Miasto liczy na sześciolatki i się przeliczy

17.09.09, 22:26
W następnych wyborach zagłosuję na tego, kto obieca budowę nowych przedszkoli.
I go z tego rozliczę rzetelnie.
Od prawie 2 lat już jestem mamą i oprócz gadania i budowy wodotrysków za duże
(między innymi moje) pieniądze w sprawie usprawnienia życia dla mam (i ojców
jak najbardziej) z dziećmi, nie dzieję się nic. Nie są budowane ani żłobki,
ani przedszkola, ani zjazdy dla wózków w przejściach podziemnych. A zabranie z
linii 10 większości niskopodłogowych Cityrunnerów przelewa już szale goryczy.
Gdzie się nie ruszyć - kłody pod nogi - i to fizycznie. Obecna ekipa rządząca
jest absolutnie nie przychylna rodzinom z dziećmi. Jaka będzie następna -
zobaczymy, ale na pewno bardziej rozważnie oddam swój głos.
    • Gość: mmm Re: Miasto liczy na sześciolatki i się przeliczy IP: *.toya.net.pl 18.09.09, 10:08
      jak rozliczysz ? Zaglosujesz na kogos innego (ktory tez to obieca) ?
    • Gość: nobody Miasto liczy na sześciolatki i się przeliczy IP: *.tktelekom.pl 18.09.09, 11:32
      Polak, jak to Polak. Ponarzekać musi. Jeżeli magistrat otworzyłby teraz
      dodatkowe przedszkola, za trzy lata, kiedy zacznie obowiązywać reforma,
      rozpętałaby się burza medialna, że pieniądze zostały wyrzucone w błoto, bo
      przedszkola świecą pustkami. Pracownicy przedszkoli podnieśliby protest
      przeciwko zwolnieniom. A wina byłaby w dalszym ciągu magistratu. Zamiast
      spojrzeć i pomyśleć, lepiej ponarzekać. Sytuacja jest trudna i w tym momencie
      trzeba wybierać mniejsze zło. No chyba, że któraś z niżej płaczących mamuś ma
      jakieś cudowne rozwiązanie tego problemu? Czy jednak potrafimy tylko narzekać?
      • mamamloda likwidowanie i budowa 18.09.09, 19:00
        wystarczy pomyśleć zanim się coś zlikwiduje. np. na Stokach był
        kiedyś żłobek, dawno temu funkcjonował nawet w komunie
        jako "tygodniowy'. Później było na Stokach coraz mniej dzieci, aż
        genialnie miasto uznało, że najlepiej będzie go zlikwidować i zrobić
        w jego miejsce dom małego dziecka (niby tez chwalebnie).
        No i po długim czasie (chyba coś z dwa lata) dom małego dziecka
        zaczął działać. Tyle tylko, że w międzyczasie na Stokach urodziło
        się mnóstwo dzieci(sprowadziło się wiele młodych małżeństw, zaćczę
        się budowy deweloperki itd). Mamusie wożą je na Szpitalną do żłobka
        (dość daleko i komunikacją miejską niespecjalnie dogodne), który to
        żłobek w tym roku po remoncie za jedyne 440 tys. zł
        zwiększył "pojemność" do 170 dzieci, co jest oczywiście łodzkim
        rekordem!! To jest aż niewiarygodne, ale tyle maluszków tam chodzi.
    • Gość: gm Re: Miasto liczy na sześciolatki i się przeliczy IP: *.cdma.centertel.pl 18.09.09, 11:36
      To jest problem wszystkich instytucji państwowych . Urzędnicy rozliczaja sie
      nawzajem nie z efektów pracy wynikajacych z celu istnienia danej instytucji
      tylko ze sterty bzdurnych sprawozdań.A przecież nauczyciele powinni uczyc a
      policjanci pilnować porzadku a nie pisac ,że uczyli czy pilnowali porzadku.
      Papier wszystko przyjmie tylko wymaga czasu.
    • Gość: www.ratujmaluchy.p Dlaczego jesteśmy przeciw reformie? IP: 217.76.112.* 18.09.09, 17:45
      1) Szkoły w Polsce są niedoinwestowane
      Często szkoły są w bardzo złym stanie technicznym. Dzieci uczą się
      w przepełnionych klasach, na zmiany. Nie ma odzielnych stref dla
      dzieci młodszych. Dzieci narażone są na agresję, hałas i stres.
      Często brakuje nauczycieli. Dzieci muszą nosić bardzo ciężkie
      plecaki. To tylko niektóre problemy.
      2) Premier zabrał pieniądze na reformę.
      W tym roku z 347 mln zostało 40 mln zł - na wszystkie szkoły w
      Polsce. To nie żart! Nie przeprowadza się tak poważnych reform w
      czasie kryzysu. Nie ma gwarancji, że w następnych latach nie będzie
      jeszcze gorzej.

