azhar.


                    Iwonka ( c.d.n.)
                    • platynka.iw PRZEPRASZAM 26.10.05, 13:12
                      Kochani-przepraszam wszystkich, ktorzy czytaja moje wspomnienia. Je je pisze na
                      zywca, od razu przelewam wspomnienia i uczucia na forum. Wielokrotnie w
                      miedzyczasie zajmuje sie jeszcze praca, domem czy Radzikiem i... dzis jak sie
                      wczytalam zauwazylam ile bledow narobilam!
                      Bardzo przepraszam za bledy, przejezyczenia, zjedzone lub zamienione litery...
                      Wybaczcie prosze... postaram sie bardziej kontrolowac (choc z braku czasu i
                      pospiechu pisania nie wiem czy zdolam dotrzymac dana wlasnie obietnice)
                      Pozdrawiam cieplutko
                      Iwonka
                      • Gość: artfro Re: PRZEPRASZAM IP: *.tvk.torun.pl / 217.173.176.* 26.10.05, 15:14
                        Witam. Czytam Twoje wspomnienia z prawdziwą przyjemnością. Mi osobiście wcale
                        nie przeszkadzają jakieś literówki czy inne błędy. Piszesz bardzo fajnym
                        stylem. Codziennie siadając przed komputerem zaglądam na forum w oczekiwaniu na
                        dalszy ciąg Twoich wspomnień. Wyobraźnia pracuje na wysokich obrotach, tym
                        bardziej że miejsca o których piszesz nie są mi obce. Momentami mam wrażenie,
                        że byłem tam razem z Wami. Pozdrawiam serdecznie i czekam na dalszy ciąg
                        • platynka.iw Do artfro 27.10.05, 14:22
                          Dziekuje bardzo za mile slowa!
                          Bardzo sie ciesze, ze moje wspomnienia Ci sie podobaja, jednak czuje sie
                          zawstydzona.... bo piszesz, ze fajny styl, ze czekasz na dalszy ciag, ze masz
                          wrazenie, ze byles tam z nami... a ja nadal uwazam, ze nieumiem przelac emocji
                          na klawiature! I nie jest to kokieteria-ja nigdy, nigdy nie pisalam czegos
                          takiego...

                          Mam nadzieje, ze starczy Ci cierpliwosci, by dotrzec do konca moich 22 dni...
                          bedzie mi bardzo milo!

                          Pozdrawiam cieplutko :-)
                          Iwonka
                      • wojtek37k Re: PRZEPRASZAM 26.10.05, 17:00
                        Pozdrawiam serdecznie , od kilku dni zafascynowany czytam Pani wspomnienia .
                        Sam niedawno , 20 września br. przeżywałem , przez panią opisywany lot balonem
                        nad miastem umarłych , gratuluję serdecznie opisu tych cudownych chwil . Z dużą
                        niecierpliwością oczekuję ciągu dalszego . Literówkami nieprzejmowałbym się ,
                        szczerzę zazdroszczę lekkości z jaką snuje Pani swoją opowieść .
                        Jeszcze raz pozdrawiam Wojtek
                        • jdutkowski Re: PRZEPRASZAM 26.10.05, 22:21
                          Witaj Iwonko!
                          Twoje wspomnienia są wspaniałe - często dowcipne, czasem bardzo wzruszające, i
                          dające mnóstwo ciekawych informacji.Głupimi literówkami się nie przejmuj.Czytam
                          je codziennie z zapartym tchem , mimo , że byłem w większości miejsc które
                          opisujesz.Bardzo rzadko mi się coś śni - srednio raz na 5 lat - a dziś sniło mi
                          się, że kupowałem dla rodzinki lot balonem.Niestety sam lot mi się nie
                          przyśnił - pocieszam się tym , że widać muszę go przeżyć na żywo.
                          Z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg.
                          Pozdrawiam serdecznie.
                          Jacek
                          • Gość: magda Re: PRZEPRASZAM IP: *.pse.pl / 195.38.12.* 27.10.05, 08:28
                            Witaj Iwonko! Nie przejmuj się literówkami i pisz dalej. Ja wróciłam z Egiptu
                            pod koniec września a dzięki Twoim wspomnieniom znów czuję tamten klimat. Mimo
                            iż nigdy Was nie spotkałam dzięki Twoim opowieściom czuję jakbyśmy byli starymi
                            znajomymi.Pozdrawiam całą Waszą trójkę i czekam na ciąg dalszy.
                            • platynka.iw Do Magdy 27.10.05, 14:30
                              Hej Magdo!
                              Zycze szybkiego powrotu do Egiptu i dziekuje za cieple slowa!
                              A co do spotkania-moze poznamy sie podczas najblizszego zlotu egiptomaniakow??
                              Tym razem naprawde mam zamiar sie wybrac...

                              I prosze-zostan przy moich wspomnieniach!

                              Pozdrawiam cieplutko :-)
                              Iwonka
                              GG 1070925
                          • platynka.iw Do jdutkowski 27.10.05, 14:28
                            Witaj Jacku!
                            Przyznaje-ze bardzo wzruszyly mnie Twoje slowa... Mam tylko nadzieje, ze lubisz
                            jak Ci sie cos sni... Jezeli tak-wierz mi-doloze wszelkich staran, zeby jeszcze
                            cos Ci sie przysnilo!

                            Zycze Ci z calych sil szybkiego powrotu do Egiptu i podziwiania tego kraju z
                            kosza balonu!

                            Dziekuje, ze jestes i czytasz moje wspomnienia...

                            Pozdrawiam cieplutko :-)
                            Iwonka
                        • platynka.iw Do Wojtek37k 27.10.05, 14:24
                          BARDZO dziekuje!!! Dziekuje, ze jestes, ze chcesz to czytac i ze piszesz te
                          slowa, ktore powoduja, ze znowu zasiadam przed komputer i przelewam kolejny
                          dzien jaki przezylam w Egipcie na to forum...

                          Pozdrawiam cieplutko :-)
                          Iwonka
              • ewucha6 Re: 06.10.2005 (czwartek) DZIEN 9 27.10.05, 09:40
                Iwonka ! Piszę i ja - Wiesz już, że Jestem pod dużym wrażeniem Twoich opisów
                ale napiszę to raz jeszcze :-) Proszę pisz dalej, pisz bo dajesz mi mnóstwo
                radości z tych opisów, znów moge poczuć ten niesamowity klimat Egiptu znów
                czuję słodkawy smak Egipskiego powietrza znów czuję to ciepło ... i wiem, że
                kiedyś znów tam powrócę - z niecierpliwośćą czekam na dalsze opisy !!!
                Dziękuję ... i najcieplej pozdrawiam wszytkich EGIPTOMANIAKÓW :-)
                • platynka.iw 06.10.2005 (czwartek) DZIEN 9 c.d. 27.10.05, 14:08
                  Wszystkie taksowki w Kairze sa takie same. Czarno biale, rozklekotane,
                  rozpadające się, bez klimatyzacji za to z kolorowymi, puszystymi dywanikami na
                  desce rozdzielczej ;-) i masa wiszących, dyndających pie..na wewnetrzynym
                  lusterku. ;-)
                  I kazda ma jakis feler np. do tej teksowi drzwi otwieraja się tylko od srodka
                  (nie ma wogole klamek na zewnatrz!) … za to kazda ma glosny i super działający
                  klakson! ;-)

                  Wiec przeciskamy się przez zatloczone ulice Kairu. Powietrze, które wpada przez
                  ulice jest ciezke i widac je golym okiem… jak u nas na Slasku ;-)

                  Czuje się jak w reklamie Kit-Kat. Taksowka pedzi przez ulice Kairu, podskakuje
                  i rzuca nami na wszystkie strony, z radia wydobywa się podkrecona na maksa
                  arabska muzyka, której wtoruje spiew kierowcy. Za oknem upalne slonce, meczety,
                  palmy… egzotyka. Staram się zrobic kilka zdjęć, ale strach przed rozbiciem
                  aparatu jest silniejszy niż chec utrwalenia typowego osiedla arabskiego.

                  Wiec jedziemy sobie w komfortowych warunkach ;-) kiedy nagle stajemy.
                  Dowiadujemy się, ze nie przepchamy się do centrum ponieważ jest zakorkowane.
                  Jest już godzina 15 i wiele instytucji, sklepow jest zamykanych-żeby wszyscy
                  mogli zdążyć do domow na sniadanie ramadanowe. Kaze nam wysiąść i isc ta ulica
                  przed siebie a po 5 minutach będziemy pod Al.-Azhar.
                  Wysiąść?? Tu?? Przeciez nikt tu nigdy nie widział bialasa!!
                  Nic to. Placimy i grzecznie wysiadamy. W tym momencie wszystkie oczy jakie
                  znajduja się w obrebie kilku metrow-wbijaja się w nas a zycie na ulicy na
                  chwile zatrzymuje się. Czuje się jak gwiazda Hollywood ;-) tylko purpurowego
                  dywanu brak ;-) hihihihihi

                  Ruszamy przed siebie i już wiemy gdzie jesteśmy. Jest to jedna z uliczek, na
                  które rozciąga się ogromny suk Chan al-Chalili. Jest to ta z odnog, do której
                  chyba turyści nie docieraja. Bo po pierwsze-nie ma tu nikogo tak bladego ;-)
                  jak my. Po drugie-jest tu szaro, ponuro i bardzo biednie. Po trzecie-nie ma tu
                  sklepow z pamiątkami.
                  Za to mijamy np. piekarnie i wychodzącego z niej chłopaka, który na glowie
                  niesie ogromna skrzynke a w niej ze 100 pachnacych pitt. Musial biedulek bardzo
                  zglodniec przez caly dzien… ;-) Mijamy sklep w ktorym z wielkich worow wrecz
                  wylewa się egipska bawelna. Jest fryzjer. Krawiec, który wprost na chodniku
                  ustawil swoja maszyne i siedząc w kucki cos zszywa. Sa stoiska miesne na
                  których wbite na hak wisza polowki krow. Widac upal, slonce które na nie swieci
                  i latajace muchy tylko sprzyjaja dojrzewaniu miesa ;-) i wpływają na jego
                  wykwintny smak ;-)
                  Dookoła widac ogromna biede. Wielu bezdomnych okrytych a jakies lachy lezy
                  wprost pod ścianami domow. Mijamy ludzi bez konczyc, kulejących, ze starymi,
                  brudnymi bandazami na ciele. Większość jest wychudzona, z zapadniętymi
                  policzkami i oczami bez wyrazu. Grzebia w gorach smieci. Lub bez celu
                  przysiadaja wpatrzeni w nicość…Dzieci, chudziutkie, bose, ubrane w strzepki
                  odzieży, z rozczochranymi wlosami beztrosko bawia się pośrodku ulicy. Zaczepnie
                  uśmiechają się do nas… sa takie sliczne!
                  Czuje się bardzo niezręcznie. Jak się mam zachowac? Nie chce patrzec na ich
                  biede, żeby się nie czuli urazeni. Mam wrazenie, ze przebywając miedzy nimi
                  obdzieramy ich z resztek godności. Wiem, ze patrzac na nas mysla sobie zapewne
                  jedno-pieniadze. No, ale nie uzdrowimy swiata zostawiając tu cala zawartość
                  naszego portfela… Rozdajemy dzieciakom Radzika słodycze i owoce, które mam w
                  torbie i czujac ogromny niepokoj i współczucie w sercu idziemy dalej.
                  A tam szewc siedzący przy gorze butow. Sklep z materiałami na metry… dookoła
                  masa zakrytych kobiet i mężczyzn w galabijach.
                  Wlasnie mijamy sklep z odzieza który spowodowal-ze stanęłam w miejscu.
                  Niesamowite! Na wystawie wisza kurteczki z futerkiem, plaszcze z pikowana
                  podpinka, puchowe kombinezony dzieciece. A obok-ocieplane półbuty, kozaki z
                  wystającym futrem. SZOK! W Egipcie?? Takie rzeczy?? Ale to nie zart! Wlasnie
                  dwie arabki przymierzaja maluchowi taki jednoczęściowy, gruby kombinezon. Na
                  sam widok oblewa mnie gorac…

                  I oto zaczyna się czesc handlowo-turystyczna. Wiec sa szisze, popiersia
                  Nefretete, figurki bogow i faraonow, kolorowe przyprawy w workach, tony
                  papirusow, kubki i talerze przedstawiające scenki z zycia starożytnych,
                  piramidy, obeliski, koszulki z napisem Egipt… masa, masa roznosci! A wszystko
                  kolorowe, błyszczące, pachnące, swiecace… zupełnie inne niż to co widzieliśmy
                  przed chwila.

                  Jeszcze kilka krokow i wychodzimy z bazaru, przechodzimy przez przejscie
                  podziemne i wchodzimy na terez meczetu Al.-Azhar. Zabierając buty pod pache
                  wchodzimy do srodka nie placac za wejście. I oto jesteśmy w świątyni zbudowanej
                  w ok. 970 roku, która jest głównym ośrodkiem nauki teologii islamskiej, a
                  jednocześnie najstarszym na świecie uniwersytetem z wydziałami medycyny, nauk
                  ścisłych i języków. Siadamy na czerwonych dywanach i szeptem czytam chłopakom o
                  meczecie. Radus podszedł do siedzących opodal dzieci arabskich i już-mimo
                  barier językowych, kulturowych, wyznaniowych…-zaczeli się bawic w berka miedzy
                  kolumnami.

                  Zaczynam obserwowac otoczenie., ide się przejść po mięciutkim dywanie. W
                  zasadzie (jak w większości meczetow) sa tu sami mężczyźni. Ucza sie modla lub
                  po prostu odpoczywaja. Ten meczet jest zupełnie inny… ma nisko ulokowany sufit
                  i jest podłużny. Z jednego konca trudno zauważyć drugi koniec.

                  Mimo, iż mam dluga po kostki spódnice oraz chuste na ramionach i wlosach-
                  wzbudzam zainteresowanie. Mężczyźni podnosza glowy, oderwuja się od swoich
                  spraw, od zadumy, modlitwy… Czuje się niezręcznie. Nie chce być powodem takiej
                  sytuacji.
                  Wracam do moich facetow, którzy korzystając z chwili odpoczynku-wyleguja się
                  pod jedna z marmurowych kolumn.

