Egipt na własną rękę!!

26.10.06, 10:53
Niespełna tydzień temu wróciliśmy z urlopu, więc wszystko spisuje, żeby
podzielić się z wami na gorąco wrażeniami z wypadu. W tym roku postanowiliśmy
kontynuować naszą podróż po Egipcie. Tradycyjnie zdecydowaliśmy się jechać na
własną rękę, czyli bez biura podróży, bez załatwiania hotelu itd. Mając już
doświadczenie z wyprawy w 2004 roku nie mieliśmy najmniejszych obaw, że coś
może nam się nie udać. Wykupiliśmy tylko lot czarterowy do Hurghady w tamtą i
powrotem.

Chcieliśmy wybrać się w więcej osób, niestety poza jedną koleżanką nie udało
nam się namówić nikogo. Towarzystwo generalnie przestraszone albo naszą wizją
wyjazdu albo niedawnymi zamachami w Egipcie. My postanowiliśmy się tym nie
przejmować i po prostu dobrze spędzić czas.

Plan był chyba ambitny, postanowiliśmy tym razem pojechać do Kairu,
obowiązkowo zobaczyć piramidy, muzeum egipskie i wszystko to, na co starczy
nam sił, potem pojechać jeszcze raz do Luxoru i na koniec popływać, ponurkować
w Morzu Czerwonym. W planach mieliśmy też zamiar zrobić ten podstawowy kurs
nurkowania. Nasza koleżanka miała jeszcze ochotę skoczyć do Aleksandrii. W
zasadzie wszystko z małymi wyjątkami, udało się zrealizować.

Mając na uwadze zdobyte poprzednio doświadczenia, przygotowania do wyjazdu
były skromne. Spakowaliśmy się w dwa małe plecaki, nie zabieraliśmy zbędnego
balastu, bo nie wiadomo czy nie trzeba będzie chodzić z bagażem np. po mieście
w poszukiwaniu hotelu lub dworca. Znajomi widząc nasze plecaki nie mogli
uwierzyć, że jedziemy na dwu tygodniowe wakacje z tak małym bagażem, byli
przekonani, że to bagaż podręczny a normalny bagaż mamy schowany. Widząc
niektórych turystów szczególnie z polski jadących ostatnim razem z potężnymi
walizkami nie ma się, co dziwić. Zastanawia mnie, co oni tam pakują chyba całe
szafy, żelazka, suszarki itp. My spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy, po
trzy koszulki, bielizna, leki na „Zemstę Faraona” i to wszystko.

Wylecieliśmy w nocy z 17 na 18 września 2006r z warszawskiego Okęcia. W
Hurghadzie byliśmy wcześnie rano. Koleżanka, która wybrała się z nami,
niestety dostała tylko tydzień urlopu. Z tego powodu pierwszy dzień
spędziliśmy w Hurghadzie, po to żeby mogła zobaczyć morze, trochę się
popluskać itd. Po wylądowaniu wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do hotelu Ela
Rosa położonym tuż nad morzem. Trochę się przespaliśmy, bo niestety w
samolocie Egipskich linii lotniczych Memphis nie dało się spać. Samolot był
jakoś duży, tzn. dużo ludzi na pokładzie, co za tym idzie ciasno, niewygodnie,
głośno, ledwo udało mi się wpasować w fotel. Najważniejsze, że doleciał cało
do Hurghady, reszta się nie liczy.

Pierwszy dzień w Egipcie upłynął nam spokojnie na snoorkowaniu przy rafie
przylegającej do hotelowej plaży. Trochę się spaliliśmy, ciało nie
przyzwyczajone do takiego słońca jednak szybko się opala i jest wrażliwsze na
oparzenia. Wieczorkiem udaliśmy się na dworzec autobusowy prywatnych linii El
Guana znajdujący się w nowej Hurghadzie, żeby jechać do Kairu. Po
doświadczeniach z poprzedniego wyjazdu z państwowym przewoźnikiem Upper Egipt
tym razem wybraliśmy prywatną linie. Zakupiliśmy bilety w cenie 70 funtów za
osobę i pełni nadziej na lepszą jakość zapakowaliśmy się do autokaru, który
wyglądał na w miarę nowy i sprawny.

Autokar rzeczywiście był w niezłym stanie aż nadto, zwłaszcza sprzęt grający i
odtwarzacz video. Przez całą drogę czyli niemal całą noc byliśmy molestowani,
bo tak trzeba to nazwać jakimś filmem rodem z Bollywood. Wszyscy Egipcjanie,
którzy tym autokarem jechali, zaśmiewali się z tego do łez i widać byli
zafascynowani i wyraźnie poruszeni tym filmem. Tylko dlaczego ja tez musiałem
tego słuchać?

