Dodaj do ulubionych

Uniwersytet Medyczny. Dzieci nie popracują z ro...

IP: *.32.rev.vline.pl 17.01.11, 10:10
Czas skonczyc z nepotyzmem!
Obserwuj wątek
    • Gość: hahaha "srały muszki będzie wiosna" IP: *.toya.net.pl 17.01.11, 10:31
      już to widzę jak oni skończą z nepotyzmem... musieliby chyba 3/4 osób zwolnić. Jak prześledzi się historię prac mgr i dr świata nauki w Polsce to okazuje się, że oprócz rodziny jeszcze są znajomi :) - a to już "nepotyzm" z innej beczki. Wujek A jest promotorem hipka b, natomiast ojciec b, B jest promotorem małego a. W magiczny sposób żony pracują razem nie tylko na uczelni ale i jako doradcy w prywatnych firmach.... żenua

      to nie dotyczy tylko i wyłącznie uniwersytetu medycznego.
      • Gość: dala.tata Opinia prof. dra hab. dala.taty IP: *.wroclaw.mm.pl 17.01.11, 14:18
        Szanowni Państwo!

        Sytuacja polskiej nauki jest dziś, to jest pod koniec roku 2010, jedną z najlepszych na świecie i zdecydowanie jest ona najlepsza w całej ponad tysiącletniej historii Rzeczypospolitej, a to na skutek mądrej polityki prowadzonej przez rządy RP począwszy od roku 1989, czyli od momentu, gdy premierem został profesor Tadeusz Mazowiecki, a tym samym zakończyły się w Polsce rządy tzw. ciemniaków, jak to je trafnie określił nieodżałowany Kisiel.

        Lata 1989-2010 to okres nieprzerwanego ciągu sukcesów polskiej nauki, w którym to okresie, dzięki światłemu poparciu polskich władz i Kościoła, polscy uczeni odkryli m.in. szereg nowych planet, zbudowali szereg nowoczesnych aparatów - np. tzw. błękitny laser, a przede wszystkim odnieśli olbrzymie sukcesy w badaniach nad historią Polski czy też nad naszym ojczystym językiem. Osobny hołd należy zaś złożyć naszym iście genialnym ekonomistom, z profesorem Leszkiem Balcerowiczem na czele, którzy w sposób wręcz cudowny zapełnili towarami półki polskich sklepów, kończąc tym samym wieloletni okres tzw. gospodarki niedoborów.

        Owe sukcesy były możliwie tylko dzięki mądrej polityce premierów RP, a szczególnie profesorów-premierów takich jak profesorowie Mazowiecki, Bielecki czy Buzek. Owa światła polityka polegała głównie na:

        1. Nieingerencji władz państwowych w wewnętrzne sprawy wyższych uczelni, jako iż tylko rektor wybrany przez profesorów wie, jak najlepiej zarządzać wyższą uczelnią i jak dbać o interesy swych profesorów, a jak wiadomo, uczelnia wyższa to głównie profesorowie – bez nich nie może ona po prostu istnieć.

        2. Popieraniu prorodzinnej polityki selekcji młodych kadr naukowych i awansowania pracowników naukowych. Jak bowiem wiadomo, tylko potomstwo naukowców, wychowane w atmosferze naukowej od wczesnej młodości, ma szansę zostać naukowcem i efektywnie współpracować z podobnymi sobie osobami. Próby wprowadzenia do środowiska naukowego osób z plebsu muszą się zawsze źle kończyć, gdyż plebs z definicji ma niższą inteligencję i bardzo złe maniery.

        3. Duże znaczenie ma tu też stabilizacja kariery naukowej, czyli popieranie modelu ‘od studenta do rektora na tej samej uczelni’. W przeciwnym wypadku mielibyśmy jak na tzw. zachodzie: ciągłą niepewność co do jutra oraz ciągłe zmiany pracy, które uniemożliwiają optymalny rozwój naukowca oraz zbudowanie trwałego, dobrze ze sobą współpracującego zespołu naukowców.

