Brutalne echo mitu. Recenzja "Alive" Marty Bart...

IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.02.06, 23:45
Slaba ta recencja, b. slaba...
Sztuka byla dobra, bo ogladalem ja.

Widac, ze najlepiej wychodzi lodzkim dziennikarzom pisac o skandalach tj jak
lowcy skor.. itp
    • Gość: Kurt Steiner Re: Brutalne echo mitu. Recenzja "Alive" Marty Ba IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.03.06, 19:50
      Przede wszystkim, słowo "motherf***er" nie było tu użyte bezpodstawnie, czego
      chyba recenzent nie zauważył. Eddie sypiał ze swoją matką, więc wulgaryzm ten
      miał głębsze znacznie. Po drugie, Eddie ma 17, a nie 18 lat, jak stwierdził
      recenzent. Po trzecie - pytanie o sprawność w posługiwaniu się bronią jest
      pozbawione sensu. Nie znamy przeszłości bohatera, broń wbrew pozorom mógł
      zdobyć bardzo łatwo, a sprawność w posługiwaniu się nią na strzelnicy w wesołym
      miasteczku. Poza tym, recenzja p. Karczewskiego nie wygląda jak tekst pisany
      przez kogoś, kto zna się na teatrze. Brzmi raczej jak czepianie się na siłę
      byle czego w celu pokazania, jak wielkim jest się krytykiem lub by cokolwiek
      napisać. Ja sam nie jestem żadnym autorytetem, ale tekst p. Karczewskiego
      uważam za bardzo niesprawiedliwy, wręcz krzywdzący. Moim zdaniem aktorzy
      włożyli w swój występ ogromną ilość energii, serce, a drobne wpadki językowe
      mogły być efektem zdenerwowania wynikającego z faktu, że była to premiera.
      Myślę, że i p. Marcie Bartczak, i p. Irenie Janickiej-Świderskiej, i aktorom
      należą się wielkie brawa!
    • Gość: no name Re: Brutalne echo mitu. Recenzja "Alive" Marty Ba IP: *.4web.pl 02.03.06, 21:33
      Autor recenzji napisał:
      >. Ale krucho tu nawet z plastyczną, angielską intonacją, której bogata
      >muzycznie fraza potrafi objąć nawet dwie oktawy

