Gość: Polianna
IP: 217.149.244.*
28.01.05, 23:21
Małe osiedlowe skrzyżowanie.Widzę je z okien sklepu, w którym robię spóźnione
wieczorne zakupy.Uliczką idzie chłopak.Znam go "z widzenia" - mieszka w bloku
obok a w dodatku jeszcze studiowaliśmy w tym samym Instytucie.Idzie z
trudem.Ciężko stawia kroki, posuwistym "szurającym" ruchem zatacza nogami
pokraczne półkola.Jego nieodłączna torba śmiesznie podskakuje mu na boku; ma
ją zawsze przewieszoną na skos przez szyję - musi mieć wolne ręce, by "łapać"
nimi równowagę.I tak świetnie daje sobie radę - po dziecięcym porażeniu
mózgowym mógł w ogóle nie chodzić.
Przede mną w kolejce jeszcze 3 osoby więc, może trochę niegrzecznie,
przypatruję mu się przez okno.Przechodzi przez ulicę.Przy występie chodnika
potyka się.Upada twarzą w zmarznięty śnieg.
Przejeżdża samochód, zwalnia...ale nie zatrzymuje się.Sąsiad z drugiego
piętra, spacerujący z psem, odwraca głowę...Ludzie!!!
Wybiegam ze sklepu, biegnę do leżącego.Sam nie wstanie.Jest ślisko.Nie mogę
dać sobie rady- Boże niech mi ktoś pomoże...Samochód odjechał, sąsiad
przyspieszył kroku.Powoli, jeszcze raz spróbujemy.Buty rozjeżdżają się na
lodzie (dlaczego nikt nie posypał tego piaskiem?)
Podbiega dziewczyna.Pomoże.Staje z drugiej strony i dźwigamy razem.
Udało się.Chłopak znowu stoi na nogach.Ma trochę zadrapany policzek ale na
szczęście nic poważniejszego mu się nie stało.Jeszcze zawiązujemy mu
sznurówki w butach. Uśmiech, "Dziękuję i przepraszam.Taka ze mnie niezdara".
Dlaczego nikt więcej nie chciał nam pomóc?
Dlaczego żyjemy tak bardzo obok siebie?...