Nad ranem około 6 godziny dotarliśmy do Kairu i ruszyliśmy na poszukiwania
taniego hotelu. Udaliśmy się taksówka w okolice Muzeum Egipskiego, żeby mieć
wszędzie blisko i tam zaczęliśmy szukać hotelu, oczywiście kierowca taksówki
chciał być na siłę bardzo pomocny i zaczął z nami chodzić po hotelach w
nadziei że zgranie jakąś prowizje za załatwienie turystów. Byliśmy jednak
stanowczy i podziękowaliśmy mu za pomoc, chcieliśmy samemu rozmawiać z
hotelarzami. W końcu wybraliśmy stosunkowo tani i nie taki najgorszy Canadian
Hostel. Blisko do metra i do muzeum. Za trzy osobowy pokój ze śniadaniem
zapłaciliśmy 100 funtów.

Rano po krótkiej drzemce i lekkim śniadaniu serwowanym na poduchach,
ruszyliśmy na zwiedzanie. Na pierwszy rzut wybraliśmy piramidy. Metrem z pod
hostelu pojechaliśmy na stację Giza i stamtąd za 10 funtów taksówką pod
piramidy. Było jeszcze w miarę wcześnie i nie było z byt dużych tłumów więc
zwiedzanie zapowiadało się ciekawie. Postanowiliśmy zakupić w pobliskim
sklepie dodatkowy zapas wody, żeby nie przepłacać pod piramidami. Po
tradycyjnym targowaniu do upadłego zakupiliśmy wodę, która wszędzie kosztuje
1,5 funta a tu chcieli nam sprzedać za 5 funtów. Mając już duże doświadczenie
w targowaniu np. z taksówkarzami, hotelowcami itp. nie pozwoliliśmy sobie na
takie przepłacanie. Zaskoczył mnie sprzedawca, chciałem wyrzucić do kosza
pustą butelkę po wodzie i spytałem gdzie jest kosz. Sprzedawca stwierdził że
on weźmie tą butelkę, jak tylko się odwróciłem od razu wyrzucił ją na jezdnie
przed sklep. To taka dygresja jakby się ktoś zastanawiał dlaczego w Egipcie
jest tak brudno na ulicach.

Po opłaceniu biletu 40 funtów, udaliśmy się najpierw pod Sfinksa a potem
skutecznie odpierając ataki sprzedawców widokówek, figurek, chust, napojów
potem naganiaczy na przejażdżki wielbłądem lub końmi ruszyliśmy pod piramidy.
Ja osobiście byłem sceptycznie nastawiony na zwiedzanie piramid, tyle razy
widziałem je w telewizji i na różnych publikacjach, że uważałem że jest to
tylko obowiązkowy punkt programy wszystkich turystów odwiedzających Egipt i
nic więcej. Byłem jednak niesamowicie zaskoczony. Zaskoczył mnie ogrom tych
budowli, z daleka jak jechaliśmy taksówką, czy nawet już na miejscu wydawały
się wyglądać normalnie jak to piramidy. Jednak po podejściu bliżej byłem w
szoku. Są naprawdę ogromne!!! Zwłaszcza piramida Cheopsa. Piramida Chefrena
jest wyższa, przynajmniej tak mi się wydaje ale Cheopsa jest spora. Teraz
naocznie zrozumiałem znaczenie słowa “piramidalnie”.

Po krótkim odpoczynku u podnóża piramidy Chefrena w cieniu jej potężnych
bloków podstawy, postanowiliśmy wejść do jej środka. Oczywiście okazało się,
że trzeba kupić dodatkowy bilet za 30 funtów. Rzeczywistość okazała się inna
niż to co opisują w przewodniku. Za wszystko trzeba płacić i to słono. Z bólem
zapłaciłem za bilety i ustawiliśmy się w kolejce do wejścia, bo właśnie
dowieźli turystów autokarami i rozpędzony tłum rozbiegł się pod piramidą
tworząc przy okazji spora kolejkę. Po odstaniu swojego okazało się że nie
wpuszczają z aparatami i musieliśmy wrócić do koleżanki, która już kiedyś była
w środku i nie miała zamiaru robić tego ponownie, i oddać jej nasz aparat na
przechowanie.

Tym razem już nie staliśmy w kolejce, wcisnęliśmy sie bokiem. Do środka
wchodzi się bardzo wąskim i niskim korytarzem, a żeby było fajniej schodzi się
dość stromo w dół. Kilka turystek wystrojonych w buty na obcasie miało poważne
problemy a kilka wycofało się niemal z łzami w oczach i z krzykiem na ustach
że one nie wejdą do takiej dziury. W sumie to nie ma się czemu dziwić otwór
nie był zbyt duży sam miałem wątpliwości czy tam wchodzić. Z moim wzrostem
1,8m mimo maksymalnego przykucnięcia ocierałem plecami o sufit. Do tego
niesamowity zaduch, brak powietrza skutecznie potęgował doznania.