                  Nagle słyszymy znajome nawoływanie muezina. W tym momencie podchodzi do mnie
                  pan z Security i bardzo taktownie prosi mnie-zebym upuściła meczet, gdyz
                  wlasnie zaczyna się msza, podczas której w tej sali nie mogą przebywac kobiety.
                  Oczywiście od razu się zwijam i wychodze. Przechodze przez zalany słońcem,
                  jasny dziedziniec i ubrawszy buty-zauwazam, ze nie ma chłopaków?? Gdziez oni
                  się podziali??
                  Sa!! Ida. Okazalo się, ze Pan który tak delikatnie mnie wyprosil-nalegal, by
                  oni zostali. Posłuchali. Przyjrzeli się modlom…. Chciał ich nawrocic??
                  Wychodzimy przez Brame Fryzjerow (gdzie golono studentom glowy) i zwolujemy
                  krotka narade. Wiec tak… Zobaczyliśmy 6 meczetow, suk, Cytadele… Jest godzina
                  16. Co robimy? Większość zabytkow już jest zamknieta. Decyzja-wracamy do hotelu
                  na kolacje a po kolacji wracamy do centrum.

                  • platynka.iw Re: 06.10.2005 (czwartek) DZIEN 9 c.d. 27.10.05, 14:09
                    Wchodzimy do czekającej ;-) już na nas taksowki i wracamy do hotelu (mijając po
                    lewej cudne piramidy-ich widoku nigdy nie mam dosc!!)

                    Po drodze widzimy końcówkę przygotowan do sniadania. No tak-zaraz będzie zachod
                    słońca! Pod mostami, wiaduktami, wzdłuż chodnikow-stoja stoly, stolki a na nich
                    już talerze i kubki plastikowe… te stoly ciągnął się metrami! Sa zlaczone i
                    wyglada to tak-jakby mialo się tu odbyc jakies wesele! Nad stolami i na stolach
                    masa lampeczek. To jest sniadanie przygotowane dla bezdomnych i mieszkańców.
                    Razem zasiadaja do tych stolow, każdy przynosi co ma-i ciesząc się razem
                    świętują, zajadaja, modla się.
                    Jest bardzo kolorowo i az chce się do nich dołączyć!

                    Jadac dalej po prawej mijamy kairskie zoo, a w nim-niemozliwe! Wielbłądy!
                    Ihhihihihi


                    I jesteśmy w hotelu. Ja postanawiam zostac w pokoju i poleżeć (dostalam okres i
                    troche mnie brzuszek boli :-(. Zreszta nawet nie mialam ochoty isc poleżeć na
                    lezak-wlasnie peklo mi plastikowe zapiecie od gory stroju, które było idealnie
                    dopasowane i jak teraz się zwiazalam-to czujlam się jak w gorsecie bojac się
                    wziasc głębszy oddech ;-)
                    Chłopcy polecieli na basen a ja korzystam z chwili bycia sam na sam… Ach… te
                    gładkie pościelone łóżeczko… lykam Nurofen i padam na nie z ksiazka „Podroz po
                    egipcie faraonow”.
                    Nie wiem. Już 5 razy przeczytałam od deski-do deski ta książkę a mimo to wciąż
                    do niej wracam… Jest swietna!

                    I znowu wszystkie kontakty zajęte. Ładowarki, ładowarki, ładowarki…

                    Przed kolacja spotykamy się z Jarkiem i dowiadujemy się, ze Marcin zle się
                    czuje…ze chyba to zemsta… Biedulek. Ustalamy, ze zostanie w pokoju a my w
                    czworke pojedziemy zaraz po kolacji do centrum.
                    Na kolacji zajadamy się z Radzikiem pysznymi bananami (mniejszymi i bardziej
                    zielonymi niz nasze ale wg. mnie bardziej słodkimi) oraz przepysznymi, świeżymi
                    figami. Smakuja jak nasze sliwki, choc sa bardziej słodkie…MNIAM! Będzie mi
                    tego brakowac z Polsce.

                    Już jest ciemno. W październiku o godzinie 18 już jest ciemno. Siedząc w busie
                    wracamy na plac Tahihr. Stamtąd staramy się przedostac na ulice przy której
                    stoi hotel Holton. Przebiega tam trzy pasmowa droga. Obserwujemy miejscowych,
                    którzy ot tak-przebiegaja przez sam srodek jezdni. Hmm…pierwsza mysl-nie,
                    zrobimy to inaczej. Ok. Rozgladamy się. Pasow-brak. Przejscia nad-lub
                    podziemnego-brak. Świateł-brak. Hmmm… ok. Idziemy.
                    Lapiemy się wszyscy za rece. Wiemy jedno. Tu nie ma chwili na wahanie się.
                    Trzeba być zdecydowanym i pewnym każdego kroku. Ok. wbiegamy na jezdnie, za
                    naszymi plecami z wrzaskiem klaksonow przejeżdżają auta, przed nami-to samo.
                    Odruchowo podkulam palce od nog ;-) Przebiegamy przed maska jakiegos auta,
                    które nawet nie ma zamiaru zwolnic! Jeszcze jedna jezdnia do pokonania. I
                    stoimi zakleszczeni miedzy jadacymi za i przed nami autami a każdy ma dlon na
                    klaksonie! Nie wiem dlaczego ale strasznie mnie ta sytuacja rozbawila…zaczynam
                    się smiac. Na Rzesia „TERAZ!!” biegiem puszczamy się przed siebie, by w
                    ostatniej chwili wpaść na chodnik. Jakies pol metra za nami z głośnym
                    trabieniem przejechal autobus.
                    I siedzimy na chodniku, zmeczeni…zziajani…zaśmiewając się do bolu. No tak.
                    Adrenalina wywoluje skrajne reakcje organizmu… ;-) hihihihihi

                    Wpadamy na glowny deptak przy Nilu i idziemy w strone „mostu zakochanych” Przy
                    deptaku masa statkow i stateczkow, każdy kolorowy oświetlony, z każdego
                    wydobywa się glosna arabska muzyka i cudne zapachy! Tu pachnie pieknie
                    przyprawione miesko, tu unosi się slodki zapach papryki, tam wraz z dymem
                    dostaje się do naszych noskow przyjemny zapach jabłkowego tytoniu z sziszy… i
                    ta muzyka. Biodra same się ruszaja!
                    Przy deptaku i na moscie-masa młodzieży. Jakze nowoczesny to jest widok!
                    Dziewczyny w jeansach i jaskrawych bluzeczkach-lecz nadal z zakrytymi tiulami
                    wlosami, zazwyczaj w tym samym odcieniu co bluzka lub spodnie. Nie widziałam
                    zadnej w mini czy krotkich spodenkach a szkoda- bo sa to zazwyczaj bardzo
                    smukle i zgrabne dziewczyny.

                    Natomiast jeżeli chodzi o arabskich chłopców/mezczyzn…. Jestem 4 raz w kraju
                    arabskim i znowu zachodze w glowe-co dziewczyny w nich widza?? Jak może się
                    podobac facet, który srednio ma 1,60 wzrostu ;-) Fakt. Maja ladne czarne wlosy,
                    sliczna oprawe oczu, ciemna karnacje która może pociągać, ale… jak gdybym miala
                    zyc ze świadomością, ze przede mna miał 50 turystek a po mnie kolejne 50… to
                    chyba bym czula do siebie lekki niesmak ;-) No i te ich czule słówka. Jak to
                    jest możliwe, ze facet zna laske 3 dni i już jej mowi, ze ja kocha, ze jest
                    wspaniala i wyjatkowa-przeciez nie zdążył jej poznac! No tak. Ale 7/14 dni
                    turnusu zmusza do pospiechu ;-)

                    O już skrecamy w prawo i wchodzimy na „most zakochanych” który prowadzi nas
                    przez Nil na wyspe Zamalek. Na moscie-strasznie romantycznie (mimo
                    przebiegającej obok 4 pasmowej, roztrabionej ulicy ;-)
                    Wszedzie stoja wtuleni, zapatrzeni w siebie zakochani… chłopcy z dziewczynami…
                    chłopcy z chłopcami ;-)

                    Pod nami ciemny Nil. Zatrzymuje się i patrze w dol na przeplywajaca wode… Na
                    pewno „ten kawalek wody” był jeszcze kilkadziesiąt godzin temu w Jeziorze
                    Nasera i przepływał obok potężnego Abu Simbel… potem spojrzał na swiatynie
                    Kalabsza i spadl w dol z Wielkiej Tamy Asuańskiej. Minal wyspe File ze
                    swiatynia Izydy, Elefantyne. Plynac dalej po prawej minal przegladajaca się w
                    jego lustrze Swiatynie w Kom Ombo a po lewej w Edfu. Dalej po prawej zostawil
                    swiatynie Luksorska, Karnak a po lewej-niezliczona ilość cudow na zachodnim
                    brzegu. Nastapnie wil się przez srodkiwy Egipt… po lewej Dandera, Abydos po
                    prawej El-Amarna… mijaly godziny… slonce zmienialo pozycje na niebie… I znowu
                    po lewej Daszur, Sakkara, Memfis, Giza… teraz nastal czas rozpłynięcia się i
                    utworzenia delty… teraz wlasnie przepływa pod nami, by za kilka godzin w
                    Aleksandrii utonąć w wodach Morza Śródziemnego…

                    Czas goni. Trzeba isc. Radus z Rzesiem i Jarkiem licza przejeżdżające auta a ja
                    zegnam się z „moim kawałkiem wody”, który przyniosl mi mile wspomnienia i
                    zbudzil narastajaca już tęsknotę na Nubijczykami, Luksorem, Asuanem… Jakze
                    kocham tych ludzi, te miejsca!

                    Pieknie oświetlony most zwieńczony jest dwoma potężnymi, kamiennymi lwami
                    siedzącymi po obu stronach. Wow! Przeciez znam ten widok! Tylko skad?? Mysl
                    Iwonka, mysl… Mam! No tak. Odkad tu jesteśmy w telewizji egipskiej ciagle jest
                    nadawany teledysk, w którym Egipcjanin spiewa, tanczy i przytula dziewczyne-
                    wlasnie na tym moscie, przy tych lwach! Wow! I ja jestem w tym miejscu. Czuje
                    się jak swiatowa dziewucha ;-)

                    Skrecamy w prawo i-co to za miejsce? Czyste, pelne zieleni, wypielęgnowane. No
                    tak. To już Zamalek. Dzielnica ambasad i bogaczy. Idziemy po lewej zostawiajac
                    dom nauczyciela i dwie przecznice dalej skrecamy w lewo a tam-ogromna, wieksza
                    od największej z piramid (wysoka na 187 metrow, wiec przewyzsza Cheopsa o 43
                    metry) Wieza Kairska ( po arab. al bordż al kahira) Wspaniale oswietlona,
                    ozdobiona w kwiaty lotosu. Jest naprawde wysoka!

                    W kasie, znajdującej się po prawej stronie, kupujemy bilety. No, nie sa tanie.
                    Za sam wjazd na gore trzeba zapłacić 60le od osoby, za wniesienie kamery 20 le.
                    Aparat można wnieść za darmo. Po schodach wchodzimy do srodka i jedziemy z
                    przemiłym windziarzem ;-) na gore. Pan podczas tej kilkusekundowej przejażdżki
                    zdążył już zrobic przez kom Radkowi kilka zdjęć ;-) po czym wysiadamy. Musimy
                    jeszcze wijącymi się, obskurnymi schodami pokonac kilka metrow i-już jesteśmy
                    na gorze. Pierwsze wrazenie-ale wieje! Naprawde-wieje strasznie! Kolejna
                    mysl „ja pierdziel!Jak tu wysoko! Jak przepieknie!!!”

                    Miejsca na gorze je
                    • platynka.iw Re: 06.10.2005 (czwartek) DZIEN 9 c.d. 27.10.05, 14:12
                      Miejsca na gorze jest niewiele. W zasadzie jest to taki balkonik szeroki na
                      metr biegnący wokół czubka wiezy, który można okrazyc w 2 sekundy. Robimy
                      zdjęcia, krecimy na kamere… Co i rusz ktos z nas krzyczy „o, tu byliśmy przed
                      chwila!” „o, a tutaj jechaliśmy!”
                      Widok jest naprawde powalający. Kair mieni się wszystkimi kolorami. Tu neony,
                      tu swiatla… wysokie hotele i wiezowce. W dole Nil, oświetlone statki i „mój
                      kawalek wody”. Pieknie oświetlone mosty, boiska, baseny, restauracje… Wijace
                      się w zolto-czerwonych światłach drogi. Niestety. Jest kiepska widoczność i nie
                      widac oddalonych o zaledwie 15km piramid. A tak liczyłam, ze zobacze stad jak
                      sa podświetlone podczas przedstawienia „światło i dźwięk”
                      Podobno w dzien tez je trudno wypatrzyc ze względu na zalegajacy nizej smog.