      3) Ustawa o reformie nie wyznacza ŻADNYCH standardów
      jakie musi spełnić szkoła aby przyjąć sześciolatki w 1 klasie.
      Według zasady, że jakoś to będzie.

      4) Minister Hall pozbywa się odpowiedzialności.
      Za wprowadzanie reformy w szkołach, według oficjalnych deklaracji
      MEN, odpowiadają samorządy.

      5) Pięciolatki trafią do szkół.
      Reforma nakłada od 2011 obowiązek edukacji na pięciolatki oraz
      czterolatki z końca roku. W co trzeciej gminie w Polsce nie ma
      przedszkoli. Tam dzieci trafią do szkół.

      6) Zabraknie miejsc w przedszkolach.
      Zapis dający prawo do edukacji przedszkolnej 5-latków już w 2009
      roku zdezorganizuje edukację przedszkolną. Zabraknie miejsc dla
      dzieci trzy- i czteroletnich.

      7) Wybór między szkołą a szkołą.
      Aby zrobić miejsce w przedszkolach dla WSZYSTKICH pięciolatków,
      samorządy będą przenosić sześciolatki do szkół. Szumnie zapowiadany
      wolny wybór rodzica przez najbliższe 3 lata będzie fikcją. Tak jak
      np. w Warszawie.

      8) Tresura sześciolatka.
      Nowa podstawa programowa przerasta możliwości przeciętnego
      sześciolatka. To czego dziecko uczyło się dotąd przez dwa, teraz ma
      pojąć w rok. Sześciolatek musi pisać zgodnie z zasadami kaligrafii
      i czytać lektury. Pedagodzy podkreślają, że będzie to tresura. Na
      zabawę zabraknie już czasu. Dzieci będą zmuszone siedzieć w ławkach
      i gonić program.

      9) Nie będzie okresu przejściowego.
      Sześciolatki które pozostaną w przedszkolu mają pozostać na
      poziomie pięciolatków. Program nie przewiduje dla nich nauki liter,
      tak jak do tej pory. Trzy roczniki dzieci MEN skazuje na regres
      intelektualny. W imię wyrównywania szans?
      10) Żniwa wydawców.
      W czasie kryzysu finansowego rodzice mają zapłacić MILIARDY złotych
      za wymianę WSZYSTKICH PODRĘCZNIKÓW. Stare podręczniki od września
      staną się makulaturą. Beneficjentami reformy będą przede wszystkim
      wydawcy podręczników.

      11) Nauczyciele bez przygotowania.
      Nie przewidziano szkoleń dla nauczycieli. Szkoły dostaną kopie
      nowej podstawy programowej. Odbyło się też kilkaset konferencji
      powiatowych. To zdaniem MEN wystarczy.

    • Gość: wert Zero tolerancji dla myślenia IP: 217.76.112.* 18.09.09, 17:47
      Karolina Elbanowska , Tomasz Elbanowski 29-05-2009, RZECZPOSPOLITA
      Działania reformatorów polskiej edukacji przyprawiły o czarną
      rozpacz naukowców. W liceum, zwanym dotychczas ogólnokształcącym,
      zlikwidowano naukę takich przedmiotów, jak fizyka, biologia,
      geografia czy historia – piszą działacze społeczni i publicyści

