W "Polityce" o urban sprawl cz.1

IP: *.lodz.msk.pl 10.05.10, 18:41
www.polityka.pl/spoleczenstwo/reportaze/1505408,1,rozterki-mieszkancow-przedmiesc.read
<<<<<<<<<
Idylla życia na przedmieściu to w Polsce pojęcie o krótkim terminie ważności. Marząc o domku na obrzeżach miasta, trzeba mieć świadomość, że miasto i tak nas tu dopadnie. I pokaże swoją najgorszą twarz.

Aby zdążyć na uczelnię, Kasia Pietrasik, mieszkanka warszawskich Bielan, musi wyruszyć z domu półtorej godziny przed rozpoczęciem zajęć. W drodze na przystanek autobusowy minie kilka luksusowych osiedli domków jednorodzinnych. Każde z nich jest strzeżone i otoczone wysokim płotem. Na jedno z tych osiedli Kasia mówi Motyl. Deweloper postawił je kilka lat temu w miejscu, w którym według tego, co mówiła pani od biologii, znajdowało się siedlisko rzadkiego gatunku motyli. Będąc uczennicą szkoły podstawowej Kasia najpierw chodziła po tej łące i wypatrywała barwnych owadów, a potem pisała długie listy do ministra środowiska w obronie tych motyli. Bez skutku. Teraz, biegnąc na przystanek autobusowy, może sobie tylko wspominać łąkę, która tu była.

Może też Kasia kląć, na czym świat stoi, tkwiąc w autobusie, który znów ugrzązł w korku. Wszystkie jej problemy z dojazdem na uczelnię zaczęły się mniej więcej wtedy, gdy na Motylu urodziły się pierwsze dzieci, a w okolicy aż zaroiło się od podobnych osiedli. A apogeum przyszło, gdy uruchomiono najdalej na północ wysuniętą stację warszawskiego metra.

– Metro ułatwiło dojazd do centrum ludziom, którzy mieszkali w jego okolicy. Zlikwidowano jednak połączenia autobusowe najdalszych części miasta ze Śródmieściem. Teraz dojeżdżają one tylko do Młocin. Uruchomienie metra wydłużyło mój dojazd na uczelnię. Taki paradoks – uśmiecha się. Potem wysiada z autobusu i wraz z tłumem lekko już podenerwowanych podróżnych biegnie do metra. I jeszcze się nie zastanawia nad tym, jak wróci do domu. Nie myśli o tym, że jeśli późnym wieczorem ucieknie jej autobus, następny będzie miała za pół godziny. Nie myśli sobie „czas to pieniądz” tylko dlatego, że jeszcze studiuje i do zagadnienia rozwoju wielkiego miasta może podejść na luzie.

Nie jest też jednak tak, że Kasia nie zdaje sobie sprawy z tego, co się dzieje wokół niej. W końcu studiuje geografię i wie, że to wszystko – osiedle na jej ukochanej łące, korek na wąskiej drodze, zapchany autobus i tłok w metrze – jest częścią większego zjawiska. Nazywa się je urban sprawl, czyli w wolnym tłumaczeniu: rozlewanie się miasta – i dotyka już wszystkich większych ośrodków w Polsce. Od kilku lat płaczą nad nim urbaniści, ale mało kto chce ich słuchać. A to niedobrze, bo wkrótce zaczniemy płakać wszyscy.

Sprawl po polsku

Mechanizm jest dość prosty. Boom gospodarczy powoduje bogacenie się społeczeństwa. Coraz więcej rodzin myśli o kupnie własnego „m”, najlepiej na cichych i spokojnych przedmieściach. Zresztą w centrach miast zaczyna brakować działek pod budownictwo mieszkaniowe, deweloperzy zaczynają więc rozglądać się po obrzeżach. Szybko powstają idylliczne osiedla, bardziej z nazwy niż lokalizacji. Idylla trwa dwa, trzy lata. Bo na przedmieściach mieszkać chcą kolejni. Buduje się więc kolejne osiedla, trochę dalej, bardziej na obrzeżach.