      Nie rozumiem...To opera była w końcu czy dramat>?:)))))))))))
    • Gość: voice-over Re: Brutalne echo mitu. Recenzja "Alive" Marty Ba IP: *.sttb.pl 02.03.06, 22:18
      Sztuka "Alive" - debiut p. Marty Bartczak - wykazuje, że młoda autorka jest
      doskonale zaznajomiona nie tylko z dramatami tzw. "nowych brutalistów", ale
      również z twórczością takich dramatopisarzy, jak Harold Pinter (w scenie
      przesłuchania pobrzmiewają echa "Birthday Party") czy Samuel Beckett (metafora
      piasku, związana z upływem czasu i śmiercią, która pojawia się choćby w "Happy
      Days"). Trudno tu, zatem mówić o próbie naśladowania „nowych brutalistów”, gdyż
      sztuka p. Bartoszek jest równie silnie związana z innymi nurtami dramatycznymi.
      Oczywiście elementy sztuki brutalistów są wyraźne: autorka sprawnie operuje
      konwencją komedii romantycznej (scena kolacji dla dwojga, czy scena na plaży),
      którą skutecznie (i ku zaskoczeniu widza), potrafi przeistoczyć w sceny rodem z
      dramatów Sary Kane. Nie są to jednak elementy dominujące całość tekstu.
      Jeśli chodzi o warstwę językową sztuki, to wulgaryzmy, wcale nie tak częste,
      jak wskazywałaby na to recenzja p. Karczewskiego, nie są raczej czymś nowym i
      szokującym. Słowo „mutherf***”, podane przez recenzenta jako przykład, zostało
      użyte w tekście nie bez przyczyny: używa go policjant, który nie jest świadomy
      przeszłości Eddiego i jego związków z matką – słowo nabiera, zatem w tym
      kontekście wydźwięku ironicznego.
      Nie mogę się również zgodzić ze stwierdzeniem, jakoby „psychologiczną prawdę
      zastępowały obrazy przemocy.” Nie od dziś wiadomo, że przemoc na scenie
      (zarówno fizyczna, jak i werbalna) jest jednym ze środków wyrazu,
      umożliwiającym ukazanie pewnych stanów psychicznych.
      Co więcej, kompleks Edypa to tylko jeden z wątków poruszanych w sztuce - nie
      sądzę, aby było on wątkiem najważniejszym.
      Jest jednak jedna kwestia, którą należy tu koniecznie poruszyć: zastanawia mnie
      mianowicie, na jakiej podstawie p. Karczewski wydaje tak surowe osądy,
      dotyczące kiepskiego akcentu aktorów? Ach tak, język p. Karczewskiemu po
      prostu „nie brzmi” jak należy… Nie od dziś jednak wiadomo, że przyswojenie
      sobie obcego akcentu jest rzeczą niezwykle indywidualną: nawet ludzie
      posługujący się językiem obcym niezwykle sprawnie mogą nie być w stanie
      przyswoić sobie obcego akcentu w 100% (polecam liczne wydawnictwa, zajmujące
      się kwestią nauczania języków obcych). W sztuce grali studenci pierwszego i
      drugiego roku, była to premiera przedstawienia (a zatem: trema, ściśnięte
      gardła, te sprawy). Jeśli młodzi aktorzy czasem nie zabrzmieli jak należy - co
      z tego? Nie wydaje mi się, aby był to powód do tak surowej krytyki.
      Pozdrawiam p. Karczewskiego i życzę troszkę więcej ludzkiej życzliwości.
      • Gość: voice-over Re: Brutalne echo mitu. Recenzja "Alive" Marty Ba IP: *.sttb.pl 02.03.06, 22:29
        No i wkradł mi się nieznośny chochlik drukarski: oczywiście cały czas mowa o
        sztuce Pani Marty Bartczak, którą serdecznie pozdrawiam:)
      • Gość: Marta B. Re: Brutalne echo mitu. Recenzja "Alive" Marty Ba IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.03.06, 19:51
        Dziękuje zarówno za wszystkie ciepłe słowa jak i słowa krytyki ze strony p.
        Karczewskiego. Rozumiem, że nie każdy krytyk może znać się na współczenych
        trendach, szczególnie w teatrze brytyjskim. Pisząc tę sztukę, nie wzorowałam
        się tylko na sztukach nowych brutalistów, jak zdaje się sugerować p.
        Karczewski. Chciałam natomiast napisać sztukę w konwencji "teatru
        doświadczenia" (experiential theatre), a sądząc po reakcjach widowni (siedzący
        obok mnie fotograf w kulminacyjnym momencie zaklął siarczyście, po czym
        wyszedł), osiągnęłam swój cel. Krótko mówiąc, przedstawienie miało wywołać
        określone reakcje emocjonalne u publiczności.
        Nie mogę do końca zgodzić się ze stwierdzeniem, jakoby sztuka była "echem mitu
        o Edypie". Pisząc ją, traktowałam fabułę jako "echo mitu o Fedrze". Mimo że
        Ferda próbowała uwieść swojego pasierba, a nie rodzonego syna, uważam, że Matka
        z "I'm Alive" jest bliższa właśnie Fedrze, a nie Jokaście.
        Jeśli chodzi o słaby język utworu, uważam, że to temat narzuca język utworu i
        ponieważ temat należy do sfery społecznej, moim wyborem był właśnie
        język "słaby", żywy, codzienny, komunikatywny i zrozumiały, nawet dla
        językowych laików, obecnych na przedstawieniu.
        Cieszę się, że niektóre osoby poprawnie odczytały moje intencje względem
        zastosowania f-words. Dziękuję za zrozumienie.
        Na zakończenie chciałąbym wystąpić w obronie rzekomo słabej dykcji i intonacji
        aktorów. Miałam przyjemność uczestniczyć w trakcie studiów w zajęciach
        prowadzonych przez p. prof. I. Janicką-Świderską i wiem ile pracy musieli
        włożyć w przygotowania do spektaklu zarówno aktorzy jak i sama p. Profesor.
        Uważam, że jak na amatorów, studenci spisali się znakomicie. Co do wymowy, jak
        napisała moja przedmówczyni:), to kwestia indywidualna i niektórym użytkownikom
        języka angielskiego, mimo najszczerszych chęci z ich strony, nigdy nie będzie
        dane mówić czysto i bez polskiego akcentu. Dlatego jestem pełna podziwu i
        wdzięczności dla tych, którzy dobrowolnie postanowili zmierzyć się z
        moją "nieprzyjemną emocjonalnie" sztuką. Pozdrawiam.
Pełna wersja