      Bezmyślność gwarantem sukcesu na maturze!”, „Nie ucz się – inni
      wiedzą mniej i będzie im przykro”, „Nauczycielu: ucząc dzieci,
      łamiesz prawo!”. Te hasła to nie bazgroły ze ścian szkolnej szatni.
      To przybliżona treść apeli, jakie w ostatnim czasie wystosowały
      polskie władze oświatowe do uczniów i nauczycieli.
      Reformowanie polskiej edukacji trwa od końca lat 90. Obecna ekipa
      wprowadza właśnie drugi etap reformy, niewiele przejmując się
      głosami protestu. Autorom najnowszych zmian chodzi nie tylko o
      obniżenie wieku szkolnego, które wprowadzają pod hasłem
      wyrównywania szans edukacyjnych. „Wyrównywanie poprzez obniżanie”
      dotyczy w sposób dosłowny także innych segmentów systemu edukacji.
      Jest to obniżanie wymagań, szeroko rozumiane obniżanie poziomu oraz
      eliminowanie niestandardowego sposobu myślenia. Zbyt ambitni
      nauczyciele, zbyt kreatywni uczniowie stają się dla ministerstwa
      zawadą. W ostatnich dniach jedni usłyszeli, że źle wykonują swoje
      obowiązki, drudzy, że twórcze myślenie powinni pozostawić za
      drzwiami szkoły.
      Tajne komplety z nauki czytania
      Początek wyrównywania ma miejsce już w przedszkolu. Na początku
      maja rzecznik Ministerstwa Edukacji Narodowej zapowiedział, że
      sześciolatki pozostawione przez rodziców w przedszkolach mają się
      nie uczyć. Celem tego bezprecedensowego w dziejach światowego
      szkolnictwa apelu jest wyrównanie poziomu dzieci do wymagań nowej
      podstawy programowej, która zakłada, że sześciolatki dopiero w
      szkole poznają litery. Problem dotyczy całych roczników dzieci,
      mamy tu więc do czynienia z wyrównywaniem na szeroką skalę.
      Nauczyciele przedszkolni zapowiedzieli, że nie pozwolą na regres
      intelektualny wychowanków. Zostali więc przywołani do porządku.
      Rzecznik MEN zagroził, że ucząc według starego programu, złamią
      prawo. W tej sytuacji nauczyciele zadeklarowali prowadzenie tajnych
      kompletów z nauki czytania. I tak przedszkolaki od maleńkości
      nauczą się nie tylko literek, ale i konspiracji. Być może za
      kilkanaście lat to doświadczenie pozwoli im się identyfikować jako
      pokolenie „zakazanych czytanek”.
      Na drugim końcu cyklu edukacyjnego wyrównanie objęło absolwentów
      szkół średnich. Kilka dni temu szef Centralnej Komisji
      Egzaminacyjnej zupełnie na poważnie poprosił maturzystów, żeby na
      czas egzaminu wyłączyli twórcze myślenie. Wszystko z powodu
      osławionego klucza oceny, który wyplenia zdolnych i kreatywnych
      uczniów jak perz.
      Klucz maturalny nie zmienia się od pięciu lat mimo apeli wysyłanych
      do kolejnych ministrów. Sposób oceny zadań jest do bólu sztampowy.
      Na przykład: odpowiedź zilustrowana dwoma przykładami zamiast
      jednym jest uznawana za błędną. Jednak zdaniem minister edukacji
      Katarzyny Hall wszystkiemu winni są źli nauczyciele, którzy nie
      nauczyli precyzyjnego wypowiadania się (czytaj: nie przygotowali
      uczniów do używania w teście słów wytrychów).
      Równanie w dół
      Wyrównywanie poziomu w górę jest: a) trudne, b) żmudne i c)
      kosztowne. Trudno się dziwić, że reformatorzy wybrali drugą opcję:
      równanie w dół. Ministerialny walec do wyrównywania szans zatacza
      coraz szersze kręgi. Dotarł już nawet do Internetu.
      Rodzice i uczniowie dowiedzieli się niedawno o zawieszeniu