Najpierw schodziło się w dół potem była trochę wyższa i szersza komora gdzie
można było się wyprostować a następnie trzeba było się podobnym korytarzykiem
wspinać do góry. Myślałem że po takich trudach drogi spotka mnie rekompensata
w postaci przepięknie ozdobionej komory grobowej, a tu nic podobnego. Komora
była przestronna można było rozprostować kości ale na ścianach poza sporym
za
    • kosmowskim Re: Egipt na własną rękę!! 26.10.06, 11:10
      Najpierw schodziło się w dół potem była trochę wyższa i szersza komora gdzie
      można było się wyprostować a następnie trzeba było się podobnym korytarzykiem
      wspinać do góry. Myślałem że po takich trudach drogi spotka mnie rekompensata w
      postaci przepięknie ozdobionej komory grobowej, a tu nic podobnego. Komora była
      przestronna można było rozprostować kości ale na ścianach poza sporym
      zagrzybieniem nie było kompletnie nic, a i sam sarkofag był jakiś taki nijaki,
      chyba zniszczony. Nie ma się co dziwić wszystko zostało wyniesione i albo jest w
      jednym z muzeów albo dawno temu zostało sprzedane na okolicznych bazarach.

      Po męczących odwiedzinach w środku piramidy postanowiliśmy ją obejść do o koła,
      a przy okazji zobaczyć mniejszą piramidę Mykerynosa. Oczywiście znów przyczepili
      się do nas naganiacze na wielbłądach, byli bardzo zdziwieni że chcemy iść w taki
      upał pieszo taki kawał drogi, według ich obliczeń droga wokół piramid to 7km. Na
      pewno kłamali żeby nas przestraszyć, ale jednak coś w tym było.

      W drodze powrotnej z piramidy Mykerynosa z drugiej strony piramidy Chefrena
      doszliśmy pod piramidę Cheopsa, tam zwiedziliśmy muzeum Barki Pogrzebowej
      znalezionej przy piramidzie w specjalnej komorze, z której ponoć odchodzi tunel
      prowadzący do jakiś tajemniczych jeszcze nie odkrytych komnat w piramidzie. Nie
      starczyło man już sił żeby wchodzić do piramidy Cheopsa a już nie wspomnę o
      obchodzeniu jej do o koła. Jest tak potężna że miałem problemy z ujęciem jej w
      całości na zdjęciu, mimo że robiłem to w znacznej odległości. Zaliczyliśmy
      jeszcze małe piramidy królowych usytuowane przy piramidzie Cheopsa i ruszyliśmy
      do wyjścia. W planach mieliśmy jeszcze najstarszą piramidę, piramidę schodkową
      Dżesera w Sakkarze oddalonej jakieś 20 km od Gizy.

      Szybko złapaliśmy, taksówkę, szybko wytargowaliśmy korzystną cenę i ruszyliśmy
      dalej. Po dotarciu na miejsce okazało się, że spóźniliśmy się 20 minut i
      niestety nie możemy wejść na teren nekropoli. Nie dało się w żaden sposób
      przekonać policjantów, nawet propozycja drobnej opłaty nie pomogła. Musieliśmy
      się zadowolić widokiem z ulicy. Zaskoczył mnie upór tych gości, nie chodziło nam
      już o zwiedzanie piramidy, czy chodzenie wokół, przejechaliśmy taki kawał drogi
      i chcieliśmy tylko przejść za bramę, gdzie nie zasłaniały jej palny, zrobić parę
      fotek i to wszystko. Na nic więcej nie mieliśmy już siły. Jednak uparli się i
      nic z tego nie wyszło, mimo czynnego udziału taksówkarza w negocjacjach.
      Zrobiliśmy fotkę z ulicy i wróciliśmy do hotelu odpocząć i coś zjeść.
      -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

      Po krótkim odpoczynku i kolacji w całkiem fajnej knajpie, ruszyliśmy na
      największy i najstarszy Bazar Khan El Khalili. Bazar jest ogromny, oczywiście po
      przejściu kilku uliczek od razu się zgubiliśmy. Na bazarze nic nie kupiliśmy w
      zasadzie przeszliśmy się w około odpędzając się przy tym od wyjątkowo natrętnych
      naganiaczy. Nie wiem jak inni ale mi od razu odchodzi ochota kupowania
      czegokolwiek w takiej atmosferze. Czym prędzej przez bazar przebiegłem, żeby
      jak najszybciej się stamtąd wydostać. Bazar jest w dodatku przeraźliwie brudny,
      wszyscy wszystko rzucają pod nogi, także na uliczkach jest taki syf że nie widać
      juz prawdziwego podłoża, po prostu jest gruba warstwa śmieci, żeby nie być
      gołosłownym załączam zdjęcia.

