To miasto to dziura & & #35; 8211; skarżył się Roman Polański.

09.09.04, 14:37
Zastanawiam się, czy w ogóle tu wytrzymam. To samo pytanie zadają sobie także
obecni studenci najsłynniejszej szkoły filmowej na świecie.


Atrakcyjność łódzkiej szkoły filmowej można pisać w sześciu słowach: Roman
Polański, Andrzej Wajda, Krzysztof Kieślowski. Jej absolwenci. Można też
powiedzieć, że żadna szkoła filmowa na świecie nie otrzymała w ostatnich
latach tylu nagród międzynarodowych, co łódzka filmówka.

Państwowa Wyższa Szkoła Filmowa, Telewizyjna i Teatralna ma doskonałą opinię.
W budynku głównym, willi z czasów założycielskich miasta, szerokie schody
prowadzą do sali projekcyjnej. To w tym pomieszczeniu w 1958 r. Polański
zaprezentował swą etiudę studencką „Dwaj ludzie z szafą”. Schody stanowiły
zresztą artystyczne centrum świata dla Polańskiego i jego kompanów. Dziś na
tych samych stopniach w oparach dymu papierosowego przesiadują niedbale
ubrani młodzi adepci sztuki operatorskiej.

Zetknięcie przeszłości z teraźniejszością jest w szkole na porządku dziennym.
Reżyserzy tacy jak Polański czy Kieślowski symbolizują wprawdzie sukces, ale
bohaterami filmówki są operatorzy. Podczas gdy w Szwajcarii trzeba się
poważnie nagłowić, by podać nazwisko choć jednego operatora filmowego, w
Polsce cieszą się oni statusem prawdziwych gwiazd. Absolwenci wydziału
operatorskiego z Łodzi należą do najlepszych w swoim fachu. Spośród nich
wymienić można Piotra Sobocińskiego („Trzy kolory. Czerwony”), Adama Holendra
(„Dym”, „Brooklyn Boogie”, „Nocny kowboj”), Sławomira Idziaka („Helikopter w
ogniu”, „Gattaca – szok przyszłości”) czy Dariusza Wolskiego („Piraci z
Karaibów”). A fama się rozchodzi.

Schody do kariery

Historia 20-letniej studentki Mariko Saga z Japonii nie jest wcale nietypowa.
Gdy miała 15 lat, jej matka zobaczyła dokument na temat łódzkiej szkoły w
japońskiej telewizji. Pomysł wydał się rozsądny, więc Mariko trafiła najpierw
do college’u w Anglii, by tam nauczyć się „języka europejskiego” i poznać
europejską kulturę. Nigdy jednak nie straciła z oczu celu wyznaczonego przez
matkę, aż któregoś dnia stał się on jej własnym.

Mariko przystąpiła do egzaminu w Łodzi i została przyjęta. W pierwszej
etiudzie filmowej jej autorstwa dinozaur o rozmiarach człowieka jedzie
pociągiem do Łodzi, mając na szyi tabliczkę z napisem AFRYKA. Ludzie
wzdragają się na sam widok pokojowo nastawionej, lecz obcej istoty, z którą
nie można nawet porozmawiać, aż w końcu dinozaur umiera, dźgnięty nożem przez
rozjuszonego podróżnego. Jak tłumaczy Mariko, filmu nie należy interpretować
autobiograficznie.

Dobre imię szkoły jest starannie pielęgnowane. Już sam egzamin wstępny to
mały rytuał, w trakcie którego kandydaci muszą wykazać się wiedzą tajemną.
Początkujący operatorzy mają na przykład określić dokładną godzinę wykonania
zdjęcia na podstawie rozkładu światła i cienia, zainscenizować scenkę z
udziałem aktorów, by w końcu stanąć twarzą w twarz z osławioną komisją
egzaminacyjną. By dostać się do szkoły, Polański potrzebował dwóch podejść,
Kieślowski – trzech.