      działalności strony wyniki egzaminow.pl, na której można było
      porównać osiągnięcia edukacyjne szkół i wyrobić sobie opinię o ich
      poziomie. Popularna strona została przez MEN uznana za zbędną.
      Dzięki temu zabiegowi nie będzie już można mówić o istnieniu
      gorszych szkół, choć prawdę mówiąc, nie będzie też można mówić o
      istnieniu tych lepszych. Oficjalnie poziom edukacji się wyrówna.
      Kto wie, może już niedługo każda szkoła będzie mogła podawać jako
      własny średni wynik egzaminu z całego kraju? A za jakiś czas z
      całej Europy. I tak krok po kroku, rok po roku – jak mówiła pani
      minister Hall – zbliżymy się do poziomu edukacji dumnie zwanego
      europejskim lub zachodnim. Fakt, że stanie się to raczej dzięki
      obniżeniu niż podwyższeniu poziom nauczania, zdaje się być dla
      ministerstwa kwestią drugorzędną.
      Uprawa półinteligentów
      Działania reformatorów polskiej edukacji przyprawiły o czarną
      rozpacz naukowców. W liceum, zwanym dotychczas ogólnokształcącym,
      zlikwidowano naukę takich przedmiotów, jak fizyka, biologia,
      geografia czy historia. Kurs obowiązkowy kończyć się będzie teraz
      na pierwszej klasie, po czym uczniowie wybiorą tzw. specjalizacje.
      Historycy protestujący pod hasłem „Ratujmy historię” zwrócili
      uwagę, że o wydarzeniach tak fundamentalnych w polskich dziejach
      jak Konstytucja 3 maja większość dzieci po raz ostatni uczyć się
      będzie w wieku 14 lat.
      Zamiast historii uczniowie będą mieć historiopodobne zajęcia
      uzupełniające, w kilku wersjach do wyboru: wojna i wojskowość,
      swojskość i obcość, kobieta i mężczyzna. Nauczyciele akademiccy już
      teraz alarmują, że polska szkoła masowo produkuje humanistycznych
      analfabetów. Nowe licealne minimum programowe doprowadzi do
      perfekcji monokulturową uprawę półinteligentów w dwóch, trzech
      popularnych odmianach.
      Zreformowaną podstawę programową oprotestowali też fizycy. W ramach
      przedmiotu o nazwie przyroda, aspirującego do bycia ekwiwalentem
      fizyki w starszych klasach licealnych, pojawiają się takie tematy,
      jak astrologia, różdżkarstwo, lewitacja i współczesna magia
      lecznicza. Prof. Łukasz Turski z Centrum Fizyki Teoretycznej PAN
      ocenił to krótko jako „schlebianie nieuctwu” i podsumował w
      rozmowie z „Rzeczpospolitą”: „Możemy się pożegnać z marzeniem, że
      Polska dogoni cywilizacyjnie resztę świata”.
      Byle nie myśleć
      Krajobraz polskiej edukacji przywodzi na myśl jedną z „Bajek
      robotów” Stanisława Lema, w której elektrycerz Kwarcowy najechał
      mroźną planetę Kryonię. Groziło mu, że gdy zacznie myśleć, jego
      mózg się rozgrzeje. A gdy się rozgrzeje, roztopi wszystko wokół
      siebie i bohater wpadnie w lodową przepaść. Powtarzał więc sobie w
      kółko: „Byle tylko nie myśleć, byle tylko nie myśleć!”.
      Trudno ocenić, czy „Bajki” Lema ostały się w zetknięciu z czarną
      dziurą, która wchłonęła ostatnio większość pozycji z listy lektur
      (książka pozostała w kanonie, ale nauczyciel nie musi już jej
      omawiać).
      Natomiast sam elektrycerz Kwarcowy w pełni zasłużył na to, żeby
      zostać maskotką nowego programu dla polskiej szkoły. Nieśmiało
      proponujemy dla niego hasło: „Zero tolerancji dla myślenia”.
      Autorzy są inicjatorami ruchu społecznego, walczącego o prawa
      rodziców