      Najlepsze jest to z owcami, mam co do tego ciekawą teorię. A mianowicie to stado
      owiec stało obok baru z kebabem więc myślę, że to po prostu świeże mięso na
      kebab, taki magazyn. Zmęczeni nadmiarem wrażeń jak na pierwszy dzień pobytu w
      Kairze szybko wróciliśmy do hotelu i poszliśmy spać.

      -
      Następnego dnia rano ruszyliśmy na zwiedzanie Muzeum Egipskiego. Postanowiliśmy
      poświęcić na to cały dzień, ponieważ muzeum jest bardzo duże. Ruszyliśmy
      wcześnie rano, tuż po otwarciu dla zwiedzających to jest około 10 godziny. Żeby
      dostać się do muzeum trzeba przejść przez szczegółową kontrolę, najpierw przy
      bramie wejściowej a potem już przy samemu wejściu. Tutaj muszę ostrzec
      wszystkich którzy sugerując się przewodnikiem myślą że można wykupić bilet na
      fotografowanie i zabrać aparat do środka. Otóż nic podobnego, nie dość że jest
      całkowity zakaz fotografowania to jeszcze podczas kontroli przy wejściu
      zabierane są wszystkie aparaty fotograficzne i kamery. My mieliśmy w sumie dwa
      aparaty i miałem zabrać jeszcze statyw. Największy problem z tym że ta pani co
      zabierała aparaty wkładała je do takiej szafki niczym nie zamykanej a przy
      wyjściu można było sobie wybrać aparat taki jaki się chciało. My szybko
      upchaliśmy aparaty w plecaku zakrywając je czym sie dało. Na całe szczęście
      wchodziliśmy za jakąś wycieczką i pani rewidująca sie nie wyrabiała, co
      oczywiście wykorzystałem przemykając niezauważony bokiem.

      Muzeum oczywiście niesamowite, takich zbiorów nigdy na oczy nie widziałem,
      posągi, ogromne sarkofagi itd. Na mnie największe wrażenie zrobiła sala
      poświęcona Tutenhamonowi. Najfajniejszy był system czterech kaplic, w których
      mieścił się kwarcytowy sarkofag, zawierający trzy (jedna w drugiej), ostatnia ze
      szczerego złota, antropoidalne trumny. Oczywiście klejnoty i słynna maska
      pośmiertna, tego nie muszę chyba reklamować to trzeba po prostu zobaczyć na
      własne oczy. Musze wspomnieć też o sali gdzie przechowywane są mumie rodzin
      królewskich, my niestety nie weszliśmy do tej sali, ponieważ okazało sie że
      trzeba dokupić specjalny bilet za 100 funtów. Stwierdziliśmy, że to trochę
      przesada, nie dość ze skasowali nas na wejściu po 60 funtów to jeszcze 100
      funtów za mumie, poza tym byliśmy już trochę zmęczeni. Tak z perspektywy czasu
      zastanawiam się czy nie warto było jednak wejść bez względu na kasę. Może
      następnym razem. Nie mniej jednak gorąco polecam muzeum egipskie, naprawdę jest
      co oglądać!

      Po niespełna 6 godzinach łażenia po muzeum mieliśmy już dość, poszliśmy zjeść
      jakiś obiad. Na wieczór zaplanowaliśmy wycieczkę do Gizy pod piramidy na nocny
      “Pyramids Sound and Light Show”. Standardowo pojechaliśmy metrem do stacji Giza
      a potem taksówka pod piramidy. Dla tych wszystkich którzy nie wiedzą, to
      codziennie wieczór od 19 pod piramidami jest tak zwany “Pyramids Sound and Light
      Show”, prowadzony w kilku językach o dziwo po polsku też, trzeba tylko trafić na
      odpowiedni dzień tygodnia. My byliśmy tam w środę, przedstawienie odbywało się
      po angielsku, rosyjsku i grecku. Niestety wejście jest płatne i to nie mało, bo
      60 funtów od osoby. Nie ukrywam, że mieliśmy już trochę dość tego zdzierstwa i
      postanowiliśmy zaoszczędzić. Początkowo chcieliśmy stanąć przy ogrodzeni i
      oglądać wszystko z oddali, zależało nam głównie na wizualnych atrakcjach, jednak
      nie było łatwo policja turystyczna zaraz nas przepędziła. Jeden z właścicieli
      pobliskiej knajpki widząc, że mamy dylemat złożył nam propozycje nie do
      odrzucenia i zaprosił nas na dach swojej restauracji. Widok był całkiem całkiem,
      nie licząc reflektora ulicznego, który świecił nam prosto w oczy i w obiektyw
      aparatu oraz opłaty manipulacyjnej w wysokości 25 funtów od osoby, w cenę
      wliczony był dowolny drink nie alkoholowy z menu. Było naprawdę warto, widoki
      były niesamowite. Podczas przedstawienia lektor opowiadał historię powstania
      poszczególnych piramid oraz ciekawostki techniczne, natomiast same piramidy i
      Sfinks były podświetlane na różnokolorowo. Cała impreza trwa około godziny.
      Efekt można zobaczyć na poniższych zdjęciach.