Pojawiają się pierwsze problemy – bo z tych obrzeży trzeba dojechać, infrastruktura rozwija się jednak wolniej niż budownictwo. Komunikacji miejskiej brak, więc rodziny kupują samochody, samochody grzęzną w korkach, mieszkańcy zaczynają protestować. Zwłaszcza ci, którzy sprowadzili się tutaj pierwsi. Ich ciche osiedla przestały być ciche. Władze w końcu poszerzają drogę, deweloperzy wykupują grunty wzdłuż niej, reklamując swoje inwestycje jako doskonale skomunikowane z centrum. Wprowadzają się nowe rodziny, kupują kolejne samochody, grzęzną w jeszcze dłuższych korkach. Kolejne protesty, kolejne osiedla. Oto urban sprawl po polsku.

– Samo pojęcie powstało w Stanach Zjednoczonych i właściwie tylko tam mamy do czynienia z jego klasyczną odmianą – wyjaśnia dr Michał Beim, specjalista od urbanizacji z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. – W Polsce rozlewanie się miast określamy raczej jako suburbanizację. Mechanizmy są jednak dość podobne.

Problem dotyczy przede wszystkim Warszawy. Z badań dr Doroty Mantey z Uniwersytetu Warszawskiego wynika, że jednym z najbardziej ekspansywnych kierunków rozwoju stolicy jest południe. Piaseczno, Lesznowola, Grodzisk Mazowiecki i okalające je miejscowości przeżywają od kilku lat prawdziwy najazd osadników. – Swoje badania prowadziłam w 2006 r. Od tego czasu sytuacja wielu osiedli, położonych wtedy na uboczu, znacząco się zmieniła. Docierają do mnie sygnały, że na przykład mieszkańcy warszawskiego Józefosławia, uchodzącego niedawno za cichą ostoję, zmęczeni tłokiem i hałasem wyruszają na południe, w kierunku Piaseczna i Ustanowa – wyjaśnia dr Mantey.

Zdaniem Michała Beima, w najbardziej niepokojący sposób rozlewa się także Poznań. – I tu suburbanizacja już dawno wymknęła się spod kontroli i biegnie swoim torem. W Poznaniu, zwłaszcza wieczorami, już widać wyludnienie centrum miasta, ludziom nie chce się tutaj przyjeżdżać z odległych i źle skomunikowanych przedmieść – wyjaśnia. – Sprawl dotknął też aglomerację śląską, Wrocław, Kraków, Szczecin. Dość skutecznie opiera mu się chyba tylko Łódź, ale tylko dlatego, że ma dość sporo rezerw lokalowych wewnątrz miasta.
/>>>>>>>>>>>

[podkreślenie moje, teza dla Łodzianina dość zaskakująca :)]
    • Gość: barnaba Re: W "Polityce" o urban sprawl cz.2 IP: *.lodz.msk.pl 10.05.10, 18:42
      www.polityka.pl/spoleczenstwo/reportaze/1505408,2,rozterki-mieszkancow-przedmiesc.read
      <<<<<<<<<<<<<<<
      Wojownicy w korkach

      Z położonych w centrum Poznania Jeżyc dr Beim jeździ na uczelnię rowerem. To
      spory kawałek, bo uniwersytecki kampus został wyrzucony na Morasko – dalekie
      peryferia Poznania. Pedałując tak obrzeżami miasta Beim miał wielokrotnie szansę
      obserwować zachodzące tam zmiany. I rozpaczliwą walkę mieszkańców nowych
      przedmieść o idyllę obiecywaną w prospektach.

      Taką walkę od kilku lat prowadzi Arleta Matuszewska z podpoznańskiego osiedla
      Strzeszyn. Gdy wchodzi na sesję poznańskiej Rady Miasta, po sali przechodzi
      szmer, a prezydent Grobelny załamuje ręce. – Bo Strzeszyn znowu będzie coś
      chciał – śmieje się Matuszewska.

