Gość: Cintos
IP: 157.25.165.*
03.07.05, 22:04
Wspomnienia z szóstej klasy szkoły podstawowej...
Obliczam kąt padania promieni słonecznych w dniu przesilenia letniego na 20.
stopniu szerokości geograficznej. Koleżanka wyrwana do odpowiedzi nie potrafi
na mapie wskazać Japonii. Jak zresztą ma to zrobić, skoro nie odróżnia lądu
od oceanu?
Słabszy kolega po raz kolejny stoi, milcząc. Nie potrafi odpowiedzieć na
pytanie nauczyciela. Być może go nawet nie rozumie. Nauczyciel zadaje pytanie
pomocnicze.
Kolega coś bąka pod nosem. Nie zna odpowiedzi? Nie jest jej pewny? Boi się
ośmieszenia? Pewnie żałuje, że w ogóle pojawił się na lekcji, zamiast, jak
robi to często, zwyczajnie zwiać. Ja mażę bezmyślnie w zeszycie, układam
origami, ewentualnie czytam książkę pod ławką. Mija kolejnych kilka, może
kilkanaście minut. Minut bezpowrotnie straconych dla lekcji. Kolega dostaje
kolejną jedynkę.
Takie są lekcje w klasach skompletowanych przypadkowo, bez żadnej selekcji.
Znajdują się w nich uczniowie o różnych zdolnościach, o różnym zasobie wiedzy
i umiejętności wyniesionych z domu rodzinnego. Jaki jest rezultat?
Na lekcjach nudzą się śmiertelnie dwie kategorie uczniów. Po pierwsze –
najzdolniejsi. Dla nich jest to czas stracony. Zadania wykonują szybko,
czasem wyprzedzają nawet polecenia nauczyciela. Pojęcia, które mogliby sobie
przyswoić w ciągu kilku minut, są wałkowane przez całą godzinę.
Nudzą się też uczniowie najsłabsi. Ci, dla których to, co się dzieje na
lekcji, jest czarną magią. Przepisują z tablicy cyfry, daty, słowa, nie
wiedząc, co one oznaczają. Co z tego, że nauczyciel wyjaśni: robi to nieraz
zbyt szybko jak na ich możliwości, zbyt skrótowo, odwołując się do wcześniej
przekazanej wiedzy – tej wiedzy, której oni nie zdążyli opanować. Zdolność
rozumienia osłabia silny stres, strach przed pytaniem, wywołaniem do tablicy,
przed kolejną jedynką.
Rezultaty są różne, w zależności od grupy uczniów.
a) Najlepsi w szkole tracą czas. Jednak:
- najlepsi pochodzący z zamożnych rodzin rozwijają swe zdolności na
dodatkowych prywatnych kursach.
- najlepsi z rodzin uboższych – równają do średniej. Ich talenty
zwyczajnie się
marnują, w późniejsze życie startują z gorszej pozycji, niż
wskazywałyby to
ich potencjalne możliwości.
b) Słabsi uczniowie również tracą czas, dodatkowo przeżywając silny stres.
Jednak:
- słabsi z zamożnych rodzin mają szansę na poprawienie swoich wyników
dzięki korepetycjom.
- słabsi z rodzin ubogich takiej szansy nie mają. Im zawsze szkoła,
a z nią również nauka, będzie kojarzyć się z nudą, przymusem i
strachem.
Czy o to nam chodzi?
Nie wyeliminujemy różnic społecznych, różnic w podejściu rodziców do edukacji
dzieci, różnic talentów. Zawsze będzie tak, że jedni uczniowie będą
przychodzić do szkoły z umiejętnością płynnego czytania, a drudzy pierwsze
litery będą poznawać dopiero na lekcji. Jedni, przyzwyczajeni do
rozwiązywania łamigłówek w ramach domowych zabaw, będą uczyli się szybciej,
inni – wolniej. Prowadząc lekcje pod kątem „średniej” – szkoła krzywdzi i
jednych, i drugich.
Zakaz segregacji uczniów w szkołach według ich zdolności jest równaniem do
starej zasady „każdemu po równo”. Zasady krytykowanej zarówno przez
zwolenników poglądów lewicowych, którzy woleliby zasadę „każdemu według
potrzeb”, jak i prawicowych „każdemu według zasług”. Jest staniem w rozkroku,
rozwiązaniem, w którym dobrze mają się jedynie przeciętni. Powoływanie się na
sprawiedliwość społeczną przez ludzi przeciwnych segregacji uczniów w
szkołach, jest co najmniej niezrozumieniem problemu: bogaci, choć stracą
czas, poradzą sobie. Biedni tak czy inaczej zostaną na lodzie.