                      Radus biega w kolo dajac się głaskać, przytulac i pozujac do zdjęć znajdującym
                      się na gorze Egipcjanom ;-) Tez staram się mu zrobic zdjecie. Ponieważ chce, by
                      swiatla Kairu ladnie wyszly-musze dac najmniejsze-ale jednak dłuższe
                      naświetlanie co przy intensywnym tempie bycia Mojego Szczęścia nie jest latwe.
                      W koncu po wielu namowach udaje mi się go namowic na trzy sekundy bezruchu co
                      jest nielaba osiągnięciem ;-) Zdjecie wychodzi cudnie i oboje jesteśmy
                      zadowoleni. Ja ze zdjęcia. Radus, ze znowu może robic za showmana ;-)

                      Po ok. 20 minutach-zaczynam czuc, ze jest mi już naprawde zimno. Czekam na
                      chłopaków w korytarzu i po chwili, mijając znajdujaca się troszke nizej
                      restauracje, zjeżdżamy w dol. Pan nabral odwagi i teraz kucając obok Radzika
                      cyka sobie z nim zdjęcia. A ja patrze i nie mogę się nadziwic, jak moje dziecie
                      pozując-szczerzy zabki w sztucznie wyćwiczonym uśmiechu…

                      Na dole postanawiamy wziasc taksowke i wrócić do Centrum. Tam wysiadamy i
                      idziemy-przed siebie. Chcemy kupic wode i zatopic się w miasto. Przebiegamy
                      przez czteropasmowke czujac, ze za naszymi plecami, gapiacy się na nas
                      miejscowi, otwieraja zaklady „przejda?? Nie przejda??” ;-) heheheheheh
                      Przeszliśmy. Już mamy wprawe ;-)

                      Wchodzimy w jeden zaułek…potem drugi-już kompletnie nie oświetlony i-oto
                      znajdujemy się w innym swiecie! Jakbyśmy przeskoczyli z jednych kart ksiazki w
                      inne. Otorz przed nami ulica. Obskurna, z połamanymi plytami chodnikowymi. Po
                      obu stronach obdrapane kamienice. Przed domami biegające dzieci, grajacy w
                      przerozne gry mężczyźni. Knajpki-a w nich miejscowi faceci siedzący przy
                      sziszach i pijacy kawe, herbate… Zero kobiet. Zero turystow.

                      Chłopcy z okrzykiem „och! ach!” zatrzymuja się przy stojacym na ceglach jakims
                      aucie… jak dla mnie to auto wyglada na jakies z filmow z lat 20, 30. Trzech
                      bezzębnych facetow grzebie przy nim i na widok euforii moich trzech panow-az
                      rosna z dumy! A ci oglądają lakier, aluminiowe spojlery i co tam jeszcze…
                      Zegnamy ich z uśmiechem i idziemy dalej. I nagle nachodzi mnie zachciewajka-sok
                      z limonek! Chce się napic zimnego, swiezego soku z limonek! Pytamy co krok o
                      sok- ale tu nikt nie zna angielskiego!!!! Mamo!!!!!!! Przeciez jesteśmy w
                      centrum Kairu!!!!!!!!!!!!!!

                      Subtelnie zagladamy w nisko położone, szeroko otwarte okna, których nie
                      zakrywaja żadne firany. A tam, w każdym mieszkaniu-wyposazenie standardowe. Na
                      pierwszym planie-telewizor. Zaraz obok na scianie wiszaca jakas zaslonka czy
                      makieta a na niej-zdjecie Mubaraka, wersety z Koranu, zdjęcia bliskich. Obok
                      jakas szafa, jakies lozko…i koniec. Brudne sciany, gole podlogi.

                      Idac wzbudzamy wielkie zainteresowanie. Ludzie Ci sa strasznie pozytywnie do
                      nas nastawieni, strasznie mili. Uśmiechają się, machaja do nas, gestem
                      zapraszaja, by usiąść obok nich. Wszędobylskie dzieci chwytaja nas za rece,
                      głaszczą nas po bladych dloniach, uśmiechają się… Radus idzie z przodu i
                      papieskim gestem pozdrawia wszystkich ;-)
                      Ja się ciesze, ze znowu ubrałam dluga spodnice i bluzke zakrywajaca ramiona…
                      Chyba bym umarla z nietaktu gdybym tu szla ubrana na krotko!

                      Nagle się zatrzymuje i mowie „widzicie?? Ten facet w rogu pije sok z limonek!!”
                      Hura! Jesteśmy w domu ;-) Wchodzimy i w knajpce zalega na kilka sekund cisza.
                      Mówiąc Marhaba uśmiechamy się i wchodzimy do srodka slabo oświetlonego
                      pomieszczenia. Tam-telewizor w którym wlasnie leci jakis mecz. Obskurna,
                      klejaca się lada. Zamiast podlogi starta już wylewka. Szare sciany. Kilka
                      przypadkowych stolikow i krzesel i każdy „z innej parafi” Oczywiście nikt tu
                      nie zna angielskiego. Wiec dogadujemy się za pomoca międzynarodowego jezyka ;-)
                      Pokazujemy na szklanke z napojem, nastepnie pokazujemy na palcach, ze chcemy
                      dwa i widzac, ze „barman” załapał o co nam chodzi-zadowoleni siadamy za
                      stolem, uważając, by się do niego nie przykleic. W miedzy czasie większość już
                      się przyzyczaila do naszego widoku i już zdazyli zamknąć otwarte z wrazenia
                      buzie ;-)


                      Jednak (chyba) nie dokonca jesteśmy, a raczej-ja jestem tu widziana. Jakis
                      starszy człowiek w rogu, z grozna mina wymachuje dlonia w moim kierunku i cos
                      mamrocze… Czuje niepokoj. Nie chciałam nikogo urazic, Nie chciałam naruszyc
                      zadnych zasad… Mam nadzieje, ze nie jest zły a może w ogole to mnie się zdaje,
                      ze to jest do mnie, i ze on jest zdenerwowany?? Może tylko patrzy na mnie a
                      opowiada koledze o denerwującym go wyniku meczu??
                      Uspokajam się. W myslach upewniam się, ze mam wbity w telefon numer policji
                      turystycznej 126… tak. Na wszelki wypadek.

                      Zerkam w strone barmana i… zatyka mnie. Bo oto jak jest robiony nasz sok z
                      limonek?? Mianowicie pan z zardzewiałego, polaczonego ze sciana jakims
                      szaroburym, gumowym wezem kranu, nalal do miksera wode. Zwykla kranowe!
                      Nastepnie zabral, jeszcze przed chwila drapiaca się po glowie reka, lezace na
                      papierze, na podłodze 4 limonki. Brudnym, ułamanym nozem przekroil je i-takie
                      niemyte, ze skora-wrzucil do miksera. Nastepnie nabral ze stojacego w kacie
                      wora garść cukru i-dodal do reszty. Wlaczyl mikser i czeka…
                      Oniemiałam. Chłopców wmurowalo. Na sam widok już czuje jak mnie bierze zemsta
                      faraona a co będzie dalej?? Już to widze… szpital, kroplowka… przeszczep
                      żołądka?? ;-) ehheeheh

                      Ale oto jesteśmy wolani do stolika obok. Tam faceci Graja w domino…ale jakies
                      inne niż my. Sledzimy z zaciekawieniem ich gre i odwzajemniemy ich mile
                      uśmiechy. Po polsku doradzamy im jak maja grac a oni po arabsku nam
                      odpowiadaja… Nic to. Wazne, ze kazda ze stron się umiecha ;-)

                      I oto jest. Zimny sok ze swiezych limonek. Jarek i Radus nie pija. Na szklance
                      widac jeszcze jakis osad, wyglada jak po kawie… nic to. Czymże jest ten osad do
                      kranowy i limonek prosto z podlogi?? Barman dumnie czeka na nasza reakcje,
                      reszta sali także nas obserwuje… Pijemy. Przykładam szklanke do ust, przechylam
                      wypijam lyk i…. JESTEM W NIEBIE!! Patrze na Rzesia i wiem-ze mysli to samo!
                      Zreszta już prawie pusta szklanka mowi sama za siebie 
                      To najpyszniejszy sok z limonek jaki pilam w zyciu! Rewelacyjny! Wyśmienity!
                      Idealnie dobrane składniki! Po prostu-delicja! P_Y_C_H_O_T_K_A!!!!!!!!
                      Nie staramy się z Rzesiem ukryc zachwytu. Barman jest strasznie dumny, z
                      zadowoleniem rozglada się po kolegach.
                      A ja na wspomnienie w jakich warunkach i jak to robil, tak sobie mysle „nawet
                      jakbym miala to przypłacić zyciem-to warto” ;-)

                      Odkladamy puste szklanki, oblizujemy się i pytamy miedzynarodowym jezykiem ;-)
                      (palec na szklanki i portfel ;-) ile placimy. Pan nam pisze na kartce 2le.
                      Nieeee… to chyba pomylka. Przeciez w Asuanie czy Luksorze płaciliśmy najmniej
                      10 le. A srednio to było od 13-17 le za szklaneczke. A tu-Kair, stolica i 2le??
                      Pan chyba nie rozumie naszego ogromnego zdziwienia bo proponuje, ze zejdzie na
                      1,5le ;-)

                      Zostawiamy mu 5le mówiąc „szukran” i &#
                      • platynka.iw Re: 06.10.2005 (czwartek) DZIEN 9 c.d. 27.10.05, 14:13
                        Zostawiamy mu 5le mówiąc „szukran” i „ma salema” wśród krzykow, usmiechow i
                        machania wychodzimy na ulice. Idziemy dalej i chłoniemy atmosfere tego miejsca…
                        Prawdziwa i naturalna. Nie ta spreparowana pod turystow. Naprawde bardzo
                        przyjemnie się tu spaceruje. Ciagle jesteśmy otoczeni gromadka dzieci, ciagle
                        ktos nam macha, zaprasza do stolika… Rzes prawie nie odbyl pojedynku z mistrzem
                        dzielnicy w gre Backgammon. Rzes namiętnie w nia gra w telefonie. On z kolega
                        grali w to na chodniku. I jak Rzes pokazal mistrzowi ta gre w telefonie-to ten
                        nie chciał go puścić, tylko chciał się sprawdzic! Balismy się jakby zareagowal
                        na ewentualna przegrana ;-) wiec podziękowaliśmy i poszliśmy dalej…

                        Nie chce się opuszczac tego prawdziwego swiata… zdajemy sobie sprawe, ze noc
                        przykryla nedze… ze tak naprawde-nie jest tu rozowo, ale mimo wszystkobaaardzo
                        nam się tu podoba.

                        Z zalem opuszczamy to ukryte miasto w miescie i udajemy się na parking, gdzie
                        już czeka na nas busik z Oasis. Jeszcze przebiegniecie przez czteropasmowke (co
                        to dla nas?? ;-) i po chwili mkniemy do hotelu… a tam. Prysznic, pizamka i
                        sen…
                        To był kolejny wspanialy dzien. Przykrywam już rozkopanego Radzika, wtulam się
                        w Rzesia i przypominając sobie w myslach przepis na sok z limonek ;-) zasypiam…


                        Iwonka
                • platynka.iw Do ewuchy6 27.10.05, 14:34
                  hej Ewcia!

                  BARDZO Ci dziekuje Sloneczko!
                  Te slowa sa dla mnie bardzo wazne... i przyznam-wzruszyly mnie.

                  SZYBKIEGO POWROPTU DO EGIPTU ZYCZE TOBIE I TWOIM CHLOPAKOM!!
                  Caluj ich prosze! A najmocniej Szymka :-*

                  Buziaki, Iwonka
                  • platynka.iw 07.10.2005 (piatek) DZIEN 10 27.10.05, 21:46
                    Zmeczona po pelnym dniu wrażeń i na lekach przeciwbolowych-nie mam pojecia
                    kiedy zasnęłam. Ale spalam dobrze i wlasnie wstalam mega wypoczeta! Jak zwykle
                    rano-zrobilismy kupe na Rzesia ;-) (Ja i Radus wskakujemy na niego, żeby go jak
                    najmocniej i najgłębiej wcisnąć w lozko ;-) On nas zrzuca, my znowu się
                    wspinamy, gramolimy… ;-) Smiechom nie ma konca.

                    Dzis musimy się spieszyc, ponieważ jest to dzien naszego wyjazdu z Kairu. Wiec
                    wygoniłam chłopaków by już się myli a sama zabrałam się za pakowanie. Rzes cos
                    narzeka na żołądek… Ja wierze, ze skoro podczas pierwszego pobytu w Egipcie
                    mielismy lekka „zemste faraona” i jesteśmy w Egipcie trzeci raz-to organizm już
                    się troche przyzwyczail tej flory, pamieta zemste wiec… nie powinniśmy
                    chorowac.

                    Wystawilam spakowane walizki na zewnatrz i sama pobieglam się oporządzić.
                    Jeszcze spakowanie bagażu podręcznego… i wychodzimy na sniadanie. Zegnamy się z
                    naszym przytulnym pokoikiem, bo już do niego nie wrocimy (a przynajmniej w tym
                    roku ;-)

                    Po sniadaniu sprawdzamy czy nasze bagaze sa zaladowane i lokujac się na
                    siedzeniach w autokarze jedziemy, znana nam już droga  do centrum Kairu.
                    Muzeum Egipskie… jakze inaczej wyglada niż wczoraj wieczorem! Gdy
                    przechodziliśmy o zmierzchu obok tego jakze charakterystycznego budynku-nikogo
                    tam nie było (poza policja) Cisza… zero turystow. Lampy oświetlające ten
                    czerwonoblady budynek z 1902 roku tworzyly wspanialy widok! A przed muzeum-
                    papirusy i lotos… I tak sobie szliśmy a ja myślałam, ze tam-jest teraz zupełnie
                    ciemno i masa starożytnych wspaniałości… mumie, urny Konopskie, rzeczy
                    znalezione w grobowcach… chyba nie chciałabym się tam teraz znaleźć sam na sam
                    z nimi wszystkimi… głupi i niewytłumaczalny lek :-/

                    O oto wysiadamy przed muzeum-teraz kolorowe, jaskrawe i glosne od turystow.
                    Ulica przed muzeum jest zupełnie wylaczona z ruchu miejskiego. Nawet w nocy-
                    nikt nie może bez pozwolenia przejść czy przejechac przed głównym wejściem.
                    Niestety nadal jest utrzymany zakaz wnoszenia kamer i aparatow do srodka
                    gmachu, wiec lepiej je zostawic w autokarze-niż w przechowywalni, gdzie nie
                    dostaje się zadnego kwitka czy potwierdzenia. I jest ryzyko.

