kosmowskim
26.10.06, 10:53
Niespełna tydzień temu wróciliśmy z urlopu, więc wszystko spisuje, żeby
podzielić się z wami na gorąco wrażeniami z wypadu. W tym roku postanowiliśmy
kontynuować naszą podróż po Egipcie. Tradycyjnie zdecydowaliśmy się jechać na
własną rękę, czyli bez biura podróży, bez załatwiania hotelu itd. Mając już
doświadczenie z wyprawy w 2004 roku nie mieliśmy najmniejszych obaw, że coś
może nam się nie udać. Wykupiliśmy tylko lot czarterowy do Hurghady w tamtą i
powrotem.
Chcieliśmy wybrać się w więcej osób, niestety poza jedną koleżanką nie udało
nam się namówić nikogo. Towarzystwo generalnie przestraszone albo naszą wizją
wyjazdu albo niedawnymi zamachami w Egipcie. My postanowiliśmy się tym nie
przejmować i po prostu dobrze spędzić czas.
Plan był chyba ambitny, postanowiliśmy tym razem pojechać do Kairu,
obowiązkowo zobaczyć piramidy, muzeum egipskie i wszystko to, na co starczy
nam sił, potem pojechać jeszcze raz do Luxoru i na koniec popływać, ponurkować
w Morzu Czerwonym. W planach mieliśmy też zamiar zrobić ten podstawowy kurs
nurkowania. Nasza koleżanka miała jeszcze ochotę skoczyć do Aleksandrii. W
zasadzie wszystko z małymi wyjątkami, udało się zrealizować.
Mając na uwadze zdobyte poprzednio doświadczenia, przygotowania do wyjazdu
były skromne. Spakowaliśmy się w dwa małe plecaki, nie zabieraliśmy zbędnego
balastu, bo nie wiadomo czy nie trzeba będzie chodzić z bagażem np. po mieście
w poszukiwaniu hotelu lub dworca. Znajomi widząc nasze plecaki nie mogli
uwierzyć, że jedziemy na dwu tygodniowe wakacje z tak małym bagażem, byli
przekonani, że to bagaż podręczny a normalny bagaż mamy schowany. Widząc
niektórych turystów szczególnie z polski jadących ostatnim razem z potężnymi
walizkami nie ma się, co dziwić. Zastanawia mnie, co oni tam pakują chyba całe
szafy, żelazka, suszarki itp. My spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy, po
trzy koszulki, bielizna, leki na „Zemstę Faraona” i to wszystko.
Wylecieliśmy w nocy z 17 na 18 września 2006r z warszawskiego Okęcia. W
Hurghadzie byliśmy wcześnie rano. Koleżanka, która wybrała się z nami,
niestety dostała tylko tydzień urlopu. Z tego powodu pierwszy dzień
spędziliśmy w Hurghadzie, po to żeby mogła zobaczyć morze, trochę się
popluskać itd. Po wylądowaniu wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do hotelu Ela
Rosa położonym tuż nad morzem. Trochę się przespaliśmy, bo niestety w
samolocie Egipskich linii lotniczych Memphis nie dało się spać. Samolot był
jakoś duży, tzn. dużo ludzi na pokładzie, co za tym idzie ciasno, niewygodnie,
głośno, ledwo udało mi się wpasować w fotel. Najważniejsze, że doleciał cało
do Hurghady, reszta się nie liczy.
Pierwszy dzień w Egipcie upłynął nam spokojnie na snoorkowaniu przy rafie
przylegającej do hotelowej plaży. Trochę się spaliliśmy, ciało nie
przyzwyczajone do takiego słońca jednak szybko się opala i jest wrażliwsze na
oparzenia. Wieczorkiem udaliśmy się na dworzec autobusowy prywatnych linii El
Guana znajdujący się w nowej Hurghadzie, żeby jechać do Kairu. Po
doświadczeniach z poprzedniego wyjazdu z państwowym przewoźnikiem Upper Egipt
tym razem wybraliśmy prywatną linie. Zakupiliśmy bilety w cenie 70 funtów za
osobę i pełni nadziej na lepszą jakość zapakowaliśmy się do autokaru, który
wyglądał na w miarę nowy i sprawny.
Autokar rzeczywiście był w niezłym stanie aż nadto, zwłaszcza sprzęt grający i
odtwarzacz video. Przez całą drogę czyli niemal całą noc byliśmy molestowani,
bo tak trzeba to nazwać jakimś filmem rodem z Bollywood. Wszyscy Egipcjanie,
którzy tym autokarem jechali, zaśmiewali się z tego do łez i widać byli
zafascynowani i wyraźnie poruszeni tym filmem. Tylko dlaczego ja tez musiałem
tego słuchać?
