perry.
09.01.02, 09:47
Tyle mówi się ostatnio o wzrastającym bezrobociu, o sposobach jego niwelacji, o
zapewnianiu pracy dla absolwentów, itp, itd. A tymczasem rzeczywistość wygląda
często tak, jak na poniższym przykładzie.
Oto jest sobie pewna instytucja, składająca się z kilku wydziałów. W każdym z
nich od 1/4 do 1/3 personelu to osoby, które przekroczyły wiek emerytalny.
Naprawdę nie chcę nikomu dokuczać, ale co najmniej połowa z tego grona jest już
kompletnie wypalona, nie potrafi się skupić na pracy, wystepują problemy we
współpracy, choćby ze względu na ich zabobonny niekiedy lęk przed komputerem,
odczuwalna jest też swoista niechęć do młodszego (wiekiem, nie stopniem)
personelu co silnie wpływa na atmosferę w pracy.
Dla uczciwości muszę też podać przykład pewnej pani w takim wieku, która z
kolei żyje swoją pracą, jest niesamowicie rzetelna, zawsze służy radą i
doświadczeniem. Ale niestety, jest to przykład jednostkowy.
Tymczasem, nawet w Warszawie osoby studiujące lub już po studiach czekają coraz
dłużej na znalezienie jakiejkolwiek stałej pracy. Przykładów mógłbym podać
mnóstwo, wystarczy chyba jednak jeden - koleżanki, która przymusowo odczekała
prawie półtora roku od obrony (na "mocną" czwórkę") pracy magisterskiej do
znalezienia pracy, a skończyła tzw. dobrą uczelnię.
Ale i tak jest szczęśliwa że tę pracę znalazła, nawet jeśli jej stopień
służbowy znacznie rozmija się z jej faktycznymi obowiązkami, polegającymi
przede wszystkim na wyręczaniu w jakichkolwiek zadaniach właśnie tej "starej
gwardii". A jest zbyt cicha żeby zaprotestować, co jakiś efekt mogłoby
przynieść.
Tymczasem tysiące młodych ludzi kończą studia i ...
Teraz dla wyjaśnienia - absolutnie nie wyżywam się na nikim (akurat nie jestem
taki cichy jak by się mogło wydawać i potrafię sobie radzić), nie szukam też
żadnego kozła ofiarnego w kontekście sytuacji na rynku pracy, przecież aby coś
zaradzić bezrobociu konieczny jest cały zestaw instrumentów a najważniejsze
jest jak dla mnie nieprzeszkadzanie w rozwoju gospodarki, i już zupełnie
szczerze - moja mama też jest pracującą emerytką a ja sam jestem gdzieś po
środku między tymi grupami wiekowymi.
Jednak chyba tak samo jest niedobrze, kiedy istnieja kozły ofiarne jak i święte
krowy. Dla tej grupy społecznej / wiekowej to określenie akurat nie jest za
bardzo trafne, ale coś w tym jest... W końcu to cenny elektorat, w dodatku dość
podatny na obietnice wyborcze, a młodzież od polityki się odsuwa, chyba po
części ze względu na taką a nie inną swoją sytuację i tu koło się zamyka...
Chcę wyraźnie podkreślić, że dla mnie obecni emeryci to ludzie poszkodowani
przez tzw. poprzedni system, w końcu całe swoje życie pracowali, zarabiali, od
ich zarobków były potrącane składki, tyle że wyłącznie na papierze. Cholera
mnie co prawda bierze, gdy pomyślę, że moje składki idące do I Filaru de facto
są od razu przekazywane obecnym emerytom, a jeszcze większy szlag mnie trafia,
gdy pomyślę, że jeśli dożyję emerytury to mnie też ktoś wypomni to samo, ale
rozumiem i nawet popieram (do pewnego stopnia) zasadę solidaryzmu społecznego,
poza tym, gdybym chciał to zmienić to musiałbym przejść do jakiejś szarej czy
wręcz czarnej strefy...
Ale może by tak zastanowić się, co w obecnej sytuacji jest korzystniejsze pod
względem gospodarczym, społecznym, itd. i po prostu sprawiedliwsze -
utrzymywanie tysięcy fikcyjnych miejsc pracy w celu umożliwienia dorobienia do
emerytury osobom juz wypalonym (choć jak wspomniałem, są szczytne wyjątki), czy
też danie szansy osobom, które zapał do pracy jeszcze mają, a tymczasem grozi
im frustracja, w skrajnych przypadkach degeneracja???
Jak to jest w innych krajach, tych, które uważamy za cywilizowane? Kiedy byłem
na stażu w Szwecji, wręcz zaskoczyły mnie ich metody planowania zatrudnienia -
w tym np. roku odchodzi na emeryturę tyle i tyle osób, więc dajemy z
odpowiednim wyprzedzeniem tyle i tyle ofert pracy. Szwedzi z kolei byli
zszokowani, gdy opowiedziałem jak jest pod tym względem u nas. I uwierzcie mi,
należę do osób które nie plują na własny kraj gdy gdzieś wyjadą. Owszem,
istnieje tam możliwość "wynajęcia" emeryta jako np. konsultanta, doradcy ale o
umowie o pracy nie ma mowy, chyba że taka możliwość istnieje (o czym nie wiem),
ale np. wiąże się z utratą praw do emerytury.
Jeszcze raz - nikogo nie chcę atakować, rzucam po prostu do dyskusji temat,
który jest jakoś wstydliwie pomijany, przynajmniej w mediach.
Ale się znowu rozpisałem... Miłego dnia, pozdrawiam - Perry