                    Rzes wspomniał, ze nadal cos go żołądek boli… Postanowiliśmy, ze nie będziemy
                    czekac czy dostanie zemste czy nie… ani nie będziemy się bawic w delikatne
                    Antinale tylko od razu zadziałamy czymc mocnym. W koncu czeka nas jazda pod
                    Gore Swiętej Katarzyny! Musimy się zatrzymac w jakiejs aptece…

                    Wchodzimy do srodka i zaczynamy zwiedzanie… (wstep kosztuje 40le)
                    Zdajemy sobie sprawe, ze nie jest możliwe zobaczenie wszystkiego. Za każdym
                    razem zwiedzamy inna czesc muzeum-a jeszcze nie widzieliśmy nawet 20%!!
                    Przyznam… ze nie przepadam za muzeami. I pozwole sobie tu przytoczyc fragment
                    slow Christiana Jacqa, który opisal muzeum tak-jak ja to czuje.
                    Cyt.:” … kazde muzeum jest, juz z alozenia, miejscem zastygłym, bezdusznym i
                    martwym. Wystawiane tam zabytki znajduja się w zupełnie obcym „środowisku”,
                    przewaznie daleko od miejsca, z którego pochodza, i rzadko towarzysza im-jakze
                    przeciez zwiedzającym potrzebne-informacje na temat okoliczności i miejsca ich
                    znalezienia, kontekstu archeologicznego i datowania, nie mówiąc już o
                    kompletnym opisie i tłumaczeniu ewentualnie wystepujacych na nich tekstow. W
                    przeciwieństwie do terenu otwartego, gdzie można wędrować godzinami, nie
                    odczuwając najmniejszego znuzenia, sale muzealne-rzadko wyposażone w jakies
                    laweczki-szybko mecza nie tylko nogi. Uwaga sama ulega dekoncentracji, a
                    zageszczenie wystawionych arcydziel-nieprzeznaczonych wcale do takiego
                    oglądania-wprost przytlacza zwiedzającego”
                    Podpisuje się pod tym obiema rekami! W tym muzeum jest masa rzeczy, ktor
                    powinny stac na swoich pierwotnych miejscach! Jak chocby ogromne posagi,
                    popiersia czy podloga z Tell el-Amarny.

                    Jednak zabieramy się za zwiedzanie. Pierwsza sala i-moje dziecie mnie
                    zaskakuje! Ja myślałam, ze jak ja mu cos nieraz pokazuje… albo jak mu opowiadam
                    co znajduje się na reliefach czy posagach-to on tego nie rozumie… a jednak!
                    wlasnie stoimy przed posagiem a moje dziecie zgodnie z prawda! mowi „mamuniu.
                    To jest Bog Horus a przed nim siedzi faraon… jest maly, bo jest galaskiem, ma
                    loczek i ssie paluszek. A jest taki maly nie tylko dlatego, bo jest dzidziusiem-
                    tylko dlatego, ze Bog zawsze jest przedstawiany jako wiekszy, bo się tym
                    faraonem opiekuje, prawda?”
                    Zaniemówiłam…
                    Idziemy dalej. Kolejny posag. Patrze na Radzika, który w skupieniu się
                    przyglada i mowi „Mamuniu. A to jest Bogini Izyda, prawda? Bo ma rogi jak
                    krowka i miedzy nimi sloneczko”
                    Ludzie… trzymajcie mnie! Naprawde-jestem totalnie zdumiona!
                    Kolejny posag. Ja już się nie odzywam tylko patrze na Radzika, który
                    stwierdza „ mamuniu. A tu jest Bog Horus i Bog Set, prawda? I oni takimi
                    sznurkami wiaza kwiatuszek lotosu i papirus, bo ta oznacza ze dwie polowki
                    Egiptu się maja połączyć, tak??”
                    Ludzie… ja tam bylam-a mimo to niedowierzałam!

                    Czas na odpoczynek. Przysiadamy na jednej z niewielu laweczek i postanawiam
                    sprawdzic, co jeszcze wie moje dziecko.
                    Ja-„W jakim kraju jesteśmy?”
                    Radus-„No mamuniu… przeciez w Egipcie, to nie wiesz??” ( tu smiech Rzesia ;-)
                    Ja-„A jak się nazywa stolica Egiptu??”
                    Radus-„no, Kair przeciez”
                    Ja-„A czy jest tu jakas rzeka??”
                    Radus-„Tak. Przeciez płynęliśmy po niej. Ma na imie Nil”
                    Ja-„Jak się nazywal krol Egiptu??”
                    Radus-„Faraon”
                    Ja-„a jakich Bogow Egiptu znasz??”
                    Radus-„ Zlego Seta, który zabil swojego brata Ozyrysa. I potem z nim walczyl
                    synek Ozyrysa, który tez był Bogiem i miał na imie Horus. Ale on był dobrym
                    Bogiem, mimo iż się bil, a przeciez nie wolno się bic, prawda? [teraz to ja
                    zaczelam się smiac ;-) Przeciez opowiadałam mu ten mit przed swiatynia w Edfu!
                    A wydawalo mi się, ze nie slucha…]
                    I ten Horus jest przedstawiany jako ptak, taki sokol. [ja już mialam dosc-ale
                    moje dziecko nie!] I znam jeszcze ta Izyde co ma rogi jak krowka i miedzy nimi
                    sloneczko.”
                    Oniemiałam… Duma mnie rozrywala, bo przeciez który pięciolatek wie tyle o
                    Egipcie??!!??!??!! Mam nadzieje, ze zalapie bakcyla i pokocha Egipt tak jak ja…
                    Nie wytrzymałam i dorwalam się do niego obsupujac go calusami i mocno
                    przytulając….

                    Wypiliśmy wode i poszliśmy zwiedzac pozostałości z Tell El-Amarny. Potem do
                    sali z bogactwami pochodzącymi z grobu Tutenchamona (uwielbiam patrzec na
                    zawieszone na ścianach zdjęcia zrobione podczas opróżniania grobu przez Howarda
                    Cartera) Nastepnie sala z mumiami zwierzat, gdzie Radus się zachwycal ogromnym
                    krokodylem. I tak od sali do sali-zeszlo nam ponad 2h i przyszedl czas wyjscia.
                    Nie zdążyliśmy wspomniec kierowcy o aptece, ponieważ już 4 osoby zgłosiły
                    podobny problem. Wiec jedziemy ulicami Kairu i pomalu zegnamy się z tym pelnym
                    kontrastow miastem. Wszyscy z przyklejonymi do szyby nosami-jedny lapia
                    ostatnie widoki Kairu, drudzy-szukaja w tle piramid, trzeci-apteki ;-)
                    hihihihihi
                    Jest. Wypadamy w szesc osob i ja od progu krzycze „Intetrix! Intetrix!”
                    Jest to wspanialy lek na zemste. Jest to antybiotyk, który dziala dosłownie od
                    razu! W opakowaniu jest 20 tabletek, cena 12le. Kapsułki dwu kolorowe. Lyka się
                    jedna tabletke a druga po 12h. I zazwyczaj na tym się kuracja konczy. No,
                    jeżeli jest potrzeba-to po kolejnych 12h lyka się nastepna tabletke.
                    Pan nam podal opakowanie, które w wielkim pospiechu od razu zostalo otworzone i
                    rozdzielone na miejscu miedzy potrzebujących ;-) pan nawet nam przyniosl wode z
                    zaplecza! Było pelno zamieszania i smiechu… na koniec aptekarz s
                    • platynka.iw Re: 07.10.2005 (piatek) DZIEN 10 27.10.05, 21:47
                      Było pelno zamieszania i smiechu… na koniec aptekarz stwierdzil „Wy, Polacy
                      jesteście bardzo zabawnym narodem” ;-)

                      Wiec jedziemy w kierunku półwyspu Synaj. Robi się sennie, leniwie… Jest duzo
                      miejsc, wiec wyganiam Rzesia na siedzenie za nami, żeby się przespal. Radusiowi
                      wlaczam bajeczke, żeby sobie oglądał i przytulam go mocno…wspominam
                      jego „wystep” w muzeum… tak strasznie mnie zaskoczyl, zaimponowal!
                      Niespodziewalam się…

                      Droga się ciagnie. Nawet nie wiem kiedy przysnęłam. Teraz się obudziłam bo mamy
                      postoj na jakas kawe, herbate czy siku. Za chwile wjedziemy w Kanal Sueski i
                      będziemy już na Synaju. Troche się gonimy by rozprostowac kosci i po 10
                      minutach jedziemy dalej.

                      Kanal Sueski. Jak dla mnie-nic szczególnego. Nie znam się na tym. Fakt-sama
                      mysl, ze nad nami sa niewyobrażalne ilości wody i przepływają statki-robi
                      wrazenie, ale sam tunel…Jak się jedzie w Dolomity na narty-tam dopiero sa
                      tunele, które się ciągnął nieraz kilometrami i sa przewiercone przez srodki gor.

                      Wyciągam jakies buleczki, owoce… czas się czyms posilic. Robi się pomalu
                      zmierzch. Jedziemy od dłuższego czasu droga wijaca się wśród wspaniałych,
                      kolorowych, kamienistych gor Synaj. Mijamy oazy beduinow… i znowu pustka. Ok.
                      18 jest już prawie ciemno. Nasz przewodnik Arab, policjant turystyczny i
                      kierowca-wyjmuja jedzonko i zaczynaja sniadanie ramadanowe. Jeszcze godzina,
                      dwie i będziemy na miejscu.
                      Jest już zupełnie ciemno. Chudziutki księżyc daje niewiele swiatla. Zapadaja
                      prawdziwe egipskie ciemności… nie widac nic! Tylko co jakis czas gdzies w
                      oddali pali się jakies światełko-to miejsca, gdzie swoje domy, namioty maja
                      Beduini…
                      Mysle sobie „niesamowite tak mieszkac! Bez apteki, sklepu… Na takim odludziu…”

                      I oto wjeżdżamy w Park Narodowy Egiptu. Kupujemy bilety w cenie 3$ od osoby.
                      Okazuje się, ze pod Klasztorem Sw. Katarzyny sa tylko cztery hotele-i wszystkie
                      3***.
                      Nam przypadl na ta jedna jedyna noc hotel bez nazwy ;-) Znaczy się-nigdzie nie
                      było napisane jak się ten hotel nazywa… na moja prosbe w recepcji o jakis
                      folder tego hotelu-pan odpowiedział, ze nie ma ;-)

                      Wiec odbieramy klucze od pokoju i leciemy na kolacje… Fuj… Dobrze, ze mialam
                      kanapki z rana. Jedzenie zimne, niedoprawione…jedna wielka mamalyga. Sam hotel
                      (mimo iż obiecałam sobie iż nie będę tu pisac o hotelach) jeden wielki syf,
                      śmietnik i porazka!

                      Po kolacji jedziemy jeszcze do sklepu. Kupujemy zapas wody i napoi kolorowych,
                      jakies słodycze i wracamy.

                      Lecimy do pokoju. Jest już 20:00 a my o 02:15 wstajemy by wejsc na Gore
                      Mojżesza. Szybka kapiel w zimnej wodzie i wskok do brudnej poscieli (bleeeeeee)
                      Boje się, ze zlapiemy gangrene ;-)
                      Nastawianie budzenia na 2:15 i walka z organizmem, by jak najszybciej zasnął…
                      Lezymy, lezymy a sen nie przychodzi…

                      Iwonka
                      • Gość: alku pisz pisz IP: *.kghm.pl / *.lubin.dialog.net.pl 28.10.05, 08:41
                        Iwonka pisz dalej, bylam w tym roku w Egipcie po raz pierwszy nie zachwycił
                        mnie tak jak ciebie ale po lekturze trwoich zapisków mam nawet ochote tam
                        wrócić.
                        Jak czytam to co napisałaś to czas zatrzymuje suie w miejscu siedzę w pracy nic
                        mnie nie interesuje tylko to co piszesz.
                        Mam pytanko jakim cudem zapamiętałaś wszystko co robiliście każdego dnia?
                        Prowadziłaś jakiś dziennik!! I jeszcze chetnie zobaczyłabym kilka waszych zdjeć
                        z podróży bo strasznie jestem ciekawa jak wygladacie.
                        Pozdrawiam i czekam na jeszcze
                        • platynka.iw Re: pisz pisz 28.10.05, 12:53
                          >Iwonka pisz dalej, bylam w tym roku w Egipcie po raz pierwszy nie zachwycił
                          > mnie tak jak ciebie ale po lekturze trwoich zapisków mam nawet ochote tam
                          > wrócić.

                          >jak czytam to co napisałaś to czas zatrzymuje suie w miejscu siedzę w pracy nic
                          > mnie nie interesuje tylko to co piszesz

                          Dobrze, ze nie widzisz jak sie w tym momecie czerwienie i plone...
                          dziekuje!!!!! Dziekuje bardzo!!!!!!!!!!!!!

                          To jest tak. Nie notowalam wspomnien. Tylko zapisywalam hasla, godziny, daty,
                          ceny,... Kazdy dzien pamietam, poniewaz kazdy dzien bardzo mocno na mnie
                          oddzialywal! To byly wspaniale wakacje!

