telegram29
23.10.06, 21:27
A zatem, żeby się nie zaplątać, dzień po dniu...
Dzień 1. Nie dość, że wylot (Katowice) przesunięto, to jeszcze lot był
opóźniony o godzinę. Samolot wystartował o 23.40, czyli z pierwszego dnia
wakacji biuro nam podarowało jakieś 20 minut.
Dzień 2. Po krótkim śnie (w hotelu byliśmy o 5 rano) – czas na plażę. Trzeba
podejść jakieś 300 m do hotelu Empire Triton. Plaża mała, z dwóch stron
ogrodzona ohydnymi betonowymi cyplami; leżaków może brakować, ale narzekać aż
tak bardzo nie można. Z jednej strony zejście piaszczyste, z drugiej
kamieniste. Blisko brzegu mała rafa – w dużej mierze zdewastowana, ale rybki
kolorowe pływają :-) Po południu spotkanie z pilotką, która będzie się nami
opiekować do końca pobytu. Dominika jest sympatyczna – i konkretna. Ktoś
stwierdził, że nadawałaby się na kaprala w wojsku – i trochę w tym racji było.
Co do jej wiedzy – cóż, mimo że wiele ciekawych rzeczy się dowiedzieć można,
to widać, że ma pewne braki, zwłaszcza jeżeli ktoś zaczyna być dociekliwy. Po
pobycie w Egipcie oczekiwałbym jednak czegoś więcej, choć – trzeba przyznać –
większości osób podane informacje w zupełności wystarczyły. Niektórym było
nawet za dużo ;-) Więc niestety czasem trzeba było zaciskać zęby, żeby nie
wyjść na marudę. Trzeba też Dominice oddać sprawiedliwość: jest świetną
organizatorką.
Dzień 3. Dzień morderczy, ale fascynujący. Bladym świtem wyjazd. Przejazd w
konwoju do Luksoru (też ciekawe doświadczenie – kierowcy autokarów uwielbiają
się ścigać). Na miejscu się jest ok. 11. Najpierw krótki postój pod kolosami
Memnona, potem przejazd obok Ramesseum (niestety, bez zwiedzania) do Doliny
Królów. Spod bramy do samej nekropolii podjeżdża się ciuchcią. Odtąd
każdorazowo pilotka rozdaje przed wejściem bilety wstępu. Temperatury okropne
(zwłaszcza że jest około południa), zero wiatru, ale wrażenia piękne. Bilet
upoważnia do wstępu do 3 grobowców (Tutanchamon ekstra płatny – ale niewarty).
Niestety, grobowiec Setiego I, ponoć najznakomitszy, nieczynny. Jednak inne
też robią wrażenie. Za jednodolarową łapówkę strażnicy pozwalają nawet
pstryknąć fotkę we wnętrzach (cóż, wszechobecna w Egipcie korupcja). Następnie
świątynia Hatszepsut w Dajr al-Bahari – i tu przykra niespodzianka: tylko 40
minut (od wejścia, które jest jednak kawałek od świątyni) na zwiedzania. To
małe nieporozumienie, zwłaszcza że wbrew temu, co się sądzi, jest tam naprawdę
sporo do zobaczenia – zwłaszcza reliefy i malowidła. Potem Karnak – i tu
wystarczająco dużo czasu, a sam kompleks świątynny nie wymaga reklamy,
szczególnie zapierająca dech w piersiach wielka sala hypostylowa. Już
wieczorem, ok. 17-18 zwiedzanie świątyni w samym Luksorze, znów trochę zbyt
pośpieszne, ale z pięknie podświetlonymi kolumnadami pod granatowym nocnym
niebem. Ok. 20-21 zaokrętowanie. Statek Aton jest oficjalnie pięciogwiazdkowy,
ale te gwiazdki są trochę naciągane – na sun-decku basenik maluteńki, może
brakować leżaków; także jedzenie czasami rozczarowuje. Ale ogólnie stateczek
bardzo przyjemny i czysty, obsługa bardzo się stara – no i z ręczników różne
stworki układa. Sympatyczne.
Dzień 4. Już wiedzieliśmy, że fakultet, na który bardzo się nastawialiśmy,
tzn. do Abydos i Dendery, się nie odbędzie (w ponad 40-osobowej grupie
znalazło się niestety tylko czworo chętnych – kolejny raz podczas tej wyprawy
zastanawiałem się, po co wielu z tych ludzi jedzie na objazdówkę zamiast
zostać w jakimś hotelu Hurgady). Dominika wobec tego zaproponowała za 60 dol.
wycieczkę mniej męczącą, ale też bardzo ciekawą. Znowu Zachodni Brzeg. I
kolejno: wioska robotników w Dajr al-Madina (zachowany układ osiedla, dwa
grobowce – mimo że małe, lepiej zachowane niż te w Dolinie Królów!, oraz mała,
ale bardzo ciekawa ptolemejska świątynia Hathor ze świetnie zachowanym
kolorowym reliefem przedstawiającym sąd Ozyrysowy, do której poszliśmy głównie
dzięki naszej dociekliwości) wspaniały kompleks świątynny Madinat Habu (z
powodu podnoszenia się wód gruntownych zaczynający się dosłownie sypać),
Dolina Królowych (niestety, najwspanialszy grobowiec Nefertari Egipcjanie
zamknęli na amen) i przejażdżka łódką na plantację bananów ;-) Po południu
powrót na statek i wypłynięcie.