      -

      Trzeciego dnia postanowiliśmy wybrać się na zwiedzanie Cytadeli Saladyna wraz z
      meczetem Muhameda Ali. Cytadel to na mój gust poza ciekawym widokiem na Kair w
      zasadzie nic ciekawego. Meczet bardzo fajny, bardzo ładne sklepienia, ciekawa
      architektura itd. Troszeczkę sie zirytowałem jak dowiedziałem się z przewodnika
      że zegar, który widać na dziedzińcu meczetu, który jakoś nie pasuje do reszty,
      przekazał król francuski Ludwik Filip w
      • kosmowskim Re: Egipt na własną rękę!! 26.10.06, 11:10
        Trzeciego dnia postanowiliśmy wybrać się na zwiedzanie Cytadeli Saladyna wraz z
        meczetem Muhameda Ali. Cytadel to na mój gust poza ciekawym widokiem na Kair w
        zasadzie nic ciekawego. Meczet bardzo fajny, bardzo ładne sklepienia, ciekawa
        architektura itd. Troszeczkę sie zirytowałem jak dowiedziałem się z przewodnika
        że zegar, który widać na dziedzińcu meczetu, który jakoś nie pasuje do reszty,
        przekazał król francuski Ludwik Filip w zamian za dar Muhammada Alego w postaci
        staroegipskiego obelisku z Luxsoru stojącego obecnie na placu de la Concorde.
        Pominę, to że ten zegar nigdy nie działał, był od początku popsuty.

        Z Cytadeli udaliśmy się piechotą do “Miasta Umarłych”, wydawało nam się że jest
        to dość blisko a poza tym taksówkarze nie wiedzieć czemu chcieli więcej niż za
        przejazd do centrum. Tłumaczyli się że stamtąd to już nikogo nie złapią na drogę
        powrotną. Trochę się dziwiliśmy, przecież tam pewnie też są turyści, zwiedzają
        itd. Droga była dość męcząca, nie było to jednak tak blisko jak nam się
        wydawało. Szliśmy wzdłuż autostrady więc nie było też możliwości przejścia na
        drugą stronę. Minęliśmy południową część miasta umarłych, po drodze widzieliśmy
        kolesia, który leżał pod żywopłotem. Niemiłosiernie brudny i zarośnięty bezdomny
        chyba z wyboru, bo nie chciało mu się nawet poruszać. Nie pisze tego dlatego, że
        nie widziałem jak się porusza, piszę to dlatego że wiedziałem okalające go jego
        własne odchody, a nie wyglądał na nie zdolnego by przejść lub przepełznąć
        przynajmniej o 1m dalej do innego krzaczka. Widok był tak paskudny, że nie
        miałem najmniejszej nawet ochoty robić mu zdjęcia, mimo że byłem nastawiony na
        to że sfotografuje “prawdziwy Egipt”. Szybkim krokiem poszliśmy dalej.

        Idąc dalej nagle zmienił się krajobraz, rozwalające, brudne slamso-grobowce
        nagle zmieniły się w zadbany, czysty park. Po prostu miasto kontrastów!
        Oczywiście musieliśmy tam wejść choćby nawet po to żeby na chwile schować się w
        cieniu i odpoczęć od lejącego się z nieba upału. Niestety jak wszędzie trzeba
        było zapłacić za wstęp, co prawda jakieś 10 funtów od osoby ale zawsze. Park
        okazał się jak ogród z bajki, fontanny, ładnie przystrzyżony trawnik, żywopłoty
        tworzące różne wzorki, kolorowe kwiatki, jakieś ptaszki, po prostu dla nas był
        to raj. Obeszliśmy park dookoła i zacumowaliśmy w fajnej knajpce położonej tak
        jakby na środku jeziorka z fontannami. Naprawdę super miejsce z fajnym jedzeniem
        i piciem. Zjedliśmy sobie obiadek, uzupełniliśmy ubytki płynów w organizmie i
        tak naprawdę nie mieliśmy już ochoty żeby się gdziekolwiek ruszać. Najfajniej
        byłoby tam zostać i nie wychylać się na ten upał.
        Ruszyliśmy jednak z bólem serca dalej do tego miasta umarłych.