                          Pozdrawiam cieplutko :-)
                          Iwonka
                          GG1070925


                      • anuulka Re: 07.10.2005 (piatek) DZIEN 10 28.10.05, 10:25
                        Bardzo przyjemnie spedzam czas... w pracy... na czytaniu Twoich wspomnien z
                        Egiptu :) Mam nadzieje ze mnie nie przylapia i nie zwolnia hehehe ;) Z
                        niecierpliwoscia czekam na ciag dalszy. Moje uznanie za wspaniala pamiec i
                        umiejetnosc przelania tego na "papier" w sposob taki ze wszyscy nie moga
                        doczekac sie dalszego ciagu.. zazdroszcze :)
                        Dzieki Tobie czuje caly czas atmosfere Egiptu pod skora mimo ze od powrotu z
                        mojego drugiego pobytu minal juz ponad miesiac.. Teraz odliczam dni do
                        kolejnego wyjazdu za 2 miesiace..
                        Tak jak wszyscy czekam na szybki ciag dalszy i mam nadzieje ze bedziemy mogli
                        podziwiac rowniez Wasze zdjecia.!
                        POzdrowienia dla calej Waszej gromadki :)
                        • mrowka69 Re: 07.10.2005 (piatek) DZIEN 10 28.10.05, 10:41
                          ja myślę że Iwonka powinna zacząć spisywać ksiąkę i po kilku wyprawach będzie
                          to rzecz nieoceniona dla podrózników. naprawde tak myslę, przyjemne z
                          pozytecznym Iwonko, trzymaj się ciepło i czekam na ciąg dalszy, pzdr
                          • platynka.iw 08.10.2005 (sobota) DZIEN 11 28.10.05, 12:14
                            I znowu znajome „Ti, Ti, ti, Ti… Ti, Ti, Ti, Ti…” Nieprzytomna patrze na
                            telefon. Jest 02:15.
                            Mysle sobie “poleze sobie jeszcze... poczekam az zadzwonia z recepcji” Leze,
                            leze… a tu nic. O 2:20 budze chłopców. Ubieramy dzien wczesniej przygotowane
                            ciuchy (adidasy, lekkie spodnie, bluzeczki z krotkim rekawem i bluzy) Zabieramy
                            spakowana poprzedniego dnia torbe i wychodzimy… Przy recepcji czeka na nas
                            letnia :-/ kawa i herbata. Wypijamy po lyku. Pytam w recepcji, dlaczego nas nie
                            obudzono? Pan zdziwiony stwierdza, ze dzwonili do nas, ale nie odbieraliśmy
                            telefonu… hmmm… ciekawe.
                            Wychodzimy. Przy autobusie spotykamy znajomych… Wymieniamy się narzekaniami na
                            temat hotelu…Narzekamy na syf, ochydne jedzenie i brak cieplej wody. Justyna z
                            Emilem, którzy mieli pokoj na parterze-w ogole nie zmrużyli oka! Powod był
                            banalny! Okazalo się, ze gdy oni ok.21 chcieli spac-mieszkajacy obok w pokoju
                            faceci z obsługi zaczeli impreze ramadanowa. Podobno spiewali, tanczyli o
                            Allach jeden wie co jeszcze! Gdy zainterweniowali-powiedzieli, ze się uspojkoja…
                            a po 10 minutach to samo. Nic to… Ktos nie spi, żeby ktos niemogl spac ;-)
                            hiihhihiih
                            Rzes stwierdza, ze jest to pierwszy raz, kiedy jesteśmy tak negatywni, ze
                            niezle poszliśmy po bandzie ;-) Stwierdzamy, ze ma racje. Ze nie ma co sobie
                            zawracac tym glowy i zmieniamy temat.

                            Gdy widze ile energii ma Radek-to mnie to przeraza. Spal zaledwie kilka godzin
                            a teraz biega, skacze i jest pelen entuzjazmu! Niesamowity dzieciak!

                            Odbieramy latarki, wsiadamy do autokaru i przejeżdżamy jakies 3km na parking.
                            Nasz egipski przewodnik zegna się z nami, wraca do hotelu spac. Natomiast my
                            mamy podążać w strone swiatla ;-) To znaczy-na początku Ida Beduini a za nimi
                            grupy z latarkami. Zostajemy przypisani do dwoch chłopaków i ruszamy w gory. Po
                            ok. 500 metrach mijamy po prawej klasztor Sw. Katarzyny. Biedni Ci mnisi. Gdyby
                            mnie tak codziennie od 2-3 nad ranem wrzeszczeli pod okiennicami, to bym chyba
                            oszalala!

                            Tam robimy chwilowy postoj, żeby się nasza grupa zebrala. Jakos ot tak… od
                            niechcenia Rzes podniosl glowe do gory i-zamarl! Wyszeptal tylko „Myszek…
                            patrz!” Wiec i ja jako grzeczna zona ;-) podnosze glowe i-już nie chce jej
                            opuścić. Mój Boze! Tak rozgwieżdżonego nieba w zyciu nie widziałam! Nawet w
                            Tunezji na Saharze! Wydaje się, ze tam-na gorze ktos rozpalil setki miliony
                            połyskujących swieczek! Ogromny sufit pelen maleńkich światełek! Normalnie….
                            Mam wrazenie, ze gwiazdy sa na wyciagniecie reki! Ze lada moment, nas
                            przygniota! A jest ich tyle-ze nie ma kawałeczka nieba bez gwiazdeczki. Mocno
                            poupychane jedna przy drugiej…normalnie-tysiace, miliony gwiazd! Wspaniala,
                            gwiazdzista noc! Nie jestesmy wstanie nasycic się jej pieknem i tajemniczością!
                            Boze… jaki cudowny widok!
                            Tyrpiemy łokciami znajomych, którzy patrzac na to wspaniale i zjawiskowe
                            przedstawienie zapadaja w chwilowe odrętwienie i bezruch… Wszystkich ten widok
                            powala… czuc w tym momencie potęgę i sile Boga/Allacha/Nadprzyrodzonej Sily…

                            Ruszamy dalej. Od razu zaczepiaja nas przewoznicy proponujący wielbady. Ile ich
                            jest! Niektóre widac, ale sa momenty, ze człowiek idzie, nic nie widzi, swieci
                            sobie tylko pod nogi-az tu nagle widac ich pyski! Kilka centymetrow przed soba!

                            A dookoła czuc smrod gowien. Czy to jakas grupa przed nami ma powazny problem z
                            zemsta faraona?? ;-) Czy to wielbłądy?? Raczej to drugie… heheeh

                            Podejście od razu jest w gore-i przez cale prawie 3h wspinania tak jest.
                            Przeszliśmy już jakies 20 minut. Swietnie wyglada ten marsz latarek! Jakby
                            swiecacy, wijacy się waz okalal zbocze gory… Przed nami swiecaca nitka, za nami
                            swiecaca nitka… bajkowy widok.
                            Po jakis 10 minutach stwierdzam, ze nie dam rady wejsc… Mam problem z
                            krazeniem, z zylami i strasznie szybko mi nogi wysiadaja ;-( Normalnie najpierw
                            jest bol-a potem zero czucia ;-( Mowie do chłopaków, żeby szli sami, a ja się
                            wroce. Nie chca mnie puścić. Ja nie chce ich puścić. Ale widze, ze nie ma
                            innego wyjscia… Z calych sil przekonuje ich, ze tak będzie lepiej. Ze mnie
                            bardzo bola nogi. Ze maja isc sami i koniec. Radus przytula się do mnie i
                            mowi „mamuniu, ale jak to… mamy isc bez Ciebie??” Lzy napływają mi do oczu „tak
                            Moje Kochanie… Mamunia nie da rady, bardzo ja bola nozki…Ale Ty weź tatusia,
                            opiekuj się nim i razem wejdzcie na sam szczyt!” Obaj spuszczaja nosy, sa
                            smutni…

                            Daje im aparat, torbe z piciem i cieplymi ciuchami i… odchodza. Stoje jak
                            kamienny posag. Oni się oddalaja, inni ludzie mnie mijaja i pomalu ich
                            zakrywaja… a ja patrze w ich oddalające się plecy i lzy napływają mi do oczy. I
                            złość, na cholerne zyly. Moglam to przewidzieć! Przeciez wiem jaka trudność mi
                            sprawia wejście po schodach, jaki bol! W momencie kiedy znikaja mi z oczu-czuje
                            gorace lzy na policzkach. I w srodku determinacje-NIE! Nie poddam się! Chce z
                            nimi przezywac wschod słońca, chce, żeby w zimowe wieczory to były NASZE
                            wspomnienia! Choćbym miala plakac z bolu… chce być przy nich! Tak strasznie ich
                            kocham! Nie chce, żeby z mojego powodu się smucili i zamiast cieszyc się
                            wschodem słońca-zamartwiali o mnie! IDE!

                            Zbieram się cala w sobie i ruszam do przodu. Swoim tempem. Jak czuje, ze bol
                            narasta-przysiadam na kamieniu. Wiem. Nie powinno się podczas wspinaczki w gory
                            siadac. Ale po bolu przychodzi odrętwienie i brak czucia-wiec wole usiąść niż
                            złamać noge czy wpaść w szczeline. I tak sobie dreptam… powoli, przysiadając co
                            chwile i masując nogi… Noga za noga… krok za krokiem…

                            Gdzies tak w polowie drogi zachcialo mi się strasznie pic. No tak. Cala woda
                            plus pieniadze sa w torbie, która ma Rzesiatko. A z naszej grupy nie ma już
                            nikogo. Nic to. To nieważne. Wazne, żeby nogi wytrzymaly. I ide. Wbrew
                            pragnieniu. Wbrew bolowi. Wbrew sobie.

                            Kolejny przystanek gdzie można kupic cos do picia, jedzenia… Szukam Moich
                            Chłopaków, ale ich nie widze. Wiec ide dalej… wolno, tak-jak mi nogi pozwalaja.
                            Tylko ciagle się oglądam za siebie czy sa tam jeszcze swiatla latarek… Bo
                            głupio byloby zostac na koncu i się np. zgubic…

                            Mijaja minuty… ciemność mnie otacza. Nawet bateria w latarce już ma dosyc i
                            wysiadla ;-)
                            Mysle o Rzesiu i Radusiu- Sa Moim Wszystkim! Martwie się o nich… Czy Rzesio ze
                            swoja astma podola?? Czy Radzik na swoich maleńkich nozkach da rade?? Jednak
                            wolalabym już ich znaleźć… bylabym spokojniejsza.

                            Wspinaczka staje się nuzaca. Patrze na zegarek. Jest 04:30. Wschod słońca ma
                            być ok. 05:30. Może powinnam przyspieszyc?? Nie wiem gdzie jest ten szczyt… czy
                            zdaze?? Mam nadzieje, ze tak… Oglądam się za siebie-latarki ciagle swieca.

                            Przysiadlam kolejny raz by dac nogom chwile wytchnienia. Przechodzaca wlasnie
                            obok jakas amerykanka troskliwie zapytala czy wszystko dobrze i czy może chce
                            wody. Wody. Tak, poprosze. Wypijam pomalu dwa lyki i jestem jej bardzo
                            wdzieczna…
                            • platynka.iw Re: 08.10.2005 (sobota) DZIEN 11 28.10.05, 12:15
                              Mysl o tym, ze zaraz spotkam Moich Chłopaków i razem będziemy oglądać wschod
                              słońca dodaje mi ogromnych sil! Mysl o Nich jest moim motorem napedowym!

                              I dalej. W gore. Przez waskie przesmyki… kamienie… nie widac nic. Ciemnosc
                              zasnula wszystko… Dookoła słychać jezyki chyba z całego swata! Wlasnie minela
                              mnie grupa japończyków? z maseczkami na twarzy. No tak… przy tym smrodzie to by
                              i mnie się przydala ;-)

                              Mijam ostatni punkt, gdzie można kupic kawe, herbatke… masa ludzi! Odnajduje
                              Justynke i Emila. Dowiaduje się, ze spotkali Rzesia i Radusia, mowili, ze
                              zrezygnowałam i byli bardzo smutni… ;-( Dowiaduje się także, ze na szczyt jest
                              już bardzo blisko. I ze Emil ma już dosyc… Razem z Justynka dodajemy mu otuchy
                              (Justynka nawet chce mu poniesc plecak ;-) i już razem wspinamy się dalej.

                              Jest 05:10. Zrobilo się troche jasniej… w miejscu gdzie ma wstac slonce-widac
                              już blada lune. Emil chce się poddac mówiąc „przeciez już się zaczęło!” ;-) Nie
                              pozwalamy mu zrezygnowac. Jeszcze jeden zakret, jeszcze kilka stopni i-oto
                              jesteśmy na gorze! Skad to wiem? Bo nagle uderzyla mnie sciana ludzi! Jest ich
                              setki! Stoja zwróceni w jednym kierunku, jakby czekali na metro! ;-)

                              Zostawiam Justynie z Emilem i idac przez te tlumy krzycze „Rzesiu!! Radus!!
                              Rzesiu!! Radus!!” Nagle slysze Rzesia „Myszko! A co ty tu robisz?!?!” I
                              Radzika „Mamunia!!!!!!” zanim zdołam cokolwiek odpowiedzic-gine w ich uscisku.
                              Czuje ich mocno obejmujące mnie ramiona, lzy buchaja mi do oczu. Jestem taka
                              szczesliwa! Ze nic im się nie stalo! Ze jesteśmy znowu razem! Ze zaraz
                              zobaczymy wspolnie wschod słońca! Ze dalam rade wejsc!!!!
                              Rzes „wiesz, martwiliśmy się o Ciebie. Ale jak tak szliśmy to napisałem Ci sms,
                              ze dobrze, ze nie idziesz, bo jest bardzo ciezko… A Ty weszłaś! Jestes Wielka
                              Sloneczko! Jestem z Ciebie dumny! Ale jak Ty to zrobiłaś???”
                              Wiec mu w skrocie opowiedziałam wszystko… o ich oznikajacych plecach,
                              determinacji i mysli, która mnie napędzała…

                              Teraz słucham ich relacji. Okazalo się, ze na jednym z punktow napojowych
                              usiedli sobie na herbatke u Beduinow (5le) i Radus powiedział „zobacz tatusiu,
                              to nasza mamunia!”, a Rzes „Nie Maluszku. Nasza mamunia zrezygnowala”
                              Radus „no, ale nasza mamunia tak wyglada i ma taki kucyk”
                              To bylam ja! Mijalam ich. Nic to… czas goni. I jest zimno! Po prostu miesnie
                              przestaly pracowac. Wiatr chlodny wieje i organizm się wychłodził. Ubieramy
                              swetry, pożyczamy za 10le koc u Beduina i szukamy jakiesgos miejsca. Z tym nie
                              jest latwo. Wszyscy siedza, stoja, leza z aparatami i kamerami wycelowanymi w
                              jeden kierunek… Znajdujemy w koncu miejsce przy barierce. Radus opatula się w
                              koc i siada na mych stopach, my stoimi. Daje mu Knopersa i wtuleni w siebie
                              czekamy… czekamy… Az nagle czuje-ze cos mocno Radus napiera. Zerkam-a On
                              zasypia! No tak. Zjadl czekolade, pod kocykiem jest mu cieplutko… Z ciezkim
                              sercem budze go, bo potem mi strasznie zmarznie! Moje Słodkie Maleństwo!

