gothmucha
08.09.11, 00:10
Aleksandrowi Krajewskiemu przeszkadzał brud, smród i ubóstwo na dworcu kolejowym Katowice Ligota. Nie żeby wcześniej ich nie zauważał, w pewnym jednak momencie zauważył je bardziej – brud ukuł go w oczy, smród w nozdrza, rzekome ubóstwo nie dawało spokoju. – Bo jak to może być, że tak wielkiej firmy jak PKP i tak ważnego miasta jak Katowice nie stać na posprzątanie dworca? – myślał Olek, wtedy student architektury, dziś architekt z dyplomem.
Mógł jak większość obywateli machnąć na to ręką. Nie machnął. Mógł jak mniejszość napisać pismo do władz z prośbą o posprzątanie. Ale on postanowił zrobić coś innego. Otóż Aleksander Krajewski postanowił tam posprzątać. – Zapytałem kilku znajomych, czyby mi pomogli – opowiada Krajewski. – Potem napisałem do PKP pismo z prośbą o zgodę na posprzątanie im dworca i poszedłem je złożyć. Najpierw na sam dworzec, ale stamtąd odesłali mnie do dyrekcji w centrum. Tam odbyłem pielgrzymkę od biura do biura – było trochę jak u Kafki. W końcu ktoś pismo odebrał.
Odpowiedź nie przyszła przed akcją, ale Krajewski i tak skrzyknął ekipę przyjaciół, rozpuścił wici w Internecie. Przyszło prawie 30 osób. Wyszorowali Ligotę i zniknęli. – Po miesiącu od akcji przyszło pismo z PKP, w którym poinformowano mnie, że jeszcze myślą, czy mi na tę akcję zezwolić. I tak myślą do dziś.
Mniej więcej tak narodziła się inicjatywa, która dziś nosi dumną nazwę Napraw Sobie Miasto i jest jedną z najprężniej działających grup miejskich partyzantów w Polsce.
Wszystko zaczęło się jednak w Łodzi prawie 10 lat temu. Na forum „Gazety Wyborczej” spotkało się tam kilkanaście osób, zirytowanych sytuacją w mieście. Najpierw przez kilka lat dyskutowali o problemach, w końcu ktoś rzucił hasło, żeby zrobić coś bardziej konstruktywnego niż bicie internetowej piany. I tak powstała Grupa Pewnych Osób – pierwsza w Polsce miejska partyzantka.
Od 2006 r. GPO zorganizowała kilkadziesiąt spektakularnych akcji. Tam gdzie miały być trawniki, a ich nie było z winy urzędników, GPO wbijała w obecności mediów Czarne Kropy. Zaraz potem ludzie z Grupy robili Napad na trawnik – sami, pod osłoną nocy, sadzili kwiaty i trawę w miejscach, które wcześniej były zaśmieconym klepiskiem. Chcąc pozbyć się nielegalnych plakatów z centrum miasta, Pewne Osoby brały skrobaczki i wspólnie ruszały, by usunąć śmieci z miejskich ścian. Ostatnio Grupa zasłynęła banerobraniem – dzięki zaledwie kilku osobom największe ulice w centrum Łodzi zostały oczyszczone z nielegalnie powieszonych banerów. W mediach i Internecie ogłosili, że właściciele mogą u nich odebrać swoją własność. Nikt się jednak nie zgłosił.
Podobną metodę działania przyjął Dominik Tokarski, zakochany w Katowicach i gotowy dla tej miłości zrobić wiele. W czasie pobytu w Niemczech zauważył, że ekrany dźwiękochłonne przy drogach szybkiego ruchu są tam często porośnięte bluszczem. Pomysł postanowił przemycić do Katowic. Kupił sadzonki i z przyjaciółmi posadził je przy kilku trasach. Gdy rośliny się nie przyjęły, studiował podręczniki ogrodnictwa i w końcu wymyślił, że nachylenie terenu uniemożliwia ukorzenienie się roślin. Po kilku próbach bluszcze się przyjęły – do dziś ekrany przy Grudmanna i Stęślickiego w Katowicach są porośnięte bluszczami zasadzonymi przez Tokarskiego i jego przyjaciół. Oni sami założyli zaś Stowarzyszenie Moje Miasto, którego celem jest poprawa miejskiej przestrzeni w Katowicach.
Na fali takich akcji zaczęły się pojawiać grupy o podobnych założeniach – często nieformalne, bez struktur, prezesa i wpisu do KRS, skrzyknięte w konkretnym celu i często zaraz potem rozpływające się w miejskiej magmie. „W najbliższą niedzielę o godzinie 18 zapraszamy na warszawską Wolę, do Parku im. Edwarda Szymańskiego, gdzie potraktujemy bloki betonu lawendą” – piszą aktywiści warszawskiej Miejskiej Partyzantki Ogrodniczej. W Poznaniu działacze TeyAkcji nawołują do fotografowania i zgłaszania Straży Miejskiej wszystkich samochodów, które nielegalnie parkują na jedynym w mieście deptaku – ulicy Półwiejskiej.
– Ludzie zaczynają dostrzegać, że przestrzeń w mieście można poprawić samemu – mówi Dominik Tokarski. – Pociąga ich partyzanckość takich działań. Nie jesteśmy przeciwko władzy, tylko pokazujemy panom w garniturach, że można inaczej. A potem, idąc do pracy, każdego dnia patrzymy na posadzony przez siebie bluszcz i mamy radość.
Panowie w garniturach na tego typu akcje reagują niekiedy alergiczne. Były wiceprezydent Łodzi Karol Chądzyński uznał nawet, że miejska partyzantka w tym mieście to działalność stricte polityczna. W odpowiedzi Grupa Pewnych Osób obsiała trawą zaniedbany skwer tuż obok jego domu. – Politycy z lewicy zarzucali nam, że jesteśmy prawicową bojówką. Ludzie od Kropiwnickiego z kolei mówili, że jesteśmy skrajną lewicą – śmieje się Hubert Barański z Grupy Pewnych Osób. – Już nawet nie za bardzo mam siłę z nimi dyskutować.
Barański niechętnie przedstawia się z imienia i nazwiska. Nie żeby miał coś do ukrycia. Tak jak inne Pewne Osoby nie chce być posądzony o robienie sobie poklasku i budowanie popularności na akcjach GPO: – Ja jestem Hubert, to jest Monika, tam stoi Kasia, zaraz przyjdzie Piotrek. Takich jak my są w Łodzi setki. W GPO może być każdy, komu się chce cokolwiek zrobić na rzecz miasta.
czytaj dalej:
www.polityka.pl/spoleczenstwo/reportaze/1519062,1,jak-pasjonaci-upiekszaja-polskie-miasta.read