        Zmęczeni upałem i dość długą drogą dotarliśmy do celu, przeprawiając się przez
        kładkę nad wspomnianą autostradą. W zasadzie to mogliśmy śladem niektórych
        Egipcjan przejść przez autostradę tak po prostu, jednak mając w pamięci
        przeprawę po pasach na zielonym świetle w centrum miasta nie odważyliśmy się na
        tak drastyczny ruch. Północna część miasta umarłych jest starsza i naszym
        zdaniem ciekawsza. Przeszliśmy się po kilku uliczkach kierując się do
        najstarszej części gdzie znajduje się najwięcej mauzoleów. Niesamowite jest to,
        że ludzie mieszkają w starożytnych grobowcach. Wszystko wygląda mniej więcej jak
        jakieś dziwne miasteczko, w którym zamiast budynków mieszkalnych są zagrodzone
        murkami grobowce starożytnych dostojników tworząc coś w rodzaju podwórek. W tych
        podwórkach niektórzy dobudowali sobie małe chatki, a niektórzy wykorzystali i
        przystosowali do celów mieszkalnych takie jakby kapliczki, mauzolea. Dziwnie to
        wszystko wygląda, ludzie żyją z całymi rodzinami jakby w takich małych domkach
        przy których na podwórkach są groby zmarłych. Spotkaliśmy tam gromadkę dzieci
        które właśnie wyszły ze szkoły. Zaczepiały nas pytając po angielsku skąd
        jesteśmy, jak się nazywamy, nawet zrobiliśmy sobie z nimi zdjęcie. Miast
        Umarłych to w zasadzie cała społeczność, są tam sklepy, meczety jak już
        wspomniałem szkoła. Mieszkańcy bardzo biedni ale sympatyczni, raczej przyjaźnie
        nastawieni i mocno zdziwieni naszą wizytą, przynajmniej nam tak się wydaję.

        Po kilku godzinach chodzenia po małych uliczkach i zakamarkach miasta umarłych
        postanowiliśmy zobaczyć jeszcze dzielnice koptyjską, czyli dzielnice
        chrześcijańską. Wzięliśmy więc taksówkę, nie dało by się tam pójść pieszo, a
        nawet jeśli to nie byliśmy aż takimi zapaleńcami spacerów w czterdziesto
        stopniowym upale. Z złapaniem taksówki był mały problem, po pierwsze było ich
        dość mało nie specjalnie chciały się zatrzymywać w tej okolicy, a jeśli już się
        zatrzymały to taksówkarze nie mówili i nie rozumieli ni w ząb po angielsku.
        Zatrzymaliśmy jednego taksówkarza ale nic nie kumał, potem zatrzymał się
        następny też nic nie kumał dopiero trzeci chyba coś zajarzył i co dziwne
        wytłumaczył temu pierwszemu co i jak i kazał nam jechać z nim. Znakiem tego
        taksówkarze mają jakieś zasady, kto pierwszy został zatrzymany ten ma prawo
        wieść klienta a nie ten, który się potrafi dogadać. Trochę nas zaskoczyła taka
        solidarność wśród taksówkarz.

        Po problemach z barierą językową dotarliśmy w końcu do dzielnicy koptyjskiej.
        Zaskoczył nas rozmiar tej niby dzielnicy, to zaledwie jedna ulica przy której
        jest kilka kościołów katolickich i to wszystko. Ruszyliśmy na zwiedzanie miejsca
        gdzie ponoć w Egipcie ukrywała się święta rodzina i okolicznych kościołów.
        Mieszkańcy tej dzielnicy okazali się być bardzo sympatycznymi, jak za
        dotknięciem czarodziejskiej różdżki ustały nagabywania, zaczepki i namawianie na
        zakupy w sklepikach. Można było spokojnie przejść i poświęcić się oglądaniu
        bardzo starych i bardzo ładnych kościołów. W czasie kiedy to się tak plątaliśmy
        od jednego kościoła do drugiego, zaczepiła nas gróbka dzieciaków w wieku
        licealnym. Namawiali nas usilnie żeby z nimi pójść zobaczyć coś fajnego.
        Wyglądali na niegroźnych więc poszliśmy za nimi. Jak się okazało zaprowadzili
        nas na próbę chóru w którym śpiewali. W jednej chwili znaleźliśmy się w centrum
        przygotowań do nie małego przedstawienia chóralno-teatralnego. Otoczyła nas
        grupa dzieciaków zadając mnóstwo pytań, przedstawiając się opowiadając o sobie.
        Czuliśmy sie jak jakieś gwiazdy, rozemocjonowani rozrywali nas między sobą,
        każdy chciał z nami porozmawiać, zrobić zdjęcie, każdy chciał od nas jakiś
        kontakt, telefon lub e-mail. Byli tak podekscytowani naszą wizytą, że zostaliśmy
        przedstawieni reżyserowi całego przedstawienia jak również Popowi ich kościoła.
        Zaprosili nas oczywiście na wieczorną premierę. Głupio było nam odmówić, choć
        mieliśmy w planach tego wieczoru wyjazd do Luxoru. Przedstawienie miało zacząć
        się o 19 wieczorem nasz pociąg miał być o 23, więc stwierdziliśmy, że
        przynajmniej na początek przedstawienia na pewno przyjdziemy.