                              Jest 05:32… luna się robi coraz jasniejsza… coraz intensywniejsza… wszyscy
                              kieruja wzrok w to jedno miejsce… zapada cisza. Rozmowy, smiechy milkną. Czuc
                              narastające napiecie… oczekiwane… nerwowość. Skad ta nerwowsc?? Przeciez musi
                              wzejść!

                              Jest już zupełnie cicho. W dole słychać świszczący wiatr. Mam wrazenie, ze
                              ludzie wstrzymuja oddech, by nie zakłócić powagi i majestatu przedstawienia,
                              jakie się zaraz odbedzie na naszych oczach…

                              I nagle wybucha szal! Krzyki! Oklaski! Jest! Widac jak zaokraglony kawałeczek
                              ciemnopomarańczowej kuli wynurza się zza gor! Ludzie szaleja! Przytulaja się.
                              Placza. Stojacy obok Wlosi zaczeli tanczyc. Gdzies z boku, chyba wegrzy,
                              zaczeli śpiewać… Dookoła słychać nieustający odgłos fleszy… zdjęcia, zdjęcia,
                              zdjęcia… Uchwycic ta chwile, ten moment to niesamowite widowisko! Japończycy
                              jada na dwie rece-sa w tym naprawde swietni! ;-)

                              A slonce już się wynurzylo do polowy. I nagle uderza nas kolejna odslona tego
                              Boskiego Spektaklu. Gory… jakby ktos delikatnie, za pomoca musnieca pedzla
                              nadal ich czubkom i szczytom koloru. Nagle dociera do naszych oczu i naszej
                              duszy-gdzie jesteśmy! Rewelacja!
                              Po nami niedostępne, grozne gory… ostre szczytu… tajemnicze wawozy…szczeliny…
                              stromo opadające w dol kamieniste boki gor….a my-niczym na dachu swiata-ponad
                              tym wszystkim… mam gesia skore na calym ciele, odruchowo wlaczam się do
                              chóralnych okrzykow „jeeee…. Ach…..” Mam wrazenie, ze w uszach slysze
                              anielskie harfy, które towarzysza temu ponadnaturalnemu zjawisku…

                              Slonce juz prawie cale widac ponad widnokręgiem, gory już prawie oświetlone…
                              Nie, nie! Wolniej! Za duzo wrażeń, za duzo do uchwycenia, do zapamiętania! Ale
                              widowisko trwa… I nie można go zatrzymac. Czuje się jak ktos uprzywilejowany,
                              jak wybraniec. I znowu dziekuje Najwyższemu za możliwość bycia tu i patrzenia
                              na ten ewenement natury… Nie pamiętam o bolu i trudach wspinaczki. Nie pamiętam
                              nic. Jak zahipnotyzowana, z wbitym wzrokiem w to cudne przedstawienie, mam
                              wrazenie, ze się unosze 2cmm nad ziemia… W sercu czuje cieplo, lekkość… Niech
                              ta ulotna chwila trwa…

                              Tak się ciesze, ze się nie poddalam, ze tu jestem, ze to widze…

                              Slonce jest już ponad gorami, które teraz nabralo brunatno-czerwono-
                              pomaranczowych barw. Sa PRZEPIEKNE! Slonce, które dopiero wstalo-grzeje z cala
                              sila. Mam wrazenie, ze ktos włączył ogrzewanie! Ściągamy z siebie swetry,
                              oddajemy koc i pomalu zwijamy się… Jeszcze kamyk do kieszeni na pamiątkę.
                              Jeszcze rzut oka na slonce, które już drugi raz podczas ostatnich dni nas
                              zadziwilo. Teraz już troche zblaklo, stalo się jasno zolte i tak intensywnie
                              swieci, ze wyciągamy okulary przeciwsłoneczne…

                              Patrze na zegarek i… znowu patrze. Niewierze. Patrze na zegarek Rzesia. To
                              prawda! Jest 05:45! To wszystko trwalo zaledwie 13 minut! A myślałam, ze minela
                              co najmniej godzina!
                              3h wspinaczki, żeby obejrzec 13 minutowe show…WARTO! WARTO! PO STOKROC WARTO!

                              Schodzimy w dol. Inna droga. Droga pątników. Podobno trudniejsza, ale bardziej
                              malownicza… Na początku schodzimy trzymając się za rece, ale waska sciezka
                              zmusza nas do rozstania ;-) Mijamy wspaniale wykute w skalach bramy, widzimy
                              groby beduinow z charakterystycznymi kopczykami z kamieni (sa stawiane w
                              miejscu gdzie jest ich glowa).
                              Co jakis czas przystajemy, by zrobic zdjecie czy nakręcić na kamere… jest
                              wspaniale. Te kolory gor! Tu polyskuje niebieski… tam czarny… Odcienie
                              czerwieni i zolci… cieple, przytulne barwy. Ogolnie gory sa raczej niedostępne…
                              zadnej roślinności. Zadnego zycia.
                              • platynka.iw Re: 08.10.2005 (sobota) DZIEN 11 28.10.05, 12:17
                                Tylko od czasu do czasu widac pod kamieniem walczaca o zycie, niewielka
                                roślinkę czy klujacy krzaczek… lub przemykajaca jaszczurke, szczura.

                                Tlum się przezedzil i schodzi się teraz wygodniej… Trzymam Radzia za jego
                                malnka raczke i dreptamy… Radzik… Moje slodzkie maleństwo. Jest niesamowity!
                                Nie tylko dlatego, ze tyle wie o Egipcie ;-) tylko, ze jest tak odporny i
                                potrafi się przystosowac do każdych warunkow. Jak slysze o dzieciakach, które
                                musza o ustalonych porach chodzic spac, jesc o wyznaczonych godzinach posilki…
                                Radzik jest taki inny! Jak chce spac-to po prostu zasypia! Niezależnie gdzie
                                jest i co się akurat dzieje. Jak jest glodny-to je. Nieważne co. Potrafi się w
                                trasie zapchac pusta bulka i nawet nie pisnie, ze chce cos innego! Nie narzeka,
                                ze trzeba wczesnie wstac. Ze trzeba dlugo jechac. O wlasnie! Jak widze te
                                dzieciaki które biegaja po samolocie, skacza po siedzeniach a na kazda probe
                                usadzenia reaguja krzykiem-to zachwycam się moim dzieckiem. Nigdy, NIGDY się
                                nie zdarzylo, żeby Radzik tak się zachowywal! Od momentu startu do momentu
                                ladowania zawsze siedzi na swoim miejscu. Fakt, ze staram się mu zabrac jakie
                                zabawki czy książeczkę. Ale to on potrafi się tym zabawic na cale 4h lotu!
                                Czy w autokarze. Ludzia mowia, ze zapominaja ze gdzies tam siedzi dziecko! Jest
                                wyjatkowo grzeczny. Ciagle uśmiechnięty. Radosny. Uwielbia zwiedzanie i
                                oglądanie nowych miejsc.
                                Wiem, wiem… musi mieć jakies wady ;-) Wiec niech będzie-wieczne gadulstwo ;-) i
                                wieczna chec do walk ;-)
                                Jestem jednego ciekawa-czy to, ze jest tak wyśmienitym traperem i wrecz
                                urodzonym wędrownikiem, wynika tylko z jego natury? Czy mielimy na to wpływ?
                                Mam tylko jedna nadzieje. Ze zaszczepimy w nim bakcyla podrozy. Ze nie będzie
                                ciulal kasy na kontach czy dusil się przez 20 lat w kredycie na dom… Oczywiście-
                                oby miał wszystko! I dom, i przepastne konto i podroze… Ale jeżeli nie. To mam
                                nadzieje, ze przy decyzji „remontujemy łazienkę czy jedziemy za granice” będzie
                                wybieral to drugie… Bo zycie jest takie krotkie a podroze maja tak wiele do
                                zaoferowania!!!!

                                Nagle z moich rozmyślań nad Radzikiem wyrywa mnie Rzes, który stwierdza „Wiesz
                                Myszko, jeżeli ten Mojżesz szedł przez beduińskie plantacje marihuany i
                                haszyszu, a potem mimo swego wieku, przez jakies 3h, wspinal się na ta gore-to
                                ja się wcale nie dziwie, ze widział gorejący krzew” ;-) heheheheehehhe

                                I oto jest. Klasztor. Na samym dole. Wiec już niewiele drogi nam zostalo…I
                                schodzimy tym zacienionym, przepieknym wawozem. Jeszcze kilka krokow, jeszcze
                                kilka serpentyn i…już wychodzimy na oświetlony plan kolo klasztoru. Zostawiając
                                jego wielkie mury po lewej idziemy 500 metrow na parking, gdzie czeka na nas
                                autokar. Krotka jazda do hotelu podczas krotej wszyscy wymianiaja się
                                wrazeniami z tej wycieczki… ogolnie wszyscy sa bardzo zadowoleni, ale nie
                                poszliby drugi raz ;-) eheheheheh

                                Teraz sniadanie. Idziemy do pokoju po drodze mijamy pelen zielonej wody basen…
                                Rzes stwierdza „przeciez ten basen wytworzyl już chyba wlasny ekosystem..
                                założę się, ze istnieje w nim jakies zycie” ;-) Ja dodaje „Ty! A może to basen
                                z algami?? Ja tyle kasy zostawiam u kosmetyczki na zabiegi z algami a tu mam
                                pod nosem!!” zasmiewamy się, bo i co nam pozostalo… ten hotel jest tragiczny.

                                Szybko się pakujemy rezygnując z kapieli w zimnej wodzie. Z wielka radością
                                opuszczamy ten syf i udajemy się do autokaru, który zawozi nas na znajomy już
                                parking. Tam nasze torby i plecaki zostaja dokladnie przetrzepane. Stamtąd
                                idziemy do klasztoru… jest strasznie upalnie! Czuje się jak na patelni! Zar
                                leje się z nieba! Gorac bije od nagrzanego piachu. Dobrze, ze od czasu do czasi
                                zawieje zbawienny wiatr…
                                W cieniu smarujemy się kremami i wypijamy po lyku wody.

                                Sam klasztor… no coz. Ja chciałam zobaczyc sale z czaszkami-ale była zamknieta.
                                Natomiast gorejący krzew czy studnia Mojżesza… Nie wiem. Może nie jestem az tak
                                wierzaca, żeby mnie powalily na kolana?? A może niewyspanie i zmeczenie
                                działały na niekorzyść tych miejsc?? Niewiem…w każdym razie, gdybym wiedziała
                                jak to jest-to bym wolala zostac w autokarze.

                                Jedziemy już zostawiając za soba klasztor i gory… pniemy się w kierunku Sharm.
                                Podziwiamy jeszcze bajkowo kolorowe, momentami o wymyślnych kształtach gory i
                                udajemy się dalej… Jeszcze godzina, dwie i-już jesteśmy w Sharm. Zostajemy
                                zakwaterowani w hotelu Rehana oddalonym jakies 25km od centrum. Jeszcze krotka
                                walka o zmiane pokoju i… już.
                                Jedyne co robie to wyciągam z walizek nasze stroje oraz zwierzaki Radzia i
                                biegniemy na basen…

                                Iwonka
                                GG1070925

                                P.s. Moze uda mi sie dzis wkleic zdjecia to podam jutro link... Buziaki for
                                all!!!!
                                • ewucha6 Re: 08.10.2005 (sobota) DZIEN 11 28.10.05, 13:10
                                  Iwonko !!!
                                  I doczekałam się, bardzo byłam ciekawa tego opisu, ponieważ podczas naszego
                                  pobytu w Egipcie niestety nie udało nam się zaliczyć Góry Synaj i ... jestem
                                  pod ogromny wrażeniem - czytałam a łzy same spływały po policzku, serce mocniej
                                  biło !!! Trochę się obawiałam (bo jestem w pracy) reakcji np. potencjalnego
                                  klienta, który wchodzi do pokoju i zastaje mnie płaczącą przed komputerem :-)
                                  hihihi ale nie potrafiłam się powstrzymać emocje, wzruszenie wzięły górę :-
                                  ) !!! Dziękuję Ci za ten opis !!!!
                                  Teraz już wiem, że muszę koniecznie zobaczyć taki właśnie wschód
                                  słońca !!!! ... ,też zabiorę moich chłopaków :-) BUZIAKI DLA WAS

                                  • platynka.iw Do Ewci 28.10.05, 14:32
                                    Ewcia, co moge napisac... dziekuje, poprostu bardzo dziekuje...
                                    Jestem w mega pozytywnym szoku... dziekuje...

                                    Caluj Slicznego Szymka!
                                    Iwonka
                                    • ivis Re: Do Ewci 29.10.05, 23:02
                                      Witaj Iwonko,
                                      naprawdę gratuluję z serca wspaniałego opisu. I bardzo siecieszę, że wdrapałaś
                                      siena Górę Synaj. Też w tym roku /wrzesień / na niej byłam. To cudnie
                                      rozgwieżdżone niebo jest niezapomniane, zadne zdjęcie czy film tego nie odda.
                                      Wschód słońca - no coż romantyczką nie jestem, ale droga pątników jest dla mnie
                                      przeżyciem. Znalazłaś tam wodospad???
                                      Serdecznie pozdrawiam, i do zobaczenia..........moze w Egipcie
                                      ivis
                              • mat.monika Re: 08.10.2005 (sobota) DZIEN 11 12.11.05, 01:05
                                Jak miło znów wędrować po Egipcie. Wielkie dzięki za to. Muszę Ci
                                powiedzieć ,Ze w Edfu naprawdę widziałaś sokoła.Ja też miałam tą niesamowitą
                                przyjemność zobaczyć"żyjące freski". Kiedy opuszczaliśmy świątynie usłyszałam
                                znajomy dżwięk więc odruchowo jak w naszym lesie podniosłam głowę w gorę
                                i ...zobaczyłam na tle biebieskiego nieba szybujące nad pylonem 2 barwne
                                sokoły.Po chwili dołączyła druga para i zaczęły obniżać lot aby coś leżącego na
                                ziemi pochwycić w szpony. Ciekawe jakby tą scenę zintrpretowali starożytni?
                                Nikt poza ludżmi którym pokazałam niebo,nie zauważył co się dzieje a szkoda bo
                                widok był przepiękny...
                        • platynka.iw Do anuulka 28.10.05, 12:58
                          Witaj!
                          To co piszesz jest dla mnie niesamowite... tak samo jak wiele poprzednich,
                          podobnych postow. Takie slowa daja mi tak wiele ciepla i radosci! Jak je czytam
                          to wprost niedowierzam "to o mnie? o moich wspomnieniach? niewiarygodne!"