Nad ranem około 6 godziny dotarliśmy do Kairu i ruszyliśmy na poszukiwania
taniego hotelu. Udaliśmy się taksówka w okolice Muzeum Egipskiego, żeby mieć
wszędzie blisko i tam zaczęliśmy szukać hotelu, oczywiście kierowca taksówki
chciał być na siłę bardzo pomocny i zaczął z nami chodzić po hotelach w
nadziei że zgranie jakąś prowizje za załatwienie turystów. Byliśmy jednak
stanowczy i podziękowaliśmy mu za pomoc, chcieliśmy samemu rozmawiać z
hotelarzami. W końcu wybraliśmy stosunkowo tani i nie taki najgorszy Canadian
Hostel. Blisko do metra i do muzeum. Za trzy osobowy pokój ze śniadaniem
zapłaciliśmy 100 funtów.
Rano po krótkiej drzemce i lekkim śniadaniu serwowanym na poduchach,
ruszyliśmy na zwiedzanie. Na pierwszy rzut wybraliśmy piramidy. Metrem z pod
hostelu pojechaliśmy na stację Giza i stamtąd za 10 funtów taksówką pod
piramidy. Było jeszcze w miarę wcześnie i nie było z byt dużych tłumów więc
zwiedzanie zapowiadało się ciekawie. Postanowiliśmy zakupić w pobliskim
sklepie dodatkowy zapas wody, żeby nie przepłacać pod piramidami. Po
tradycyjnym targowaniu do upadłego zakupiliśmy wodę, która wszędzie kosztuje
1,5 funta a tu chcieli nam sprzedać za 5 funtów. Mając już duże doświadczenie
w targowaniu np. z taksówkarzami, hotelowcami itp. nie pozwoliliśmy sobie na
takie przepłacanie. Zaskoczył mnie sprzedawca, chciałem wyrzucić do kosza
pustą butelkę po wodzie i spytałem gdzie jest kosz. Sprzedawca stwierdził że
on weźmie tą butelkę, jak tylko się odwróciłem od razu wyrzucił ją na jezdnie
przed sklep. To taka dygresja jakby się ktoś zastanawiał dlaczego w Egipcie
jest tak brudno na ulicach.
Po opłaceniu biletu 40 funtów, udaliśmy się najpierw pod Sfinksa a potem
skutecznie odpierając ataki sprzedawców widokówek, figurek, chust, napojów
potem naganiaczy na przejażdżki wielbłądem lub końmi ruszyliśmy pod piramidy.
Ja osobiście byłem sceptycznie nastawiony na zwiedzanie piramid, tyle razy
widziałem je w telewizji i na różnych publikacjach, że uważałem że jest to
tylko obowiązkowy punkt programy wszystkich turystów odwiedzających Egipt i
nic więcej. Byłem jednak niesamowicie zaskoczony. Zaskoczył mnie ogrom tych
budowli, z daleka jak jechaliśmy taksówką, czy nawet już na miejscu wydawały
się wyglądać normalnie jak to piramidy. Jednak po podejściu bliżej byłem w
szoku. Są naprawdę ogromne!!! Zwłaszcza piramida Cheopsa. Piramida Chefrena
jest wyższa, przynajmniej tak mi się wydaje ale Cheopsa jest spora. Teraz
naocznie zrozumiałem znaczenie słowa “piramidalnie”.
Po krótkim odpoczynku u podnóża piramidy Chefrena w cieniu jej potężnych
bloków podstawy, postanowiliśmy wejść do jej środka. Oczywiście okazało się,
że trzeba kupić dodatkowy bilet za 30 funtów. Rzeczywistość okazała się inna
niż to co opisują w przewodniku. Za wszystko trzeba płacić i to słono. Z bólem
zapłaciłem za bilety i ustawiliśmy się w kolejce do wejścia, bo właśnie
dowieźli turystów autokarami i rozpędzony tłum rozbiegł się pod piramidą
tworząc przy okazji spora kolejkę. Po odstaniu swojego okazało się że nie
wpuszczają z aparatami i musieliśmy wrócić do koleżanki, która już kiedyś była
w środku i nie miała zamiaru robić tego ponownie, i oddać jej nasz aparat na
przechowanie.
Tym razem już nie staliśmy w kolejce, wcisnęliśmy sie bokiem. Do środka
wchodzi się bardzo wąskim i niskim korytarzem, a żeby było fajniej schodzi się
dość stromo w dół. Kilka turystek wystrojonych w buty na obcasie miało poważne
problemy a kilka wycofało się niemal z łzami w oczach i z krzykiem na ustach
że one nie wejdą do takiej dziury. W sumie to nie ma się czemu dziwić otwór
nie był zbyt duży sam miałem wątpliwości czy tam wchodzić. Z moim wzrostem
1,8m mimo maksymalnego przykucnięcia ocierałem plecami o sufit. Do tego
niesamowity zaduch, brak powietrza skutecznie potęgował doznania.
Najpierw schodziło się w dół potem była trochę wyższa i szersza komora gdzie
można było się wyprostować a następnie trzeba było się podobnym korytarzykiem
wspinać do góry. Myślałem że po takich trudach drogi spotka mnie rekompensata
w postaci przepięknie ozdobionej komory grobowej, a tu nic podobnego. Komora
była przestronna można było rozprostować kości ale na ścianach poza sporym
za