Dzień 5. O wczesnym poranku ptolemejska świątynia w Edfu (najlepiej zachowana
starożytna świątynia w Egipcie! – choć trzeba pamiętać, że ponad 1000 lat
młodsza niż Karnak czy Madinat Habu), potem błogie lenistwo na statku i po
południu położona tuż nad Nilem świątynia (a w zasadzie jej pozostałości) w
Kom Ombo. Wieczorem dopływamy do Asuanu. Można od razu wyjść do miasta, gdzie
najbardziej zadbany suk w Egpicie – przynajmniej jego część turystyczna. A tu
oczywiście targowanie się i wysoce męczące nagabywanie przez nachalnych
sprzedawców (nie wiem, czy zdają sobie oni sprawę, że bardziej to zniechęca
niż zachęca do obejrzenia ich sklepu). Tak przy okazji: owa opiewana
bezinteresowność Egipcjan jest co najmniej naciągana. Owszem, są oni
uśmiechnięci, otwarci i pomocni, ale niestety, większość z nich już chwilę
później wyciąga rękę po bakszysz, który z islamskiej powinności stał się
sposobem na wyłudzanie pieniędzy od turystów...
Dzień 6. O świcie, a właściwie jeszcze w nocy, wyjazd do Abu Simbel
(fakultet). 3-godzinna jazda w jedną stronę, 2-godzinny pobyt na miejscu, ale
zdecydowanie warto! Wczesnym popołudniem jest się znowu na statku. Przejażdżka
feluką na Wyspę Kitchenera (kiepściutki ogród botaniczny) – zupełnie bez
sensu, zwłaszcza że w Asuanie nie zwiedza się ani niedokończonego obelisku,
ani grobowców dostojników ze Starego i Średniego Państwa (niestety, za późno
dowiedzieliśmy się, że można się tam na własną rękę wybrać), ani pobliskiej
świątyni w Kalabszy. Późnym popołudniem sympatyczna wycieczka (dodatkowy
fakultet 25 dol.) do wioski nubijskiej. Płynie się łódką za Asuan, a następnie
półgodzinna przejażdżka na wielbłądzie skrajem pustyni do samej wioski (zero
cepelii – choć oczywiście ze straganami dla turystów, autentyczne życie).
Wieczorem na statku pokazy nubijskie.
Dzień 7. Około południa wyokrętowanie i autokarowa wycieczka. Wielka Tama
Asuańska (w sumie nic ciekawego) i przede wszystkim File. Po południu jeszcze
przechadzka po Asuanie, a wieczorem wyjazd pociągiem do Kairu. Bagażami się
troszczą bagażowi, ale 25 dol. pobierane na napiwki przez Rainbow to
zdecydowana przesada. Sam pociąg bardzo wygodny, tak że po całonocnej (12
godzin) podróży człowiek nie czuje się zmęczony. Klimatyzacja działa jak
należy, skutkiem czego niektórzy nawet po sweterki zaczęli sięgać...
Dzień 8. Ok. 7 rano zakwaterowanie w całkiem centralnie położonym hotelu
Mayorca – 3 gwiazdki. Gwiazdki egipskie, eufemistycznie rzecz ujmując. Z
czystością nie do końca w porządku, jedzenie (zwłaszcza śniadania) wyjątkowo
nędzne, no i ma opinię tego, gdzie od czasu do czasu coś turystom ginie, choć
nie słyszeliśmy żeby w naszej grupie coś zginęło. Najprzyjemniejszy jest tam
taras z knajpką, gdzie wieczorami bywa przyjemnie rześko, a widoki się
roztaczają jak z Księżyca (upiorne blokowisko upstrzone antenami
satelitarnymi). Ale jako że w hotelu się czasu spędza niewiele, można przeżyć.
Tymczasem o 9 wyruszamy na wyprawę. W Kairze naszym przewodnikiem jest niejaka
Anita – osóbka żałosna, zainteresowana przede wszystkim, brutalnie rzecz
ujmując, robieniem kasy. Już na powitanie stwierdza, że ramadan – i Sfinks
jest zamykany o 14.15 (kłamała, bo czynny był do 15) i wszystko trzeba
szybciutko zwiedzać. Tak że „szybciutko” Memfis i Sakkara (tu oczywiście tylko
piramida schodkowa, o Serapeum czy grobowcu Mereruki można zapomnieć), a już z
zupełnie wywalonym językiem „zwiedzanie” Gizy. Pod piramidami Anita dała
wykłócone 40 minut, co – jeśli ktoś chciał np. wejść do piramidy Chefrena i
muzeum barki solarnej, nie wspominając o zwy