                          bardzo Ci dziekuje i prosze-zostan ze mna do konca 22 dni...

                          A zdjecia Rzesiuniek wkleja, wiec jutro powinny byc.
                          Jeszcze raz-DZIEKUJE I WIELKA BUZKA!!!

                          Pozdrawiam cieplutko :-)
                          Iwonka
                          GG1070925
    • bebicka Re: Trzeci raz w Egipcie - moje 22 dni w "domu".. 28.10.05, 16:16
      Iwonko czytam twoj opis z zapartym tchem i bardzo Ci za niego dziekuje.
      Dlaczego? Dlatego ze dzieki niemu to co bylo tylko wstepnym planem, czyli wyjazd
      zima do Egiptu, staje sie palaca koniecznoscia. Nigdy TAM nie bylam, ale teraz
      wiem ze za nic nie odpuszcze.
      A dzisiaj czytajac o Twojej wspinaczce tez, chcoiaz mzoe to glupie, nie moglam
      pohamowac lez:-)
      Tym bardziej ze doskonale Cie rozumiem, bo sama mam problemy z wchodzeniem w
      gory, co prawda nie nogi a kregoslup, ale efekt w postaci umeczenia na pewno ten
      sam. Ja sobie chyba wydrukuje te Twoj opis i naucze na pamiec i jak sama nie
      ebde dawala juz rady bede go recytowac jak mantre.
      Gratuluje wejscia na szczyt, mam nadzieje ze mi sie tez uda.

      A przy okazji gratuluje rodzinki, z opisu widac ze wspaniala ja mam tylko ejden
      mega problem, moj maz neistety nie polkanla bakcyla podrozowania w takim stopniu
      jak ja:-)
      Ale powiedz mi jeszcze w ajki sposob udalo Ci sie wychowac takiego mlodego
      podrozniak? Pytam bo moj synek ma 1,5 roku, troche sie juz tez najezdzil, ale
      jednak ciagle mam obawy ze w autokarze nie wytrzymalby... moze jest jeszcze za
      maly:-)
      no nic pozdrawiam serdecznie, az zal ze trzeba wrocic do rzeczywistosci, super
      ze jeszcze ponad polowa Twojej wyprawy przed nami. Czekam na dlaszy ciag i
      zdjecia oczywiscie
      Maraska
      • platynka.iw 09.10.2005 (niedziela) DZIEN 12 28.10.05, 23:43
        To była noc! Wczorajsze nocne wejście na Gore Mojżesza i pozniejsze siedzenie z
        nogami w basenie do 22 spowodowaly-ze padliśmy! Dosłownie! Żadne z nas nie
        pamieta jak i kiedy zasnął! Za to dzis-wstalismy o 9:30 wyspani… wypoczeci…
        suuuuuper!

        Zostajemy w tym hotelu do srody. W srode, w ramach wykupionego dodatkowego
        tygodnia, przenosimy się do innego hotelu.

        Otwieram drzwi na taras. Mamy pokoj na parterze. Z tarasu jest wejście na
        soczysta, jasno zielona, mieciutka trawe… Nie mogę sobie odmowic! Upewniam się,
        ze nikogo nie ma i… Wychodze w pizamie na oświetlony, goracy taras i na bosaka
        wbiegam na ta trawe…. Wywalam rece w bok-i zaczynam się krecic, krecic, krecic
        jak szalona!!! Jak mala dziewczynka!!! Szczescie jakie mnie wypelnia chce mnie
        rozerwac od srodka!!! Szybciej, mocniej!!! Dopada mnie Radus, który chwyta mnie
        i kreci się, kreci razem ze mna! Uuuuu…. Ale super! Nagle tracimy pion i oboje
        w salwach smiechu padamy na miekki, puszysty trawnik! Hahahahaha… trzymając się
        za brzuchy turlamy się w prawo, w lewo… Matko. Ale szaleństwo! Hihihihi… w
        koncu zziajani zastygamy lezac na plecach. Wpatrujemy się w bezchmurne,
        turkusowe niebo… w rozpostarta nad nami, wysoka, zielona palme… chłoniemy
        gorace promienie słoneczne i cieply, suchy wiatr… Jestem szczesliwa…

        Niestety. Radus przyplacil ta zabawe chwilowym kichaniem i drapaniem… no tak.
        Uczulenie na trawe ;-( Na szczescie po chwili mu przeszlo.

        Zbieramy się na śniadanko. Wchodzimy do restauracji i… o mamo! Co to za
        kolejka?? Podchodzimy bliżej. Nie, nie do jedzenia… tylko?? A! Już wiemy! To
        kolejka do napoi! No pierwszy raz się z czyms takim spotkałam. Ludzie stoja
        gęsiego, każdy trzyma w dloni pusta butelke i podchodząc do dystrybutora leja
        sobie w te butelki napoje… sok pomarańczowy i zimna karkade. Jak podeszłam z
        literatka by nalac Radkowi, malo mnie nie zjedli! ;-) Zreszta… nie było warto
        się bic. Okazalo się, ze z powodu tego brania w butelki, sok jest straaasznie
        rozcieńczony.
        Zjadamy śniadanko i wracamy do pokoju. Przyznajemy. Poprzednie, intensywne dni-
        troche nas zmęczyły… Postanawiamy, ze do srody nigdzie się nie ruszamy tylko
        leniuchujemy!

        Na szczescie wlasnie okres mi się skończył, wiec będę mogla pomoczyc się w
        basenie. Ale nie teraz. Teraz każdy chce odetchnąć, zajac się soba, swoimi
        sprawami…Wiec wlaczamy na Poloni (wow, w koncu TV ;-) I to po Polsku ;-)
        Radusiowi bajeczke. Lezy sobie na brzuszku, w samej koszulce i macha słodkimi
        nozkami… Wyglada rozbrajająco slicznie! Oczywiście poprosil o cos „z szuflady”
        i teraz slodko wcina WW
        ( bo jak w każdej rodzinie-i w naszej sa jakies hasla czy utarte powiedzonka…
        Wiec jest u nas w kuchni szuflada, w której sa słodycze. I Radus zawsze w domu
        pyta „mogę zjesc cos z szuflady?” I tak mu się to utrwalilo, ze
        słodycze=szuflada, ze nawet jak jesteśmy poza domem to mowi „proszę dac mi cos
        z szuflady ;-)” Najsmieszniej jak pojdziemy do kogos i Radus powie „zjadłbym
        cos z szuflady” ihhihi My wiemy, ze jemu chodzi o cos słodkiego do zjedzenia,
        ale inni nie… ;-) Takie nasze sekrety :-)

        Rzesio siedzi na lozku, na uszach ma słuchawki i slucha plyty Dave Weckla,
        przed soba położył poduszke, zabral palki i… w koncu cwiczy! (Bo Rzesia wielka
        milosc i drugi zawod to perkusista! I wszedzie zabiera z soba palki i puka, i
        stuka i bębni… a nawet jak nie zabiera-to puka palcami ;-) hihihi)

        A ja? Leze pośrodku. Przed soba mam przewodnik o Egipcie. Przegladam go… w
        zasadzie nie wiem po co. Czy ktos tak ma?? Ze nagle bierze jakas książkę o
        Egipcie i zaczyna ja przeglądać… otworzy na pierwszej z brzegu stronie i
        czyta?? Ja tak mam. I w domu. I tu. Wiec wlasnie czytam o Kairze, bo tam mi się
        otworzylo… ale pewnie zaraz przeskocze na Synaj. Jednak nie mogę się skupic, bo
        mi chłopcy nie daja! Radus co chwile obraca się i z calych sil mnie przytula. A
        Rzesio (niby przez przypadek ;-) zamiast na poduszce, zaczyna ćwiczyć na mojej
        pupie…hehehe. Uwielbiam ich za to, ze nie daja mi poczytac… ;-)

        Po jakis 2h wychodzimy na basen. Zajmujemy lezaki i rozkladamy reczniki… Nawet
        nie wiem kiedy Radus wlazł już do brodzika i bawi się z dwiema, slicznymi
        Czeszkami. My kładziemy ciala na wprost słońca i liczymy na brazowo-zlota
        opalenizne ;-) Tak teraz sobie mysle, ze przydaje się nieraz to straszne
        gadulstwo Radzika… bo dzieki temu mogę spokojnie lezec z zamkniętymi oczami ;-)

        Jeszcze poszliśmy na plac zabaw. Potem Radus ubral rekawki i z Rzesiem
        skoczyli do dużego basenu.

        I tak zlecial dzien… Po kolacji idziemy na spacer nad morze. W katalogu
        napisali, ze hotel jest oddalony 300 m. od morza… hmmm… chyba jakis egipskich
        300 m.!! Albo 300 m.x 3 ;-) Nic to… idziemy na niewielka plaze, a tam na
        lezakach Ola z Darkiem i Justyna z Emilem. Radus bawi się przy brzegu, a my
        plotkujemy o Egipcie… jak ja to lubie :D ihhihi

        Ok. 21 wszyscy zbieramy się do hotelu… Ciegle odczuwam wczorajsza spinacze w
        nogach, wiec chetnie się poloze… w dodatku wysoka fala ochlapala Radusia i
        marudzi, ze go sol szczypie. Biedulka :-*


        Szybkie mycie, caluski na dobranoc, walka o klimatyzacje (Rzes zawsze ustawia
        nizej [wtedy ja marzne-bo jestem zmarzluch], a ja podkręcam wyzej [i wtedy
        Rzesiowi jest za goraco] ;-) wymienienie się wyznaniami „kocham Cie” i sen…

        Iwonka
        GG 1070925




      • platynka.iw Do bebicka 29.10.05, 00:00
        Po Twoim poscie... nie wiem co napisac. Bardzo mnie wzruszyl. Tak bardzo, ze
        sie poryczalam. dziekuje... te slowa sa dla mnie bardzo wazne i zapadly mi
        gleboko w serce...
        Gdybys chciala pogadac o Egipcie, zapraszam!
        A co do wspinaczki-wierze, ze sobie poradzisz! Bo naprawde warto!

        Cos Ci napisze... Moze to zabrzmi kontrowersyjnie-ale wierz mi, nie oto mi
        chodzi. Naprawde!
        Rzes nienawidzi Arabow... ale to strasznie i do spodu! I jak planowalam ten
        wyjazd i cos tylko wspominalam-widzialam, ze az go telepie! Ale On mnie bardzo
        kocha. Stara sie zrozumiec i zaakceptowac do konca moje zaswirowanie na temat
        Egiptu. I pojechal ze mna. I slowem nie narzekal. Wiec mozna. Pogadaj z mezem.
        Na pewno sie zgodzi! :-)

        Co do Radzika. Wlasnie nie wiem czy to kwestia wychowania czy wrodzonych
        predyspozycji?? Nie chce sie madrzyc na temat wychowania, bo sama nie wiem jak
        to sie stalo ;-)

        Powiem tak. On od malenkosci z nami wszedzie jezdzil, zabieralismy go w dalekie
        trasy, na wycieczki, na koncerty... Nigdy nie przejmowalam sie drobiazgami
        typu "musimy wrocic, by go o 20:00 wykapac" albo "nie wyjdziemy z Wami do
        knajpki, bo o 15 Radus musi zjesc zupke". Sa pampersy, chusteczki, zupy w
        sloikach-a to wszystko dla dzieci. Rozumiesz mnie? Nigdy go nie
        rozpieszczalismy (chodzi mi o to, ze nie pozwalalismy, by nam wchodzil na glowe)
        Od poczatku rozroznialismy zal, smutek-od zwyklego marudzenia i jeczenia i
        nigdy nie dawalismy na to drugie przyzwolenia. I cos na czym mam bzika-
        konsekwencja. Jezeli powiedzialam nie-to nie. Jezeli cos obiecalam-musialo sie
        to stac. Przez wiele wyjazdow, z roznymi ludzmi-mial czesty kontakt z nowymi
        miejscami i nowymi twarzami. Nie potrzebowal nigdy do snu ulubionej podusi i
        ciszy. Nawet jak siedzialam z nim w domku na wychowawczym i mialam dla niego
        czas-codziennie przez jakies 2-3 godziny musial zajmowac sie sam soba. By umial
        sobie zorganizowac czas, by nie byl zalezny ode mnie, by sam wymyslal sobie
        zajecia a nie bawil sie tylko w narzucony sposob. Jak mial 16 miesiecy polecial
        z nami do Tunezji i tam przekonalismy sie, ze mozemy z naszym dzieckiem
        podrozowac wszedzie i zawsze!
        Mysle, ze czesc-to jego wrodzone predyspozycje. Czesc-przyzyczajenie do takiego
        trybu zycia. Czesc-zaufanie do nas. Tak sadze.
        Ale jezeli jest tu jakis psycholog dzieciecy to sama sie dowiem skad Radek jest
        tak dzielnym, samodzielnym, przyjmujacym kolejne dni takimi jakimi sa-bez
        marudzenia, odpornym na trudy i znoje dzieckiem...


        Trzymaj sie cieplutko :-)
        Iwonka
        GG 1070925
        • platynka.iw 09.10.2005 (niedziela) DZIEN 12 29.10.05, 09:56
          Kolejny słoneczny dzien! W Egipcie nie ma czegos takiego, co się zdarza na
          wczasach w Polsce. Ze się rano podchodzi do okna, odslania firanke i patrzy czy
          swieci slonce, ile chmur na niebie, czy będzie padac czy nie itd. Tu się
          wstaje, na pewniaka ubiera na krotko i wychodzi na full grzejace slonce!