        Wróciliśmy do zwiedzania kościółków, drobnych sklepików i o 18:30 zjawiliśmy się
        na przedstawieniu. Jak nasz zobaczyli o mało nie posiadali sie z radości, chyba
        tak naprawdę nie wierzyli w to, że przyjdziemy. Kupiliśmy bilety i już mieliśmy
        wchodzić kiedy to pojawił się wcześniej poznany reżyser, zobaczył że kupiliśmy
        bilety, oburzony zabrał je szybko i zwrócił nam pieniądze. Stwierdził że
        jesteśmy gośćmi i nie musimy nic płacić. Posadził nas na najlepszych miejscach
        tuż pod sceną. Przedstawienie a właściwie Opera była naprawdę super. Nie wiemy
        do końca co przedstawiała ale sam śpiew chóru, śpiew poszczególnych aktorów
        zrobił na nas ogromne wrażenie i naładował pozytywna energią. Niestety jak już
        wcześniej wspomniałem spieszyliśmy sie na pociąg do Luxoru i musieliśmy
        wcześniej wyjść.

        Metrem wróciliśmy do hotelu, spakowaliśmy się i czym prędzej ruszyliśmy na
        dworzec. Jadąc metrem zastanawialiśmy się czemu w czwartek wieczorem była tak
        ciasno, tak dużo ludzi akurat jechało też na dworzec. Na samym dworcu było
        jeszcze gorzej, po prostu dziku tłum. Nie mając pojęcia gdzie
        • kosmowskim Re: Egipt na własną rękę!! 26.10.06, 11:12
          Metrem wróciliśmy do hotelu, spakowaliśmy się i czym prędzej ruszyliśmy na
          dworzec. Jadąc metrem zastanawialiśmy się czemu w czwartek wieczorem była tak
          ciasno, tak dużo ludzi akurat jechało też na dworzec. Na samym dworcu było
          jeszcze gorzej, po prostu dziku tłum. Nie mając pojęcia gdzie kupić bilet na
          nasz pociąg, ogromna ilość kas i straszne kolejki trochę nas zdezorientowały,
          udaliśmy się do informacji turystycznej. Tam miły policjant zaprowadził nas na
          peron do odpowiedniej kasy, po czym okazało się że biletów brak, zaprowadził nas
          więc do innej kasy, to samo, potem jeszcze do innej i to samo. Okazało się, że
          następnego dnia zaczynał sie ramadan i wszyscy właśnie wyjeżdżali z miasta.
          Wszystkie podciągi były przepełnione i bilety dawno wyprzedane. Bardzo chciał
          nam pomóc i zaprowadził nas do jakiejś agencji turystycznej, która i owszem
          miała bilety. Właściciel agencji zaproponowałam nam bilety wraz z hotelem w
          Luxorze za jedyne 100$ za dobę. Była to propozycja nie do odrzucenia jego
          zdaniem oczywiście. Nawet nie próbowaliśmy się targować. Szybko wróciliśmy do
          hotelu, bo w zasadzie nie mieliśmy innego wyjścia tylko zostać jeszcze ta jedną
          noc w Kairze.

          Rano po długich rozważaniach co dalej z sobą począć, postanowiliśmy odpuścić
          sobie Luxor i wrócić nad może do Hurghady. W Luxorze w sumie byliśmy już w 2004
          roku, a perspektywa ponownej walki o bilety i ewentualnej podróży w zatłoczonym
          pociągu 14 godzin skutecznie nas zniechęciła. Po śniadaniu pełni obaw czy
          zostały jeszcze jakieś miejsca w autokarach pojechaliśmy na dworzec autobusowy
          kupić bilety do Hurghady. Na całe szczęście udało się, kupiliśmy bilety na nocny
          autobus.

          Ten ostatni dzień spędziliśmy na spacerach po mieście. W ogóle byliśmy w ciężkim
          szoku, tuż po wyjściu z hotelu. Poprzedniego dnia, a właściwie codziennie w
          Kairze wszędzie były potworne tłumy spieszących się gdzieś ludzi, korki na
          jezdniach, jak to w 20 milionowej stolicy, a tego dnia po prostu pustaka,
          wyludnienie. Samochody prawie W ogóle nie jeździły, można było spokojnie
          przechodzić na druga stronę ulicy w dowolnym miejscu bez obaw że zostanie się
          rozjechanym. Większość sklepów była zamknięta, w tych które były czynne
          właściciele przed wejściami na ulicy pochłonięci byli w modlitwie. W metrze
          panowała po prostu pustka i wszędobylskie odgłosy modlitwy płynące z głośników w
          samym metrze i z okolicznych meczetów.

