Straciła dziecko, nikt z nią nie rozmawiał

IP: *.tvsat364.lodz.pl 07.12.09, 20:49
Profesor Oszukowski niech może zacznie od swojego szpitala robić porządek, bo
jego "lekarze" wcale nie są lepsi. Nie, żebym bronił Madurowicza, po prostu
brak ludzkich odruchów u "lekarzy" ginekologów to powszechna przypadłość, ba,
nawet ponura norma.
    • Gość: horror Straciła dziecko, nikt z nią nie rozmawiał IP: *.cdma.centertel.pl 07.12.09, 23:26
      drogi redaktorze, Ameryki nikt nie odkrył. TO co napisał mój
      poprzednik/-czka to prawda, prawda, i tylko prawda. 9/10 ginekologów
      na łódzkich oddziałach to rutyniarze, odnoszący się z pogardą do
      pacjentek i traktujących je jako upierdliwe mięso - albo nie robi im
      się nic, albo traktuje jako "króliki doświadczalne do badań", ale
      generalnie prawa pacjenta - takie słowa można sobie tam w buty
      wlożyć i nie zmienią tego żadne konwencje europejskie czy całego
      wszechświata. Musialaby bomba spaść na wszystkie szpitale, a lekarze
      zarabiać w zależności od uprzejmości dla pacjentek. Prof. Oszukowski
      akurat ma to pod okiem - bo Madurowicz to i tak nic przy tym co sie
      dzieje w Matce Polsce, gdzie na patologi ciąży i nie tylko - można
      leżec przez tydzień i nikt cię nawet nie zbada, wszyscy dostają te
      same leki, piguły wpisują w kartę badania i wyniki, których nie
      było, a kobiety które muszą lezeć, kilkadziesiąt razy dziennie z
      kroplówką w ręku zapieprzają po oddziale na kazde zawołanie
      pielegniarek na kazdy zastrzyk, mierzenie temperatury, ciśnienia
      plus 30 razy w ciągu dnia po kazdy jeden talerzyk z jedzeniem i
      spowrotem, bo trzeba sobie samemu zabrać i odnieść jedzenie od
      salowej.

      Pogarda, brak czasu i brak jakiejkolwiek informacji dla pacjentek o
      tym co się dzieje, co się im robi - to STANDARD. I nie zmienią tego
      ankiety i ISO. Z resztą klinika prof. Oszukowskiego nigdy nie
      przystapiła do programu "Rodzić po ludzku", i dla nich te standardy
      to skaranie boże.


      Wiem doskonale co czuje ta Pani z artykułu. Tysiące kobiet każdego
      miesiąca czują to samo i są podobnie traktowane. I tu naprawdę nie
      chodzi o "wypas" czy wygody, tylko o zwykłe prawo do skorzystania z
      opieki medycznej, prawo do informacji o stanie zdrowia własnym i
      dziecka, i zapewnienie choćby podstawowej opieki lekarskiej.

      Dla ginekologa poronienie to standard - większość z nich ma
      opracowany schemat komentarza, do tego co się stało - "niech pani
      nie panikuje, co 5 ciąża jest poroniona, innym to się też zdarza i
      żyją". Nie patrzą na to ile się na ciążę czekało, jakie było
      komplikacje i czy moze być krwotok i jakies negatywne konsekwencje.
      To czy załamana pacjenta nie targnie się na zycie w bólu i
      cierpieniu po stracie dziecka nawet nie przychodzi im do głowy...

      A całe to gadanie o psychologach - no cóż. W Matce Polce - spotkałam
      dziesiątki takich jak ja i ta pani, zapłakanych, bezradnych z
      pytaniem "co dalej", którym swiat zawalił sie na głowę. Żadnej z nas
      nie zaproponowano spotkania z psychologiem.

      Jedyne co słyszałyśmy, to jutro wyjdzie pani do domu", niech pani
      nie histeryzuje, to nie koniec świata, i nastepny proszę.
      Mnie, krwiawiącą mocno od kilku godzin, gdy lekarz kazał mnie wieźć
      na wózku, piguły na oddziale interesowało tylko czy mam papier z
      grupą krwi, bo bez tego to moge wracac do domu, no i to, zebym
      zlazła w końcu z wózka, nie udawała i sama poszła do swojej sali.
      • Gość: a1 Re: Straciła dziecko, nikt z nią nie rozmawiał IP: *.astral.lodz.pl 08.12.09, 06:39
        Nie leżałam nigdy w Madurowiczu, ale to co piszesz o traktowaniu pacjentek w
        Matce Polce nie mija się z prawdą ani trochę.
    • Gość: łodzianka Straciła dziecko, nikt z nią nie rozmawiał IP: *.lodz.mm.pl 08.12.09, 00:18
      To co spotkało bohaterkę artykułu to niestety nie nowość czy
      przyapdek. Szkoda, że dopiero teraz lekarz ma trafic na dywanik. 10
      lat też znalazłam sie na izbie przyjęć w Madurowiczu. Nawet mnie nie
      przyjęli. Takie rzeczy jak stwierdził - pan doktor- to sie w
      gabinecie załatwia. Dzień później w Matce Polce prawdziwa - pani
      doktor po USG natychmiast kazała mnie przewieźć na salę operacyjną.
      Niestety straciłam wtedy dziecko, ale tamtej lekarki nigdy nie
      zapomniałam. Pio kilku miesiącach znalazłam jej gabinet i zostałm
      jej pacjentką. Od roku jestem szczęśliwą matką i wiem, że w dużej
      mierze dzieki niej. Ona sama cudowna, ale to co przeżyłam na
      oddziale położniczym z moim małym synkiem w Matce Polce to juz
      oddzielna historia. Groza to mało powiedziane. Wiem, że gdybym miała
      rodzic drugie dizcko to pod opika tej samej lekarki, ale w prywatnym
      szpitalu
    • Gość: Marcin Re: Straciła dziecko, nikt z nią nie rozmawiał IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.12.09, 08:29
      W Madurowiczu to norma - w lutym mojej żonie powiedzieli po badaniu na izbie przyjęć, że ciąża jest martwa i żeby sobie poszła szukać szpitala bo oni miejsc nie mają. Nawet żadnego dokumentu z badania nie chcieli dać. I całe szczęście, że miejsc nie mieli bo 8 miesięcy później urodziła się zdrowa córka!
    • Gość: olla Straciła dziecko, nikt z nią nie rozmawiał. Dla... IP: *.toya.net.pl 08.12.09, 09:48
      Za Matkę Polkę należałoby wziąć się przede wszystkim.Mnie stwierdzono obumarłą
      ciążę w 32 tygodniu na izbie przyjęć,gdzie znałazłam się, bo dostałam
      skierowanie zeby zrobić dokładną diagnostykę ilości wód...Lekarz badający mnie
      wieczorem na izbie wprost i dość niegrzecznie zasugerował wielokrotnie, że to
      moja wina.....Po czym rzucono mi,że rano muszę rodzić....oczywiście oka nie
      zmrużyłam do rana....Czekałam do rana a tutaj przesłuchanie jak to się
      stało...następnie kolejne przesłuchanie i kolejne badanie pan profesor i grupa
      studentów i ja stoję na środku i odpowiadam na pytania.....chociaż wszystko
      jest w karcie,ale po co czytać skoro cyrk mozna zrobić i komentować jakby mnie
      nie było....Później było jeszcze gorzej.Krwotok po fachowym prowokowaniu akcji
      porodowej.Po 14 godzinach krwotoku i oczekiwaniu na decyzję SZEFA CO ROBIC i
      ogólnej panice?!!! cesarskie cięcie,dwukrotne przetaczanie krwi i 2 tygodnie
      leżenia na patologii ciąży gdzie panie miały non stop robione ktg.Po utracie
      dziecka to nic sympatycznego. Nie wspomnę o pytaniach lekarzy przy każdym
      obchodzie co tutaj robię i dlaczego ja tutaj skoro dziecko na
      noworodkach......Bez komentarza
    • Gość: z przygodami Od Madurowicza do Matki Polki IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.12.09, 11:01
      W marcu zgłosiłam się na izbę przjęć do Madurowicza ze skierowaniem
      z gabinetu ginekologicznego, gdzie napisano wyraźnie, że pole
      plodowe jest puste (czyli wcześniej, czy później nastąpi
      poronienie). To był 8 tydzień ciąży. Pani dr zapytała tylko czy
      krwawię. Ja, głupio szczera powiedziałam zgodnie z prawdą, że
      plamię. "To proszę przyjść, kiedy zacznie pani krwawić. Do
      widzenia". Mąż przywiózł mnie tego samego dnia po południu... Po
      długim namyśle, już inna pani dr przebadała mnie na izbie, zrobiła
      USG, stwierdziła abortus in actu i... "Rzeczywiście silnie pani
      krwawi, ale proszę szukać innego szpitala, u nas nie mogę pani
      położyć, nie mam miejsca ". Udało mi się doprosić, żeby zadzwoniły
      gdzieś i zapytały, gdzie w naszym mieście może zgłosić się roniąca
      kobieta. Podały Matkę Polkę. Tam, nie bez problemów, ale przyjęto
      mnie. Na drugi dzień badanie USG nie wykazało już śladów plodu, więc
      potrzymano mnie tydzień robiąc badania bhcg, żeby (jak się później
      okazało) udowodnić sobie (bo nie mnie), że w ogóle byłam z ciąży,
      gdyż najwyraźniej skierowanie do szpitala nie było wystarczającym
      dowodem. Kiedy już lekarze poinforomowali mnie,
      że "najprowadopodobniej" poroniłam, zrobiono mi zabieg. Muszę jednak
      powiedzieć, że za wyjątkiem kwestii niektórych lekarzy, pobyt w
      szpitalu (chirurgia ginekologiczna) wspominam całkiem dobrze.
      Pielęgniarki były bardzo porządnymi kobitkami, a ekipa w zabiegowym
      była tak sympatyczna, że zasypiając uśmiechałam się, nawet całkiem
      wyluzowana. Podejrzewam, że miałam sporo szczęścia. Mam jednak
      nadzieję, że jeśli kiedykolwiek trafię jeszcze do szpitala, to
      jedynie na poród ;)
    • Gość: A. Straciła dziecko, nikt z nią nie rozmawiał. Dla... IP: *.toya.net.pl 08.12.09, 11:04
      Ja w 12 tygodniu zgłosiłam się na kontrolne USG do szpitala im Rydygiera w
      Łodzi. Cieszyłam się jak głupia, że zobaczę moje pierwsze dziecko; jak
      wygląda, jak się rozwija. Po długim oczekiwaniu pojawił się lekarz. Zaczął
      badanie i oświadczył ze stoickim spokojem, nawet na mnie nie patrząc, że ciąża
      jest obumarła i mam zgłosić się jutro na Izbę Przyjęć. Byłam w szoku! Zaczęłam
      pytać jak to możliwe skoro dwa dni temu byłam na badaniu i było wszystko w
      porządku, a on mnie praktycznie wypchnął za drzwi mówiąc, że to bardzo częsty
      przypadek, że ciąża się nie rozwija i o wszystko mam pytać lekarza
      prowadzącego bo on ma teraz kolejne pacjentki! Wracając do domu prawie wpadłam
      pod samochód bo z płaczu nic nie widziałam. Na zabieg pojechałam następnego
      dnia, ale do Matki Polki, gdzie wcale lepiej mnie nie potraktowano, Nikt nic
      nie mówił, tylko zbadali i wezwali na zabieg. Kiedy leżąc na fotelu spytałam
      co teraz będzie, nie doczekałam się odpowiedzi bo od razu mnie uśpiono.
      Obudziłam się po chwili na sali. Nie było żadnej psychologicznej opieki. NIC.
      Następnego dnia wypisano mnie do domu nie dając nawet zwolnienia do pracy bo
      akurat mieli strajk! Z temperaturą musiałam udać się do lekarza pierwszego
      kontaktu bo ginekolog na rejonie powiedział, że mnie nie przyjmie bo nie byłam
      zapisana. Jakaś paranoja! Pół roku później już byłam mądrzejsza i bogatsza o
      doświadczenia i kiedy zaszłam w ciąże nie żałowałam pieniędzy na prywatnego
      lekarza, który najął się mną bardzo rzetelnie i dzięki temu dziś mam zdrowego
      i pięknego syna! Szkoda tylko, że tak to w Polsce wygląda, a tego co wiem
      takie traktowanie to standard.