          Idziemy na sniadanie… Stoje po nalesniczki dla Radzia i tak sobie mysle „ale
          bym zjadla nasze ser bialy z prawdziwym razowcem” mmm… ;-) Chyba zaczynam
          tesknic za domem!

          Po śniadanku przebieramy się i idziemy na basen. Radzik w brodziku, my na
          lezakach… Godzina, dwie… I już mam dosyc! Dla mnie hotel to tylko noclegownia.
          Miejsce gdzie się spi i bierze prysznic. I szczerze podziwiam tych, którzy jada
          na 14 dni na wczasy i spędzają te dni na opalaniu i plywaniu w basenie. Ja bym
          chyba umarla z nudow! To zaledwie 1,5 dnia a ja już czuje, ze się dusze! Wiem..
          z pewnością jedna z przyczyn jest fakt, ze ja się w ogole nie opalam! Naprawde.
          Zero pigmentow… Jak leze to slonce ode mnie, niczym od tafli lustra odbija
          się ;-) Co już nie robiłam… Przez 3 miesiace przed wyjazdem zarlam karoten w
          ogromych ilościach… W poprzednich latach, jak Radzik jeszcze spal w dzien-
          chlopcy chodzili do hotelu a ja od 12-14, bez filtrow smażyłam się… Efekt?
          Bladość i przezroczystosc skory. Jestem tak blada, ze widac dosłownie jak
          płynąca w zylach krew pulsuje ;-)
          Wiec jak mam to lubic, skoro jest to w 100% bezefektowne??
          Zreszta… ja uwielbiam zwiedzac, być w ruchu… meczy mnie ta sytuacja.

          Widze, ze Rzes tak jak i ja wierci się na lezaku, nie może się ustawic… tez się
          meczy. Patrzymy na siebie i wiemy wszystko… wystarczy nam już tego
          odpoczynku! ;-)

          Nie! Gniecie mnie ten lezak! I ta mucha co się uparla i ciagle kolo mnie
          bzyczy! Nie, nie, nie… Opalanie to nie jest to, co Tygrysku lubia najbardziej ;-
          ) Nienawidze narzekac, wiec zamiast tu lezec i pogrążać się w negatywach-
          postanawiam cos zmienic.
          Biore Radzika na plac zabaw, przynajmniej cos się będzie dzialo. A Rzesio
          bierze pletwy i idzie popływać w morzu. I tak mija kilka godzin…

          Wracamy do pokoju, by cos zjesc i się napic. Nagle Radus krzyczy „mamuniu,
          zobacz, na scianie siedzi Wojtek!” No tak! To nasz Wojtek! (Wojtek-tak Radus
          nazwal jaszczurke, która w tamtym roku przez 3 dni mieszkala z nami w pokoju
          w „Coral beach” w Hurghadzie ;-) Hihihi…

          Daje Radziowi bulke i wlaczam na chwilke Polonie. No tak. Wybory. Oby tylko
          Kaczor nie wygral…

          Wrócił Rzes. Okazalo się, ze pomost, który przy plazy „Rihana” wychodzi w
          morze-konczy się dokladnie nad sama, rozlegla rafa. I żeby wejsc do morza-
          trzeba po niej przejść! Tragedia! Efekt jest takji, ze nie dosc, ze Rzesio był
          zmuszony stanac na rafie :-( to jeszcze rozwalil sobie piete ;-(. Qrcze… nie
          wyglada to dobrze. Smaruje mu rane mascia Tribiotic i nakładam plaster.

          Mowie „Rzesiu. Może popłynąłbyś jutro na rafy?” i wystukuje do Georga z Aaba
          Sharm sms z namiarami na nas i zapytaniem, czy może się z nami skontaktowac.
          Odpisuje natychmiast, ze będzie do nas dzwonil do naszego pokoju o 20:00.
          Super! Milo mnie zaskoczyl ta natychmiastowa reakcja!

          No co. Przeciez nie będziemy tu gnic, w tym pokoju! Wracamy na basen. Radus w
          rekawkach plywa z Rzesiem w duzym, ja leze i czytam książkę o… Egipcie ;-)
          Nagle slysze jakies tubalne „hallo” i ktos siada na lezaku obok. To jakis
          Egipcjanin. Okazalo się, ze chce mi zaproponowac wycieczke do Kairu i na Gore
          Mojżesza ;-) hehehe. Odpowiadam mu, ze bardzo dziekuje, ale wlasnie wróciliśmy
          z tych miejsc. Robi wielkie oczy i pyta „jak to możliwe?” Odpowiadam, ze od 28
          wrzesnia jesteśmy w Egipcie na objazdowce. Mina mu markotnieje. Patrzy na mnie
          i pokazując palcem na moja reke mowi „jeżeli nie chcesz jechac to wystarczy
          powiedziec –nie. A nie klamac, przeciez widze jaka jestes blada, ze dopiero co
          przyjechaliście do Egiptu” i odchodzi :-/ Nie mam wiecej pytan…

          Upewniam się, ze jednak nie leze w cieniu ;-) i wracam do lektury. I znowu ktos
          mnie zaczepia. Tym razem inny Egipcjanin proponuje mi zrobienie na glowie
          maleńkich warkoczykow. Hmmm… Przyznaje, ze myślałam o tym. Tylko co potem? Jak
          się rozplacze te wlozy-czy nie sa zniszczone, jak siano? Troche rozmawiamy ja
          jednak w koncu rezygnuje. Ok. To ten nagle odwija nitke, która miał na palcu i
          ciagle ja mamlal i proponuje-ze zrobi mi nia depilacje twarzy…. O FUUUJJJ!!!!!
          Stwierdzam, ze lubie moja twarz z moimi wloskami i bardzo mu dziekuje ;-)

          Jest 18:00 i robi się szaro. Pracownicy składają parasole i lezaki. Wracamy
          przebrac się do pokoju i idziemy na kolacje. Stoje z talerzem w kolejce i na
          widok ryzu, makaronu mysle sobie „ale bym zjadla bigos. Albo golabki” ;-)
          hihihi

          Po kolacji spacer miedzy basenami i na 20:00 powrot do pokoju, przeciez ma
          dzwonic Georg. I dzwoni. Mowie mu, ze chcemy wykupic samolotowa Petre na ten
          piątek oraz, czy jest szansa na wyjazd jutro na rafy. Dogadujemy się. O 08:00
          ma Rzes stac przed hotelem, a jak w srode przeniesiemy się do centrum Nama Bay
          to wpadniemy do niego i zaplacimy za wyjazd.
          Wyjazd jest na Ras Mohammed. I super.

          Jeszcze wieczorna sesja fotograficzna cudnie oświetlonych basenow i-spanko.


          Iwonka
          GG 1070925





          • Gość: Maraska/bebicka:-) Re: 09.10.2005 (niedziela) DZIEN 12 IP: *.chello.pl 29.10.05, 12:21
            IwonkoJa tez mam nadzieje ze z mojego rozbojnika wyrosnie taki podroznik, na
            razie wiemz ejest dosc ciekawy swiata i nie boi sie nowych ludzi, nowych miejsc.
            Wprawdzie ma swoja ulubiona przytulanke, ale mzoe to wlasnie pomaga mu sie
            dostosowywac bez prbolemow do wielu hotelowych i nie tylko pokoi, ktore juz
            zwiedzil. Bo troche sie najezdzilsismy, jak mial 6 tygodniew drapalismy sie z
            nim na Sniezke:-)
            Inny problem mam, bo ja owszem mam pdoejscie takie jak Ty odnosnie spania itp.
            Ale moj maz juz nie. moody ma swoje wyznaczone pory i o tych godzinach ma
            chodzic spac, wiec w jakis sposob trzeba mu dopasowywac dzien. przyznam szczerze
            z ejak jestem w domu to mi to an reke ze o tej 14 Mlody idzie sapc a ja mam czas
            na kawe, komputer i poczytanie Twoich wspomnien. Juz sie martwie co bedzie jak
            sie skoncza:-)
            Gorzej z tym na wyajazdach, ja uwazam ze on przesadza, on sie wscieka ze dziecko
            najwazniejsze..e.ch. Natomiast jak ajde z mama a jezdze z nia czesto, poza innym
            wzgledami maz ma duzo mniej urlopu niz ja, to wtedy sie juz niczym nie
            przjmujemy:-) Za jakis czas Mlody pewnie w ogole przestanie sypiac w dzien i
            sprawa bedzie duzo prostsza:-)

            A co do twoich wpsomnien to widze ze szukuje sie jak dla mnie prawdziwy rarytas
            czyli wyprawa do petry, tez mi sie to marzy tylkoc ena troche dobija... noz
            oabczymy, na razie czkeam na opis.
            Acha mam jeszcze pytanie, czy o hotelach pisalas na forum hotele? bo anwet z
            wrazenia nie [amietam czy wymienialas ich anzwy. Podoba mi sie perspwktywa
            wyjscia z pokoju na soczysta trawke:-)
            pozdrawiam wieczorem, po pracy mam andzieje ze znajde cos nowego, hihi
            to sie nazywa mobilizacja:-)
            pozdrawiam
            Maraska
            A pogadac pewnie bede chciala dzieki...ale moze blizej mojego wyjazdu...
            • platynka.iw 11.10.2005 (wtorek) DZIEN 14 29.10.05, 21:33
              Przed 08 rano Rzesio polecial na śniadanko i potem od razu na rafy. Chwile po
              08 rano otrzymalam od niego sms „Myszko. Na jakie rafy ja plyne? Jaki jest
              numer naszego pokoju i z jakim BP jade?” heehhe Bardzo Go kocham ;-)

              Reszta dnia zleciała nudno. Sniadanie. Basen. Plac zabaw. Gra w pilke na
              tarasie. I tak do 17:00. O tej godzinie wrócił Rzesio. Rzuciliśmy mu się na
              szyje, jakby Go nie było tydzień! Ale naprawde strasznie już tęskniliśmy! Zaraz
              Go wzielam na spytki. Powiedział, ze rafa swietna. Ze podpłynęli tez do wyspy
              Tiran i były tam tak ogromniaste musze, ze moglyby robic za mydelniczke! Ale
              najbardziej chwalil biuro. Ze nie było problemu, ze nie miał vouchera. Ze
              przewodnik o wszystkim wiedział. Ze busik nowy, klimatyzowany. Na statku napoje
              (fanta, woda, coca-cola) bez ograniczen. Lunch pyszny (podono swietna ryba). Ze
              przewodnik strasznie na luzie, wesoły i mily. Ogolnie był meeega zadowolony.
              Zaraz wiec wyslalam do Georga z Aaba Sharm sms, ze Rzes jest strasznie
              zadowolony, ze dziękujemy i ze jutro na 100% zjawimy się w jego biurze. Zaraz
              oddzwonil do hotelu, powiedział, ze strasznie się cieszy, ze Rzes jest
              zadowolony i co chcemy do picia jak jutro przyjdziemy-odpowiedz była jedna-sok
              ze świeżych limonek! ;-) hihihi

              Na kolacji spotkaliśmy Ole z Darkiem, Justynke z Emilem i Jarka z Marcinem,
              którzy o 02:00 maja wracac do Polski. Okazalo się, ze nie! Ze maja przesuniety
              lot na 08:00 rano. Sa wkurzeni, ze tak pozno się dowiedzieli, bo na kolacje
              szli już w ciuchach jak do samolotu, walizki spakowane i wstawione przed
              pokoje… A tu trzeba kosmetyki wyciągać, pizamy itd… Zjadamy kolacje (szkoda,
              ze to nie bigos, albo zurek ;-) i zapraszamy wszystkich do nas na pożegnalny
              wieczor ;-)

              Po wyjsciu biegne do lobby hotelowego, żeby złapać dyżurującego tam rezydenta.
              Umawiam się z nim na 12, w celu przewiezienia do Hiltona.

              Jeszcze spacer po terenie hotelu i wracamy do pokoju. Jej. Już mam dosyc…
              Dobrze, ze jutro przenosimy się bliżej centrum. Bo tu poza hotelem nie ma nic!
              A ile można łazić wokół nawet najcudniejszych basenow?? Nie mogę się doczekac
              jutrzejszego dnia i Naama Bay. Ciekawe czy będzie taki, jak to sobie
              wyobrażałam? Tyle o tym miejscu czytałam… kapiemy Radzika, który szybciochem
              zasypia ( i znowu się odkopuje ;-)

              Przychodza goscie i lokujemy się na tarasie. Ponieważ każdy taras ma odgornie
              przydzielone dwa krzesla, a nas jest 6 osob-zapuszczam się na polowanie.
              Cichaczem wybiegam na trawke i patrze, gdzie sa nieoświetlone tarasy… pożyczam
              krzesla i wracam na nasz taras. Rzes stwierdza „jestes niemozliwa”
              No co? Przeciez jeszcze dzis je oddam! ;-)

              Otwieramy ostatni „syrop” na zemste ;-) do tego czestujemy się przyniesionym
              przez gosci piwkiem. Na stol wędrują ciastka i czekolada „z szuflady” ;-) i
              zaczyna się robic wesoło… Niestety. Zostaje zbesztana przez gosci za brak
              suchej krakowskiej, myśliwskiej, sałatki jarzynowej, korniszonow i sledzika… No
              coz… ;-)

              Zabawa trwa… Gdy „syrop” się konczy i nie ma już się czym leczyc ;-) pomalu
              zamykamy impreze… Wymieniamy się jeszcze wizytówkami i obiecujemy sobie, ze w
              Polsce utrzymamy kontakt… Oby!

              Po wyjsciu gosci ja znowu biegam po trawie-tym razem odnosze pożyczone
              krzesla ;-)
              Szybka kapiel i nastawienie budzika na 6 rano… Przeciez musze się z nimi
              pożegnać! ;-(

              Przykrywam odkopanego Radzika, wtulam się w Rzesiunia i słysząc jego spokojne
              bicie serduszka-zasypiam…

              Iwonka
              GG 1070925