    • Gość: KOR Rządowa wyprawka dla uczniow i nauczycieli IP: 217.76.112.* 18.09.09, 18:05
      Jeżeli wszystko pójdzie po myśli rządu PO, to najbliższy Dzień
      Nauczyciela – rocznicę powstania pierwszego, świeckiego
      ministerstwa edukacji na świecie – polskie szkolnictwo przywita w
      stanie gorszym, niż w 1773 roku. Przynajmniej pod kilkoma
      względami. Wiele razy powtarzane przez związkowców hasło o
      zabieraniu zdobyczy stuletniej walki ruchu pracowniczego w tym
      przypadku nie jest prawdziwe. Przewidywane reformy bowiem cofają
      nas nie o sto, ale o dwieście pięćdziesiąt lat. Rząd przedstawił
      kompleksowy pakiet, w którym znalazło się wszystko: począwszy od
      promocji prywatnego (czytaj: kościelnego) szkolnictwa poprzez
      degradację związków zawodowych, a skończywszy na drastycznym
      obniżeniu emerytur, powiększeniu pensum i – de facto – obniżeniu
      płac nauczycieli.

      Przy systemie oświaty publicznej grzebali bodajże wszyscy polscy
      rządzący od 20 lat, zawsze z negatywnymi skutkami. Działo się tak
      dlatego, że rozumowano cały czas w duchu ekonomii wolnorynkowej. i
      Wwychodzono tym samym z założenia, że w tym kraju potrzebna jest
      tania i posłuszna siła robocza, a nie ludzie myślący. Już na samym
      początku polskiej transformacji pojawiły się słynne pomysły
      autorstwa prof. Stelmachowskiego, by państwowa szkoła
      uczyła „pisać, czytać i rachować do tysiąca". Tego ideału kolejnym
      ekipom osiągnąć się wprawdzie jeszcze nie udało, ale jesteśmy na
      najlepszej drodze.
      Dekada psucia szkolnictwa publicznego
      Ataki na system państwowego szkolnictwa ruszyły pełną parą za
      czasów ministra Handkego, który – oprócz wprowadzenia
      słynnej „reformy” edukacji w– ramach pakietu czterech reform z 1999
      roku – zrujnował system państwowych, bezpłatnych przedszkoli.
      Obecnie, po 10 latach, znalezienie bezpłatnego przedszkola jest
      niemożliwe. Kompletnym fiaskiem okazały się także gimnazja, które
      stały się doskonałym miejscem nauki życia w obecnym systemie.
      Uczniowie przechodzą tam szybki kurs picia, palenia, a w ramach
      bonusu teraz ostatnio doszły jeszcze tzw. „ustawki" czyli bitwy
      między grupami gmiminazjalistów. Po drodze zanotowaliśmy jeszcze
      ciągnące się od kilku lat fiasko kolejnych wydań nNowej mMatury,
      cechowanej nie tylko przez ogłupiające i metody oceniania, ale i
      coraz bardziej kuriozalne błędy w tzw. kluczach odpowiedzi –
      coroczny koszmar zdających. .
      Potem za psucie państwowego szkolnictwa zabrał się Roman Giertych.
      Zbawienia upatrywał w traktowaniu uczniów jak przestępców,
      przekształcaniu szkół z zakładów wychowawczych w zakłady poprawcze,
      klerykalizacji i ideologizacji nauczania, wreszcie i wprowadzeniu
      surowej dyscypliny i elementów donosicielstwa. Jednak zabawy
      Giertycha, choć bolesne dla uczniów i uczennic, tyczyły się tylko –
      można by rzec – nadbudowy systemu, nie uderzając w jego podstawę.
      Wiele z jego najbardziej radykalnych pomysłów nie przetrwało
      zresztą konferencji prasowych, na których zostały wygłoszone. Tę
      sytuację naprawić chce Teraz, kiedy Giertych poszedł na dobre w
      odstawkę, sprawy wzięła w swoje ręce nowa, PO-wska minister
      edukacji, Katarzyrystyna Hall.
      Rząd PO a edukacja
      Zmęczeni PiS-owską paranoją ludzie w październiku ubiegłego roku
      oddali swe głosy na PO wierząc, że jeśli nawet nie będzie
      zapowiadanego cudu, to przynajmniej wróci normalność. Tak jednak
      się nie stało. Zaraz po utworzeniu rządu PO rozpoczęła ataki na
      publiczny system edukacji. Najpierw mówiono o zlikwidowaniu Karty
      Nauczyciela – ustawy normującej czas i warunki pracy nauczyciela,
      która jest jedną z ostatnich motywacji do podjęcia tego zawodu. Po
      styczniowych mobilizacjach nauczycielskich okazało się jednak, że
      rząd jest zbyt słaby, by w świetle reflektorów zabrać pedagogom
      wszystkie ich dotychczasowe uprawnienia. Przyjęto więc
      taktykę „krzyczcie sobie co chcecie, a my i tak zrobimy swoje". I
      tak oto – praktycznie bez konsultacji ze środowiskami związkowymi –
      przyjęto nowy regulamin płacowy Nie ulega wątpliwości, że sama
      pani minister nie wpadła na genialny pomysł ominięcia związków
      zawodowych. Najnowsza "strategia negocjacyjna" (czyli kompletny
      brak konsultacji ze związkami) na pewno odbywa się przy
      współudziale ministra premiera, szefa negocjatorów Michała Boniego.
      I nie powinno to być dla nas zaskoczeniem. Konflikt na poczcie, o
      którym pisaliśmy niedawno, a w trakcie którego Boni wykazał się
      zadziwiająco prozwiązkową postawą, miał zupełnie inny charakter.
      Wydaje się, że rząd korzysta z usług dobrej firmy badającej
      nastroje społeczne. O ile bowiem w przypadku poczty trafnie
      oceniono, iż załoga nie weźmie udziału w strajku, o tyle teraz Boni
      i cała ekipa Tuska wiedzą, że muszą działać szybko i z zaskoczenia,
      bo nauczyciele projektu nowych zmian – mówiąc potocznie – nie
      kupią. Dlatego też to właśnie w sezonie ogórkowym, za plecami
      związków, próbuje się wprowadzić głębokie zmiany systemowe w
      szkolnictwie. Rządzących może jednak czekać wkrótce duża
      niespodzianka.
      Katalog ataków na państwową edukację
      Nie starczyłoby atramentu, żeby opisać wszystkie przedstawione na
      początku sierpnia pseudoreformy szykowane przez rząd Tuska. Skupmy
      się jednak na kilku ważnych aspektach proponowanych zmian, które
      cofają polskie szkolnictwo co najmniej o sto lat:

