Gość: Snake
IP: 217.153.10.*
27.05.02, 10:24
Zawsze mnie fascynowali tym, ze cale dnie potrafia bez ruchu
tkwic z wedka w reku i czekac. Obok termos, bula z kielbasa,
puszka z robalami, skladaczek lub motorowerek i skrzynka z
haczykami. Chcac sie przekonac nim zbuduje opinie,
postanowilem pojechac na taki czelendz. Rozstawilem sprzet
pod okiem fachowca - p.Kazika kioskarza i siedze. Jako, ze
naleze do grupy spoleczenstwa, ktora z tzw. tylkiem dlugo nie
usiedzi, po 30 min. juz bylem utwierdzony, ze to nie dla mnie.
Mimo to siedzialem nieruchomo, czasem poprawiajac sie na
mikrolezaku. Wtedy p.Kazik sugerowal, ze sie wierce i polosze
"material". Chcialem tez z facetem zagaic, ale ten zrobil "pssst -
material"...
Ogolnie klimat jest taki, jakby goscie czekali na rybe pile albo
jakiegos100 kg marlina, a tymczasem przez pol dnia nacieli
raptem 4 ryby niewiele wieksze od mojego palca wskazujacego.
Nie pamietam nawet nazw.
Powrot do domu tez nie dodawal adrenaliny, poniewaz p.Kazik
toczyl sie w tepie w jakim siedzial nad stawem. Mysle, ze byl to
ciag dalszy ceremonii samokontroli i wyciszenia. Jedyne co
uslyszalem to "Duszno. Bedzie burza". Wtedy zrozumialem ze
zeby jezdzic na ryby nie wystarczy byc stoikiem, ale trzeba byc
po prostu Zen, a do tego z moim charakterem nie osiagne w
tym wcieleniu.
Pozdr.
Snake