    • Gość: nieważne Straciła dziecko, nikt z nią nie rozmawiał. Dla... IP: *.toya.net.pl 08.12.09, 11:10
      Straciłam dziecko w 37 tc. Na sali porodowej dowiedziałam się, że
      mój synek nie żyje, ale musiałam urodzić bo akcja porodowa była w
      toku. Byłam w Koperniku i jedno muszę powiedzieć - mimo ogromu
      tragedii jaka nas dotknęła nie wiem jak bym sie czuła gdyby nie
      postawa całego personelu medycznego, jaki się nami zajął. W tym
      przypadku wszyscy jak jeden mąż od ordynatora przez położne do
      salowych włącznie bardzo starał się nam pomóc. Tak ludzkiej opieki
      nie mogłabym otrzymać nigdzie indziej.
      Prawdą jednak jest, że w łódzkich szpitalach jest źle. Madurowicz
      wiedzie prym pod względem niechlubnych opinii o lekarzach, personelu
      i traktowaniu pacjentek. Z Matką Polką nie jest lepiej. Tam każda
      pacjentka jest numerkiem. Standardem jest, że inny lekarz robi
      badanie usg a inny sie pod nim podpisuje. Wiem to z autopsji.
      Lekarze MP w większości (bo nie wszyscy) mają o sobie i szpitalu
      mniemanie wyższości i bycia najlepszymi. Nie umieją przyznać się do
      błeu i jak jeden mąż będą twierdzić, ze ich koledzy nie popełnili
      błedu. Lekarz genetyk na kolejnej wizycie pyta o to samo, i
      rozdrapuje ranę, która się jeszcze nie zabliźniła, mimo że zapisała
      sobie w karcie co i jak i ma dokumentację przed nosem. Nie umie
      powstrzymać się od osobistych wycieczek i komentarzy - bo to moja
      wina, że dziecko nie zyje? jego zdaniem najwyraźniej tak, bo nie
      przyjechałam rodzić do MP. Pacjentki w MP dostają leki, które daje
      się rutynowo, ale w niektóych przypadkach mogą powodować
      komplikacje, ale to już jest traktowane jako "błąd statystyczny".
      A pogadanka w Madurowiczu co da? Nic. Trzeba wymienić całą kadrę,
      wyrwać z korzeniami cały ten skostniały system a medyków już na
      studiach uczyć właściwego traktowania pacjentów. Całą kartą praw
      pacjenta można sobie co najwyżej tyłek podetrzeć, bo prawie nigdzie
      nie można się swoich praw wyegzekwować a jeżeli już to trzeba dużo
      samozaparcia. Przykład: dokumentacja medyczna jest w teorii
      własnością pacjenta, ale w MP można dostać na żądanie tylko kartę
      ogólną (jej kopię), bo wewnętrzne poradnie "swoich wewnętrznych"
      kart nie dają.
      I tak dalej i tak dalej.
      Współczuję bohaterce artykułu. Coś takiego nie powinno nigdy i
      nigdzie mieć miejsca. A lekarz komentujący że z punktu widzenia
      medycznego lekarze zachowali się prawidłowo to kpina.
    • nandik Re: Straciła dziecko, nikt z nią nie rozmawiał 08.12.09, 13:02
      O czym jest mowa?! - porozmawiać!!! Kobieta nosi obumarłą ciążę i
      należy tylko porozmawiać?! Tą kobietę nalezy zatrzymac w szpitalu i
      pomóc jej uporać sie z usunięciem martwego dziecka, gdyz ono zatruwa
      jej organizm.
    • Gość: slonce Straciła dziecko, nikt z nią nie rozmawiał. Dla... IP: *.ericpol.pl 08.12.09, 14:44
      Ja to samo przeżywałam, dla lekarzy to PO PROSTU NORMA. Ja też czekałam na
      moment kiedy mój organizm sam poroni- wcześniej lekarze dla pewności nic nie
      robią bo jest ryzyko że ciąża jest ok tylko dziecko jest małe
    • Gość: Tomek Straciła dziecko, nikt z nią nie rozmawiał. Dla... IP: *.barn.cable.virginmedia.com 08.12.09, 20:02
      Jezus maria.. a ja myślałem że angielskie porodówki nie umywają sie
      łódzkich, a zwlaszcza do szpitala specjalistycznego jakim jest matka
      polka. nasluchalem sie dziwnych opowisci o porodach w w uk. i
      wszystkim mowilem ze do polskich specjalistów to im daleko,teraz to
      musze odszczekac. jak mozna odeslac kobiete z martwym plodem w
      brzuchu do domu.. jezu..
Pełna wersja