      Kilka tysięcy mieszkańców nowych bloków i szeregowców ma do wyboru jedną,
      wiecznie przepełnioną linię autobusową lub własny samochód i kilkadziesiąt minut
      w obowiązkowym korku. Przez lata brakowało tutaj podstawowej infrastruktury. To
      znak rozpoznawczy polskich przedmieść. Stawia się budynki, wpuszcza do nich
      ludzi i niech się dzieje, co chce. Niedawno Matuszewska odniosła swój największy
      sukces: po kilku latach walki na osiedlu ruszyła budowa szkoły.

      – Urządzaliśmy pikiety w urzędzie, namówiliśmy księży, żeby modlili się o nową
      szkołę podczas mszy, zrobiliśmy taki hałas, że nie dało się nas ignorować –
      wspomina. Jeszcze do niedawna woziła w bagażniku samochodu transparent z napisem
      „Chcemy szkoły”. Teraz nie może go znaleźć, bo nie pamięta, w którym bagażniku
      zostawiła go po raz ostatni. W jej rodzinie auta są cztery, bo każdy ze
      Strzeszyna jeździ do miasta samochodem.

      Po drugiej stronie Poznania problem jest podobny. Walczyć chciał z nim Maciej
      Pastwa, mieszkaniec podpoznańskich Plewisk, któremu trzykilometrowy odcinek z
      jego osiedla do najbliższego sklepu spożywczego i szkoły zdarzało się pokonywać
      samochodem w 40 minut.

      W ciągu kilku ostatnich lat w Plewiskach wyrosło kilkanaście nowych osiedli.
      Jedyna droga dojazdowa przecina tory kolejowe trasy na Berlin. Zdarzało się
      więc, że Pastwa, stojąc w korku, oglądał nawet i trzy różne pociągi, zanim
      dotarł do rogatek.

      – Chciałem się przykuć do torów, bo to, co się tutaj dzieje, woła o pomstę do
      nieba – wspomina. Wściekłość sięgnęła zenitu, gdy miasto otworzyło nowy przepust
      pod torami. – Spokojnie zmieściłyby się tam samochody i odciążyły przejazd, ale
      ktoś wymyślił, że przepust, choć wielki i drogi, będzie użytkowany tylko przez
      pieszych i rowerzystów. Więc nadal stoimy w korkach.

      W pogoni za spokojem

      O tym, że urban sprawl to nie przelewki, szybko przekonali się mieszkańcy Europy
      Zachodniej. Jeszcze w latach 70., przyduszeni co prawda nieco kryzysem naftowym,
      doszli do wniosku, że dostosowanie infrastruktury miasta do potrzeb ruchu
      samochodowego to ślepa uliczka. Każde zwiększenie przepustowości dróg zwiększa
      bowiem liczbę samochodów i poprawa jest tymczasowa.

      – Dlatego od lat w Europie Zachodniej stawia się na transport publiczny, który,
      jeśli jest zorganizowany sprawnie, odciąża drogi, jest przyjazny środowisku i
      mieszkańcom – wyjaśnia Michał Beim. – Znam takie przypadki w Niemczech, gdy
      inwestor przed postawieniem osiedla musiał zagwarantować wybudowanie linii
      tramwajowej.

      W polskiej wersji urban sprawl to jednak nie tylko problemy komunikacyjne, ale
      przede wszystkim chaotyczna i często kiczowata zabudowa, brak chodników, szkół,
      przedszkoli i przychodni, a przede wszystkim brak planowania. – Jest ziemia na
      sprzedaż, to się ją sprzedaje, niespecjalnie dbając, by nowe osiedla tworzyły
      jakąś sieć, były zwarte i przyjazne – wyjaśnia Michał Beim. – Z rozwojem miasta
      nie ma to nic wspólnego.