Segregacja uczniów według ich zdolności, wbrew temu, co głoszą niektórzy
politycy i dziennikarze, nie wyklucza dzieci z biednych rodzin. Wręcz
przeciwnie: segregacja jest właśnie jednym z najprostszych rozwiązaniem tego
problemu! Ale ta segregacja musi być przeprowadzana mądrze.
Przede wszystkim musi mieć ona jasny cel: dostosowanie metod nauczania do
możliwości uczniów. Nie daniem więcej bogatszym, a mniej uboższym: od tego są
szkoły prywatne. W szkołach publicznych podział nie może się opierać na
zamożności rodziców,
a właśnie na możliwościach i zdolnościach uczniów. Umiejętność dziecka
spełniania wymogów szkolnych wprawdzie dość często jest związana ze
środowiskiem pochodzenia, lecz nie jest to zależność bezwyjątkowa. Ocena
możliwości i umiejętności dziecka powinna być dokonana możliwie wcześnie, na
przykład w zerówce, tak, żeby już w pierwszej klasie można było poprowadzić
poszczególne grupy dzieci trybem odpowiednim dla nich.
Cel, jaki sobie stawiamy, pociąga za sobą poważną konsekwencję: to właśnie do
słabszych klas powinni trafiać najlepsi pedagodzy! Nie najlepsi matematycy,
najbardziej oczytani historycy czy poloniści, ale właśnie najlepsi pedagodzy,
a więc osoby potrafiące nawiązać z dzieckiem kontakt i pokierować nim.
Przecież to właśnie słabszy uczeń wymaga szczególnej troski: pochylenia się
nad nim, jak najjaśniejszego wytłumaczenia problemu, powtórzenia drugi,
trzeci, a nawet czwarty raz – bez irytacji i gniewu. Dziecko musi czuć się
bezpiecznie, wiedzieć, że może liczyć na pomoc, nie bać się wyśmiania, móc
otwarcie wyznać, że czegoś nie rozumie. Wtedy szkoła nie będzie miejscem,
gdzie chodzi się ze strachem, pod przymusem, a na lekcjach odczuwa się
nieprzyjemne gniecenie w żołądku. To będzie miejsce, gdzie będzie się
przebywać jeśli nie z przyjemnością, to przynajmniej bez stresu. Może nawet
chętniej, niż w domu – jeśli przypomnimy, że wielu słabszych uczniów pochodzi
z rodzin patologicznych. Zredukuje się znacznie problem uciekania uczniów z
zajęć, które często jest powodowane właśnie lękiem.
Segregacja uczniów nie powinna być całkowita. Przecież często zdarza się tak,
że świetny polonista nie radzi sobie z przedmiotami ścisłymi. Zdolności w
nauce niewiele mają też wspólnego ze sprawnością fizyczną czy talentem
artystycznym. Nie ma więc powodu, by uczeń nie mógł uczęszcz.. jednocześnie
do klasy „słabych” matematyków i „mocnych” historyków (lub na odwrót).
Uczeń nie powinien być raz na zawsze przypisany do klasy mocnej lub słabej.
Jest wysoce prawdopodobne, że jeżeli dziecku nie dającemu sobie rady w
pierwszej klasie udzielimy odpowiedniej pomocy, nadrobi ono zaległości
powstałe w domu rodzinnym, rozwinie swoje umiejętności i możliwości na tyle
dobrze, że będzie mogło bez większych problemów dołączyć do grupy lepszych
uczniów. Taki jest zresztą cel. Natomiast groźba spadku do słabszej grupy
będzie mobilizować lepszych uczniów, nie pozwoli im spocząć na laurach.
Różnica między grupami lepszymi i słabszymi powinna się opierać nie tyle na
zakresie przerabianego materiału (choć, siłą rzeczy, czasem zróżnicowanie
będzie konieczne), ale na tempie i metodach jego przerabiania. Musi się to
wiązać z różną liczbą godzin lekcyjnych dla tych grup uczniów. Tyle jeśli
chodzi o zajęcia obowiązkowe, o przedmioty wymagane zwykłym programem szkoły
określonym przez MEN. Co innego z przedmiotami dodatkowymi, jak na przykład
kolejny język obcy. Tutaj o zakwalifikowaniu powinny decydować dotychczasowe
wyniki danego ucznia w przedmiotach pokrewnych, bądź coś w rodzaju rozmowy
kwalifikacyjnej czy egzaminu wstępnego. W ten sposób uczniowie słabsi zdołają
w spokoju opanować niezbędne minimum. Uczniowie zdolniejsi natomiast zyskają
cenny czas, co pozwoli im bądź na szybsze skończenie szkoły, bądź na
uczęszczanie na dodatkowe przedmioty. Jednocześnie nikomu nie mówi się „nie”,
każdy dostaje szansę.
Oczywiście powyższe propozycje mogą być zrealizowane tylko w miastach, w
dużych szkołach, gdzie można podzielić ucz