Większość studentów mieszka w akademiku PWSFTiT, który swym wyglądem
przypomina zaplecze zakładu dla obłąkanych – ciągnące się bez końca korytarze
oświetlone bladym, migoczącym światłem jarzeniówek. Na prawo i na lewo pokoje
o powierzchni 30 mkw. Ściany żółte niczym kamień nazębny, w każdym rogu
łóżko. W pokoju może mieszkać do czterech studentów, opłata miesięczna wynosi
równowartość 45 dolarów. Przy łóżkach ustawiono szafy z płyt wiórowych, by
stworzyć chociaż minimum prywatności.

Już Polański, który wychował się w krakowskim getcie, skarżył się w swych
pamiętnikach na Łódź: „To miasto to straszna dziura. Zastanawiam się, czy w
ogóle tu wytrzymam”. Miasto powstało w 1823 roku, a więc w tym samym czasie,
co duża część Nowego Jorku. Do dziś zresztą pod względem układu ulic Łódź
przypomina amerykańską metropolię. W czasie rewolucji przemysłowej stała się
ona ważnym ośrodkiem przemysłu włókienniczego. Stara Łódź, wyrosła z korzeni
żydowskich, niemieckich i polskich, znikła wraz z wybuchem II wojny
światowej. Przemianowano ją na Litzmannstadt, a główna ulica handlowa
Piotrkowska stała się nagle aleją Adolfa Hitlera. Spośród 200 tys. Żydów w
getcie wojnę przetrwało zaledwie 870.


Dyskretny urok Łodzi

Dziś gigantyczne i opustoszałe hale fabryczne oraz malownicze wille
pierwszych przemysłowców sprawiają wrażenie skansenu wczesnego kapitalizmu.
Jedynie Piotrkowska poddana została gruntownej renowacji, tak że teraz kusi
niewiarygodnym wręcz przepychem oraz przytłaczającą liczbą butików. Krzykliwe
wystawy sklepowe podziwiać można z rikszy podczas przejażdżki najdłuższym
deptakiem Europy. Wystarczy jednak skręcić w boczną uliczkę, na przykład
Struga, by zobaczyć to, o czym pisał Polański. Zapuszczone podwórka,
opustoszałe place budowy to milczący świadkowie czasu, jaki upłynął, od kiedy
Łódź nazwana została polskim Manchesterem. Jedynym kolorowym akcentem są
wielkie czerwone bilbordy jednego z marketów ze sprzętem elektronicznym.

Wprowadzenie gospodarki rynkowej boleśnie ugodziło w przemysł tekstylny. Dziś
umierające miasto liczy prawie milion mieszkańców, z których 25 proc. to
bezrobotni. Ów świat drobnych złodziejaszków i sklepów wielobranżowych w
walących się secesyjnych kamienicach z toaletami na półpiętrze stanowił
naturalne tło dla wielu filmów. I tak ani ubiegłoroczny kandydat do
Oscara „Edi”, ani też mistrzowska „Ziemia obiecana” Wajdy nie potrzebowały
dodatkowej scenografii.

Tajemnica Łodzi? Kiedy w 1998 r. w nowojorskim Muzeum Sztuki Współczesnej
Joshua Siegel zorganizował wystawę retrospektywną, obejmującą 50-letni
dorobek łódzkiej szkoły filmowej, „The New York Times” zapytał go, dlaczego
studiował właśnie w Łodzi. – Tym, co mnie przekonało, była pasja, z jaką w
szkole podchodzi się do obrazu – brzmiała odpowiedź. W praktyce oznacza to:
najpierw warsztat, potem sztuka. W filmówce z zasady nie kręci się na
kamerach cyfrowych, lecz na taśmach 35 mm. Nawet najkrótsze ćwiczenie w
ustawianiu światła przeradza się wtedy w mały film. I jest to metoda
wyjątkowa, bo wyjątkowo droga.

A ponieważ koszty są tak wysokie, studenci mają do dyspozycji jedynie 16
minut materiału na film. Każde ujęcie musi być dobrze przygotowane, gdyż – w
przeciwieństwie do kamery cyfrowej – nie można po prostu nakręcić czegoś
jeszcze raz.