      Zdaniem urbanistów, problem będzie się pogłębiał, bo kryzys kiedyś się skończy,
      ludzie znów zaczną marzyć, a w konsekwencji tych marzeń przedmieścia rozleją się
      jeszcze bardziej. Z badań dr Katarzyny Kajdanek z Uniwersytetu Wrocławskiego
      wynika, że w ciągu dekady 1997–2007 liczebność sześciu podwrocławskich gmin
      wzrosła trzykrotnie. Dziś największym problemem mieszkańców jest zły stan czy
      wręcz brak drogi (tak odpowiedziało blisko 20 proc. respondentów), brak lub
      słaba komunikacja z miastem (15 proc.) oraz bardzo duży ruch samochodowy w
      okolicy (12 proc.). Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że blisko 19 proc. tych samych
      respondentów tłumaczyło dr Kajdanek, że wyprowadzili się na przedmieścia, bo
      byli zmęczeni uciążliwościami wielkiego miasta i poszukiwali ciszy i spokoju,
      można łatwo wywnioskować, że coś im się ewidentnie nie ułożyło.

      Głosy rozczarowanych docierają między innymi do Mariusza Tokarza z Rady Osiedla
      Wrocław Swojczyce – Strachocin – Wojnów. Wszystkie trzy dzielnice są naturalnym
      kierunkiem poszukiwań wrocławian spragnionych ciszy i spokoju. – Kłopot w tym,
      że o tę ciszę coraz trudniej. Do Swojczyc miasto nadal tylnymi drzwiami
      wprowadza przemysł, ostatnio rozdrabniarnię gruzu. Ludzie kupowali działki w
      cichej okolicy, a będą mieli pod oknami coś takiego – zżyma się Tokarz. W
      pobliskim Strachocinie i Wojnowie jest niewiele lepiej, osiedla i szeregowce
      wyrastają tu jak grzyby po deszczu. – Są już tacy, którzy kupili w Swojczycach
      dom, pomieszkali kilka lat i wyprowadzili się jeszcze dalej za miasto – mówi
      Tokarz. – Moim zdaniem to tylko odsuwanie problemu, który za kilka lat i tak ich
      dopadnie.

      Obrzeża marzeń

      – Salon z widokiem na las – cieszy się Kasia Pawkowska, spacerując po surowym
      betonie i chroniąc się przed zacinającym deszczem. Pod nogami plącze się pies,
      którego po spacerze trzeba będzie znów wrzucić do wanny. Salon Kasi będzie w
      drewnianym domu, a dom w podwarszawskim Michałowie-Grabinie (gmina Nieporęt).
      Wraz ze swoim partnerem Marcinem przez ponad rok szukali odpowiedniej działki.
      Zaczęli, gdy okazało się, że na kupno rozsądnie położonego mieszkania w mieście
      zupełnie ich nie stać. – Uznaliśmy, że jeśli mamy mieszkać na obrzeżach i
      widywać Śródmieście od święta, nie będzie to klitka w bloku.

      Podczas poszukiwań jedynym warunkiem była cisza i bliskość lasu. Dom będzie
      drewniany, bo zawsze im się taki marzył. I nie ma dla nich większego znaczenia,
      że do tego wymarzonego zakątka, prowadzi dziurawa jak rzeszoto droga, a do
      najbliższego przystanku autobusowego są dwa kilometry. Sądząc zaś po liczbie
      budów mijanych po drodze, dojazd do Warszawy nie będzie stąd z biegiem czasu
      coraz łatwiejszy.

      – Ale my mieszkaliśmy już na obrzeżach i zdążyliśmy się przyzwyczaić do
      wszystkiego – korków, braku infrastruktury, długich dojazdów do centrum i tego,
      że prawie nikt nas nie odwiedzał, bo wszystkim było za daleko – wyjaśnia Kasia,
      a Marcin zaraz dodaje: – Przedmieście jest dla tych, którzy się na to wszystko
      godzą, a nie dla tych, którzy myślą, że z czasem będzie lepiej. Bo nie będzie.
      />>>>>>>>>>>>>>>>
      • Gość: ... Re: W "Polityce" o urban sprawl cz.2 IP: *.ssp.dialog.net.pl 10.05.10, 20:10
        I jeśli nie sprawimy, że śródmieście stanie się na powrót miejscem do życia nie
        mamy co marzyć o zatrzymaniu rozkładu miasta.
    • Gość: aron Re: W "Polityce" o urban sprawl cz.1 IP: 91.200.94.* 11.05.10, 06:32
      Gość portalu: barnaba napisał(a):


      > Aby zdążyć na uczelnię, Kasia Pietrasik, mieszkanka warszawskich
      >Bielan, musi w
      > yruszyć z domu półtorej godziny przed rozpoczęciem zajęć.

      buahahahaha to tyle co dojazd z wisznic busem do Lublina ( 80 km)
      • Gość: Wieśniak zParczewa Re: W "Polityce" o urban sprawl cz.1 IP: *.internetdsl.tpnet.pl 11.05.10, 12:53
        > buahahahaha to tyle co dojazd z wisznic busem do Lublina ( 80 km)

        Tylko po co jeździć do Lublina, przecież tam nic nie ma. No i w Wisznicach o
        mieszkanie było łatwiej, skoro 60% pierwotnych mieszkańców wymordowali
        hitlerowcy, co okoliczna ludność skrzętnie wykorzystała.
        • Gość: aron Re: W "Polityce" o urban sprawl cz.1 IP: 188.33.143.* 11.05.10, 13:14
          Niemcy spalili tez domy Polakow, a wiec nie byloi nic w tym zlego ze
          ludzie sie osiedlali w domach pozydowskich jak sami nie mieli dachu
          nad glowa

          a do Lublina mozna jezdzic np. na studia albo na zakupy
          • Gość: złośłiwe bydlę Re: W "Polityce" o urban sprawl cz.1 IP: *.lodz.msk.pl 11.05.10, 13:35
            Aron, zajmij się czymś. Na przykład samogwałtem.
            • Gość: Życzliwy Re: W "Polityce" o urban sprawl cz.1 IP: *.dynamic.gprs.plus.pl 11.05.10, 23:13
              To dla niego za trudne.
    • Gość: xyz Re: W "Polityce" o urban sprawl cz.1 IP: 81.219.115.* 11.05.10, 22:49
      Ależ są rezerwy w centrum. Trzeba tylko zrewitalizować obecne kamienice i
      wygonić z nich wszystkich żuli i inny element, jednocześnie urządzając tam
      mieszkania o solidnym standardzie albo odsprzedawać budynki prywatnym inwestorom
      (przy dobrym planie zagospodarowania publicznego i uznaniu elewacji tych
      budynków za zabytkowe tak żeby nie rozpanoszyła się tandeta, tylko te budynki
      zostały odnowione, nie ma być tanio tylko ładnie)
      • Gość: MAciek Re: W "Polityce" o urban sprawl cz.1 IP: *.warszawa.mm.pl 13.05.10, 23:04
        Wydaje mi się, że ważne jest też aby pamiętać o odpowiednim
        planowaniu kwartałów centrum miasta.Zieleń, miejsce do wypoczyku
        (skwery, pasaże). Sterfy ciszy wolne od ruchu samochodowego i
        parkingi aby nie otaczał nas przygnębiający obraz osaczenia blachą.
        Nie jest prawdą, że w mieście (centrum) musi być głośno można bowiem
        tak budować układ komunikacyjny i budynki mieszkalne (kwartały) aby
        w ich wnętrzu było spokojnie i miło. I trezba pamiętać, ze hałas nie
        jest oznaką wielkomiejskości (tak się wydaje wielu ludziom sądząc po
        komentarzach na forach). On jest co najwyżej oznaką trzcioświatowego
        modelu rozwoju braku planowania i rozsądku.
        • Gość: aron Re: W "Polityce" o urban sprawl cz.1 IP: 91.200.94.* 14.05.10, 06:13
          w Łodzi przeszkodą dla rozwoju miasta są m.in. linie kolejowe które
          pełnia funkcję rzek
          • Gość: złośłiwe bydlę Re: W "Polityce" o urban sprawl cz.1 IP: *.lodz.msk.pl 14.05.10, 22:24
            Przeszkodą rozwoju arona jest m.in. siano, które pełni funkcję mózgu.
    • Gość: gość Re: W "Polityce" o urban sprawl cz.1 IP: 109.243.77.* 12.05.10, 14:23
      Polityka to taki śmieszny tygodnik w którym pisze się tak jak pasuje. Akurat
      było zlecenie żeby napisać o tym, jak złe są podmiejskie osiedla i napisali.
      Wyolbrzymiając wszystko, przekręcając itp. Mieszkam na Janowie i do pracy
      centrum samochodem jadę krócej niż nie jeden mieszkaniec Bałut (okolice dawnej
      Billi). Wiec niech tutaj mi nikt nie pisze, jak to źle jest mieszkać na
      przedmieściach. Czysto, spokojnie, łatwo dojechać do centrum, jak będzie
      autostrada, błyskawicznie będzie można z miasta wyjechać, dzieciak ma szkołę bez
      elementu, jest gdzie pójść na spacer. Nawet tramwaj nam chcą podciągnąć. Sąsiad
      pracuje w Warszawie i na dworzec Widzew dojeżdża w 5 minut. Czyli w pracy jest
      szybciej od tej pani z artykułu. Oczywiście pod warunkiem, że ta pani istnieje i
      rzeczywiście mieszka na Bielanach a nie w Legionowie.

      • Gość: gosc2 Re: W "Polityce" o urban sprawl cz.1 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.05.10, 23:57
        Nie znasz różnicy skali. Właśnie w Łodzi te "przedmieścia" tworzą stosunkowo
        cienką warstwę wokół miasta, i nie są oddzielone przeszkodami terenowymi. W
        Warszawie są stutysięczne blokowiska połączone z resztą świata jedną wąską
        wylotówką w stylu Brzezińskiej czy Konstantynowskiej, bo pozostałe drogi odcina
        np. stacja towarowa i rzeka (Tarchomin) czy wielki kolejowy bełt w środku miasta
        (cały trójkąt między linią wileńską, siedlecką i Rembertów-Zielonka podłączony
        jednym wiaduktem do reszty miasta!). Masz też takie kwiatki jak rosnące
        blokowisko z jedną ulicą, na której nie zmieści się zwykły ikarus
        (Włodarzewska), więc jeździ max. SU10 coraz częściej i inne atrakcje...
        • radiowy Re: W "Polityce" o urban sprawl cz.1 13.05.10, 10:37
          W Łodzi też mamy takie osiedle - Zielony Romanów. Niby jest w
          granicach Łodzi, ale bez wyjeżdżania na wioski lub do Aleksandrowa
          (naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy) nie dojedziesz do tej
          właściwej Łodzi. Najlepiej byłoby zrobić korektę granic i zamianę
          gruntów - niech sobie Aleksadrów weźmie te bloki, a Łodzi da jakiś
          inny kawałek gruntu o równej powierzchni. Zielony Romanów to jeden z
          największych błędów, nie, to za słabe słowo, jeden z największych
          burdeli urbanistycznych w historii III RP. A miasto płaci za
          kretynizm inwestora, mieszkańców, którzy tam się przeprowadzili oraz
          nieprzemyślane decyzje urzędu zezwalającego na powstanie tam takiego
          tworu.
          • julita165 Re: W "Polityce" o urban sprawl cz.1 14.05.10, 13:32
            Racja, kilka lat temu mieszkała tam moja koleżanka. Jak pojechałam do niej
            pierwszy raz to zaraz za szpitalem psychiatrycznym skręciłam w jakąś leśną
            dróżkę oznakowaną jako ulica Romanowska...bo koleżanka podała mi taki adres. Po
            chwili dróżka skończyła się jednak krzakami... do tej pory nie wiem jakim cudem
            c. d. dróżki znalazł się w Aleksandrowie :-)))
Pełna wersja