      Po pierwsze, rząd Tuska przewiduje wprowadzenie zapisów, które w
      krótkim czasie doprowadzą do dalszego pogorszenia się jakości
      szkolnictwa publicznego. (nie wspominając już o jego dostępności).
      Na dobry początek proponuje się, by szkoły zostały oddane pod
      zarząd samorządu terytorialnego. I nie tylko chodzi tu o drastyczne
      ograniczenie kompetencji kuratoriów, które - dodajmy – do tej pory
      niejednokrotnie były jedyną zaporą, która skutecznie rozbijała
      plany zamknięcia kolejnych placówek edukacyjnych przez samorządy.
      Teraz będą one mogły powoływać i zamykać szkoły wedle własnego
      uznania. Lokalni włodarze dostaną także decydujący wpływ na wybór
      dyrektorów szkół – nauczyciele i władze oświatowe będą w
      mniejszości. To by było na tyle, jeśli chodzi o demokratyczne
      referencje rządu PO.
      Dodatkowo, nowowybrany dyrektor nie będzie musiał legitymować się
      wykształceniem pedagogicznym. Wiadomo – dyrektor musi być dobrym
      menedżerem, a nie jakimś tam belfrem. Nasz menedżer dostanie też
      nowe kompetencje: będzie mógł dowolnie przyjmować i odrzucać
      programy nauczania. Nietrudno więc wyobrazić sobie sytuację, w
      której wójt z LPR-u mianuje swojego partyjnego kolegę, który z
      kolei zarządzi nauczanie na lekcjach biologii kreacjonizmu
      jako „naukowej alternatywy” dla teorii ewolucji. Temu
      systematycznemu obniżaniu poziomu edukacji będzie dodatkowo
      sprzyjał system kształcenia nauczycieli. Od kilku lat bowiem
      wszystkie uczelnie wyższe muszą przejść na tzw. program „3 plus 2”,
      który w praktyce oznacza wypuszczanie nauczycieli z tytułem
      licencjata – czyli tańszych w utrzymaniu i gorzej wykształconych.

      To jednak dopiero początek. Samorządy będą mogły z łatwością
      likwidować placówki edukacyjne, a ich mienie oddawać np. prywatnym
      fundacjom lub też kościołowi. Nowych zarządców nie będzie
      obowiązywała już Karta Nauczyciela, więc pensum będzie można
      podnieść z 18 np. do 27 godzin, oczywiście bez zbędnego
      podwyższania płac. Pilotażowe przykłady skutków takiej reformy są
      już dostępne na rynku. W Jarocinie szkołą zarządza - za pieniądze
      państwowe - fundacja, która płaci dyrektorowi… 1400 złotych
      miesięcznie! W ten sposób, choć formalnie Karta Nauczyciela –
      oczywiście okrojona – pozostanie w mocy, to w praktyce i tak nikt
      nie będzie musiał jej przestrzegać. Skutek? Nauczyciele będą
      zatrudniani na umowę o dzieło, płacone im będzie za każde 45 minut
      w klasie, a dyrekcji nie będzie obchodziło ani to, ile pracy trzeba
      włożyć po lekcjach, ani z czego nauczyciel żyje w lipcu i sierp
Pełna wersja