          Polecam wszystkim Wieżę kairską wysokości 187 m, która wznosi się na wyspie
          Az-Zamalek. Wieża posiada platformą obserwacyjną z kawiarnią i restauracją na
          szczycie, skąd roztacza się wspaniały, panoramiczny widok, widać jak na dłoni
          praktycznie całe miasto, łącznie z piramidami w Gizie. Oczywiście trzeba być
          twardym i nie ulegać kolesiom którzy na tarasie chyba formalnie pilnują lunet
          obserwacyjnych, a nie formalnie zapraszają turystów jedno piętro wyżej, że niby
          tam jest lepszy widok. Oczywiście wyprawa wąskimi schodkami po gruzowisku nie
          jest darmowa, panowie chcieli od nas po 20 funtów od osoby, niestety dostali
          tylko 5 funtów z czego byli bardzo nie zadowoleni. Po obserwacji panoramy miasta
          udaliśmy się na spacer po okolicznych parkach. Wyspa Az-Zamalek jest jedną z
          najbogatszych dzielnic Kairu, znajdują się tu liczne ośrodki sportowe, baseny,
          korty tenisowe, jak już wspomniałem parki i ogrody. Fajnie jest tez pospacerować
          sobie wzdłuż Nilu i przejść sie jednym z mostów. My wróciliśmy jeszcze
          wieczorkiem nad Nil porobić parę nocnych zdjęć. Niestety Kair nie jest zbyt
          ciekawie oświetlony nocą więc efekt jest mizerny. Po romantycznym spacerku
          wróciliśmy do hotelu po bagaże i udaliśmy się na dworzec autobusowy.

          Mieliśmy poważny problem ze znalezieniem tego dworca, na którym kupiliśmy
          bilety. Dworzec był bardzo nowym obiektem chyba co dopiero uruchomionym, byliśmy
          tam rano i myśleliśmy że sami bez problemów tam trafimy, niby blisko metra i w
          ogóle. Tym czasem nic nam się nie zgadzało łaziliśmy z plecakami z 30 minut w
          zasadzie w kółko. Postanowiliśmy w końcu złapać taksówkę, bo kończył nam się
          czas. Taksówkarz twierdził że wie gdzie to jest i spoko nas zawiedzie, tym
          czasem obwiózł nas chyba po wszystkich innych dworcach autobusowych. Po prostu
          nie wiedział o jego istnieniu, najgorsze że ci z tych mniejszych dworców też nie
          wiedzieli. W końcu chyba cudem udało się mu trafić.

          Na tym pięknym nowym dworcu trochę odetchnęliśmy, po stresie panicznych
          poszukiwań. Nie na długo autobus jadący do Hurghady miał być fajny nowy,
          pierwsza klasa itd. Rzeczywistość był trochę inna. Autokar może nie był
          najgorszy, ale sama trasa była dość dziwna. Niby mieliśmy bezpośrednio jechać do
          Hurghady, tym czasem kierowca jeździł po całym mieście, po różnych małych
          uliczkach, czasami miałem poważne obawy czy się zmieści w dany zaułek. Rozwoził
          chyba jakiś znajomych zanim wyjechał na autostradę, mało tego potem zatrzymywał
          się chyba w każdej miejscowości, zabierając tam pasażerów, nie wiem może sobie
          dorabiał na lewo a może akurat te linie mają taki zwyczaj. Nie polecam nikomu
          podróżowania liniami Upper Egipt, nacięliśmy się na nich na poprzedniej wyprawie
          do Egiptu w 2004 roku, jadąc 14 godzin z Luxoru do Hurgady, jak i tym razem. Na
          szczęście cało dotarliśmy do Hurghady i resztę urlopu spędziliśmy na
          snoorkowaniu i nurkowaniu na okolicznych rafach koralowych o czym nie omieszkam
          napisać w następnym artykule.

          Artykuł w trzech cześciach bo go pocieło
          Jak byc o to dostepny jest w całości ze zdjęciami na serwisie wypady.pl:
          Egipt 2006: www.wypady.pl/content/view/64/50/lang,/
          www.wypady.pl/component/option,com_zoom/Itemid,47/catid,22/lang,/
          Pozdrawiam
          Michał
          • moonbeauty Re: Egipt na własną rękę!! 26.10.06, 11:47
            Niesamowite opowiadanie:) Ja nie należę do odważnych podróżników, ale super się
            czytało. Napewno wrażenia dużo większe niż z biurem podróży. Szczególnie to
            przedstawienie na którym byliście...:)
Pełna wersja