Po pokazach premierowych, będących dla wielu źródłem obaw i stresu,
profesorzy nie zostawiają na filmach swoich studentów suchej nitki. – Na
pierwszych latach ocena jest tylko jedna: źle – opowiada Michał Tywoniuk. I
choć zapewne jest w tym trochę przesady, wypowiedź ta dobrze oddaje nastrój,
jaki panuje w łódzkiej kuźni talentów. Tywoniuk studiuje obecnie na trzecim
roku wydziału operatorskiego i ma opinię jednego z najbardziej uzdolnionych w
szkole. Jest również jednym z niewielu, którzy mają odwagę, by wyrazić swoją
dezaprobatę wobec szkolnych szarych eminencji.

Wykładowcy to niekwestionowane autorytety. Kazimierz Karabasz jest
legendarnym dokumentalistą. Studiował razem z Wajdą i Polańskim. I choć pod
oczami rysują się mu głębokie cienie, ręce są kościste, a skóra pomarszczona,
po paru minutach rozmowy w jego przejrzystych, niemal dziecięcych oczach
dostrzec można błysk. W perfekcyjnej niemczyźnie tłumaczy, że filmy Michaela
Moore’a to nic więcej, jak efekciarskie hochsztaplerstwo. Tymczasem jego
studenci powinni się nauczyć postrzegać świat takim, jaki jest w
rzeczywistości. – Ja mogę nauczyć ich tylko formy, którą już sami muszą
wypełnić treścią.

Łódź z niemałym wysiłkiem balansuje na wąskiej grani między wiernością
zasadom a pragmatyzmem. Bar w budy
    • avatary Re: To miasto to dziura... 09.09.04, 14:38
      Bar w budynku głównym, gdzie Polański dał się zapamiętać jako ucieleśnienie
      podchmielonej awangardy filmowej lat 50., zastąpiony został przez biuro
      współpracy z zagranicą. Teraz planuje się tu przyszłość. Fundamentem dla całego
      przedsięwzięcia jest organizowany od 2000 r. w Łodzi festiwal Camerimage, na
      którym wyróżnienia przyznaje się za najlepsze osiągnięcia na polu sztuki
      operatorskiej.

      Co gryzie szare eminencje

      W dwudniowym spektaklu udział biorą wielcy światowego przemysłu filmowego.
      David Lynch („Mulholland Drive”), Janusz Kamiński („Lista Schindlera”) oraz
      Sven Nykvist („Co gryzie Gilberta Grape’a?”) zdążyli już ogłosić Łódź swoim
      ulubionym miastem. Lynch zapowiedział nawet, że chciałby wybudować tu swoje
      studio.

      To się nazywa promocja. Prawdziwym kapitałem szkoły są jednak jej absolwenci.
      Międzynarodowe wyróżnienia umacniają legendę, która przyciąga nowych chętnych,
      szczególnie z zagranicy. Każdy student spoza Polski płaci rocznie 12 tys.
      dolarów czesnego. Z tego źródła finansowania filmówka będzie jednak musiała
      niedługo zrezygnować. Wejście Polski do Unii Europejskiej oznacza bowiem wymóg
      ujednolicenia opłat za studia.

      © Neue Zürcher Zeitung Folio

      tygodnikforum.onet.pl/1186979,0,7416,927,2,artykul.html
    • hubar Re: To miasto to dziura 09.09.04, 16:05
      Co tu dozo pisać... prawda.
    • topjes Pompatyczne... 09.09.04, 22:24
      Dla mnie aż za bardzo. Znam klimaty z Architektury - i odbieram je negatywnie.
      Raczej była tam banda zadufanych w sobie bufonów. Ten tekst odbieram podobnie.
      Ja jestem mega autorytet - a student nic nie umie.
      Czy to powód do dumy, ze w epoce telewizji cyfrowej student może nagrać 16 minut
      materiału? To chyba Polska wydumana duma - sztuka dla sztuki. Mi się wydawało,
      ze trening czyni mistrza...

      topjes
      • Gość: ... widać tu o mistrza Zen idzie IP: 81.219.* / *.grs-3.g1.pl 09.09.04, 23:13
        inny ma trening i inne zadania
Pełna wersja