        4. Istnieniu habilitacji. Bez habilitacji nie jest bowiem możliwa racjonalna selekcja pracowników naukowych na pracowników niesamodzielnych, to jest nieposiadających habilitacji i na pracowników samodzielnych, czyli habilitowanych. Habilitacja jest jak nobilitacja, jest sitem, które ostatecznie odsiewa plewy, np. osobników z nizin społecznych, którzy tak czy inaczej wciąż próbują się wślizgnąć w szeregi polskiej profesury.

        5. Istnieniu państwowej („belwederskiej”) profesury. Tak jak habilitacja jest przyjęciem w ekskluzywne grono szlachty akademickiej, tak mianowanie na profesora przez Prezydenta RP jest przyjęciem w jeszcze bardziej ekskluzywne grono akademickiej arystokracji. Bez tej państwowej profesury nie mielibyśmy elity polskiej nauki, tego crème de la crème polskiej nauki. Bowiem tylko osoba mianowana przez najwyższą władzę państwową może decydować o przyszłości polskiej nauki. Otrzymanie dyplomu profesora to dla polskiego uczonego jest prawdziwy i jakże wymierny cel z życiu. Jakże puste i niepełne musi być życie naukowca w krajach, w których nie ma ani habilitacji, ani też państwowej profesury. Tam byle chłystek z doktoratem może zostać profesorem i promować nowych doktorów. Nic więc dziwnego, ze w krajach takich jak np. Stany Zjednoczone, Zjednoczone Królestwo, Kanada czy Australia poziom takich dyscyplin jak np. historia Europy Centralnej (a szczególnie Polski), filologia słowiańska ( a szczególnie polska) czy tez lingwistyka słowiańska jest wręcz przerażająco niski.

        6. I wreszcie na obowiązku nostryfikacji zagranicznych dyplomów akademickich, szczególnie zaś doktoratów. Bez owej nostryfikacji istniałoby bowiem całkiem realne zagrożenie, że do polskiej nauki dostały by się osoby z niezweryfikowanymi w Polsce kwalifikacjami, obniżając tym samym jej, tak obecnie wysoki, poziom.

        Podsumowując: jeszcze nigdy w historii Polski nie mieliśmy aż tylu studentów. To jest nasz olbrzymi sukces, gdyż np. w roku 1938 mieliśmy w Polsce (przy zbliżonej ludności) mniej niż 50 tysięcy studentów, a dziś mamy ich prawie 2 miliony ( w roku akademickim 2008/2009 mieliśmy dokładnie 1.927.762 studentów i 32.494 doktorantów). W latach 1936-1937 nadano zaledwie 26 tytułów doktora (w tym tylko 2 czyli niecałe 8% - kobietom), a w samym tylko roku 2008 nadano doktoraty aż 5427 osobom, w tym aż 2719 (nieco ponad 50%) – kobietom, zaś 941 osób otrzymało w tymże roku habilitacje a 369 tytuły profesorskie.

        Tak więc nauka polska i polskie wyższe uczelnie wręcz dziś kwitną, i jedyne czego potrzebują to więcej pieniędzy i mniej ingerencji ze strony państwa. Nasz rząd powinien bowiem jeszcze bardziej zaufać polskiej profesurze, pod wieloma względami najlepszej na świecie, i zmniejszyć jeszcze bardziej swą ingerencję w sprawy nauki. Polscy profesorowie dowiedli, iż potrafią optymalnie sterować nauką i uczelniami wyższymi, więc zostawmy ową naukę oraz owe uczelnie pod ich światłym kierownictwem. Dajmy im tylko więcej pieniędzy, aby mogli szerzej rozłożyć swe skrzydła i poszybować jeszcze wyżej!

        Na początek proponuję więc następujące podwyżki uposażeń:

        1. Profesor zwyczajny 100%.

        2. Profesor uczelniany i docent z habilitacja 75% (bez habilitacji jak adiunkt z habilitacją).

        3. Adiunkt z habilitacją 50%.

        4. Adiunkt bez habilitacji i starszy wykładowca 25%.

        5. Asystent z doktoratem i wykładowca 10%.

        6. Pozostali pracownicy, w tym asystenci bez doktoratu 5%.


        Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, iż głos mój zostanie wysłuchany.

        ***
        Więcej informacji znajdziecie Państwo na moim blogu: dalatata.blox.pl/html , na który serdecznie zapraszam wszystkich uczestników dyskusji. Tutaj dowiecie się m.in., jak się uprawia naukę w Wielkiej Brytanii, do której wyemigrowałem przed laty, co wciąż uważam za najtrafniejszą decyzję mojego życia.


        Prof. zw. dr hab. dala.tata czyli dalatata01@gmail.com
      • Gość: zazdrosny Re: Zazdrosnicy - czyli mania antynepotyzmu IP: *.tktelekom.pl 17.01.11, 11:20
        No tak... a że konsultant Wojewódzki uwala kogoś na egzaminie tylko dlatego, że konkurent latorośli był lepszy? A do tego, jedli będzie miał podjąć decyzję o awansie, to z pewnością wybierze kogoś obcego, a nie swoje dziecko.

        A może powinno właśnie być tak, że młoda Janasówna winna robić specjalizację i odbywać staż zawodowy u prof. Arkuszewskiego - gwoli nauki nowych rzeczy i uniknięcia posądzenia o nepotyzm (gdyby to było tylko posądzenie, a nie jest). I może w końcu uświaodmomy spbie, że o kondycji moralności na polskich uczleniach nalezy głosno trabić. A nie przysypywać sprawy milczeniem.

        Ci, którzy pracowali na UMED (a ja do tych należę) wiedzą, że nepotyzm istnieje i dzieci są windowane przez swoich utytułowanych rodziców.
          • Gość: sceptyczny Re: Zazdrosnicy - czyli mania antynepotyzmu IP: *.wroclaw.mm.pl 17.01.11, 14:28
            Bardzo to dziwne: naukowcy tak trąbią wszem i wobec, jak mało zarabiają i w ogóle mają źle, a jak dochodzi co do czego, to robią wszystko, żeby swoim dzieciom zapewnić taki sam los. Może więc naukowcy nie mają wcale tak źle, jak publicznie mówią, a gadanie o marnych zarobkach to zwykła ściema? Coś w rodzaju zbiorowej taktyki, że jak zaniżymy swoje wynagrodzenia, to łatwiej dostaniemy podwyżki do i tak wcale nie małych faktycznych uposażeń.

            Swoją drogą oni zarabiają za dużo, a nie za mało w stosunku do wyjątkowo niskiej jakości wykonywanej pracy, żenującego poziomu etyki zawodowej i komunistycznej mentalności, jaka cechuje to środowisko. Może należałoby obniżyć pensje naukowców do rzeczywistej wartości pracy, a wtedy skończyłby się nepotyzm na uczelniach.
      • Gość: zazdrośnik głosem zazdrośnika IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.01.11, 17:23
        Gość portalu: ja napisał(a):
        > No i co z tego, ze dzieci kontynuuja tradycje rodzicow. To raczej dobrze niz zl
        > e. Maja mozliwosc niemal od malego sledzic to, co robia rodzice i dlatego sa pr
        > zewaznie lepiej przygotowani do zawodu, niz nowicjusze w pierwszym pokoleniu.

        Kierując się podobnym do powyższego rozumowaniem, nigdy nie potępiałem przypadków nepotyzmu, z którymi się spotkałem. Nawet, kiedy jedynymi zatrudnionymi na uczelni osobami z mojego roku były dzieci profesorów (akurat kilkoro się zebrało), co wyczerpało na pewien czas możliwości etatowe uczelni. Uważałem, że to jest nieszkodliwe. I nie postrzegałem też pracy na uczelni jako szczytu kariery ;)

        Przyglądając się sytuacji zawodowej osób z mojego roku po około 10 latach, częściowo zmieniłem zdanie. W naszej branży warunki zatrudnienia przez długi czas były bardzo niekorzystne, większość osób całe lata pracowała na umowę o dzieło lub bez umowy. Niektórzy zmienili zawód. Wielu, bynajmniej nie odbiegających inteligencją, czy kwalifikacjami "w dół" od tych z moich kolegów, którzy mieli szczęście nosić właściwe nazwisko, wyjechało za granicę.
        W tej sytuacji etat na uczelni jest dla wielu ludzi naprawdę godny pozazdroszczenia. Socjal, spokój, atmosfera pracy twórczej, inteligentne towarzystwo. Przyznam, że i mnie zdarza się czuć ukłucie zazdrości, a może żalu, że coś tak fajnego, a leżącego w moich możliwościach intelektualnych i organizacyjnych, ominęło mnie, bo przypadło według nazwiska innym osobom. Zresztą bardzo sympatycznym i fajnym osobom, do których osobiście nic nie mam.

        I o to w sumie chodzi. O te etaty. Czyli pewność opłaconego ZUS-u, stałą pensję, stałe miejsce pracy, itd.
        Kontynuowanie tradycji rodzinnych, to zwykła ściema. Kontynuuje się te tradycje zawodowe, które są opłacalne.

        A osoby, które mogłyby ewentualnie kontynuować tradycję prowadzenia zakładziku szewskiego, tradycję uprawiania zboża na niewielkim poletku, tradycję pracy w tkalni, itp., itd. - muszą się niesamowicie naharować, by poprawić swój los, zdobyć etatową pracę, zapewniającą im byt.
        I to nawet ma sens - tylko nie nazywajmy tego systemu demokratycznym, nie obiecujmy równych szans, nie rozbudzajmy w młodych ludziach nadziei, które nie mają szans na spełnienie.

        That's all.
    • Gość: guest from lodz Uniwersytet Medyczny. Dzieci nie popracują z ro... IP: *.internetdsl.tpnet.pl 17.01.11, 12:18
      Moze i dzieci podpatrują swoich rodziców i jest im łatwiej. Ale Janasówna prześlizgała się przez studia dzięki mamusi. Wybitna to ona nie była, żeby nie powiedzieć "noga" - ale każdy się bał odezwać. A na specjalizacji byli lepsi - teoretycznie - ale pani Janasowa skutecznie obniżała im oceny z praktyki. Z drugiej strony dostać się do p. profesor i ukończyć to nie lada doświadczenie i warto tych parę pałek zebrać.
    • Gość: wazne!! Uniwersytet Medyczny. Dzieci nie popracują z ro... IP: *.toya.net.pl 17.01.11, 13:43
      A ładna chociaż ta Janasówna? Jak nie ma w głowie, to może chociaż wygląda... :) Głupie kwoki ustawiane przez rodziców. Zero szacunku dla takich matołów. Znam prawdizwych lekarzy, którzy bez koneksji i ustawionych rodziców doszli do czegoś. Cieżko na to pracowali i poswięcili się swojej pracy. A takich "ustawianych" matołów to trzeba tępić. Pozdro dla "prawdziwych" lekarzy i chóru UMedu.
    • Gość: daka Uniwersytet Medyczny. Dzieci nie popracują z ro... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.07.11, 21:20
      "Janas w wieku 29 lat zdobyła stopień doktora habilitowanego. - Nasi najzdolniejsi pracownicy zazwyczaj robią habilitację między 33. a 35. rokiem - mówi prof. Kordek"

      Taaak. Jak jest konieczność to trzeba się spieszyć, w wieku 35 lat, to ona będzie pewnie profesorem uczelnianym i mamusia będzie mogła odejść spokojnie na emeryturę bez obawy, że królestwo przy Pomorskiej przejmie ktoś obcy.

      Psy szczekają, karawana idzie dalej.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka