Dodaj do ulubionych

Wątek surrealistyczny

    • aric Paria szachów 24.07.02, 12:44
      Grywałem kiedyś w szach z pewnym osobnikiem. Mój przciwnik był długości siedmiu
      metrów. Jego przekrój ciała wynosił kilkanaście centymetrów kwadratowych, a
      wszystko co mógł wydobyć ze swojej ślizgiej paszczy z długim jezykiem, to syk.
      Syczał, a ja przesuwałem jego figury. Każdy syk oznaczał coś innego. Nie wiem
      skąd znałem jego język, ale rozumiałem gdy syczał: przsuń piona z H3 na H4, czy
      mówił, przepraszam syczał: szach królowi. Był wężem, więc cóż mógłbym od niego
      wymagać poza syczeniem. Syczał i syczał, a ja poruszłem wszystkimi figurami na
      szachownicy. Czasm gdy był zagrożony syczał inaqczej. Wtedy nie mogłem go
      zrozumieć. Rozumiałem tylko syki odnoszące się do szachów. Cóż, ogrywał mnie
      zawsze. Tylko chwilami miewałem przewagę. Wtedy szyczał tak paskudnie, że
      pragnąłem przegrywać. Ale zdarzył się cód. Przy 64 partii pokonałem go.
      Postanowiłem przemóc moją wielką niechęć do słuchania przeraźliwych syków. I
      wygrałem ostatnią z partii, które mielismy rozegrać. To było radosne
      wydarzenia. Wygrałem pierwszy raz z wężemi. A ten gdy przegrał, syczał tak i
      syczał aż mu zabrakło tchu. Jego język z rozdwojonym koncem zaczął wysychać i
      po kilku minutach odpadł. Oczy ze złości zaszły mu mgłą i wyparowały. Pozostały
      tylko dziórki z lekkimi oparami wydobywajacymi się z głębi. Ja patrzyłem, a on
      ciągle syczał. Nagle zaczął pękać. Pękał aż się rozpadł. Jego kawałeczki
      zaczęły zmieniać się w proch. Proch przobraził się w dym, dym rozpłynął się w
      powietrzu. Tylko zapach siarki unosił się wokół mnie. Odetchnąłem. Połowa drogi
      była za mną. Ale moja mała radość trwała krótko. Usłyszałem jakiś odgłos, a
      następnie naprzeciw mnie pojawił się gołąbek w kolorze bieli i zaczął gruchać.
      Rozumiałem jego gruchanie, podobnie jak syk jego poprzednika.
      - No gołąbku. - Powiedziałem. - Do roboty.
      Rozstawiłem piony. Gołąbek zagruchał. Ruszyłem jego białego piona dwa pola w
      przód.
      I tak zaczęła się pierwsza z 64 parti. Gdy tylko wygram jedną z nich, będę mógł
      opuścić te dziwne pośmiertne światy i spotkać sie z rodziną. Bardzo tęskniłem
      do życia i to stanowiło najwiekszą motywacje z możliwych.
    • aric Problemy osobowości 24.07.02, 12:45
      Byłem kleptomanem, byłem rozwiązły. Nie przywiązywałem wagi do tego, że mój
      organizm nie może wytrzymać naporu nagromadzających się myśli w moim umysle.
      Kradnij, bież co ci się należy i nie myśl o innych. Mój egoizm był tak dalece
      posunięty, że kobieta była tylko otworem otoczonym przez ciało. Rozwiązłość i
      egoizm doprowadziły do spostrzeżeń związanych z egzystencją. Czy to ja rządzę
      otaczającym mnie światem? Myslałem i myslałem, aż wymysliłem, że dostałem
      świra. A co jak ktoś dostaje świra? Dwa wyjścia z sytuacji. Samozagładam, albo
      zagłada dla innych. Umierać nie chciałem, więdz wybrałem drugie wyjście z
      sytuacji. Chęć niesienia innym ulgi w ich cierpieniach związanych z problemami
      otaczającego ich świata stała się obsesją. I tak to trwało. Zmniejszałem
      populację na Ziemii i doprowadziłem do tego, że zostało ich tak niewielu, iż
      mogłem nimi kierować i zniewolić. To było apogeum mojego celu. Ale coś nie
      dawało mi spokoju. Gdy tylko wyłączyłem żelazko, znalazłem się w ciasnym pokoju
      z wyprasowaną koszulą w reku. Czas do pracy. Fajnie jest być megalomanem
      pracującycm w zakładzi dla umysłowo chorych.
    • aric Moje Ja 24.07.02, 12:45
      Mężczyzna wyłonił się z ciemności, niczym letnia bryza, zalewająca nagle
      miasto. Stąpał lekko, bezszelestnie, przesuwając nogi kolejno w przód. W pewnej
      chwili przystanął. Wyjął paczkę papierosów i zapalił jednego z nich. Błysnął
      niewielki ogień z zapalniczki, oświatlając przez chwilę jego, jakby wyciętą z
      komiksu twarz. Dobry obserwator jednak zauważyłby, żę jego twarz nosie wiele
      śladów przeszłości, którą była często nękana. Gdy płomień zgasł, ciemność wokół
      niego rozpraszał jedynie żarzący się ogarek w malejącym z każdym zaciągniećiem
      się papierosie.
      Mężczyzna wyraźnie na kogoś czekał. Był to jego dzień czhwały. Długo czekał, by
      odzyskać to co niegdyś utracił, swoje Ja. Swoją osobowość, która została mu
      odebrana dawno temu. Od tego czasu stał się bezkształtną powłoką ze skórą
      ograniczającą jego bezkształt, a uformowaną w ciało, które oglądali mijający go
      ludzie. Dlaczego utracił swoje Ja? Nie sprawdził się? Nie podołał sytuacji.
      Problemy z kobietą, która była tak niezwykła, że potrafiła zmienić ciało stałe
      w lotne, a uczucia usuwać z umysłu bez mrugnięcia powieką. Gdy ów nieszczęsny
      mężczyzna poznał ową niezwykła kobietę, nie spodziwał się wcale takiego obrotu
      spraw, jakiego doświadczył. Został zmiażdżony psychicznie i nie mógł się przez
      długi czas pozbierać. Gdy zostawiła go wysysając mu całkowicie jego własną
      wolę, leżał na dywanie bez jakiejkolwiek szaty, a jego skóra była sucha i
      zupełnie biała. Prawie nie oddychał, nie mógł ruszyć palcem, ani u nogi, ani u
      ręki. Jedyne na co się zdobył drgnięcie lewej brwi. Przez chwilę do jego
      umysłu, poprzez zwężone źrenice, dotarł promień słoneczniego światła. To
      pozwoliło, by coś powstało z niczego i zrodziło reakcję łańcuchową, prowadząc
      do pełnej regeneracji umysłu. Mężczyzna ów stał się znów pełnosprawny i mógł
      rozpocząć żmudną drogę, którą zakończył właśnie w tej chwili, paląc coraz
      krótszego papierosa. Jego droga do chwili obecnej była jednym wielkim stosem
      nieprzyjemnych doświadczeń. Poszukiwania owej okiety, oprucz tego, że stały się
      celem i koniecznością działania w jego życiu, obfitowały również w tak smutne i
      tragiczne wydarzenia, że jego twarz musiała wyglądać właśnie tak, jak w tej
      chwili wyglądała. Lata poszukiwań, hektolitry kawy, tony tytoniu i niezliczone
      ilości pustych butelek po różnorodnych alkoholach, wyznaczały czas i stały się
      spuścizną okresu poszukiwań, który zakończył się wreszcie sukcesem.
      Mężczyzna skończył palić i wyrzucił papierosa, kilka metrów przed siebie,
      zrobił następnie trzy kroki, przy trzecim dosięgnął peta. Przy następnym
      sięgnął do wewnętrznej kieszeni prochowca i dobył pistoletu. Wiedział, że jego
      cel za kilka sekund wyłoni sie zza rogu kamienicy. Szedł na spotkanie swojej
      ofiary, pewny, że to ta, która kiedyś go pokonała, dokona żywota właśnie z jego
      ręki. I nie zawiódł się, oddał strzał prosto między oczy, gdy tylko ujrzał
      dobrz znaną twarz swojej dawnej pogromczyni. Kobieta trafiona w centralny
      ośrodek mózgowy znieruchomiała, powoli na sztywnych nogach usiadła całym
      ciężarem swojego ciała. Ziemia lekko zadrżała, a mężczyzna poczół nagle
      niokiełznaną satysfakcję z tego co uczynił.
      Jednak satysfakcja ta nie była tym czym powinna. Nagle mężczyna zgasił uśmiech
      na swojej twarzy. Opuścił pistolet, trzymając go lufą w kierunku ziemi.
      Zadowolenie przechodziło w smutek, a smutek dał mu bodziec do myślenia. Jakież
      smutne i okropne było jego życie. Lata, które spędził by odzyskać swoje Ja ,
      stały się czasem straconym. Gdy jego Ja trafiło wreszcie do jego umysłu
      powiedziało mu, że w życiu nie jest ważne dążenie do celu, lecz radość z tego
      co nas otacza, a przeszłość nie istnieje.
      • Gość: aard Re: Moje Ja IP: 195.117.14.* 24.07.02, 13:43
        Zemsta jako środek na uspokojenie umysłu nie sprawdza się...

        Drogi Aricu, jestem pod wrażeniem. Surrealistycznym, oczywiście. Jakże by
        inaczej?
        aA
        Rd

        PS. Polubiłem Cię - wszystkie Arki to fajne chłopaki. /Miś/
        • aric Re: Moje Ja 24.07.02, 13:50
          I nie przeniesiesz mnie do sekcji sportowej? Wolę pozostać tam gdzie jestem.
          Napłodziłem tego trochę, więc powrzucam czasami me krótkie złote myśli. HAHA
          Dzięki za słowa uznania. Poczytasz przygodzy Johna, tam wzniosłem się na
          szczyty. Ale nie ponaglam. Co nagle to po fredzie.
    • aric Zastanawiając się nad sensem życia 25.07.02, 12:24
      Czasem siedzę i myslę. Ogólnie to wiem, że myslenie nie jest zbyt dobre dla
      psychiki, gdyż natłok wątków nie prowadzi do nikąd, a co wiecej powoduje
      destrukcję mojego barwnego umysłu. Ale tak z umiarem, to czasem sobie pozwalam
      na małe odstepstwa. I co mi sie na myś nasuwa. Ano kłębią mi się mysli wokół
      tego dlaczego istniejemy, czy jakąś siła sprawcza nami kieruje. Czy istnieją
      inne dziwne stwory w innych miejscach ogromnej przestrzeni, bo jakież było by
      jej marnotrawstwo, gdybyśmy byli sami. I tak dochodzę do wniosku rozpatrując
      wszystkie ale, że jestem lekko szurniety, bo zamiast się modlić ja tu herezje
      wymyslam. Czy to ja jestem szutniety czy ludzie są nieświadomi? I co bedzie jak
      się okaże że Rick rzeczywiście sprawuje władzę?

      Aard poradź człowiekowi, bo rzygać mi się chce jak tak sobie myslę, i nic
      wymyslić nie mogę.
      • aard Sens życia... hm... 25.07.02, 15:08
        Ba! Myślalem o tym, nie raz, nie sto. Głowiłem się w tygodniu i w weekendy. W
        roku szkolnymi w wakacje, w pracy i na urlopie. I co? Ano WYMYŚLIŁEM!!
        Niewiele, ale jednak. Najpierw sentencja mojego autorstwa:

        Żyje się po to, aby poszukiwać odpowiedzi na pytanie, po co się żyje.

        Że co? Że mało? Że sofizmat? A co ja poradzę? Mnie wystarcza. To znaczy nie
        wystarcza, bo wciąż poszukuję, ale kiedy nie mogę znaleźć, to zawsze sobie
        przypominam to zdanie i na kilka chwil mogę przerwać szukanie, delektując się
        słodko-kwaśnym jak danie orientalne smakiem tej odpowiedzi.

        Ale to nie koniec. Bo szukając (zgodnie z Biblią, o której mam marne pojęcie i
        której ideologię neguję) znajduję. I co znalazłem?
        Oto co jakiś czas znajdujemy odpowiedź na pytanie o sens życia. Na przykład
        kiedyś (kilka lat temu) stwierdziłem, że sensem życia może być miłość i życie z
        ukochaną osobą. Prozatorium? Ale poetyckie.
        Potem doszedłem do wniosku, że to za mało. To znaczy, że to jest prawda, ale
        nie cała. To może być treścią życia i przez jakiś czas nadawać mu sens, ale
        wszystko podlega erozji, miłość też, choćby niewielkiej, i nie można przeżyć
        życia posiłkując się TYLKO nią.
        Myślę wszelako, że po uogólnieniu może tobyć regułą uniwersalną. Każda kolejna
        odpowiedź, którą znajdziemy poszukując, okaże się prędzej czy później tylko
        fragmentem ostatecznej odpowiedzi. Część się być może całkowicie zdewaluuje.
        Ale z pozostałych fragmentów uda mi się kiedyś złożyć całość lub przynajmniej
        znaczącą jej część.
        Tak mi dopomóż Bóg.

        aA
        Rd

        PS. Chyba zrobię z tego osobny wątek, tutaj jednak mało kto zagląda, a warto
        poznać poglądy Forumowiczów na Sens Życia.

        PPS. Jeszcze jedna moja sentencja:
        Życie jest walką z góry skazaną na porażkę (śmierć), ale chcę żyć tak, żebym na
        łożu tejże śmierci mógł sobie powiedzić: "Walczyłem tak dobrze, że gdyby walka
        była uczciwa, to miałbym szanse co najmniej na remis"
        • aric Re: Sens życia... hm... 25.07.02, 15:22
          Zyjemy po to, aby znaleźć odpowiedź po co żyjemy. Trochę maślane, ale z sensem.
          Ja natomiast żyje wedle reguły, że żyję bez celu, gdyż moim celem jest życie.
          Zawsze uważałem, że posiadanie celu w życiu jes zupełnie nie potrzebne, że
          zawsze dokonujemy słusznych wyborów, że nie jesteśmy całością złożoną z
          indywidualności, tylko indywidualnościami tworzącymi całość. Że życie
          poszczególnych ludzi to krzyżujące się ze sobą linie, bez początku i końca,
          patrz "Spojrzenie", ale gdy patrze na ludzi to się gubię. I moje założenia się
          walą jak bloki na Retkini. Cóż ubzdurałem sobie, że jeszcze się nie zdarzyło to
          co ma się zdarzyć, więc co...
          Więc czekam.
          • aard . 25.07.02, 15:43
            aric napisał:

            > Cóż ubzdurałem sobie, że jeszcze się nie zdarzyło to
            >
            > co ma się zdarzyć, więc co...
            > Więc czekam.


            • Tego przedpołudnia... - aard, 24-07-2002 10:59
            • Re: Tego przedpołudnia... Gość: aard, 24-07-2002 13:49
            • Re: Tego przedpołudnia... - aric, 24-07-2002 13:56
            • Re: Tego przedpołudnia... - aard, 24-07-2002 14:51
            • Re: Tego przedpołudnia... - aric, 24-07-2002 15:02

            Czekał...
            aA
            Rd
    • aard Krótkie kazanie z parabolą o pleonazmie 25.07.02, 15:59
      A mówią, że dziennikarze szanujących się gazet nie powinni popełniać
      niezręczności językowych

      • Koniec krańcówki na ul. Północnej (55) redakcja 25.07.02, 15:54
      • Kraniec końcówki na ulicy Północnej (4) aard 25.07.02, 15:51

      Na Północnej zawsze miałem końcówkę. Nie wiem jak to możliwe, ale odkąd
      pamiętam była tam ZAWSZE. Nigdy nie musiałem jej tam umieszczać, ani stamtąd
      zabierać. Po prostu tam BYŁA.
      Nie zadawałem sobie też długo pytania PO CO. Skoro była od zawsze, to była i
      już.
      Ale pewnego dnia wybuchł pożar w kamienicy na Nowomiejskiej. Niby nic,
      prawda? Pożarów jest codziennie wiele, nawet w Łodzi są prawie codziennie
      jakieś incydenty z ogniem. A jednak ten był szczególny. Oto bowiem na sygnale
      przyjechał wielki czerwony samochód straży pożarnej, wyskoczyli z niego
      strażacy w błyszczących hełmach na łbach i...
      ZABRALI MOJĄ KOŃCÓWKĘ NA NOWOMIEJSKĄ!! Potem odkręcili wodę i zaczęli gasić
      pożar. Ugasili. Ale po wszystkim zwinęli mnie i spakowali ze sobą do
      samochodu. Odjechaliśmy już bez sygnału, ale w moich myślach monotonnie jak
      syrena strażacka wyły słowa:
      Oto kraniec mojej końcówki na ulicy Północnej, oto kraniec mojej końcówki na
      ulicy Północnej, oto kraniec...






      Z tautologicznymi pozrowieniami dla Redakcji
      aA
      Rd


    • aric Ojcowskie rady 26.07.02, 10:20
      To co widzę ma czasem mierne znaczenie dla moich zmysłów. Otaczający mnie
      ludzie i przedmioty w ich dłoniach. Przedmioty otaczające ludzi i przedmioty
      otaczające przedmioty otaczające ludzi. Przestrzeń otaczająca przedmioty
      otaczające itd. Nie ma znaczenia dla mnie sens ich istnienia. Ktoś powiedział
      kiedyś, że życie bez celu nie ma sensu. Ja natomiast chciałbym zaprzeczyć tej
      wypowiedzi. Ci jest celem? Czy to aby osiągnąć kiedyś wysoki poziom życia,
      posiadać rodzinę, pieniądze, dom? Czerpać zadowolenie z tego co w sumie nie
      potrafi zadowolić? Czy wystarczy dążyć do tych rzeczy aby żyć? Ci, którzy tak
      żyją nie zauważają, że żyją. Tak ich pochłania obrany cel, że zjadają dzień za
      dniem nie zwracając uwagi na otaczające ich przedmioty i ludzi z przedmiotami.
      I wracamy do początku. Czy ja także posiadam jakiś cel? Mówię, że widzę, ale
      nie zwracam uwagi? Hipokryzja czasami pomaga w obranej drodze. Wolność pomaga
      przetrwać, a osoba, którą widzę, nawet gdy jej przy mnie nie ma, stanowi źródło
      mojego działania. Życie bez celu jest więc niczym więcej jak tylko istnieniem.
      Życie z celem obranym sobie za priorytet jest ślepotą, która postępuje.
      Przebudzenie następuje zbyt późno, by marzyć o powrocie do beztroskiej miłości
      wobec otaczających nas przedmiotów i ludzi z przedmiotami w rękach. Warto więc
      żyć bez celu, aby zobaczyć wszystko bardzo jasno i nie zastanawiać się czy to
      co widzimy to rzeczywistość czy fikcja wyimaginowana przez nasze receptory.
      Więc wstań młody człowieku i podążaj do szkoły, mysląc, że dzień ten będzie
      twoim pierwszym ważnym dniem w twoim życiu, w którym od teraz nie będziesz miał
      celu. I posłuchaj jeszcze jadnej rady twojego starego ojca. Życie bez celu musi
      się stać właśnie twoim celem, bez priorytetów, wartosciowania innych i bez
      zastanawiania się nad przyszłością. Ja obudziłem się w dobrym momencie, by
      wpoić ci wszystko to co leży mi na sercu. A tera smarkaczu zmykaj i nie mów o
      niczym matce, bo dostanie zawału, dowiedziawszy się jakimi jej stary karmi cie
      herezjami.
        • aric Re: Ojcowskie rady 26.07.02, 10:34
          Wcale się nie wstydzę, ale i tak ludzie pozostaną uczestnikami wyscigu
          szczurów, to nadaje im sens życia, chociaż nie wiedzą, że jednocześnie ich
          zabija.
          Wiesz z wieloma ludzmni próbowałem rozmawiać, ale to nie dociera. A za co
          bedziesz żył? Pieniądze to podstawa. Fakt, bez pieniędzy ani róż. Ja zarabiam,
          moja żona zarabia i co z tego. Jeżeli nie bedziemy się cieszyć z tego, że
          żyjemy, tylko dlatego, że żyjemy, to życie nie ma sensu.
            • aric Re: Ojcowskie rady 26.07.02, 10:48
              Lubię herezję, fascynuje mnie, czasem bywam heretykiem, ale tylko żeby się
              przekonać co sądzą inni. Czasmi warto podszyć sie pod poglądy innej osoby i
              wtedy mozna się dowiedzieć kim ta osoba w rzeczywistości jest. Ciekawe
              doświadczenia. Polecam.
    • aric Szara świadomość, nie brać na poważnie 26.07.02, 11:14
      Inaczej mówiąć, zabawiłem się w próbę rozszyfrowania kompleksu Boga:

      Gdy tylko wydobedę się z szarej świadomości, dobędę pistoletu i zacznę
      strzelać. Moje ofiary będę dobierać ostrożnie, z rozwagą, tylko w jednym celu.
      Trzeba wyeliminować tylko to co nie pasuje do reszty. I tak, pierszy, który by
      zginął byłby chyba najszczęśliwszym trupem w chistorii. Na wieki stałby się
      nieśmiertelny. Pamięć o nim nie mogłaby wygasnąć do konca ludzkości. Uśmiercił
      go wybraniec z pełnym magazynkiem w śmiercionoścnej broni. Kim jest ten, który
      umrze? Właściciel pieknego domu, drogiego samochodu, eleganckich ubrań.
      Właściciel ludzi dających mu zadowolenie. Posiadacz kawałka plastiku z
      nieograniczonymi mozliwościami. To on zginie pierwszy. Jego dobra materialne
      przejdą na moją własność, a ja zajmę jego miejsce. Na trochę, na kilka chwil.
      Na tyle, by poczuć jego siłę oddziałowywania. Później odejdę zostawiając
      wszystko innym. Nastepnie odbiorę życie człowiekowi, który nic nie ma, poza
      czapką trzymaną w przemarznietej dłoni. On także będzie szczęśliwy odchodząc z
      tego świata, a ja zajmę jego miejsce, by poczuć jego bezsilność. Na trocę, na
      mniej niż kilka chwil, na tyle by zapragnąć śmierci dla każdego, który podaruje
      mi odrobinę serca. Gdyż lepiej nie mieć dobroci w sobie, bo stajemy sie słabi i
      nie dajemy sobie rady z codziennością. Będę celował w tych, którzy są silni,
      twardzi, źli. Zabije wszystkich i zostaną sam. A może nie...
      Zmieniłem jednak zdanie, gdy zabiłem drugiego, polubiłem to i uzależniłem się
      od uśmiercania. Potem wskrzeszę istoty czyste i ukształtuję je na swoje
      podobieństwo. Ja jestem tym jedynym, który jest panem życia i smierci. Jestem
      wszechmocny i tak ma być. Takie bowiem są przywileje nowego zbawiciela.

      Czy jestem wpełni rozumu? Hihi.
    • eyemakk Re: Wątek surrealistyczny 26.07.02, 13:55
      Wrocilem z wakacji. lepiej pozno niz wcale, a dla mnie i tak o pare dni za
      wczesnie. Dziewczyna na dzialce a ja wydaje majatek dzwoniac na komorke.
      Napisalbym ze pojde z torbami, ale toreb nie mam jeno dwa plecaki duzy i maly...

      A teraz tak nonsurrealnie: przede wszystkim ciesze sie, ze watek nie umarl.
      jest wielki! ale mam pytanie: kim jest(es) Aric?

      ps. ja to przeczytam... wszystko... w swoim czasie. ale teraz mam tylko pol
      godziny w tym przybytku, a w domu wchodzic w net na razie nie bede. inaczej
      pojde z plecakami...
      • aric Odpowiadam 26.07.02, 14:02
        Witam cię i po krótce wyjaśniam. Reszte dopisze aard, bo mnie jakoś nie wypada.
        Kim jestem? Przyjacielem świata o światopoglądzie nieokreślonym. Czasem
        wymyslam cos i niekoniecznie cos mądrego, a tak to ze mną jest, że nie boje się
        swoich leciutkich odchyleń. Nie szkodliwy jestem.
        Pozdrawiam weterana i zapraszam do odnalezienia Wątek suurrealistyczny -
        Sequel, oraz Prequel.
        • aard Re: Odpowiadam 26.07.02, 14:56
          aric napisał:

          > Pozdrawiam weterana i zapraszam do odnalezienia Wątek suurrealistyczny -
          > Sequel, oraz Prequel.

          Ja też polecam Ci, drogi Eyemakku, te dwa wątki. Ale UWAGA: w podanej
          kolejności. A zacząć trzeba tutaj, przy postach o wojnie jeży z psami. Potem
          sequel, a potem prequel. Miłej lektury.
          aA
          Rd
      • aard Eyemakk - nareszcie!! (tęskniłem...) 26.07.02, 14:45
        Witaj Eyemakku powakacyjny!! Na długo do Łodzi? Jeśli tak, to czemu tak
        wcześnie, przecież wakacje jeszcze w toku... Kobieta, co...?
        Jezu, jak się cieszę...
        aA
        Rd

        PS. Aric przedstawił się sam, a ja tylko powiem, że jest git-surrealowcem i w
        pełni zasługoje na wątkostwo w naszym członku. Zresztą sam oceń.
    • aric Coś romantycznego 26.07.02, 15:51
      Napisałem to kiedyś w poczuciu głebokiego spokoju ducha. Tak przed łikendem dla
      potomności:

      Kiedyś, nie wiadomo jak dawno temu była sobie piekna kobieta. Czasami mówi się,
      że czasy te były ciężki, czasem, że piekne, a czasem, że razazem smutne i
      radosne. Nikt dokładnie nie może powiedzieć, jak to było naprawdę z tym
      okresem, w którym urodziła się, dorastała, kochała i nienawiadziła zarazem
      piekna kobieta. Jedyne co jest pewne, to że kiedyś była i zawładneła umysłem
      pewnego mężczyzny. Nie umiał on do konca wyrazić tego co czuł. Nie mógł znaleźć
      sobie miejsca na świacie, chociaż był przy niej. Oddał jej to co miał
      najcenniejszego, swoją wolność i niezależność. Pragnął by piekan kobieta stała
      się jego nauczycielem i uczniem, jego guru, mentorem, jego przyjacielem. Nie
      potrafił jednak pozbyć się smutki w swojej duszy. Nie poddawał się prostemu
      biegowi uczuć i zapominał, że dawanie szczęścia było jego pierwszorzędnym
      zadaniem. Zawiódł i musiał odejść. Nie rozumiał, dlaczego każde jego słowo,
      każdy czyn był bacznie obserwowany i analizowany, zamiast przyjęty i
      zaakceptowny. Taki był los tej kobiety i jej mężczyzny.
      Mijały chwile, mijały wraz z ogniem, który palił ich wnetrz. I nigdy nie
      wiedzieli czy kiedykolwiek on się wypali, czy może bedzie trwał wiecznie. Ona
      dręczona brakiem pewności siebie, on przygnębiony z powodu jej trosk. Każde
      chciało szczęścia drugiej osoby, a jednak nie było im dane dzielić go wspólnie.
      Dawno to było i nie należy tego rozpamietywać. Jedynym powodem, że opowieść ta
      jest przekazywana innym jest to, czego już się teraz nie spotyka. Wyrzuty
      sumienia. Za coś, co nazywano błędami, nietaktem, brakiem dobrego smaku. Brak
      pewności, że druga strona zrozumie o co tej pierwszej chodzi i przyjmie
      wszystko ze spokojem, bez wnikania w pojedyncze słowa.
      Nigdy w tamtych casach tak się nie działo. Istniały kompromisy, zamiast
      wzajemnego zrozumienia. Ustepstwa, udawanie, konspiracja uczuć. I dopiero gdy
      mój pradziadek zrzucił z siebie maskę i nakazał wszystkim by przestali bać się
      własnych uczuć, wszystko stało się piekne i proste. A czas stanął w miejscu,
      dając wszystkim mnóstwo przyjemności z powodutego, że przestał płynąć.

      I żegnam się do poniedziałku, gdyż za 15 minut rozpoczynam łikend.
      • aard Re: Coś romantycznego 29.07.02, 09:08
        czasem mam wątpliwości, czy Twoje teksty nie są zbyt mądre i głębokie jak na
        surreal. Ale pisz dalej, drogi Aricu, bo powoli Ty stajewsz się moim mentorem
        :-))

        aA
        Rd
        • aric Re: Coś romantycznego 29.07.02, 09:28
          E tam, takie tam sobie pierdoły piszę, bo czasami mnie coś napadnie zależnie od
          nastroju, patrz Szara Świadomość, kilka postów wyżej. A tak wgóle to
          stwierdzam, że wątek ten, zaczyna otwierać się coraz wolniej i aardzie masz
          wiadomość, niesioną na falech światłowodów, poprzez cyfrowe centrale i tak
          dalej, zaczynakąc od palców a na oczach kończąc.
      • Gość: Do. Re: Coś romantycznego IP: 129.194.53.* 29.07.02, 10:26
        aric napisał:

        > Nigdy w tamtych casach tak się nie działo. Istniały kompromisy, zamiast
        > wzajemnego zrozumienia. Ustepstwa, udawanie, konspiracja uczuć. I dopiero
        gdy
        > mój pradziadek zrzucił z siebie maskę i nakazał wszystkim by przestali bać
        się
        > własnych uczuć, wszystko stało się piekne i proste. A czas stanął w miejscu,
        > dając wszystkim mnóstwo przyjemności z powodutego, że przestał płynąć.
        >

        I na szczescie, bo w stojacym czasie kobieta zrozumiala, ze to co pali ja we
        wnetrzu to potrzeba tego mezczyzny i juz nie mogla zaprzeczyc, ze tak wlasnie
        musi byc i jej madrosc cala na nic skoro tak jej kaze dusza. A mezczyzna na
        chwile bezchwilowa zamyslil sie i przyznal, ze to co uwazal za chec dawania
        nie bylo bezinteresowne i teraz juz mu wszystko jedno, musi wrocic, musi
        umiec, musi na nowo...
        Pradziadek mial racje.
        Tylko, ze oni byli bardzo daleko od siebie.
        Czy spotkaja sie?

        --------------------
        Do.
    • vladip Tajemnice surrealu 29.07.02, 10:56
      Właśnie odkryłem, że jeżeli wydrukuje się cały wątek surrealistyczny (każdy
      post na osobnej kartce) rozłoży go na podłodze i czyta poruszając się ruchem
      konika szachowego to traci on cały surrealistyczny charakter...
      Czyżby był to sposób na odczytanie tajemnic wszechświata?
      pzdr
      vladip
      • Gość: aard Re: Tajemnice surrealu IP: 195.117.14.* 29.07.02, 11:06
        vladip napisał:

        > Właśnie odkryłem, że jeżeli wydrukuje się cały wątek surrealistyczny (każdy
        > post na osobnej kartce) rozłoży go na podłodze i czyta poruszając się ruchem
        > konika szachowego to traci on cały surrealistyczny charakter...
        > Czyżby był to sposób na odczytanie tajemnic wszechświata?

        Niezłe, ale w takim razie na pewno jest rozkład tych kartek na podłodze (hali
        fabrycznej? lotniska w Chicago?). Jakiego użyłeś, normalnego czy t-studenta? A
        może Shapiro-Wilka?

        aA
        Rd
        • vladip Re: Tajemnice surrealu 29.07.02, 11:20
          Gość portalu: aard napisał(a):

          > Niezłe, ale w takim razie na pewno jest rozkład tych kartek na podłodze (hali
          > fabrycznej? lotniska w Chicago?). Jakiego użyłeś, normalnego czy t-studenta?
          >A może Shapiro-Wilka?
          >
          to chyba oczywiste że posługiwałem się zbiorem Mandelbrota
          pzdr
          vladip
    • kitana Re: Wątek surrealistyczny 29.07.02, 12:28
      Próbowałam to wszystko przeczytać, ale niestety, cieżko było i poznałam tylko
      co któryś list. To jest bardzo chore, a najbardziej chory jest chyba Aric, mam
      nadzieję, że nie szkodliwy.
      • Gość: aard Witamy na surrealu! IP: 195.117.14.* 29.07.02, 12:44
        Oj Kitana, Kitana.....
        Aric na pewno się ucieszy z Twojego osądu. Gorzej z resztą - jak mogłaś nas tak
        skrzywdzić?

        Pokręcony jak fasolka szparagowa aARd

        PS. Trzy świnki weszły na szczyt lustra i ujrzały otchłań pod kopytkami.
        Pomyślały chórem: "o ja pierdolę" i czym prędzej włączyły motorki żeby odlecieć
        na bezpieczny koniec tęczy.
        Garnka nie było...
        aA
        Rd
        • Gość: aric Re: Witamy na surrealu! IP: *.wonlok.com.pl / 172.27.18.* / *.wonlok.com.pl 29.07.02, 13:03
          Ja osobiście uważam, że jestem całkiem normalny, a inni są zdecydowanie
          zkreceni bardziej ode mnie. Spójrz uważnie np na takiego aarda, on to potrafi
          zakrecić, niczym moja żona weki. Ja tylko tak sobie postukuję w klawiaturę,
          myśląc, że jestem oryginalny, a tu masz ktoś cię od chorych wyzywa. Wstydź się
          Kitano, bo na tym tku nie tylko ja jestem chory. Wszyscy są chorzy, aczkolwiek
          rzeczywiście nieszkodliwi.
          I gdy tak stukmam po klawiszach, to literki zdają się zamazywać, a mgła ogarnia
          moje oczy, im wiecej uderzeń tym bardzie niejasno widzę, ale cóż to coś się
          pojawia, to jakiś napis. Tak, zaczynam go widzeć wyraźniej. Jest, teraz wiem co
          jest napisane: "idź do lekarza". Więc wstaję i idę, ale niestety mgła spowija
          moje oczy jeszcze bardziej i uderzam w drzwi, które są jak na złość w kolorze
          mgły, i zasypiam, a jak sie obudzę, to sie napiję czegoś mocniejszego, bo mi
          się we łbie poprzewracało. A moja zona tyle razy mówiła, nie jedz tych grzybków
          z trawnika.
    • aric Czasem miewam halucynacje 29.07.02, 16:16
      Czasem mi sie zdaje, że ja to nie ja, bo jak mogę być sobą, gdy każdy mówi, że
      jestem kimś innym? Cieżko mi wtedy dojść do siebie, bo przecież stoję tak
      daleko, że nie mogę się dojrzeć. Wtedy zamykam oczy i widzę ciemność, która
      ogarnia mnie zewsząd. A później pojawia się światło oznajmiające, że ktoś mi
      otworzył oczy, wbrew mojej woli, ale nikogo obok mnie niema, oprucz mnie, który
      stoi obok. Wtedy stwierdzam, że mam halucynacje i idę umyć twarz w zimnej
      wodzie. Dochodzę do umywalki i co widzę, na krawędzi białej ceramicznej
      umywalki siedzę sobie ja, mały wpatrzony w niklowany kran. Po odkręceniu wody
      przeze mnie, patrze się z tej krawędzi na strumień i zaczynam przemijać wraz z
      płynącą wodą. I topię się w odkreconej przeze mnie wodzie, spływam do
      kanalizacji serfując na mydle upuszczonym przeze mnie. Cóż, jak się nad tym
      zastanowić, można o mnie powiedzieć, że spłukałem swoje ja, które już było tak
      małe, że zmieściło się miedzy oczka sitka. Odpływam zostawiając siebie
      wycierającego sie ręcznikiem. Pozbyłem się siebie, stając sie znów sobą. Aż do
      kolejnych halucynacji.
      Muszę chyba mniej jeść tych grzybków z bezkresnych łąk średniowiecza.
      • Gość: aard Czasem IP: 195.117.14.* 30.07.02, 10:26
        Czasem wydaje mi się, że włączam komputer. Wchodzę w Internet Exporera i na
        Forum GW. Jest to tak realne przywidzenie, że mogę nawet czytać wątki. Cóż z
        tego, kiedy wszystkie są jakieś pokręcone. Właściwie, gdyby nie surrealizm tych
        wątków byłbym przekonany, że to się dzieje naprawdę. Ale na szczęście to
        zdradza tego wrednego halucynogennego robala, który siedzi we mnie. Już ja go
        kiedyś dopadnę! Nie daruję skurczybykowi i wszystkie surrealistyczne i
        rzeczywiste flaki mu wypruję!!
        Zrobię to! Zaraz, natychiast!! Jak tylko wyplączę ręce z tych długich rękawów...
        aA
        Rd
    • aric Re: Wątek surrealistyczny 30.07.02, 10:18
      Dziś w nocy miałem sen, wszystkiemu winne są grzybki. Moja głowa urosła do
      takich rozmiarów, że mój kark nie był w stanie jej utrzymać, więc do pracy idąc
      szurałem głową po chodniku, idąc tyłem. W tamwajach było piekło, najpierw
      trzeba było wciągnąć głowę po schodach, a ta ciężko się odijała o każdy
      stopień, a później nikt mojjej głowie nie chciał ustąpić miejsca. I musiałem
      tak stać zgiety w pół, z głową na podłodze tramwaju. Kurde, jak mnie bolał
      krzyż. Gdy wreszcie dotarłem do pracy, okazało się, że głowa tak mi urosła, że
      nie mogę się zmieścić w drzwiach, więc usiadłem na schodach i zacząłem płakać.
      Z moich oczu ciekły łzy spływając prosto z głowy na wybetonowane stopnie. No i
      pojawiła się krew, cieknąca z ran powstałych podczas szurania i odbijania sie
      głowy. Bolało jak cholera, ale byłem twardy. Wyjąłem z plecaka szpikulec,
      zawsze noszę w plecaku szpikulec, na wszelki wypadek, jakby mi napuchła głowa,
      i wpiłem go sobie w ucho. Syknęło, a ja odfrunąłem i zapadła ciemność. Potem
      jasność. Obudziłem się naprawdę, pomacałem głowę. Wszystko było w porządku.
      Muszę wreszcie zacząć słuchać żony, bo te grzybki mnie w końcu uśmiercą.
      • Gość: aard Dżizys, Aric... IP: 195.117.14.* 30.07.02, 10:38
        Albo coś bierzesz, albo ...
        Gratuluję wyobraźni. Qrcze, jak w reklamach...
        aA
        Rd

        PS. Jakich reklamach? Oczywiście - przyszłości.
        Twoja praca wymaga wiele czujności i zaangażowania? Zawsze musisz mieć oczy
        dookoła głowy? Zgłoś się do "Kliniki Pokorski"! "Klinika Pokorski" w serii
        kilku całkowicie bezbolesnych operacji w ciągu dwóch tygodni wstawi Ci trzy
        nowe pary oczu - po jednej na każdą stronę głowy! Dla klientów, którzy zamówią
        usługę ekspresową lub przyjdą z partnerem/ partnerką brylantowe powieki lub
        wymiana starych oczu GRATIS!!
        "Klinika Pokorski" zaprasza codziennie od 6 do 24, a w niedziele cała dobę!
        Pokorski - your life is more than meets the eye...
        Do ZOBACZENIA!
        • aric Re: Dżizys, Aric... 30.07.02, 10:44
          Czy oglądasz czasem telewizję? Ja dość często. Chociaż ostatnio mnie, ze
          wzgledu na braki w ilości kanałów. Kiedyś byłem tv maniakiem, ale żona mnie
          troche wyleczyła. Moje dziwne wypociny, to pozostałości po tym co obejrzałem i
          przeczytałem. Natchnienie samo mnie nachodzi, jak troche poogladam tv i coś mi
          się przyśni.
          Ostatnio lubię Total Rekall.
      • aric A grzybki mnie drążą. 30.07.02, 11:05
        Cholera, wcisnęło mi się enter. Nieświadome poczynania kończyn zaczynają mnie
        drażnić.
        Ostatnio żona przyłapała mnie jak lizałem ekran telewizora. Jej cierpliwość
        chyba zaczyna sie kończyć. Nie wiem dlaczego to robiłem. Gdy zapytała co się
        dzieje, odwróciłem się tylko i z głupim uśmiechem powiedziałem, że widziałem
        bardzo wielkiego dropsa anyszkowego. Nadal nie wiem skąd to wszystko pamietam.
        Zdawało mi się, że drops na ekranie, którego właściwie nie było, mówił do mnie
        w jezyku który znałem z dzieciństwa, jak jeździłem z dziadkiem po stepach
        Ukrainy. Zagadywał, jaka pogoda i itd, a póxnie zapytał czy niechciałbym go
        pocałować. Na co odparłem z chęcią i właśnie wtedy mnie żona przyłapała.
        Zapytała nastepnie jakiego dropsa, skoro telewizor jest wyłączony, i dlacego
        ubrałem sie w futro. Chlera, kompletnie nie wiedziałem co jej odpowiedzieć. Nie
        wiem jak długo jeszcze będzie przy mnie.
    • dwoch_mezczyzn Przeczytałem!!! Uff... 30.07.02, 10:48
      A niech to, Panowie (Panie wybaczcie, ale wydaje się, ze patriarchat na tym
      wątku jest przytłaczający, czyżby Damy twardziej stąpały po ziemi?).

      Ten wątek jest POPIEPRZONY i to zdrowo, nie bez soli!
      Ale PODOBA MI SIĘ! Szkoda, że dopiero teraz pojawiłem się na Forum. Tyle tu się
      ciekawego działo, a ja, przeczytawszy wszystko na raz, mam totalny mętlik w
      nadymającej się z wolna głowie. W każdym razie zapewniam Was, że nim wstanie
      świt, roziweje ranne mgły, będziemy już pląsać w blasku nigdy nie gasnącego
      ogniska, rozpalonego u wejścia do groty przeznaczenia. Wszystkie samice
      jeżozwierzy przysiądą się do tapirów i za dwa kiwnięcia ogonem fryzury będą
      gotowe. Byle wikingowie nie przybyli przed czasem, bo lipa...
      Ale i tak nie dojdzie nas tam słońce, przyrzekam ja tobie. Zawżdy. Azaliż i
      wyliż (za Yavoriusem).
      Tak miło Was poznać :-))))))))

      Pozdro,
      d_m
    • aric Wyjściem z matni jest długa kiełbasa 30.07.02, 12:13
      Myslałem, że wreszcie się pozbyłe grzybków z organizmu, ale jakoś kurde nie
      chcą się odczepiś. Dzis rano wstałe, bez żadnych halucynacji i poszedłem do
      lodówki przekasić na sniadanie. Zaglądam, a tam jedynie kiełbasa. Najzwyklejsza
      kiełbasa w naturalnym flaku. Aż wsadziłem głowę, aby się dokładnie rozejrzeć
      czy w lodówce jest może coś jeszcze. Zrobiłem dwa obroty szyją o 360 stopni,
      wyjąłem kiełbasę i zamknąłem lodówkę. Co było nie tak. Przecież odstawiłem
      grzybki, a tu kręcę głową lepiej niż sowa. Cóż, pomyslałem, że mam taki dar.
      Położyłem kiełbasę na talerzu i zasiadłem za stołem. I tutaj stało sie coś
      nieoczekiwanego. Wziąłem kiełbasę do ręki i pociągnąlem w kierunku ust. A
      kiłbasa coraz dłuższa. Bdy zjadłem kawałek, drugi koniec kiełbady twkwił wciąż
      przytwierdzony do talerza, a talerz leżał na ławie jakby przklejony, klej, też
      czasami wącham. I tak sobie pożerałem kawałek za kawałkiem tej kiełbasy, 10,
      20, 50, 100 cm i nie mogłem przestać. A brzuszek pęczniał. Po około 7 metrach
      wreszcie się skończyła. Wtedy wstałem i ruszyłem ku oknu, a cieżko było, oj
      ciężko. Otworzyłem okno, a kiełbasa zaczęła wychodzić ze mnie, zmniejszając
      stopniowo moją wagę. Gdy wyszła cała, złapałem końcówkę i przywiacałem do
      kaloryfera pod oknem. Drugi koniec dotykał ziemi na podwórku przed oknem.
      Zacząłem schodzić na dół, a potem się ocknąłem. stałem przed drzwaimi
      frontowymi i próbowałem wyjść z mieszkania, ale żona mnie zamknąła i zabrała
      grzybki, bym ich wiecej nie jadł. Jadnak mój mózg pracował ciągle wymyslając
      kolejne drogi ucieczki z mieszkania.
      Grzybki to straszne uzależnienie.
      • Gość: aard Można by :-)) IP: 195.117.14.* 30.07.02, 14:44
        Można też na wzór Twojej "Palarni" założyć "Grzybiarnię" - przyda się zwłaszcza
        wtedy, jak się tutaj całkowicie zatka i trzeba będzie zrobić W.S.(2)

        Póki co powiedz, jak to się je, bo jeszcze nie miałem okazji...
        aA
        Rd
        • aric Prosta sprawa 30.07.02, 14:49
          Idziesz na dwór, znajdujesz kawałek trawy, szukasz czy istnieja jakieś fungi, a
          potem do buzi i żujesz. Przełykasz i czekasz jak brzuszek zaboli. To objaw
          trawienia, pierwsze kilka razy tak jest. A potem trzeba kogoś by był na tyle
          silny aby cię z tego wyleczyć. Pamietaj, grzybki to wredne paskudztwa, jak cie
          raz dopadną, to dupa blada. Ale, mimo to warto. Trochę szkodzą na głowę, lecz
          świat wydaje się mega surrealistyczny.
    • aard =============GRUBA KRECHA=============== 30.07.02, 15:43
      która odgranicza posty niekonqrsowe od konqrsowych. Wszystko co poniżej (do
      następnej GRUBEJ KRECHY będzie podlegało ocenie kapituły w konkursie w
      najbliższym tygodniu.
      Następna GRUBA KRECHA w środę o 9.00 (i ta porą będzie stała co tydzień)
      aA
      Rd
    • dwoch_mezczyzn Więc wszyscy się boją zacząć pod GRUBĄ KRECHĄ? 31.07.02, 09:33
      To może ja:

      Raz uciekły z pozłacanej klatki
      Cztery małe pluszowe niedźwiadki.
      Szły na wschód, w kierunku słońca. Słońce wzeszło gwałtownie, jak na zwrotniku.
      Zabłysło z siłą milionów megaton. Po chwili nadeszła też fala uderzeniowa. Na
      termiczną nie trzeba było długo czekać. Zrobiło się gorąco. Pierwszemu
      niedźwiadkowi stopiły się oczy. Płakał przy tym rzewnymi ebonitowymi łzami.
      Drugiemu przypalił się nos - ciężki zapach spalonego plastiku niósł się po
      okolicy. Trzeciemu futerko osmaliło się tak bardzo, że ze złotawego zmieniło
      się w czarne jak skrzydło kruka, tyle że bez granatowego połysku. Ostatni
      przykrył się prześcieradłem. Wszystkie razem zaczęły się czołgać w kierunku
      najbliższego cmentarza, to znaczy na wschód. Tam właśnie w cieniu wielkiego
      grzyba upiornym uranowym blaskiem świeciło Miasto...
      d_m
      • aard Natomiast w tym samym czasie daleko na zachodzie 01.08.02, 09:09
        ... trzy świnki spokojnie grały w skata. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby
        nie fakt, że nie miały kart, a poza tym (podobnie jak autor) nie miały pojęcia,
        jak się w TO gra. Co nie przeszkadzało im grać z zapałem i zaangażowaniem. Do
        czasu. Kiedy wzeszło słońce przeciągnęły się i wciągnęły w nozdrza rześki
        zapach pustyni. Kiedy ponownie spojrzały na wschód, Nabuchodonozor rzekł: a
        właśnie, mieliśmy przecież iść na grzyby!
        • aric Ach, wiedziałem, że przełom blisko. 01.08.02, 09:25
          - Gzybki? - zapytała jedna z trzech świnek.
          - Tak, takie małe coć co kapelusz posiada. - opowiedziała druga
          - A co się z tym robi? - trzecia zapytała.
          - Ano je się i ma się wizje. - odpowiedział nadęty Nobuhodonozor.
          I poszli szukać grzybków, a peleryny powiewały im w rytm bezwietrznej pogody.
    • aric Dwie chinki 31.07.02, 10:29
      Dwie Chinki przyszły pod koniec imprezy. Wprosiły się na moje przyjęcie
      urodzinowe. Nie odmówiłem im posiłku, napojów alkoholowych i zabawy, gdyż
      powiedziały, że pracują w zoo. Bardzo lubiłem zwierzęta, a ponieważ impreza
      miała się ku końcowi przydały się nowe twarze, w dodatku ze skośnymi oczami.
      Bawiłem się więc, tańczyłem z dwiema Chinkami do momentu zejścia. Film mi się
      urwał i obudziłem się dopiero około południa.
      ***
      Gdy obmyłem twarz i wypełniłem organizm odpowiednią ilością płynów,
      postanowiłem udać się do dużego pokoju. Nie spodziewałem się zbyt szczególnych
      atrakcji, lecz na środku dywanu stał sobie niczym nie wzruszony mrówkojad i
      wpatrywał się w okno balkonowe. Osłupiałem, a po chwili rozejrzałem się dokoła.
      Matka siedziała na kanapie.
      - Co to jest? - Spytałem ją.
      - Mrówkojad. - Odpowiedziała.
      - Wiem, że to mrówkojad, ale skąd się wziął?
      - Dwie Chinki rano przyniosły. - Odpowiedziała matka i zaczęła czytać gazetę.
      W tym momencie do pokoju weszła moja siostra niosąc w dłoniach miskę pełną
      mrówek.
      - Śniadanko. - Zawołała do mrówkojada i postawiła mu przed ryjkiem posiłek. On
      natomiast zabrał się do spożywania. Przy pomocy długiego języczka wciągał coraz
      większe ilości mrówek. Był szczęśliwy.
      - Skąd się wziął ten zwierzak? - Zapytałem ponownie, tym razem siostrę.
      - Dwie Chinki przyniosły rano. - Odpowiedziała. Postanowiłem zapytać inaczej:
      - Dlaczego?
      - Bo wczoraj ciągle marudziłeś, że chciałbyś mrówkojada. Pewnie tego nie
      pamiętasz, bo byłeś zalany jak bela, ale one pamiętały. Przyjdą po niego
      wieczorem.
      Byłem lekko zaniepokojony o stan mojego umysłu. Co mi strzeliło do głowy.
      Mrówkojada do domu sprowadzać.
      ***
      Minęła godzina, mrówkojad zaczął się przeraźliwie wiercić, co według mnie nie
      było dobrym znakiem. I stało się, mrówkojad najpierw puścił bąka, następnie się
      sprężył i wypróżnił na dywan. Co to był za widok. Niezapomniana chwila.
      Mrówkojad srający w twoim własnym domu na twój własny dywan. Jednak nie był to
      koniec dzisiejszych atrakcji. Niecałe pięć minut później okazało się, że nie
      był to mrówkojad płci męskiej, jak to z góry założyłem. Pani mrówkojadowa
      bowiem położyła się nieopodal swoich ekskrementów i urodziła sześcioro małych
      mrówkojadów. Trwało to niespełna chwilę. Następną niecałą chwilę zajęło im
      wstanie na nogi i ustawienie się w dwuszeregu za swoją matką. Wszyscy
      jednocześnie zasalutowali prawymi przednimi kończynami i oświadczyli chórem:
      - Idziemy walczyć za naszą ojczyznę.
      Tego było za wiele. Nie czekając na dalszy rozwój wypadków wyszedłem na balkon
      w celu zaczerpnięcia odpowiednich porcji powietrza. A tu czekała mnie następna
      niespodzianka. Na balkonie leżała bowiem kobieta. Miała jakieś trzydzieści lat
      i nie oddychała. Rozpocząłem więc reanimację. Odchyliłem jej głowę w tył. Pięć
      ucisków w dolnej części mostka na serce i jeden głęboki wydech powietrza z
      moich do jej płuc. Powtórzyłem tę czynność kilkakrotnie. Kobieta wreszcie się
      ocknęła, podobnie jak ja. To był tylko popołudniowy sen. Obudziłem się pięć
      minut przed godziną szesnastą.
      ***
      Chyba zbyt dużo gier komputerowych i serialu „Ostry Dyżur”.
    • dwoch_mezczyzn Czemu... 31.07.02, 15:43
      Czemu na tak fajnym wątku jest tak mały ruch?
      Czemu nie można budować mist na dnie oceanów?
      Czemu dinozaury wyginęły a starsze ewolucyjnie rekiny żyją?
      Czemu pies ci mordę lizał?
      Czemu tu się dziwić?
      Czemu większość światowych przebojów jest po angielsku?
      Czemu Enrique Iglesias ma tę kurzajkę?
      I po czemu truskawki?

      d_m
      • aric Czemu? A temu. 31.07.02, 15:56
        Z mojego doświadczenia, a grzybki wciąż swoje, wynika, że nie każdy może
        surrealisą być, i nudzą go te dziwne słowa. Ja ze swojej strony mogą dodać, że
        wczoraj wreszcie wydostałem sie z domu. Żona popełniła błąd i zapomniała o
        mojej sile fizycznej. Z początku troche się bałem wyważania drzwi, jednak jak
        sie wziąłem to jakoś poszło i teraz się nie martwię. Leżę sobie na początku
        schodów, gdyż z rozpedu sie po schodach zwaliłem i nie wiem co mam dalej robic.
        Nie czuję nów, nie czuję rą, ale widzę. Widzę ogromną rudą grubą babę, która
        nade mną stoi i się dziwnie usmiecha. 260 kilo żywego tłuszczu z usmiechem, z
        niewiadomego powodu. Nie mogę się ruszyć, ale patrzę. Rudzielec i jego ponad
        ćwierć tony powoli sie nachyla i zaczyna jeść moje nogi. Nic nie czuję, więc
        się nie sprzeciwiam, żuje przełyja i kąsa znów, potem obgryza kości, wylizuje i
        chrupię same kości, zajadając się szpikem. Przychodzi kolej na ręce, tak samo,
        zaczyna od paluszków i wgryza się coraz bardziej, kończąc na barkach. Gdy
        skończyła, to się oblizała, wzieła mnie za własy i zaniosła na górę mówiąc:
        - Teraz jesteś lekki, twoja żona kazała mieć cię na oku i gdybyś uciekał
        zanieść cię spowrotem na górę. - Szła z dziwną lekkością po schodach,
        przeniosła mnie przez próg, rzuciała na podłogą, a ja wciąż nic nie czując
        ległem i nie mogłem niczym ruszyc. Poza tym nie bardzo miałem czym. Wyszła,
        zamknęła drzwi od zewnątrz i zniknęła mówiąc:
        - Z nogami i rękoma nie dałabym rady cię wnieść. Co ta twoja żona myslała, że
        ja jakiś ciężarowiec jestem?
        A ja sobie tak leżałem i leżałem, a czas sobie mijał.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka